Wacek leci do ciepłych krajów...
Sytuacja polityczna w Polsce przypomina sytuację w pralce automatycznej. Wszystko się mieli i gotuje. Jest jednak zasadnicza różnica. Gacie wyjęte z pralki są czyste. Tymczasem w polityce, co się w niej przemieli, to jeszcze bardziej zabrudzone niż było wcześniej.
Wyjechałem na kilka dni z kraju, a tu nagle minister Antoni pozbawiony dwóch swoich największych ulubieńców. Misiek czyli Bartłomiej Misiewicz, człowiek który nosił kartony w aptece (Stowarzyszenia Farmaceutów protestowały, aby nie nazywać go ani farmaceutą, ani aptekarzem, bo nim po prostu nie jest), osobnik wyszkolony w lizusostwie i noszeniu teczki za Antonim, niezły w odgrywaniu przed generałami "ministra", przydupas naszego Awiatora, który "studiuje" tylko nie wie jeszcze na jakim kierunku, poleciał ze stanowiska członka rady nadzorczej państwowej spółki zbrojeniowej, bo media odkryły ile tam będzie zarabiał.
Kwota powaliła z nóg nawet prezydenta Dudę, który nagle odżył i nieśmiało zaprotestował. Honorem uniósł się także prezes Jarosław, który cyrk wokół Misiewicza (udawanie przed wojskiem ministra, rozróby w dyskotece, proponowanie posad przypadkowym osobom) nazwał "ekscentrycznym zachowaniem" i wyrzucił Misia z PiS.
Jak zauważyli poważni komentatorzy, ten spór wokół niepoważnego osobnika jakim jest Misiek, to tak na prawdę próba sił między Antonim, a Prezesem. Musieli tego Misia (który stał się symbolem nowych kadr państwa pod rządami PiS) wreszcie usadzić, bo to oznaczałoby, że Antoni może już robić absolutnie wszystko, czyli nawet teściową swojego chomika zrobić generałem.
O wiele poważniejsza sprawa ma się z Wackiem. Gwiazda komisji smoleńskiej profesor Wacław Berczyński chlapnął z dumą w wywiadzie prasowym, że to on jest pogromcą francuskich Caracali czyli, że miał decydujący wpływ na głośne zerwanie kontraktu na mocy, którego polska armia miała mieć nowoczesne helikoptery. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że Berczyński był przez lata związany z konkurencyjnym koncernem lotniczym. Występuje więc w tej sprawie nie jako ekspert tylko lobbysta. Gdyby rzeczywiście tak było, oznacza to wielki skandal, którym powinna zająć się prokuratura. Liderzy PiS niczym ruska rakieta czyli w mig zaczęli tłumaczyć, że to fantazje Berczyńskiego i że nie miał on żadnego wpływu na decyzje MON w sprawie helikopterów. I tu elita pisowskich myślicieli wpadła jak śliwka w kompot (czy bardziej jak muszka w gówno), bo jeśli profesor Berczyński zmyśla, chlapie i fantazjuje w sprawie kontraktu na helikoptery i swojej w nim roli, to istnieje uzasadnione podejrzenie, że zmyśla, chlapie i fantazjuje także w sprawie bomby i zamachu w Smoleńsku.
Szybkie czyszczenie Berczyńskiego z posady w komisji smoleńskiej i innych intratnych stanowisk , które mu Antoni w ciągu ostatniego roku załatwił , a także jego swoista ucieczka do USA zdaje się potwierdzać, że profesor Berczyński, to emerytowany naukowiec w stylu "koszałka opałka" , który pod koniec swojej kariery chciał "zaistnieć ". Zapomniani naukowcy, ludzie na emeryturach, mają naturalną potrzebę bycia w obiegu. Stąd pewnie "rewelacje" i "badania" Berczyńskiego w komisji smoleńskiej, które obok sporych pieniędzy przyniosły mu też wątpliwy rozgłos. Nikt nie chce być zapomniany i profesorowi Berczyńskiemu, to się udało. Na długie lata pozostanie symbolem naukowca, który lubi sobie pofantazjować. Taki nasz baron Munchausen z uporczywą skłonnością do opowiadania bajek.




Wyniki XXIV BIESIADY FELIETONISTÓW
Gdańsk 11 styczeń 2017. Klub restauracja Miasto Aniołów.
KOBIETA ROKU
Caryca Katarzyna jako mroczny przedmiot pożądania posła Suskiego, członka komisji śledczej

CZŁOWIEK ROKU
Człowiek, który przynosi prezesowi drabinkę na miesięcznice smoleńskie

WYDARZENIE ROKU
Przełomowe dla mapy świata odkrycie przez ministra Waszczykowskiego nowego kraju San Escobar

BUBEL ROKU
Reforma edukacji jako sentymentalna podróż prezesa do podstawówki, czyli szatani z 7. klasy

PARANOJA ROKU
Rekonstrukcja ślubu rotmistrza Pileckiego z udziałem prawdziwego księdza

ZWIERZĘ ROKU
Kornik drukarz, którego wycina w Puszczy Białowieskiej minister Szyszko, pozbawiając matecznika przyszłych żołnierzy wyklętych

CWANIAK ROKU
Ryszard Petru na romantycznych wakacjach, okupujący koleżankę z partii

IDIOTA ROKU
Mateusz Kijowski, który pomylił KOD z WOŚP

ZBOCZENIE ROKU
MONalizm, czyli pełen wzajemnej troski, czułości i zmysłowości związek Misiewicza z Macierewiczem

NUMER ROKU
Numer IP internautki Leśne Ruchadło, z którą prezydent Duda lubi sobie poćwierkać późną nocą

PAW ROKU
Szopka noworoczna Wolskiego jako najnowsza wersja Dziadów

CIOS ROKU
Pośladki Dody jako superexpressowy cios w majestat prezydenta

NARZĘDZIE ROKU
Widelec jako polski wkład we francuską miłość

HAPPENING ROKU
Wyrwanie drewnianej laski przez marszałka Kuchcińskiego

OFIARA ROKU
Konie z Janowa Podlaskiego zwalone ręką dobrej zmiany

KICZ ROKU
Premiera filmu „Smoleńsk” w Berlinie, czyli miał być zamach, a jednak wyszła katastrofa

MARTYROLOGIA ROKU
Jacek Kurski wybuczany podczas Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu przez obcokrajowców/uchodźców z TVP

UNIK ROKU
Ksiądz Międlar opiekun duchowy ONR unikający kontaktu z przesłaniem Ewangelii

POWIEDZENIE ROKU
„Kto jest przeciw, proszę podnieść rękę. Kto wstrzymał się od głosu, proszę podnieść rękę. Dziękuję. Nie widzę. To znaczy wszystko jedno, czy widzę, czy nie widzę. Dziękuję bardzo. Podaję wyniki głosowania.” – marszałek Kuchciński

SKANDAL ROKU
Niewdzięczna Komisja Wenecka, która zaproszona na wycieczkę do Warszawy, nie poznała się na dobrej zmianie



Jaja Jarosława
Jarosław Kaczyński gdy zobaczył jak trener niemieckich piłkarzy drapie się po jajkach postanowił zrobić to samo. Podrapał się, bo coś go tam nagle zaswędziało. Mijały dni. Swędzenie jaj robiło się coraz bardziej dokuczliwe. Dobra zmiana zmieniała Polskę na lepsze, a mimo to jaja Prezesa zamiast cieszyć się wraz z elektoratem, zaczęły puchnąć. Początkowo Jarosław był przekonany, że jaja puchną z dumy. Niestety jaja puchły jakby przeciwko dobrej zmianie. Im więcej sukcesów notował rząd PiS, tym jaja robiły się większe.

Jarosław zastanawiał się czy nie jest to przypadkiem sprawka obcych służb. Macierewicz potwierdzał przecież wysyłanie impulsów elektromagnetycznych w okolicach Dolnego Śląska. Po takich impulsach, wysyłanych prawdopodobnie przez Niemców, wielu zwolenników dobrej zmiany skarżyło się na bóle głowy. Być może zazdrośni o 500+ Anglicy lub Amerykanie wysyłają sygnały laserowe, po których Polakom zwiększają się boleśnie jaja?

Prezes dyskretnie rozpytał się w tej kwestii wśród swoich najbliższych współpracowników. Niestety ani Brudziński, ani Terlecki, ani Błaszczak ani nawet Beata Kempa nie zgłaszali problemu bolących jaj. Błaszczak był skłonny przyznać, że ma bóle jaj tylko po to, aby prezesowi było raźniej, ale przywołany do porządku i mówienia absolutnej prawdy zeznał, że z jajami u niego jak zawsze czyli "cisza i spokój". Po głębszej analizie zagadnienia, mimo podejrzliwej natury prezesa i jego otoczenia wariant z obcymi służbami nie wydawał się nikomu prawdopodobny. Jaja Jarosława podobnie jak sam Jarosław były przecież szczelnie chronione.

Gdy ból jaj był już nie do wytrzymania, a same jaja osiągnęły rozmiary dojrzałych pomarańczy, Jarosław uznając, że to sprawa czysto medyczna, wraz z jajami udał się do urologa. Specjalista od jaj zbadał drogi moczowe Jarosława, pomacał ciężki worek i kiwając smutno głową przepisał odpowiednie leki. Po wyjściu Jarosława i jego jaj (które dymiąc ciągnęły się już po wykładzinie) lekarz skwapliwie zadzwonił do tropiciela agentów, historyka Sławomira Cenckiewicza. Przekazana szeptem informacja brzmiała następująco:

- Jarosław ma grubą teczkę.





Zabawa w Indian
Mało kto wie, że minister obrony narodowej Antoni Macierewicz jest specjalistą nie tylko od analizy mgły smoleńskiej, czy nocnych włamań do biur NATO w Warszawie, ale zna się także bardzo dobrze na historii plemion indiańskich Ameryki Południowej. W młodości, gdy był wykładowcą w Katedrze Iberystyki Uniwersytetu Warszawskiego, nauczył się nawet języka Indian Keczua. Jest to prawdopodobnie jedyny minister w Europie, który posługuje się językiem dawnego imperium Inków.

Kilka słów z języka Indian Keczua przyjęło się w języku polskim np. lama, puma, kondor czy guano. Szczególnie to ostatnie słowo minister dobrze przyswoił w swoim stylu działania. Fascynacja Indianami z Argentyny, Ekwadoru, Kolumbii czy Peru, to nie jedyne pasje ministra rządu PiS. Antoni był w młodości apologetą takich osób jak legendarny Che Guevara komunistyczny rewolucjonista, który na Kubie podbitej przez Fidela Castro założył pierwsze obozy koncentracyjne. Nie krył swej fascynacji peruwiańską organizacją terrorystyczną Świetlisty Szlak, która chciała w Peru obalić rząd i wprowadzić system maoistowski. Organizacja ta miała świetnie działające struktury i wyszkolonych partyzantów, znana była z fanatyzmu i mordowania chłopów, których chciała wyzwolić.

Oczywiście każdy wrażliwy i romantyczny osobnik, w młodości popełniał głupstwa i wierzył w bajki o dobrym świecie głoszone przez obłąkanych szarlatanów. Wielu z nas bawiło się na podwórku w krwawych piratów czy czterech pancernych. Trudno byłoby podejrzewać, że dziś pan minister podziela swe dawne pasje i zainteresowania z czasów studenckich. Jednak obserwując przenikliwe, gorące spojrzenia ministra, ten bliski fanatyzmu żar w jego oczach, mam wrażenie, że on dalej bawi się w Indian. Tylko tym razem do tej zabawy zaprosił całą Polskę. Czas robić sobie pióropusze z gęsich piór, a klucze francuskie zamieniać na tomahawki. Mało kto wie, że minister obrony narodowej Antoni Macierewicz jest specjalistą nie tylko od analizy mgły smoleńskiej, czy nocnych włamań do biur NATO w Warszawie, ale zna się także bardzo dobrze na historii plemion indiańskich Ameryki Południowej. W młodości, gdy był wykładowcą w Katedrze Iberystyki Uniwersytetu Warszawskiego, nauczył się nawet języka Indian Keczua. Jest to prawdopodobnie jedyny minister w Europie, który posługuje się językiem dawnego imperium Inków.

Kilka słów z języka Indian Keczua przyjęło się w języku polskim np. lama, puma, kondor czy guano. Szczególnie to ostatnie słowo minister dobrze przyswoił w swoim stylu działania. Fascynacja Indianami z Argentyny, Ekwadoru, Kolumbii czy Peru, to nie jedyne pasje ministra rządu PiS. Antoni był w młodości apologetą takich osób jak legendarny Che Guevara komunistyczny rewolucjonista, który na Kubie podbitej przez Fidela Castro założył pierwsze obozy koncentracyjne. Nie krył swej fascynacji peruwiańską organizacją terrorystyczną Świetlisty Szlak, która chciała w Peru obalić rząd i wprowadzić system maoistowski. Organizacja ta miała świetnie działające struktury i wyszkolonych partyzantów, znana była z fanatyzmu i mordowania chłopów, których chciała wyzwolić.

Oczywiście każdy wrażliwy i romantyczny osobnik, w młodości popełniał głupstwa i wierzył w bajki o dobrym świecie głoszone przez obłąkanych szarlatanów. Wielu z nas bawiło się na podwórku w krwawych piratów czy czterech pancernych. Trudno byłoby podejrzewać, że dziś pan minister podziela swe dawne pasje i zainteresowania z czasów studenckich. Jednak obserwując przenikliwe, gorące spojrzenia ministra, ten bliski fanatyzmu żar w jego oczach, mam wrażenie, że on dalej bawi się w Indian. Tylko tym razem do tej zabawy zaprosił całą Polskę. Czas robić sobie pióropusze z gęsich piór, a klucze francuskie zamieniać na tomahawki. Mało kto wie, że minister obrony narodowej Antoni Macierewicz jest specjalistą nie tylko od analizy mgły smoleńskiej, czy nocnych włamań do biur NATO w Warszawie, ale zna się także bardzo dobrze na historii plemion indiańskich Ameryki Południowej. W młodości, gdy był wykładowcą w Katedrze Iberystyki Uniwersytetu Warszawskiego, nauczył się nawet języka Indian Keczua. Jest to prawdopodobnie jedyny minister w Europie, który posługuje się językiem dawnego imperium Inków.

Kilka słów z języka Indian Keczua przyjęło się w języku polskim np. lama, puma, kondor czy guano. Szczególnie to ostatnie słowo minister dobrze przyswoił w swoim stylu działania. Fascynacja Indianami z Argentyny, Ekwadoru, Kolumbii czy Peru, to nie jedyne pasje ministra rządu PiS. Antoni był w młodości apologetą takich osób jak legendarny Che Guevara komunistyczny rewolucjonista, który na Kubie podbitej przez Fidela Castro założył pierwsze obozy koncentracyjne. Nie krył swej fascynacji peruwiańską organizacją terrorystyczną Świetlisty Szlak, która chciała w Peru obalić rząd i wprowadzić system maoistowski. Organizacja ta miała świetnie działające struktury i wyszkolonych partyzantów, znana była z fanatyzmu i mordowania chłopów, których chciała wyzwolić.

Oczywiście każdy wrażliwy i romantyczny osobnik, w młodości popełniał głupstwa i wierzył w bajki o dobrym świecie głoszone przez obłąkanych szarlatanów. Wielu z nas bawiło się na podwórku w krwawych piratów czy czterech pancernych. Trudno byłoby podejrzewać, że dziś pan minister podziela swe dawne pasje i zainteresowania z czasów studenckich. Jednak obserwując przenikliwe, gorące spojrzenia ministra, ten bliski fanatyzmu żar w jego oczach, mam wrażenie, że on dalej bawi się w Indian. Tylko tym razem do tej zabawy zaprosił całą Polskę. Czas robić sobie pióropusze z gęsich piór, a klucze francuskie zamieniać na tomahawki.

Sprawy obronności kraju to nie pole do żartów. Nawet największy idiota wie, że nie da sie walczyć ze wszystkimi i na wszystkie fronty. Tymczasem rząd zachowuje się jak gość, który przychodzi do czyjegoś domu, pluje mu do zupy, po czym grzecznie prosi o pożyczkę tysiąca złotych na wakacje i jest zdziwiony, że mu nie dają. Przykłady: rząd deklaruje, że w interesie polskich przedsiębiorców chce ułożyć sobie dobre stosunki gospodarcze z Rosją, po czym ogłasza, że będzie likwidował rosyjskie pomniki w Polsce. Rząd domaga się od Rosji wydania wraku samolotu prezydenckiego (oczywiście to nasz samolot i dawno powinni go oddać) i jednocześnie przez swoich urzędników (np. w IPN) zaleca by nie palić świeczek na grobach rosyjskich żołnierzy (takie pisma wysyłano m.in. w Gdańsku). Nie bronię koszmarnych, betonowych pomników, na których rosyjski sołdat trzyma w ręce granat i karabin, ale na coś trzeba się zdecydować. Albo pomagamy polskim firmom handlować i robić interesy w Rosji, albo wbijamy osinowe kołki w ich pomniki i setki polskich firm zdycha. Człowiek rozumny przemyślałby sprawę i zastanowił się jakie salomonowe rozwiązanie tu znaleźć. Może pomniki trzeba było demontować po cichu? pod pretekstem renowacji? a nie tak ostentacyjnie i z hukiem, który tylko narobił nam kłopotów. Ale ten rząd, nie może inaczej i przy każdej głupkowatej decyzji trzęsie się z emocji jak nastolatka na pierwszej randce.

Minister Macierewicz deklaruje, że chcemy amerykańskich baz w Polsce, a jednocześnie obraża Amerykanów, że nie będą nas pouczać w sprawach demokracji. Ludzie z kręgu Antoniego tak się zapędzili, że ogłosili iż Polska, chce być dumnym posiadaczem broni atomowej. Nawet nie wiedzieli, że na taką broń jest potrzebna zgoda NATO, a po za tym trzeba ją sobie kupić. Antoni z guzikiem atomowym, to tak jakby Breivikowi otworzyć celę i wręczyć pistolet.

Mówiąc łagodnie: przekaz generowany przez gabinet Broszki Prezesa jest niespójny, a działania ministra Waszczykowskiego i Macierewicza bardzo amatorskie. To nie jest polityka. To jest zabawa w Indian. Cierpi na tym wizerunek Polski i spada nasza wiarygodność jako partnera w rodzinie krajów europejskich. Skutkuje to wszystko obrazem Polski pod rządami PiS jako kraju nieobliczalnego, w którym duzi chłopcy ze spoconymi rękami dorwali się do ciekawej zabawki jakim jest państwo.

Wymarzoną zabawką Indianina Antoniego od zawsze była armia. Teraz jako minister obrony ma pełne pole do popisu i może bawić się na całego. Oczkiem w głowie ministra jest Obrona Terytorialna kraju, czyli oddziały złożone z amatorów, którzy w weekendy udają w lesie prawdziwe wojsko. Ciekawe czy ktoś z was chciałby być operowany przez np. weekendowego lekarza? Pan Zdzisio na co dzień jest ślusarzem, ale zawsze marzył o tym, aby być lekarzem i w soboty pracuje jako chirurg. Podobno śrubokręt i skalpel tak na prawdę niewiele się różnią.

Minister już tworzy strukturę, w której oddziały OT będą integralną częścią polskiego systemu obronnego. Zamiast dozbrajać i unowocześniać polską armię, szkolić zawodowców i podwyższać ich poziom bojowy, decyzją Macierewicza potężne pieniądze przeznacza się na zabawę grup pasjonatów, którzy w wolnej chwili robią pompki na łące. Młodzież taką otacza się czułą opieką ideologiczną i pierze jej mózgi wmawiając, że największymi wrogami Polski byli Wałęsa, Geremek, Mazowiecki czy Michnik.

W czasie prawdziwej wojny oddziały takie, będą znaczyły tyle co odchody komara. Posłużą co najwyżej jako mięso armatnie przy rozpoznaniu bojowym. Ale w czasie pokoju mogą się przydać do rozbijania protestów Komitetu Obrony Demokracji. Już wiadomo, że dziarska młodzież z ONR granie się do takich oddziałów. Dostaną mundury i karabiny oraz pancerne kropidła. Macierewicz zapowiada, że pozwoli tym oddziałom na posiadanie broni palnej i ostrej amunicji. W Gdańsku trwa publiczna zbiórka sympatyków OT na zakup broni maszynowej. Skoro oni bawią się za nasze pieniądze w Indian, to ciekawe kto wystąpi roli "bladych twarzy"? Jak nic szykuje się w Polsce mówiąc językiem Indian Keczua "wielkie guano".

Sprawy obronności kraju to nie pole do żartów. Nawet największy idiota wie, że nie da sie walczyć ze wszystkimi i na wszystkie fronty. Tymczasem rząd zachowuje się jak gość, który przychodzi do czyjegoś domu, pluje mu do zupy, po czym grzecznie prosi o pożyczkę tysiąca złotych na wakacje i jest zdziwiony, że mu nie dają. Przykłady: rząd deklaruje, że w interesie polskich przedsiębiorców chce ułożyć sobie dobre stosunki gospodarcze z Rosją, po czym ogłasza, że będzie likwidował rosyjskie pomniki w Polsce. Rząd domaga się od Rosji wydania wraku samolotu prezydenckiego (oczywiście to nasz samolot i dawno powinni go oddać) i jednocześnie przez swoich urzędników (np. w IPN) zaleca by nie palić świeczek na grobach rosyjskich żołnierzy (takie pisma wysyłano m.in. w Gdańsku). Nie bronię koszmarnych, betonowych pomników, na których rosyjski sołdat trzyma w ręce granat i karabin, ale na coś trzeba się zdecydować. Albo pomagamy polskim firmom handlować i robić interesy w Rosji, albo wbijamy osinowe kołki w ich pomniki i setki polskich firm zdycha. Człowiek rozumny przemyślałby sprawę i zastanowił się jakie salomonowe rozwiązanie tu znaleźć. Może pomniki trzeba było demontować po cichu? pod pretekstem renowacji? a nie tak ostentacyjnie i z hukiem, który tylko narobił nam kłopotów. Ale ten rząd, nie może inaczej i przy każdej głupkowatej decyzji trzęsie się z emocji jak nastolatka na pierwszej randce.

Minister Macierewicz deklaruje, że chcemy amerykańskich baz w Polsce, a jednocześnie obraża Amerykanów, że nie będą nas pouczać w sprawach demokracji. Ludzie z kręgu Antoniego tak się zapędzili, że ogłosili iż Polska, chce być dumnym posiadaczem broni atomowej. Nawet nie wiedzieli, że na taką broń jest potrzebna zgoda NATO, a po za tym trzeba ją sobie kupić. Antoni z guzikiem atomowym, to tak jakby Breivikowi otworzyć celę i wręczyć pistolet.

Mówiąc łagodnie: przekaz generowany przez gabinet Broszki Prezesa jest niespójny, a działania ministra Waszczykowskiego i Macierewicza bardzo amatorskie. To nie jest polityka. To jest zabawa w Indian. Cierpi na tym wizerunek Polski i spada nasza wiarygodność jako partnera w rodzinie krajów europejskich. Skutkuje to wszystko obrazem Polski pod rządami PiS jako kraju nieobliczalnego, w którym duzi chłopcy ze spoconymi rękami dorwali się do ciekawej zabawki jakim jest państwo.

Wymarzoną zabawką Indianina Antoniego od zawsze była armia. Teraz jako minister obrony ma pełne pole do popisu i może bawić się na całego. Oczkiem w głowie ministra jest Obrona Terytorialna kraju, czyli oddziały złożone z amatorów, którzy w weekendy udają w lesie prawdziwe wojsko. Ciekawe czy ktoś z was chciałby być operowany przez np. weekendowego lekarza? Pan Zdzisio na co dzień jest ślusarzem, ale zawsze marzył o tym, aby być lekarzem i w soboty pracuje jako chirurg. Podobno śrubokręt i skalpel tak na prawdę niewiele się różnią.

Minister już tworzy strukturę, w której oddziały OT będą integralną częścią polskiego systemu obronnego. Zamiast dozbrajać i unowocześniać polską armię, szkolić zawodowców i podwyższać ich poziom bojowy, decyzją Macierewicza potężne pieniądze przeznacza się na zabawę grup pasjonatów, którzy w wolnej chwili robią pompki na łące. Młodzież taką otacza się czułą opieką ideologiczną i pierze jej mózgi wmawiając, że największymi wrogami Polski byli Wałęsa, Geremek, Mazowiecki czy Michnik.

W czasie prawdziwej wojny oddziały takie, będą znaczyły tyle co odchody komara. Posłużą co najwyżej jako mięso armatnie przy rozpoznaniu bojowym. Ale w czasie pokoju mogą się przydać do rozbijania protestów Komitetu Obrony Demokracji. Już wiadomo, że dziarska młodzież z ONR granie się do takich oddziałów. Dostaną mundury i karabiny oraz pancerne kropidła. Macierewicz zapowiada, że pozwoli tym oddziałom na posiadanie broni palnej i ostrej amunicji. W Gdańsku trwa publiczna zbiórka sympatyków OT na zakup broni maszynowej. Skoro oni bawią się za nasze pieniądze w Indian, to ciekawe kto wystąpi roli "bladych twarzy"? Jak nic szykuje się w Polsce mówiąc językiem Indian Keczua "wielkie guano".

Sprawy obronności kraju to nie pole do żartów. Nawet największy idiota wie, że nie da sie walczyć ze wszystkimi i na wszystkie fronty. Tymczasem rząd zachowuje się jak gość, który przychodzi do czyjegoś domu, pluje mu do zupy, po czym grzecznie prosi o pożyczkę tysiąca złotych na wakacje i jest zdziwiony, że mu nie dają. Przykłady: rząd deklaruje, że w interesie polskich przedsiębiorców chce ułożyć sobie dobre stosunki gospodarcze z Rosją, po czym ogłasza, że będzie likwidował rosyjskie pomniki w Polsce. Rząd domaga się od Rosji wydania wraku samolotu prezydenckiego (oczywiście to nasz samolot i dawno powinni go oddać) i jednocześnie przez swoich urzędników (np. w IPN) zaleca by nie palić świeczek na grobach rosyjskich żołnierzy (takie pisma wysyłano m.in. w Gdańsku). Nie bronię koszmarnych, betonowych pomników, na których rosyjski sołdat trzyma w ręce granat i karabin, ale na coś trzeba się zdecydować. Albo pomagamy polskim firmom handlować i robić interesy w Rosji, albo wbijamy osinowe kołki w ich pomniki i setki polskich firm zdycha. Człowiek rozumny przemyślałby sprawę i zastanowił się jakie salomonowe rozwiązanie tu znaleźć. Może pomniki trzeba było demontować po cichu? pod pretekstem renowacji? a nie tak ostentacyjnie i z hukiem, który tylko narobił nam kłopotów. Ale ten rząd, nie może inaczej i przy każdej głupkowatej decyzji trzęsie się z emocji jak nastolatka na pierwszej randce.

Minister Macierewicz deklaruje, że chcemy amerykańskich baz w Polsce, a jednocześnie obraża Amerykanów, że nie będą nas pouczać w sprawach demokracji. Ludzie z kręgu Antoniego tak się zapędzili, że ogłosili iż Polska, chce być dumnym posiadaczem broni atomowej. Nawet nie wiedzieli, że na taką broń jest potrzebna zgoda NATO, a po za tym trzeba ją sobie kupić. Antoni z guzikiem atomowym, to tak jakby Breivikowi otworzyć celę i wręczyć pistolet.

Mówiąc łagodnie: przekaz generowany przez gabinet Broszki Prezesa jest niespójny, a działania ministra Waszczykowskiego i Macierewicza bardzo amatorskie. To nie jest polityka. To jest zabawa w Indian. Cierpi na tym wizerunek Polski i spada nasza wiarygodność jako partnera w rodzinie krajów europejskich. Skutkuje to wszystko obrazem Polski pod rządami PiS jako kraju nieobliczalnego, w którym duzi chłopcy ze spoconymi rękami dorwali się do ciekawej zabawki jakim jest państwo.

Wymarzoną zabawką Indianina Antoniego od zawsze była armia. Teraz jako minister obrony ma pełne pole do popisu i może bawić się na całego. Oczkiem w głowie ministra jest Obrona Terytorialna kraju, czyli oddziały złożone z amatorów, którzy w weekendy udają w lesie prawdziwe wojsko. Ciekawe czy ktoś z was chciałby być operowany przez np. weekendowego lekarza? Pan Zdzisio na co dzień jest ślusarzem, ale zawsze marzył o tym, aby być lekarzem i w soboty pracuje jako chirurg. Podobno śrubokręt i skalpel tak na prawdę niewiele się różnią.

Minister już tworzy strukturę, w której oddziały OT będą integralną częścią polskiego systemu obronnego. Zamiast dozbrajać i unowocześniać polską armię, szkolić zawodowców i podwyższać ich poziom bojowy, decyzją Macierewicza potężne pieniądze przeznacza się na zabawę grup pasjonatów, którzy w wolnej chwili robią pompki na łące. Młodzież taką otacza się czułą opieką ideologiczną i pierze jej mózgi wmawiając, że największymi wrogami Polski byli Wałęsa, Geremek, Mazowiecki czy Michnik.

W czasie prawdziwej wojny oddziały takie, będą znaczyły tyle co odchody komara. Posłużą co najwyżej jako mięso armatnie przy rozpoznaniu bojowym. Ale w czasie pokoju mogą się przydać do rozbijania protestów Komitetu Obrony Demokracji. Już wiadomo, że dziarska młodzież z ONR granie się do takich oddziałów. Dostaną mundury i karabiny oraz pancerne kropidła. Macierewicz zapowiada, że pozwoli tym oddziałom na posiadanie broni palnej i ostrej amunicji. W Gdańsku trwa publiczna zbiórka sympatyków OT na zakup broni maszynowej. Skoro oni bawią się za nasze pieniądze w Indian, to ciekawe kto wystąpi roli "bladych twarzy"? Jak nic szykuje się w Polsce mówiąc językiem Indian Keczua "wielkie guano".



DOBRA ZMIANA JUŻ OD RANA czyli kolekcjoner kotów i jego gang.
Wszystkie podane dane są zgodne z faktami.

1. Wszystkim w Państwie Polskim (od posady w radiu po prezydenta) rządzi nie znający słów hymnu Polski kolekcjoner kotów Jarosław Kaczyński, który (przegrał 6 wyborów pod rząd) a w ostatnich, które wygrał PiS dostał (w Warszawie) mniej głosów niż nielubiana Ewa Kopacz.

2. Kolekcjoner kotów nie sprawuje żadnej funkcji i nie ponosi w związku z tym żadnej odpowiedzialności.

3. Obowiązki premiera pełni jego trzecioligowa służąca Beata Szydło , wcielając w życie dyrektywy w oparciu o doświadczenia zdobyte w zadłużonej po uszy gminie Brzeszcze.

4. Prezydenta udaje jego osobisty i najwidoczniej ubezwłasnowolniony podpisywacz Andrzej Duda (ksywa "Maliniak" lub "Długopis") , który nie potrafi nawet rozliczyć się z kosztów podróży do Nowego Tomyśla, ale ma ładny krawat.

5. Służbami specjalnymi kieruje znany z nadużywania władzy i chybionych prowokacji w stylu harcerskim (amatorska próba pułapki na Leppera, nieudany chwyt na niby wille Kwaśniewskiego) Mariusz Kamiński skazany przestępca ułaskawiony poprzednio przez podpisywacza kolekcjonera kotów. Skazany za nadużywanie władzy i łamanie prawa w czasie kierowania służbami specjalnymi.

6. Prokuratorem Generalnym jest funkcjonariusz partyjny Zbigniew Ziobro , który cudem uniknął trybunału stanu za nadużycia stanowiska, gdy poprzednio pełnił to stanowisko. Ziobro to mściwy paranoik, który jest przekonany, że lekarze w szpitalu zabili mu ojca, który był chory na serce. Żona lekarza, który leczył ojca Ziobry miała już "niespodziewane kontrole" w miejscu swojej pracy. Przypomina to metody stalinowskie typu "nie mamy haka na ciebie, dorwiemy twoja rodzinę"

7. Korupcję w Policji będzie wykrywał Minister Spraw Wewnętrznych Mariusz Błaszczak (zwany powszechnie "płaszczakiem" od płaszczenia się przed kolekcjonerem kotów), którego pierwszą nominacją w Policji było mianowanie skorumpowanego komendanta głównego Policji Zbigniewa Maja (faceta który pierwszy raz w życiu widział bidet) i oskarżenie opozycji o swój błąd.

8. W mediach publicznych pluralizm zapewnia bezideowy skoczek, który udzielał się w siedmiu, różnych partiach politycznych, prywatnie rozwodnik, chuligan polityczny, i wulgarny kłamca, a przede wszystkim sługus i funkcjonariusz partii rządzącej Jacek Kurski, (który żyjąc w III RP jak pączek w maśle, kupił po zaniżonej cenie czyli za 20 tys. zł Leśniczówkę (wartą 10 razy więcej), nihilistyczny oszczerca z tuzinem prawomocnych wyroków za zniesławienie.

9. Ministrem obrony został Antoni Macierewicz (w młodości fanatyczny miłośnik mordercy i komunisty Che Guevary - twórcy pierwszych obozów koncentracyjnych na Kubie) paranoik i zwolennik teorii spiskowej dziejów, który doprowadził do rozbicia wielu partii prawicowych. Jego hobby to zaprowadzanie porządków w strukturach NATO w nocy przy pomocy łomu i wytrycha w oparciu o kadry nastolatków z prowincji (jeden z nich był szefem apteki pod Łodzią - no skądś Antek musi brać te prochy!!!)

10. Agencją Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa kieruje Daniel Obajtek koleś, który ma w toku dwa procesy- o łapówkarstwo i przekroczenie uprawnień.

11. Przewodniczącym Sejmowej Komisji Praw Człowieka jest komunistyczny prokurator Stanisław Piotrowicz, odznaczony przez komunistyczne władze za zamykanie opozycji.

12. Na czele sejmu stoi były hipis i narkoman o pseudonimach "Penelopa" i "Członek" Marek Kuchciński , absolwent policealnego Studium Ogrodniczego. Przez wiele lat nie dawał rady pokonać drugiego semestru na KULu ale według kolekcjonera kotów świetnie nadaje się do kierowania parlamentem.

13. Dyrektorem wszystkiego (nawet stadniny) zostaje się z nadania partyjnego. Warunkiem jest jednak całkowity brak doświadczenia i znajomość/pokrewieństwo z kimś z władz partyjnych. Ten system ma zapobiec niedobrej korupcji i kumoterstwu.

14. W radzie nadzorczej największej państwowej spółki Energetycznej w kraju (PGE) pojawia się kumpela kolekcjonera kotów Janina Goss, która pożyczyła mu prywatnie 200 tys. zł. Jej kompetencje to leczenie ziółkami mamy rencisty.

16. Autorytetem moralnym i artystycznym środowiska kolekcjonera kotów oraz członkiem komitetu poparcia dla kandydata kociarza na Prezydenta jest Jerzy Zelnik, agent SB o pseudonimie "Jaracz"

17. Prawą ręką w partyjnym gangu kolekcjonera kotów i współtwórcą rządu "Dobrej Zmiany" jest młodociany bandyta i złodziej (pseudonim "Lolo") poseł PiS Joachim Brudziński, który (jak twierdza jego szkolni koledzy) okradał młodszych i słabszych kumpli podczas dojazdów do szkoły.

19. Gwiazdą medialną i gorącą obrończynią działań gangsterskich kolekcjonera kotów jest posłanka PiS Krystyna Pawłowicz, która mając tytuł profesora wykłócała się z internautami , że w języku polskim mówi się "wziąść", a nie "wziąć". Jej zdaniem ci którzy mówią "wziąć' to lewacy. Słowacki i Mickiewicz strzelają (symbolicznie) samobója, a Miodek z Bralczykiem umierają ze śmiechu.

20. Człowiek, który ma ściągać z nas podatki czyli minister finansów w rządzie sklejonym przez mafiosa kociarza, Paweł Szałamacha brał BEZPRAWNIE diety poselskie w czasie gdy przebywał przez rok na stypendium w USA.

21. Ministrem Spraw Zagranicznych w gangsterskim rządzie kolekcjonera kotów jest Witold Waszczykowski - pogromca wegetarian i rowerzystów, człowiek, który nierozważnie i bez sensu obraził wszystkich swoich ważnych partnerów w Unii Europejskiej, uzyskując w zamian niepotrzebną obniżkę prestiżu i notowań naszego kraju za granicą.

22. Efektem zmasowanej Dobrej Zmiany w III RP jest jak na razie obniżenie wiarygodności Polski na arenie międzynarodowej jako partnera w UE i NATO (a tym samym pchanie nas w łapy Rosji i Putina) , spadek wartości złotówki (najniższa wartość od lat 90.), obniżenie ratingów dla Polski, ucieczka kapitału zagranicznego z terenów PL.

23. Masowe już w tej chwili odbieranie funduszy takim instytucjom obywatelskim jak instytucja Rzecznika Praw Obywatelskich i pchanie ich w firmy związane z chciwym biznesmenem Tadeuszem Rydzykiem (który popierał propagandowo gang kolekcjonera kotów w wyborach, a który dla własnego bezpieczeństwa i kamuflażu teatralnego swoich interesów występuje publicznie w roli pobożnego księdza). Warto dodać, że w stanie wojennym, gdy wielu rodaków walczyło za wolność i ojczyznę, siedziało w więzieniach, biznesmen Rydzyk był cynicznym uczestnikiem komunistycznego życia gospodarczego, tandetnym groszorobem, dalekim od polityki cwaniaczkiem, który handlował w Niemczech i Polsce walutą i sprzętem muzycznym. W latach 90. miał dobre kontakty z wywiadem rosyjskim i KGB, o co dawno temu oskarżał go sam kolekcjoner kotów, ale dziś obaj trzymają sztamę i podejrzane związki rosyjskie Rydzyka już mu nie przeszkadzają.

24. Minister Skarbu w rządzie gangsterskiej Dobrej Zmiany to Dawid Jackiewicz wysoce nadpobudliwy człowiek o temperamencie kibola, który w wyniku szarpaniny na przystanku autobusowym we Wrocławiu w 2006 roku zabił człowieka, jak twierdzi "w obronie zaczepionej żony". Sąd go uniewinnił, ale czy taka osoba powinna zarządzać finansami państwa? To już nie było w kręgu PiS nikogo kto nie ma na swym życiowym koncie trupa ?

24. Swoim nic nie zagraża! Po zwycięstwie gangu kolekcjonera kotów w ostatnich wyborach doszło do (prawie natychmiastowego) uwolnienia ludzi związanych z praniem pieniędzy i niejasnymi aferami finansowymi w SKOK Wołomin (m.in. na wolność wyszedł prezes Mariusz G.) SKOK i jego liczne odnogi są sponsorami przedsięwzięć politycznych i medialnych gangu kolekcjonera kotów (m.in. niby "niezależne i niepokorne" - śmiechu warte, portal Wpolityce i tygodnik WSieci)

25. Propagandową szczekaczką gangu Dobrej Zmiany (współautorką książki "Resortowe dzieci") jest sowicie opłacana i nagradzana przez NOWY UKŁAD dziennikarka Dorota Kania, skazana na dwa lata więzienia (w zawieszeniu) za powoływanie się na wpływy w rządzie PiS i wyłudzenie 270 tys. zł od rodziny lobbysty Marka Dochnala.

26. O moralnej jakości kadr "dobrej zmiany' świadczy życiorys gwiazdy parlamentu, posła gangu kolekcjonera kotów Stanisława Pięty, który w młodości włamywał się do samochodów i kradł portfele. Jak twierdzi czynił to z pobudek "patriotycznych".

Nie da się ukryć, że wszystkie DOBRE ZMIANY PiS, w które naiwnie uwierzyli ci, którym znudziły się PRZEGNIŁE do bólu rządy Platformy, idą w kierunku ZAWŁASZCZANIA przestrzeni publicznej przez kolejny CHORY UKŁAD.

Zmiana PO na PiS to taka ZMIANA jakby anginę zamienić na ZAPALENIE PŁUC. Tylko czekać kiedy przewodniczącym prestiżowego Towarzystwa Chopinowskiego zostanie koleś który NIE ZNA się na muzyce i tych wszystkich walcach i polonezach, ale za to świetnie mu się pije wódkę marki Chopin.



XXIII Biesiada felietonistów
Wyniki obrad XXIII Biesiady Felietonistów, która odbyła się 13 stycznia 2016 w palarni kawy Czarnej Kozy Zagroda w Gdańsku. Uczestniczyli w niej gdańscy felietoniści, satyrycy i prześmiewcy. Biesiada Felietonistów to najstarsza tego typu impreza w Polsce.
KOBIETA ROKU
ANGELA MERKEL – KOBIETA, KTÓRA OBIECAŁA WYGODNE ŻYCIE W EUROPIE SETKOM TYSIĘCY ARABÓW I ZDZIWIŁA SIĘ, ŻE ZAPROSZENIE ZOSTAŁO PRZYJĘTE
CZŁOWIEK ROKU
ROBERT LEWANDOWSKI – OSTATNI WSPÓLNY AUTORYTET RZECZYPOSPOLITEJ OBOJGA NARODÓW, MIMO NIEWĄTPLIWEGO FAKTU, ŻE BIERZE PIENIĄDZE OD NIEMCÓW
WYDARZENIE ROKU
POWRÓT IV RP JAKO SEQUEL FILMU „NOC ŻYWYCH TRUPÓW”
BUBEL ROKU
REFERENDUM W SPRAWIE JOW-ów, CZYLI JAK W JEDEN DZIEŃ WYRZUCIĆ BEZKARNIE W BŁOTO 100 MILIONÓW
PARANOJA ROKU
BYŁY KOMUNISTYCZNY PROKURATOR JAKO TWARZ DOBREJ ZMIANY W OJCZYŹNIE WOLNEJ, JAKĄ RACZYŁ NAM WRÓCIĆ PAN
ZWIERZĘ ROKU
BULTERIER JACEK KURSKI JAKO PiS GOŃCZY NA WORONICZA
CWANIAK ROKU
JAROSŁAW KACZYŃSKI – BĘDĄC PREZESEM ZOSTAŁ JEDNOCZEŚNIE PREZYDENTEM I PREMIEREM BEZ ODPOWIEDZIALNOŚCI
IDIOTA ROKU
„FRANKOWICZE” KTÓRZY UWIERZYLI, ŻE DUDA ZAŁATWI IM NISKI KURS FRANKA
ZBOCZENIE ROKU
500 ZŁ NA DZIECKO – CZYLI PAŃSTWO PŁACI ZA SEKS, A NIE ZA IN VITRO
NUMER ROKU
IV RP UŻYWAJĄCA METOD III RZESZY DO WALKI Z III RP
PAW ROKU
KUKIZ JAKO ODRUCH WYMIOTNY POLSKIEJ DEMOKRACJI
CIOS ROKU
ATAK MINISTRA WASZCZYKOWSKIEGO NA ROWERZYSTÓW I WEGETARIAN REPREZENTUJĄCYCH ZAGROŻENIE DLA POLSKIEGO PATRIOTYZMU JAKO CIOS PONIŻEJ PEDAŁÓW I BURAKÓW
NARZĘDZIE ROKU
ANDRZEJ DUDA JAKO DŁUGO-PIS PREZESA
HAPPENING ROKU
GODZINKI ŚPIEWANE PRZEZ KRUCJATĘ RÓŻAŃCOWĄ JAKO PRÓBA POWSTRZYMANIA PREMIERY SPEKTAKLU „ŚMIERĆ I DZIEWCZYNA”
OFIARA ROKU
LIS UPOLOWANY PRZEZ KACZORA
KICZ ROKU
ALBUM KRZYSZTOFA KRAWCZYKA Z UTWORAMI COHENA, CZYLI SŁYNNY NIEBIESKI PROCHOWIEC ZBRUKANY POD POKŁADEM PAROSTATKU
MARTYROLOGIA ROKU
BRONISŁAW KOMOROWSKI PRZEGONIONY SPOD ŻYRANDOLA DO BUDY RUSKIEJ
UNIK ROKU
PARAWANING, CZYLI PRAWDZIWI POLACY UNIKAJĄCY INNYCH PRAWDZIWYCH POLAKÓW
POWIEDZENIE ROKU
INWOKACJA BEATY KEMPY PODCZAS XXIV ROCZNICY RADIA MARYJA
„Przewielebni Księża Arcybiskupi, Księże Celebransie, przewielebni Księża Biskupi, szanowni Księża, wszyscy Duchowni, nasi Przewodnicy, wszystkie władze według godności urzędów, drogi Ojcze Dyrektorze i kochana Rodzino Radia Maryja"
SKANDAL ROKU
SKANDALICZNE ZACHOWANIE SĘDZIÓW TRYBUNAŁU KONSTYTUCYJNEGO, KTÓRZY NIE CHCIELI DOBROWOLNIE PODDAĆ SIĘ DOBREJ ZMIANIE
CYTAT ROKU
„BŁOGOSŁAWIONE ŁONO, KTÓRE CIĘ NOSIŁO I PIERSI, KTÓRE SSAŁEŚ”
DNA ROKU
GENETYCZNI ZDRAJCY JAKO NAJGORSZY SORT POLAKÓW
Nie załapali się do regulaminowych kategorii mimo wielu prób i głosowań:
KAMPANIA MAGDALENY OGÓREK JAKO PRÓBA OSTATNIEJ EREKCJI LESZKA MILLERA
POLACY ZŁOŻENI W OFIERZE PRZEZ SEKTĘ INHALUJĄCĄ OPARY MGŁY SMOLEŃSKIEJ
BOMBA ATOMOWA JAKO ZWIEŃCZENIE ZABAWY PRZYRODZENIEM A.MACIEREWICZA WZMOCNIONE FALĄ UDERZENIOWĄ
SIKAJĄCA STONOGA JAKO ZWIERZĘ MEDIALNE
KAMIL DĄBROWA WYRZUCONY Z POSADY SZEFA RADIOWEJ „JEDYNKI” ZA ZBYT CZĘSTE EMITOWANIE HYMNU PAŃSTWOWEGO




Tytuły felietonistów za 2015 rok przyznane!
Jak zawsze w styczniu zebrali się trójmiejscy felietoniści, dziennikarze i satyrycy by wspólnie, bez taryfy ulgowej i bezkompromisowo ocenić miniony rok. W tym roku XXII już Biesiada Felietonistów odbywała się w peruwiańskiej restauracji La Marea w Sopocie w nocy z 15 na 16 styczni 2015 roku. Zebrani racząc się pysznościami z krainy Inków i popijając markowe trunki spierali się i głosowali, by po burzliwych obradach przyznać publikowane poniżej tytuły. W obradach uczestniczyli dziennikarze związani z trójmiejskimi mediami: Dziennik Bałtycki, Gazeta Wyborcza, Radio Gdańsk, Telewizja Gdańsk, Pomorska TV, portal www.trojmiasto pl oraz Tygodnik Angora.
Przed obradami na wniosek Dariusza Szrettera (Dziennik Bałtycki) ku pamięci zabitych przez terrorystów francuskich satyryków i karykaturzystów z pisma "Charlie Hebdo" przyznano ponadprogramowy tytuł:


NIEDOWIAREK ROKU
Prorok Mahomet lękający się, że jego autorytet można podważyć za pomocą ołówka (propozycja przyjęta przez aklamację).

Kategorie przyznawane na Wybrzeżu, co roku od 22 lat.

KOBIETA ROKUa
Conchita Wurst – pierwsza kobieta na świecie, która zapomniała zgolić brodę
CZŁOWIEK ROKU
Homo Roku, Robert Biedroń – uwiódł całe miasto i narobił bigosu wszystkim kapuścianym głowom w kraju
WYDARZENIE ROKU
Wygrana z Niemcami na Stadionie Narodowym – lepiej niż pod Grunwaldem, bo bez pomocy Litwinów
BUBEL ROKU
System informatyczny PKW, czyli od komputera do liczydła
PARANOJA ROKU
Premier Ewa Kopacz – matka i metka narodu (w roli słupa reklamowego producentów garsonek, obuwia i biżuterii w świątecznym wydaniu Vivy)
ZWIERZĘ ROKU
Pluskwa ukryta w Sowie – przystawka do wykwintnych dań serwowanych w warszawskich restauracjach
CWANIAK ROKU
Donald Tusk – za aksamitny rozwód z polskim piekiełkiem
IDIOTA ROKU
Profesor Bogdan Chazan – tak się zaperzył w walce z aborcją, że sam został usunięty
ZBOCZENIE ROKU
Od laski do laski – Radek Sikorski robił laskę Amerykanom, a dziś dzierży laskę marszałkowską
NUMER ROKU
80 D – rozmiar biustu modelki z Radomska, Oli Ciupy, która dzielnie szorowała cyckami po tarce podczas show Donatana na Eurowizji
PAW ROKU
PAW-ŁOWICZ, czyli poseł przy korycie
CIOS ROKU
Cios Janusza Korwin-Mikkego wymierzony w twarz Michała Boniego jako przerywnik pomiędzy płodzeniem nieślubnych dzieci
NARZĘDZIE ROKU
Pałka starszej posterunkowej Beaty Jung, która wyeliminowała syndrom niespokojnych nóg posła Wiplera
HAPPENING ROKU
Hofman i przyjaciele lecą do Madrytu, czyli podróż za jeden pijany uśmiech
OFIARA ROKU
Izabel z Brwinowa, której Kaz-anova z Gorzowa złamał serce, a potem dupę
KICZ ROKU
Minuta ciszy w Sejmie po śmierci Hansa Klossa jako plastikowa próba podlizania się wyborcom
MARTYROLOGIA ROKU
Jacek Kurski – w ciągu jednego roku rozstał się z żoną, z Ziobrą oraz z immunitetem
UNIK ROKU
Radna PiS unikająca prawdy o seksualnym pożyciu osiołków w poznańskim Zoo
POWIEDZENIE ROKU
„Nie używałem rąk ani nóg, tylko usta” – polityczne ars amandi posła PO Jacka Protasiewicza
SKANDAL ROKU
Wróżka komisarz Ewy Bieńkowskiej nie przewidziała spadku cen benzyny ani wzrostu kursu franka, w efekcie „sorry, taki mamy klimat”
KATEGORIA DODATKOWE:

WARZYWO ROKU
Kandydatka SLD na urząd Prezydenta RP, czyli Ogórek ma coś z dynią
NIE ZAŁAPALI SIĘ choć byli zgłaszani w różnych kategoriach.
Powiedzenie Roku: Arcybiskup Michalik i jego złota myśl: „(…) dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga”
Kobieta Roku: Joanna Hofman, która pijąc własny alkohol na pokładzie tanich linii lotniczych uwolniła polską politykę od swojego męża
Wydarzenie Roku: Zamieszanie w showbiznesie – wybory Miss World bez prezentacji w bikini
Bubel Roku: Pendolino – za drogi i za wolny
Bubel Roku: Teatr Szekspirowski – wybudowany, aby go oglądać, zamiast oglądać w nim spektakle
Paranoja Roku: Jarosław Kaczyński – oskarża PO o sfałszowanie wyborów, ponieważ PiS otrzymał zbyt dużo głosów
Skandal Roku: Przeniesienie aktywów OFE – z pustego w próżne
Zboczenie Roku: Kinga Dunin jako seksualny Iwaszkiewicz III RP
Martyrologia Roku: Karpowicz – gej zgwałcony przez feministkę
Małgorzata i Tomasz Terlikowscy – w kategorii paranoja roku, a także T.T. w kategorii zwierzę roku, jako jedyny posiadający duszę przedstawiciel naczelnych
Zwierzę Roku: Frog – żaba, która okazała się za szybka dla polskiej drogówki oraz polskiego wymiaru sprawiedliwości
Trener Legii Warszawa za wprowadzenie na boisko zawodnika nieuprawnionego do meczu na 3 minuty przed końcem, co zaowocowało decyzją UEFA o wyeliminowaniu z Ligi Mistrzów
Idiotki Roku: 120 tys. Polek głosujących na Janusza Korwin-Mikkego, który chce im odebrać prawo do głosowania
Ofiara Roku: Redaktor Rafał Ziemkiewicz przyznający się do międzygatunkowych relacji z kaszalotami
Numer Roku: 16 mln przeznaczonych przez rząd RP na Świątynię Opatrzności Bożej
Paw Roku: Dziennik Fakt, który nie mógł się doczekać interwencji Pana Boga i uśmiercił gen. Jaruzelskiego 3 dni wcześniej
Happening Roku: Upadek SKOK Wołomin przez skok na kasę
Numer Roku: Utworzenie specjalnego ośrodka dla Trynkiewicza, gdzie doba kosztuje tyle, co w Hiltonie
Ofiara Roku: : Poseł John Godson wyrzucony z partii Gowina za to, że bronił Tuska, gdyż uznał, że tak zachowałby się Jezus, nie wiedział, że Gowin jest lepiej poinformowany
Unik Roku: Miliony złotych dla WOŚP niezebrane przez polską prawicę
Kicz Roku: Joachim Brudziński jako uliczny zapiewajło naśladujący Joe Cockera
Kicz Roku: Sylwester Latkowski dzielnie broniący laptopa przed funkcjonariuszami ABW
Martyrologia Roku: Spoliczkowanie Agnieszki Szulim przez Dodę w toalecie w Chorzowie zamiast przed kamerami TVN 24
Unik Roku: Paweł Kukiz unikający przyjęcia mandatu radnego, mimo, że wygrał wybory
Unik Roku: Władimir Putin usiłujący przekonać świat, że okupujący Ukrainę to nie jego ludzie, ponieważ takie stroje i akcesoria każdy może kupić w sklepie z militariami
Skandal Roku: Brak nawrócenia Nergala pomimo żarliwych modlitw moherowego kółka różańcowego przed koncertem Behemoth w B90


Opowieść wigilijna z karpiem w tle...
Maria i Józef mieszkali wraz z małym dzieckiem na trzecim piętrze w starej kamienicy. Kamienica była tak stara jak stare mogą być miejskie mury, albo profesor Bartoszewski. Niestety musieli opuścić swoje domostwo, bo nie mieli na czynsz, a władze miasta planowały wyburzyć stare rudery i postawić tam piękny hipermarket.
Na szczęście Józef dostał robotę w sklepie Ikei, w którym pokazywał klientom jak z czegoś, co nigdy nie było drewnem składać drewniane meblościanki. Wkrótce więc mogli wynająć mały, przytulny pokoik w innej dzielnicy. Zbliżały się urodziny małego, które ludzie spowiadający się ze swych grzechów facetom w czarnych sukienkach, nazywali Bożym Narodzeniem. Maria wpakowała Jezusa w wózek, nałożyła stare adidasy i poszła do sklepu zrobić skromne zakupy. Niestety ta biedna kobieta nic nie wiedziała o promocji świątecznego karpia w Lidlu.
Karpie sprzedawano w cenie o 5 złotych mniej niż normalnie. Ta obniżka spowodowała, że ludzie masowo rzucili się by zdobyć tańszą rybę na wigilijny stół. Podczas świąt ludzie zwykle życzą sobie pokoju i miłości, tymczasem przy stoisku, w którym można było zdobyć tanie karpie panowała atmosfera wojny i nienawiści.
Ludzie tratowali się nawzajem i wyzywali od najgorszych. Promocja sklepu spowodowała, że w wielu osobnikach obu płci odezwały się najgorsze instynkty. Zapanowała zachłanność i pazerność na skalę niespotykaną. W ruch poszły pięści i łokcie, a nawet parasolki i ciężkie torebki, które przy szybkim wymachu prawą ręką osiągały przeciążenia do 150 kilogramów. Szarpanina była tak ostra, iż w pewnym momencie tłum przewrócił Marię i wózek, z którego wypadł Jezus. Mały przeturlał się po podłodze i główką uderzył o skrzynkę z napisem "Majonez Babuni".
Jezusek był bystrym i dzielnym chłopczykiem. Owinięty w dziurawy koc nie doznał żadnego urazu. Ku zaskoczeniu Marii nawet nie rozpłakał się tylko powiedział jakby do siebie:
- Ach Niemcy z Lidla i wszyscy inni! Wy już nie musicie wysyłać na Polaków czołgów ani rakiet! Wy dajcie im promocję na swe towary, a oni sami się pozabijają.
Słysząc głos Jezusa ludzie oniemieli. Promocyjne karpie wypadły im z dłoni. I wtem blaszany dach Lidla rozszerzył się jak na filmach rysunkowych. Wszystkim ukazał się niesamowity widok. Oto sam Bóg Ojciec jak stało w pismach apokryficznych, siedząc okrakiem na chmurce palił skręta i odezwał się w te słowa:
Dobrze, że nie widzi tej waszej sklepowej zadymy groźny Władimir Putin syn Lucyfera. A to by dał wam benzynę na jeden dzień za trzy złote na stacjach Lukoil i wykończyli byście się sami dusząc i bijąc zaciekle w kolejkach.
Bóg Ojciec zniknął. Blaszany dach Lidla jak się otworzył tak się zamknął. A Polakom zrobiło sie głupio, bo wiedzieli, że to była prawda.


PROSIMY O NIE ZADAWANIE PYTAŃ

DRAMAT WSPÓŁCZESNY W JEDNYM AKCIE.
Scena pierwsza i ostatnia.
Sala konferencyjna biura prasowego rządu.
Osoby:
Premier Kopacz - kobieta z kosmosu.
Dwaj asystenci - młodzi, ambitni, z wielkich miast
Dziennikarze - młodzi, bez ambicji, ze wsi
Asystent Pierwszy:
Premier polskiego rządu pani Ewa Kopacz wygłosi teraz ważne oświadczenie polityczne.
Dziennikarze:
Podstawiają mikrofony i milczą
Premier Kopacz:
( wchodzi na scenę i staje za pulpitem mównicy)
Przepraszam państwa za mój głos...jest nieco inny niż zwykle, po prostu gardło mam chore. Pewnie ludzie Jarosława mnie czymś zatruli. No jak widzę tego prezesa, to mi w gardle taka klucha staje, okulary zaczynają parować i od razu gotuję się cała, że chętnie to bym mu z kopa....ale nie, nie najważniejsza jest polityka miłości...
A właśnie a propos miłości to... moja wielka polityczna miłość Donald Tusk dziś obejmuje stanowisko prezydenta Unii Europejskiej. Ta fucha jest lepiej płatna niż pensja polskiego premiera. I ja ci bardzo gratuluję Donku, bo w sumie to mam teraz pensję po tobie.
Dziennikarze:
Wiercą się niecierpliwie.
Premier Kopacz:
No cóż...odszedłeś od nas Donaldzie tak nagle, tak niespodziewanie jak Pendolino i teraz sami musimy jak te sieroty kombinować, obiecywać, czarować...ty przecież robiłeś to najlepiej. Nikt tak nie potrafił elokwentnie i ładnie owijać wszystkiego w bawełnę. Nikt tak jak ty nie potrafił mówić elegancko o niczym.
Dziennikarze:
Milczą
Premier Kopacz:
Będą tęsknić za tobą także koledzy z boiska. Nikt już tak pięknie jak ty nie wbije gola do pustej bramki, bo zgodnie z twoją taktyką bramkarza zatrzyma wcześniej ABW. Mirek Nowak nie pochwali się już nowym zegarkiem, Schetyna nie podstawi ci już kolejnej świni, a Sikorski nie zdąży cię zaprosić na ośmiorniczki do Sowy! Żegnaj nam drogi Donaldinio!
Dziennikarze:
Kiwają głowami ze zrozumieniem.
Premier Kopacz:
Żegnam cię wierszem, który mi tu podesłali...pewnie ktoś z działu PR ...nazywa się Jan Kochanowski z Czarnolasu. Czarnolas? Eee...Pewnie wygrało tam PSL. A ten Kochanowski??? To chyba jakiś nasz nowy radny.
Wielkie mi uczyniłeś pustki w rządzie moim
Drogi Donaldzie tym zniknięciem swoim
Pełno nas a jakoby nikogo nie było
Jedną twoją osobą tak wiele ubyło!
Zanosi się szlochem i histerycznie płacze.....aż odpada jej głowa, która toczy się po sali. Premier Kopacz bez głowy jest lekko pochylona. Z szyi wystają zwoje przewodów elektrycznych i diody.
Dziennikarze: Przerażeni. Słychać wrzaski i krzyki. Ktoś z tłumu woła.
Czy jest na sali lekarz?
Asystent Drugi:
Niewzruszony
Prosimy o nie zadawanie pytań.
Kurtyna.
Dostojnie opada.
Koniec


Walka na sierp, młot i kartę kredytową
Z okazji 25- lecia pół wolnych wyborów z 4 czerwca, kiedy to komuna się załamała jak Donatan po Eurowizji, Federacja Walk Zamieszanych (FWZ) zaprasza państwa na niesamowity pojedynek. Można powiedzieć pojedynek 25-lecia!
Walka podobnie jak Janusz Korwin Mikke dla swojej żony, będzie krwawa, bezwzględna i dobrze ustawiona. Sędziowie właśnie kończą przeliczać koperty z łapówkami. I już za chwilę będziemy zaczynać! Co za emocje! Bądźcie państwo z nami! Bo oto...na przeciw siebie stają w ringu niezwykle bojowi zawodnicy. Na ten dzień czekali od lat z niecierpliwością historycy IPN i fani mordobicia w całej Polsce.
Poznajmy zatem bohaterów dzisiejszego spotkania. W narożniku czerwonym, uwielbiająca robić ludziom krzywdę, mistrzyni propagandy i pustych półek, stara zdzira z radzieckiej szkoły boksu, brzydka jak noc, śmierdząca jak kaszanka czyli Polska Ludowa pseudonim sportowy PRL, kontra w narożniku niebieskim wykąpana w banałach i frazesach, kochająca kasę, kicz i kapitalizm, do bólu komercyjna, powierzchowna i hipsterska Wolna Polska zwana w kręgu miłośników walk III RP.
Lekarz psychiatra pukając się w czoło daje znak, słychać gong, ring wolny i oto rozpoczyna się pierwsze starcie. Nie od dziś wiadomo, że obie zawodniczki nie przepadają za sobą, będzie więc ostro jak ostro jak w fabryce żyletek. PRL rusza do boju i atakuje seria ciosów oraz kartkami na mięso, III RP broni się folderami biura podróży Last Minute i Las Vegas , PRL ponawia atak tym razem lewy, prosty z teczkami dawnej bezpieki...cios jest celny, III RP chwieje się i pada na liny. Co za pojedynek! Czyżby to już nokaut? PRL triumfuje!
Ale III RP ogarnia się i dzięki forsie z Unii zaczyna zadawać PRL szybkie ciosy niczym nowe autostrady , PRL krwawi na pysku i wzywa telegramem na pomoc Armię Czerwoną, a III RP w tym czasie dzwoni z komórki do Baracka Obamy....nadlatują boskie F-16 i zrzucają hamburgery z keczupem na terytorium ZSRR....Rosjanie objadają się plastikowym żarciem i dają nam święty spokój.
PRL bez moskiewskich pieniędzy zdycha w narożniku. III RP triumfuje w tym pojedynku i otrzymuje jakże piękny, złoty pas zwycięzcy, za który płacić będą trzy kolejne pokolenia, tych którzy uwierzyli w reklamy kredytów bankowych. Co za pojedynek! Krew sie leje, sala się śmieje! Jest cudownie!
Kończę relację z tej niesamowitej walki, bo zaczyna się uroczysty bankiet sponsorowany przez skup złomu z Małkini pod hasłem "A to właśnie polskie dziwy, Polak zawsze nieszczęśliwy!"


Skiba na poważnie
Mija właśnie 25 rocznica półwolnych wyborów w 1989 po których upadł komunizm i zmieniła się Polska. Krzysztof Skiba dzieli się z fanami swoimi refleksjami na ten temat. Rzadka okazja by poczytać Skibę "na poważnie". Polecamy!!!!!
KRZYSZTOF SKIBA
Dzwonią do mnie dziennikarze i pytają, co ja sądzę o 25 latach wolności w Polsce? Jak oceniam ten czas po przełomowym 1989 roku? Oto moje refleksje.
Wolność jak powietrze
Od 1989 roku mamy w Polsce wolność. A przecież wcale nie musiało tak być. Gdyby zamiast Borysa Jelcyna na Kremlu rządził Władimir Putin, a zamiast zapaści gospodarczej ZSRR, panowała światowa koniunktura na ropę i gaz, to dalej bylibyśmy podległym Rosji państewkiem z cenzurą, więźniami politycznymi, archaiczną gospodarką, pustymi półkami w sklepach, zasiekami na granicach i paszportami na bezpiece.
A jednak mieliśmy szczęście! Sprytnie wykorzystaliśmy martwotę systemu i fakt, że Ronald Reagan wykończył gospodarkę socjalistyczną wyścigiem zbrojeń i w sumie niewielkim kosztem (i prawie bez trupów) udało się nam przy pomocy podziemnej "Solidarności" obalić w Polsce system komunistyczny.
Dziś dla młodych ludzi wolność jest stanem naturalnym. Jest czymś oczywistym, o czym się nawet nie myśli, a skoro się nie myśli, to tej wolności także się nie zauważa. Bo czy człowiek zastanawia się nad powietrzem gdy swobodnie oddycha? Nie. Dopiero gdy tego powietrza zaczyna brakować wpadamy w panikę i zaczynamy walczyć. Tak samo jest z wolnością. Mało kto dziś cieszy się z wolności jaką ma Polska i mało kto jest z niej dumny. Z badań wynika, że jedynie niewielki procent społeczeństwa uważa problem wolności za ważny. Dla mojego pokolenia jest to jednak sprawa podstawowa, bo my pamiętamy, co oznacza brak wolności i pała zomowca.

Moje powody do dumy z nowej Polski
Dumny jestem z tego, że nie ma już wojsk radzieckich w Polsce i że jesteśmy w NATO. Że wojsko ma charakter zawodowy (a nie opiera się na powszechnym poborze, który polegał na przymusie), a żołnierze nie składają przysięgi na wierność sojuszom ze Związkiem Radzieckim. Dumny jestem z faktu, że Polska jest pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej, że poruszając się po Europie nie potrzebujemy już ani wiz, ani paszportów. Dumny jestem z tego, że mimo błędów i wpadek udało nam się wygrzebać z biedy i szarzyzny komuny. Dumny jestem także z wielu miast, które nam wypiękniały, a Gdańsk, Gdynia, Sopot czy Wrocław są tu bardzo dobrym przykładem. Wreszcie są knajpy, puby, restauracje, kluby, dyskoteki do których można chodzić i grać w nich koncerty, wreszcie są porządne hotele w których można mieszkać, ładne sklepy w których można wszystko kupić, baseny i centra SPA w których można się zrelaksować i wypocząć, wreszcie mamy dobre sale koncertowe (Ergo Arena, Gdynia Arena, Atlas Arena, Torwar Warszawa i wiele innych) do których nie jest wstyd zaprosić światowe gwiazdy, mamy też kilka autostrad, na których możemy się do woli zabijać w szybkich samochodach, najpiękniejsze w Europie stadiony na których nasi piłkarze mogą pięknie przegrywać. Mamy setki festiwali filmowych, teatralnych, muzycznych a wiele z nich jest na wysokim poziomie. Mamy po sto i więcej stacji telewizyjnych, które możemy oglądać na coraz większych, kosmicznych wręcz telewizorach. Mamy też sto gatunków piwa i tyle samo gatunków whisky w sklepach, sto gatunków sera i wędlin i mamy Internet oraz komputer w każdym kurniku, a mimo to wielu z nas czuje się bardzo nieszczęśliwie.
Nikt ludziom nie powiedział, że wolność nie daje automatycznie szczęścia. Wolność to tylko powietrze, które pozwala nam żyć, a to co zrobimy ze swoim życiem to już jest nasza sprawa. Te jabłka, które rosły nisko już są zerwane. Teraz trzeba nieco wyżej sięgać. Mocniej się starać, być innowacyjnym, szybszym, sprawniejszym, bardziej pomysłowym. Wielu sobie z tym nie radzi. Wielu z nas posiada wybitne umiejętności do spieprzenia sobie własnego życia. Są też tacy, którzy potrafią tylko narzekać.

Co nam się nie udało?
Spieprzono wiele rzeczy np. prywatyzację, bo nikt się na tym nie znał. Wiele państwowych firm, fabryk, zakładów sprzedano za tanio lub rozkradziono. Ale przede wszystkim nie udało nam się ograniczyć biurokracji. Polska ma wielki przerost urzędników i urzędów. To jest walec, który nadal dusi naszą gospodarkę i rozwój. Za PRL-u mówiło się, że czasy Edwarda Gierka to był mocno biurokratyczny system. Teraz zatrudniamy dwa razy tyle urzędników, co w latach 70 (obecnie aż 443 tys. osób pracuje w administracji). Pod tym względem jesteśmy jednymi z najgorszych w Europie (gorzej jest tylko w Bułgarii i Rumunii). Przerost administracyjny wiąże się automatycznie z hydrą nadmiaru przepisów, licencji, koncesji. Wiele przepisów jest niejasnych i interpretowanych zwykle przeciwko ludziom, bo system biurokracji żywi się ofiarami (np. podatnikami).
Nadmiar biurokracji powoduje, że wiele urzędów i instytucji "obsługujących państwo" działa niezbyt sprawnie. Patologią jest nadmiar służb kontrolujących życie obywateli (policja, straż miejska, policja skarbowa, agencja bezpieczeństwa wewnętrznego, biuro antykorupcyjne, centralne biuro śledcze, agencja wywiadu, kontrwywiad wojskowy i kilkanaście jeszcze innych). Bublem są przerośnięte demokratyczne instytucje takie jak sejm, senat, rady miejskie i sejmiki wojewódzkie, które powinny być zdecydowanie odchudzone pod względem liczebności członków.
Brak sprawnej kadry menadżerskiej w biznesie i samorządach lokalnych. To kolejna bolączka nowej Polski. Ciągle mało jest zdolnych menadżerów, potrafiących dobrze wykorzystywać fundusze europejskie, czy skutecznie zarządzających molochami państwowymi. Ostatnio jeden z tygodników chciał nagrodzić menadżerów firm państwowych i znalazł tylko siedmiu, którzy się nadają. Nie było więc nawet "złotej dziesiątki" na 38 mln obywateli!
Kolejny poważny problem, to niski poziom klasy politycznej (która głównie zajmuje się sama sobą, a nie realnymi problemami społecznymi), a także koteryjność wielu władz lokalnych i bolesny brak szerszego spojrzenia, które pozwala na lekceważące traktowanie np. kultury.
Klęską jest to, że nie potrafiliśmy rozliczyć ciemnych grzeszków PRL-u. Szczególnie bolesny i rażący jest brak osądzenia winnych za grudzień 1970 i zbrodnie stanu wojennego.

Z czego ja osobiście jestem dumny?
W czasie ostatnich 25 lat wraz ze zespołem Big Cyc sprzedałem ponad 2 miliony płyt z naszymi piosenkami, wystąpiłem w ponad 600 programach telewizyjnych, zagrałem ponad 3000 koncertów, nakręciłem 40 teledysków, opublikowałem tysiąc felietonów i trzy książki, ale tak na prawdę jestem dumny z moich synów. Jeden pisze doktorat, a drugi świetnie gra na gitarze. To fajni, twórczy i inteligentni faceci, którzy dorastali już w wolnej Polsce. A po za tym jak każdy mężczyzna zbudowałem dom i posadziłem drzewo.

Czas obrabiarek
W przyrodzie istnieją różnego rodzaju obrabiarki. Są wśród nich maszyny zwane tokarkami, frezarkami, giętarkami, zaginarkami, drążarkami. Wszystkie one służą do obróbki metalu lub kamienia. Hitem naszych czasów są jednak maszyny służące do obróbki komuś tyłka (np. portal Pudelek, Kozaczek i inne). Urządzeniem najnowszej generacji tego typu jest napędzana własnym ego maszyna Turbo Palikot model 2011.
Maszyna ta potrafi obrobić tyłek wszystkim wokół w tempie trzy książki, cztery konferencje prasowe, pięć donosów i sześć oświadczeń na minutę. Turbo Palikot stosuje najnowsze techniki obrabiania na podstawie światowych technologii chemicznych (markowa whisky) i sprawdzonych metod PR. Popularność tego urządzenia wśród wyborców rośnie w zastraszającym tempie jeden procent poparcia na jeden milion wydanej kasy. Turbo Palikot 2011 jest zdaniem fachowców z branży maszynowej, szczytowym osiągnięciem w dziedzinie obrabiarek tyłkowych. Na rynku obrabiarek jest absolutnym mistrzem. Nikt nie obrobi ci tyłka lepiej, ani Mariola z agencji towarzyskiej „Mokra i niebezpieczna”, ani Ziuta z klubu „Pieścidełko”, ani pani Genowefa z magla, ani nawet poszukiwacz ukrytych przedmiotów czyli pan Zenon z lotnej brygady celnej.
Ulubionym zajęciem wielu naszych światłych obywateli jest obrabianie tyłka innym. Nie ma nic przyjemniejszego niż obgadać kolegę za jego plecami. Jeszcze nie tak dawno była to czynność lekko wstydliwa. Obgadywanie dokonywało się w gronie bliskich sobie osób i niejako w ukryciu. Dziś obgadywanie osób znanych przez ich dawnych kolegów, stało się rodzajem oczyszczającej misji społecznej. Po raz pierwszy w historii dowiedzieliśmy się, nawet, że obrabianie komuś tyłka, to bezkompromisowa walka o przyzwoite standardy w polityce.
„Kulisy Platformy” bestseller wyborczy, książka w której były poseł i sprzedawca alkoholu Janusz Palikot opisuje bezeceństwa, krętactwa, głupotę i cynizm swoich niedawnych przyjaciół z rządu i parlamentu, jest topowym produktem przemysłu świata obrabiarek. Jedynym efektem tej książki w której Prorok z Biłgoraja sprzedaje w plasterkach dawnych kumpli będzie sytuacja, w której dawny lider lubelskiej Platformy będzie mógł pić wino co najwyżej z służącą własnego chomika. Książkę Palikota czyta się świetnie gdyż pełna jest epitetów, złośliwości i świństw, a przecież to współczesny czytelnik kocha najbardziej.
W epokach, które dawno minęły uprawiano formę zwaną Alfabetem. Osoba słynna, wyrobiona towarzysko, nienagannie władająca piórem opisywała sylwetki innych znanych osób z którymi zetknęła się podczas życiowej wędrówki. Ciekawe Alfabety napisali m.in. Antoni Słonimski (mistrz gatunku) Kazimierz Kutz czy Marek Nowakowski. Próbował tej formy Jan Rokita, ale bez powodzenia. Głośny był „Alfabet” Jerzego Urbana pisany z pozycji przegranego i odsuniętego na margines polityka, któremu jest już wszystko jedno i może sobie po latach pozwolić na luksus „prawdy”.
Jaką prawdę ujawnia poseł Janusz w „Kulisach Platformy”? Wszyscy politycy partii rządzącej piją jak muzycy rockowi, oszukują jak sprzedawcy samochodów, kiwają się nawzajem jak bazarowi cwaniacy, a poza tym tęsknią do posad i są bezideowi. Mam wrażenie, że Janusz Palikot opisując swoich kolegów dał nieświadomie także portret samego siebie.
Jak każdy liryczny anarchista i ja zastanawiałem się czy z przekory nie zagłosować na Palikota. Takiej zadymy jak ten miłośnik marihuany i eleganckich butów już dawno nikt nad Wisłą nie zrobił. Niestety partia Palikota to druga Samoobrona tylko w wersji New Wave and Modern Look czyli polakierowany buntem wózek do władzy napędzany wkurzeniem młodego pokolenia. W partii Leppera nawozem rewolucyjnym byli duszeni przez kredyty rolnicy, a u Palikota paliwem jednoczącym jest typowy dla młodego wieku bunt przeciwko autorytetom i starej, zgrzybiałej klasie politycznej. Niestety jasnym jest, że dostanie się tych cudaków i popaprańców z listy Janusza do sejmu byłoby tyleż zabawne, co dramatyczne i szkodliwe dla kraju.
A swoją drogą to czekamy teraz na „Alfabet Joanny Kluzik Rostkowskiej” pod tytułem „Zza drzwiami prezesa czyli cała prawda o piciu maślanki w PiS”.


Upadek irokeza
W kulturze znane jest pojecie wędrówki symboli. Symbole, znaki, godła same jednak nie wędrują, są przechwytywane lub wchłaniane przez konkurencyjne szczepy, nacje czy grupy. Najsłynniejszym przykładem takiego przejmowania jest swastyka. Symbol powszechnie uznawany za germański i kojarzony głównie z nazizmem i Adolfem Hitlerem znany jest w wielu kulturach od tysięcy lat. Znak przechwycony przez partię wariata z wąsem, w Indiach oznaczał szczęście, w Chinach słońce, w innych kulturach swastyka znana była jako symbol nocy lub ognia. Swastyki znajdziemy w kulturze greckiej, włoskiej, skandynawskiej, a nawet w Japonii. Znaki takie pojawiają się w starożytnej Troi, Mykenach, w kulturze Babilonii, u Hetytów, odkryto swastyki na palestyńskich synagogach sprzed dwóch tysięcy lat. Symbol ten występował także u Słowian.
Niestety wraz z mało przyjaznym ludziom i środowisku faszyzmem swastyka nie jest już w Europie synonimem szczęścia, ognia czy nocy tylko zagłady, śmierci i pogardy dla ludzkich wartości. Dziś siły polityczne nie akcentują tak bardzo swych znaków partyjnych. Mało kto wie jaki symbol ma partia Baracka Obamy w USA, czy Davida Camerona w Wielkiej Brytanii. Także u nas znaki partyjne nie odgrywają jakiejś znaczącej roli. Mają charakter nie inwazyjny i przyjazny stąd te wszystkie rolnicze koniczynki, uśmiechnięte platformerskie buźki w kształcie Polski, czy biedny orzełek przygnieciony literkami PiS. Te drobnomieszczańskie formacje zwane „starymi partiami” wierzą (pewnie słusznie) że najlepszym ich logo jest twarz lidera.
Wyraźnego oznakowania nadal potrzebują ruchy radykalne i marginalne. Od Ku Klux Klanu po piewców Stalina, od anarchistów po ONR, od bolszewików po Młodzież Wszechpolską. Stąd te wszystkie sierpy i młoty, anarchie w kółeczku czy mieczyki chrobrego niesione na sztandarach jak zabawki z Disneylandu.
Także popkultura niesie ze sobą wiele znaków i symboli, które z czasem ulegają rozwodnieniu czy przechwyceniu. Słynny symbol z rogami szatana (dwa palce środkowe zgięte do dołu) rozpropagowany przez Ronnie James Dio to symbol, który zauważył u swojej mocno religijnej babci, która takim znakiem odpędzała diabła. Rzecz jest o tyle zabawna, że coś co dla głęboko wierzącej babci Dio, a pewnie i dla niego samego, było znakiem walki z diabłem stało się po latach pokazywania na scenie symbolem muzyki metalowej, a nawet samego satanizmu.
Na naszych oczach kompletnej dewaluacji uległ punkowy irokez. W latach osiemdziesiątych symbol indywidualności i przynależności do szczepu punków stał się dziś „modną” fryzurą noszoną przez absolutnych normalsów. Postawić sobie na cukier irokeza znaczyło w PRL tyle co mieć problemy. Za taką fryzurkę wywalono ze szkoły lub lano pałą milicyjną na ulicy. Dziś spłaszczone irokezy stały się tak powszechne, że aż śmieszne i obciachowe. W irokezach postawionych na żel łażą piłkarze, artyści disco polo, gogusiowaci prezenterzy telewizyjni, a nawet rzecznik prasowy policji.
Przez moment nie wierzyłem własnym oczom, gdy zobaczyłem w telewizji policjanta z irokezem. Kolejny symbol buntu, który miał znaczenie dla mojego pokolenia został wchłonięty przez pop kulturę i sprzedany jak stare portki poganiaczy krów zwane dżinsami. Współczesne fryzjerstwo i moda dobiły ostatni przyczółek punk rocka. Tylko czekać kiedy minister Mucha zacznie chodzić w glanach.


Pieluchy Ziobry
W całkiem poważnym celu zebrało się, nie do końca poważne grono, aby jak co roku, podczas Biesiady Felietonistów podsumować najbardziej dramatyczne, śmieszne i idiotyczne wydarzenia minionych dwunastu miesięcy. Tym razem gościł nas sopocki lokal Zatoka Sztuki z ładnym widokiem na plażę i przyszłość. Racząc się wyśmienitym jadłem i trunkami (piwo Amber) trójmiejscy rycerze pióra przyznali swe złośliwe tytuły.
Kobietą Roku wybrano prawie jednogłośnie posłankę z Ruchu Palikota Annę Grodzką jako „najmłodszą kobietę w Sejmie RP – podczas wyborów była kobietą dopiero 1,5 roku”. Szanse na tytuł Człowieka Roku miał kapitan Wrona za „lądowanie bez kół i bez pudła”, ale po krótkich sporach postanowiono ten tytuł przyznać słynnemu mieszkańcowi pustynnych namiotów Muammar al-Kaddafiemu – za to, że w przyszłym roku nie będzie mógł już kandydować. Emocji nie brakowało podczas wyboru Wydarzenia Roku. Za takie uznano „śmierć Hanki Mostowiak w zderzeniu z kartonami”. W kategorii Bubel Roku wygrała propozycja będąca rzadkim w Polsce połączeniem świata polityki i show biznesu. Tytuł Bubla Roku otrzymało „PJN jako partia, która zablokowała karierę ojca Dody, nie przekraczając progu wyborczego”.
Wesoło się zrobiło podczas wyborów Paranoi Roku. Tutaj poważnym kandydatem była „trasa wycieczkowa Last Minute Joanny Kluzik Rostkowskiej od PiS-u, przez PJN do Platformy All Inclusive”. Jej kandydaturę przebiły jednak „smoleńskie wizje Antoniego Macierewicza nawiedzanego we śnie przez Tatianę Anodinę”. Sporo zabawy było podczas wyborów Zwierzęcia Roku. Tu po raz kolejny pojawiał się kapitan Wrona oraz nowość na obradach „znikający orzełek z koszulek polskich reprezentantów”. Zwyciężył jednak „Kot Alik, który po 12 latach współpracy odszedł od Jarosława Kaczyńskiego, ale nie do innej partii, tylko na zawsze”.
Cwaniakiem Roku wybrano prominentnego działacza PZPN Zdzisława Kręcinę który usiłując podróżować samolotem „wpadł w turbulencje już na lotnisku”. Prawdziwe emocje pojawiły się podczas wyborów Idioty Roku. Szansę na ten tytuł miał „syn Wandy Nowickiej pochwalający mord polskich oficerów w Katyniu gdyż jak twierdzi byli darmozjadami”. W ogniu polemik i sporów zaszczytny tytuł Idioty Roku przyznano „Paprykarzowi, który oczekuje od polityków odpowiedzi na pytanie „jak żyć?”. Zboczenie Roku wybrano przez aklamację. Propozycja zgłoszona przez Maćka Kraszewskiego podbiła serca zebranych. Tytuł Zboczenia Roku wygrał „PiS buszujący w Kempie ze Staruchem”.
Podczas obrad nad Pawiem Roku zdecydowano się poruszyć sprawy międzynarodowe. „Niemiecki paw po greckiej sałatce” zebrał największą ilość głosów. Do Ciosu Roku zgłoszono bardzo wiele kandydatur, ale w tej dyscyplinie najlepszym ciosem okazał się cios literatury wspomnieniowej. Tytuł Ciosu Roku zdobyła Danuta Wałęsa, która po 45 latach małżeństwa i urodzeniu ośmiu dzieci doszła do wniosku, że to nie było to…O tytuł Narzędzia Roku walczyły m.in. pały niemieckich antyfaszystów zgubione w lokalu na Nowym Świecie, ale zebrani na moment mieli chyba już dość polityki i ten tytuł przyznali „Adamowi Nergalowi Darskiemu, który stał się „narzędziem szatana w telewizji publicznej”.
Jak zawsze tłok zrobił się przy wyborach Ofiary Roku. Zgłoszono pod głosowanie blisko dwadzieścia kandydatur. W ostrym starciu z konkurentami po trzecim głosowaniu wygrał w tym morderczym wyścigu „Boniecki jako jedyna niepedofilska ofiara księży”. Zgoda panowała za to przy wyborze Kiczu Roku. Tu wszyscy głosowali na „ślub księcia Williama i Kate Middleton, którzy przysięgali, że nie opuszczą się nawet w biedzie”. Unikiem Roku wybrano orzełka, który dzięki PZPN unikał kontaktu z koszulkami polskich reprezentantów.
Finisz Biesiady był ostry, bo przy okazji wyboru Powiedzenia Roku wygrała barwna wypowiedź znanego mecenasa skandalisty. Mecenas Dubieniecki (do dziennikarza w rozmowie telefonicznej): „Jakby pan do mnie przyszedł do kancelarii i poprosił o komentarz, to dostałby pan w dziób (…) niech się pan ode mnie odpierdoli (…)” uznano tę wypowiedź za wyraz nowego standardu świadczenia usług prawniczych przez kancelarię mecenasa. Za Skandal Roku uznano zbiorowo fakt, że Zbigniew Ziobro porzucił Jarosława Kaczyńskiego dla pieluch Patrycji Koteckiej. W poczuciu dobrze spełnionej misji wybrzeżowi felietoniści ze śpiewem na ustach oraz na czworaka udali się do domów, a XIX już Biesiada przeszła do historii.


Włodek poszedł na wojnę
Niektórzy z Was być może pamiętają wstrząsający, amerykański film Daltona Trumbo „Johnny poszedł na wojnę” z 1971roku. To historia przystojnego chłopaka, który wychowywany przez ojca w poczuciu patriotycznego obowiązku zgłasza się na ochotnika do wojska. Zostawia swoją dziewczynę i rusza na wojnę. Pech chce, że na wojnie (chodzi o I wojnę światową) bomba urywa mu nogi i ręce. Johnny ratuje życie, ale na skutek wybuchu traci nie tylko kończyny, ale także część twarzy. Nie widzi i nie słyszy, nie ma węchu. Wszyscy traktują go jak kawałek żywego mięsa. Są przekonani, że jest „warzywem”. Tymczasem mózg Johnnego działa sprawnie. Johnny rozumie, co się wokół niego dzieje i to właśnie jest przerażające.
W jednym ze swoich snów Johnny śni, że powinien być obwożony w klatce jako ciekawostka na jarmarkach i festynach ku uciesze gawiedzi. Johnny żołnierz, Johnny bohater wojenny, Johnny ludzki wrak. Nie było w kinematografii światowej filmu bardziej antywojennego i anty wojskowego. To kpina z tych wszystkich patriotycznych bzdur i propagandowych sloganów, które młodym ludziom wojnę przedstawiają jako atrakcyjną podróż pełną męskich przygód, a wojsko jako szansę na zdobycie ciekawego zawodu, doświadczeń i przyjaciół.
Włodzimierz N. znaleziony w szałasie górskim niedaleko Doliny Olczyskiej, też poszedł sobie na wojnę. Na taśmach sprzed dziesięciu lat, które ujawniła telewizja, widzimy przystojnego uśmiechniętego oficera w polowym mundurze, który z entuzjazmem wypowiada się o polskiej misji w Iraku. Włodzimierz N. miał więcej szczęścia niż Johnny. Ma tylko odmrożone stopy i zepsutą głowę. Nic nie pamięta, mówi monosylabami, jest przestraszony. Jak to się stało, że inteligentny oficer ze znajomością angielskiego i arabskiego, który sprawdził się na misjach w Libanie i Iraku, zostaje po kilku latach wrakiem człowieka, a armia skreśla go z ewidencji jak zepsuty karabin? Okazuje się, że armia to nie jest ciekawy zawód, wojsko to nie są żadni fajni kumple, a misje w Iraku czy Afganistanie to niepotrzebne przelewanie polskiej krwi i taśmowa fabryka kalek psychicznych.
Gdy w 1983 roku w samym środku stanu wojennego wraz z garstką kumpli Jasiem Waluszko, Wojtkiem Jankowskim, Zbigniewem Styblem ,Krzyśkiem Galińskim, Wojtkiem Mazurem i kilkoma jeszcze innymi zaczęliśmy jako młodzi anarchiści głosić w podziemiu herezje o tym, że wojsko jest wykorzystywane do walki politycznej ze społeczeństwem i że należy znieść przymus powszechnego poboru, wielu uznało nas za wariatów, a nawet za prowokatorów. Wychowani na tradycjach powstań Polacy, zawsze mieli wielki szacunek do wojska mimo, że to czołgi wojskowe, a nie ZOMO rozwalały 13 grudnia bramy stoczni Gdańskiej i mimo, że to wojsko strzelało w Gdyni w grudniu 1970 do robotników.
Po latach nasze stare postulaty z czasów RSA i WiP okazały się jak najbardziej realne. Najpierw wprowadzono możliwość odpracowania wojska dla tych, którzy nie czują się na siłach uczyć zabijania, potem zniesiono przymus służby wojskowej. Teraz wojsko mamy zawodowe i zapisują się tam tylko entuzjaści militariów. Wielu z nich widzi w wojsku po prostu szansę na lepsze zarobki i „dobrą” pracę. Jak szybko ci chłopcy zamieniają się w psychiczne wraki widzimy na smutnym przykładzie Włodzimierza N. znalezionego w górach polskiego oficera, którego po kilku latach służby skreślono z armii, a rodzina skreśliła go z życia, bo po powrocie z wojenki był jakiś „inny”.
Wszyscy teraz bardzo przejmują się losem „człowieka z gór”, bo to przypadek przerażająco smutny i przez to niemalże filmowy. A gdzie są prawdziwi winowajcy, którzy posłali polskich żołnierzy na te absurdalne wojny z których Polska ma tylko kilkadziesiąt trupów i kilkaset kalek? Facetami, którzy wysłali ich na wojnę są Aleksander Kwaśniewski i Leszek Miller. Pewnie w poczuciu wstydu niebawem odwiedzą Włodzimierza N. w szpitalu. Powinni kupić mu w ramach terapii jakiegoś misia pluszaka lub zaprosić na Wielkanoc do siebie do domu na wspólne malowanie pisanek.


Jak zginie Rysiu z Klanu?
Aktor Piotr Cyrwus wcielający się od piętnastu lat w role Ryska Lubicza poczciwego ojca rodziny, taksówkarza w serialu Klan pozazdrościł Hance Mostkowiak wolności i podobnie jak ona chce odejść z telewizyjnego tasiemca. Cyrwus to świetny aktor, o czym miałem się okazje przekonać, gdy wiele lat temu razem z Big Cycem uczestniczyliśmy w teatralnym przedsięwzięciu ku chwale Wiesława Dymnego.
Był to spektakl-widowisko pt. „Siedem jest bestii moich – cyrk metafizyczny Wiesława Dymnego” oparty na tekstach legendy Piwnicy pod Baranami realizowany w studiu TVP w Krakowie. Big Cyc prezentował kilka piosenek do tekstów Dymnego, w rockowych aranżacjach, a Cyrwus grał w zastępstwie aktora, który zachorował i swoją (niemałą) rolę opanował w trzy dni. To było prawdziwe mistrzostwo! Cała Polska zna go jednak jako serialowego Rysia z Klanu. Gdyby Cyrwus pociągnął jeszcze kilka lat jako serialowy Rysiu, to prawdopodobnie do końca życia byłby już skazany na tę jedną rolę. Planowana ucieczka od „gęby” Rysia to dla aktora ostatni dzwonek, by ratować swoją własną osobowość twórczą i okazja do sprawdzenia się w innych rolach!
Czy jednak taka ucieczka od postaci serialowej jest dla aktora w ogóle możliwa? Stanisław Mikulski do dzisiaj jest kapitanem Hansem Klossem, a Emil Karewicz Brunnerem. Andrzej Kopiczyński czyli słynny inżynier Karwowski z serialu „Czterdziestolatek”, gdy w sztukach Szekspira wychodził w teatrze na scenę jako Ryszard III, z widowni szeptano w podnieceniu „O! Patrzcie! Inżynier Karwowski”. Jedyna znana w Polsce ucieczka od maski serialowej udała się Januszowi Gajosowi. Przez wiele lat dla milionów widzów był tylko Jankiem z „Czterech pancernych”. Dziś po wielu świetnych rolach Gajos już dawno Jankiem nie jest. Bywają ucieczki zakończone powrotami jak np. ucieczka Bartosza Żukowskiego, który odtwarzał Waldusia Kiepskiego w serialu „Świat według Kiepskich” i który po siedmioletniej letniej przerwie powrócił do serialu.
Walduś z „Kiepskich” pojechał niby do USA i mógł wrócić. Rysiu z Klanu raczej już nie wróci, bo ma w lutym zginąć. Hanka Moskowiak z serialu „M jak Miłość” zginęła w wypadku samochodowym. Wpadła samochodem w stertę pustych kartonów. Cała Polska płakała. Nie po kartonach tylko po Hance. Jak zginie Rysiu? Z przecieków wiadomo, że napadną go jakieś łobuzy i pobiją. Rysiu straci przytomność i już jej nie odzyska. Czy tak banalnie ma zakończyć swój żywot największy poczciwiec w historii polskiej telewizji? Pomóżmy scenarzystom serialu. Oto moje pomysły na serialową śmierć Rysia:
Rysiu w koszulce Widzewa znajdzie się na warszawskiej Pradze. Zginie z uśmiechem na ustach, gdy zapyta o drogę grupę zakapturzonych obywateli popijających wino „Szesnastka”.
Rysiu dostaje zawału serca po zatankowaniu pełnego baku swojej taksówki. Na widok sumy, którą ma zapłacić Rysiu chwyta się za portfel, a potem za serce. Taksówkarz Lubicz jako kolejna ofiara liberalnych rządów Donalda Tuska.
Rysiu przy pomocy mikroskopu odkrywa prawdę o tragedii w Smoleńsku. Jedzie taksówką do siedziby PiS ujawnić swoją bezcenną wiedzę. Po drodze jego auto zostaje staranowane przez olbrzymią ciężarówkę na białoruskich numerach. Rysiu umiera. Kierowca ciężarówki ucieka i dostaje medal od KGB.
Rysiu zjada na kolację żywność modyfikowaną genetycznie (GMO) po czym wyrasta mu żarówka na czole i zaczyna pulsować w rytmie przebojów Dody. Rysiu głupieje od takiej dyskoteki i w rozpaczy wyskakuje przez okno bez spadochronu, ale za to w kalesonach.
Rysiu podobny jest do księgowego kalabryjskiej mafii Mario Kleppano, który buchnął mafijną kasę i ukrył się w okolicach Sieradza jako trener aerobiku dla dorastających niemowląt. Cyngle Comorry widza Rysia w telewizji. Udają się na plan serialu i strzelają do Piotra Cyrwusa, gdy ten ucharakteryzowany na Rysia przymierza jego głupawy sweterek.
Rysiu bierze kąpiel w wannie i gwiżdże sobie słodki przebój Piotra Rubika. Włączona do prądu suszarka słysząc piosenkę z rozpaczy wpada do wanny. Rysiu kopnięty prądem drga niczym przejęty głos Antka Macierewicza odciętego od Internetu na konferencji prasowej.
Hakerki z lesbijskiej grupy Underground Sisters blokują telepatycznie hamulce w hulajnodze Rysia skutkiem czego, Rysiu wjeżdża do Biedronki z szybkością 150 km na godzinę. Głową rozbija stoisko z pysznymi jogurtami. Zabijają go żywe kultury bakterii.
Rysiu zapisuje się do Ruchu Palikota, po czym już na pierwszym zebraniu zostaje upalony marihuaną i uwiedziony zmysłowo przez Roberta Biedronia. Jego kompromitujące zdjęcia ukazują się na Pudelku i w Fakcie. Grażynka zabija Rysia przy pomocy kompletu nowoczesnych garnków firmy Zepter.
Rysiu po obejrzeniu odcinka serialu Klan w Telewizji Polskiej wiesza się z rozpaczy na pasku od spodni. Zamiast listu pożegnalnego zostawia Grażynce telefon do detektywa Rutkowskiego.


Wizje starej kanarzycy
Mijał przedostatni dzień roku, który jak zwykle w tej części świata zawierał w swej masie powietrznej wiele sprzeczności dialektycznych. Słońce gdzieś tam daleko obmacywało Australię, a u nas zimowy mrok grudniowej nocy otulał chińskie petardy sylwestrowe zbiorowo wystrzeliwane przez młodzież w ramach planowego falstartu. Od czasu do czasu świeciły też zęby agenta Tomka z CBA i zepsute latarki policjantów. Śnieg sypał się jak rządowa propaganda lub dziewczyny na telefon. Bezrobotne stoczniowe dźwigi wyły niczym torturowani talibowie w Iraku po wysłuchaniu po raz sto dziesiąty piosenek Brintey Spears.
Oblodzony nocny autobus linii 108 wjechał w zakręt na ulicy Jana z Kolna na wysokości Stoczni Gdańskiej. Kontrolerka biletów Jadwiga Bagno wypadła z autobusu niesiona w przestrzeń miejską nadzieją na lepszą przyszłość oraz butelką palikotówki zarekwirowanej pasażerowi bez ważnego biletu. Jej kroki były śmiałe niczym decyzje premiera, a uśmiech tak szeroki jak perspektywy rozwoju łapownictwa. Niestety marsz dzielnej Jadwigi Bagno ku przyszłości został zahamowany przez słynną stoczniową bramę nr 2, która zwykle nie przeszkadzała Jadwidze dotrzeć do bloku przy ulicy Doki. Niespodziewane uderzenie w czoło było tak silne, że stara kontrolerka na moment ujrzała wszystkie szpiegowskie sputniki amerykańskie i jeden rosyjski.
Na skutek zderzenia z zimnym, zardzewiałym metalem Jadwiga doznała trwałej blizny na czole w postaci przypominającej Małgorzatę Foremniak oraz proroczych iluminacji. Po powrocie do domu swe wizje spisała na papierze toaletowym i ulotkach reklamowych pobliskiej pizzerii. Notatki kontrolerki dotarły do redakcji tygodnika Wprost i zostały poddane wnikliwej analizie. Według badających je ortopedów zawierają one bezcenne przepowiednie noworoczne. W celu zbadania czy aby na pewno mamy do czynienia z oryginalnym tekstem źródłowym redakcja poddała notatki Jadwigi Bagno uciążliwym testom ciążowym. Wszystkie te próby potwierdziły obecność wirusa głupoty w badanym materiale, a tym samym (zgodnie z polską tradycją) dobitnie umocowały absolutną wiarygodność posiadanych zapisków.
Oto wizje na nowy 2010 rok zapisane przez kontrolerkę autobusu linii 108 Jadwigę Bagno posiadaczkę państwowego certyfikatu nietrzeźwości. W nowym roku należy spodziewać się:
- powrotu Andrzeja Leppera na główna scenę polityczną, który zorganizuje szereg akcji w celu obrony solariów pod hasłem „Solaris 2”
- literackiego Nobla dla prezydenta Baracka Obamy za cykl esemesów wysłanych do własnego kota
- nowej polsko niemieckiej komedii opartej na awanturze Jana Marii Rokity w samolocie Lufthasy pt „Halt! Cylinder”. W roli kapeluszy wystąpią sprasowani bracia Mroczek.
- udziału byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza i jego nowej żony Isabel w kolejnej edycji „Tańca z gwiazdami”
- zdecydowanej wygranej Jerzego Szmajdzińskiego kandydata lewicy na prezydenta w bardzo zamkniętym okręgu wyborczym stacji polarnej na Antarktydzie
- zbiorowych wyjazdów polskich turystów do Czech gdyż zalegalizowano tam posiadanie narkotyków (m.in. legalne będzie posiadanie 15 gram marihuany i jednego grama kokainy)
- kolejnych rozwodów Edyty Górniak, która rozstanie się już nie tylko ze swoimi partnerami, ale także z ulubioną lokówką do włosów, szczoteczką do zębów i puzderkiem (o czym szeroko rozpisywać się będzie prasa)
- wielkiej kariery filmowej posłanki Joanny Senyszyn, którą ktoś pomyli z pojemnikiem na stare baterie i dzięki temu zagra tytułową rolę w mongolskiej adaptacji kultowego filmu „Godzilla”
- powrotu Tomasza Kammela do telewizji, który poprowadzi program Puls Biznesu
- udziału wszystkich osiemdziesięciu sześciu kochanek Tigera Woodsa w nowej wersji serialu „Gotowe na wszystko”
- arcyciekawej walki Mariusza Pudzianowskiego o złoty pas telewizji Animal Planet ze słoniem z warszawskiego ogrodu zoologicznego


Misiu bez rączki
Przybywa w Polsce osób aresztowanych. Każdego dnia funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymują osoby znane z telewizji lub z list przebojów. Ilość zatrzymanych muzyków, tancerek, reżyserów czy polityków rośnie szybciej niż nasze zadłużenie. Lista podejrzanych jest dłuższa niż lista dialogowa serialu „Moda na sukces” emitowanego od ponad dwudziestu lat.
Taka sytuacja jest szokiem dla społeczeństwa, które nie jest przyzwyczajone do oglądania znanych ludzi za kratkami. Do tej pory znani ludzie byli widywani w telewizji. Teraz niektórych z nich można zobaczyć także w więzieniu podczas tzw. „widzeń”. Słowa takie jak przestępca czy kryminalista były zarezerwowane dla osób znanych tylko policji. Nagle okazuje się, że obdarza się nimi także osoby znane z parlamentu czy teatru.
Jeszcze większy szok niż społeczeństwo przeżywają sami zatrzymani. Jako osoby nie przywykłe do noszenia kajdanek czy do przebywania w ciasnej celi niezwykle ciężko znoszą szczególnie pierwsze dni zaraz po zatrzymaniu. Jak twierdzą starzy kryminaliści do wszystkiego także do przebywania w odosobnieniu można się przyzwyczaić. Podobno najtrudniejszych jest pierwszych dziesięć lat. Później jakoś to leci.
Pierwsze dni po zatrzymaniu to także ważny moment psychologiczny z punktu widzenia osób, które prowadzą śledztwo. Policja i CBA wiedzą, że osobie zatrzymanej, w jednej chwili wali się cały świat na głowę. To dobra okazja do wyciągnięcia potrzebnych informacji. Osoby zatrzymane wpadają w stres, umiejętnie doprowadzone przez funkcjonariuszy do rozpaczy często w zeznaniach pogrążają same siebie. Są tacy, którzy dali komuś łapówkę lub w mordę na weselu, ale w szoku podaja się za Osamę Bin Ladena i przyznają do wszystkich jego zamachów.
Dla normalnego obywatela, który mieszka w ciasnej klitce w bloku pobyt w wiezieniu nie jest tak wielkim przeżyciem. Wymiary celi odpowiadają mniej więcej przeciętnym warunkom domowym, a kuchnia więzienna w odróżnieniu od odsmażanego jedzenia w domu, czy szybkiego zapychania fast foodami na mieście, jest regularna i na pewno nie przesolona. Dla osób ze świata polityki i show biznesu jedzenie pierwszy raz w życiu pasztetowej może być jednak wstrząsem gastronomicznym. Metalowe miski i kubki więzienne nie przypominają eleganckiej porcelany Rosenthala. Przaśnej kartoflance daleko do delikatnie łechtających podniebienie szyjek rakowych czy tygrysich krewetek. Kawa zbożowa pita z recydywistami na pryczy nie pachnie tak jak cappuccino we włoskiej kawiarence. Ciasnej celi daleko do willi z basenem. Długie ponure korytarze, szczęk krat i zamków, szare drzwi bez klamki w celi, pogłębiają atmosferę przygnębienia i załamanie.
Postuluję więc wzorem rozwiązań znanych już w służbie zdrowia załagodzić aresztowanym pierwsze dni w więziennym świecie. Dzieciom , które uległy wypadkom i leżą w szpitalach wręcza się pluszowe misie. Miś taki stanowi rodzaj miłej przytulanki, która pozwala dziecku zapomnieć o tym co się wydarzyło. Także celebryci i politycy tuż po aresztowaniu powinni mieć prawo do pluszowego tygryska czy niedźwiadka.
Przytulanki dla nowo zatrzymanych powinny być specjalnie dobierane w zależności od przestępstwa, o które dana osoba jest oskarżona. Wszystkim zatrzymanym za łapownictwo można by wręczać pluszowe koperty. Lubieżnym reżyserom laleczki Barbie w samych stringach. Politykom lobbującym na rzecz biznesu hazardowego misie bez jednej rączki. Te osoby, które wpadły przez podsłuchy mogłyby dostać niedźwiadka z telefonem komórkowym. Zbigniew Chlebowski nie jest jeszcze aresztowany, ale pluszowego jelenia powinien otrzymać od kolegów już dziś.


Potrzeba hita

Co to jest hit? To piosenka, którą wszyscy znają bez względu na wiek i upodobania muzyczne. To melodia od której nie możesz się uwolnić nawet jak jesteś głuchy i mieszkasz w szałasie bez radia i telewizji głęboko ukryty przed światem w Bieszczadach. Hit to współczesna pieśń masowa, którą karmią się tłumy konsumentów, dla których bogiem jest serial w telewizji i promocja w hipermarkecie.
Już dawno, dawno temu odkryto, ze naród, który posiada piosenkę jest szczęśliwszy. Stąd pomysł na hymny narodowe. Przez stulecia narody wyżynały się z pieśnią na ustach. Śpiewając podczas bitwy wzmacnia się ducha bojowego i zdaniem psychologów można umrzeć w bardziej przyjemny sposób. Niewiele wiemy o hitach starożytnych Gerków, Etrusków czy Kreteńczyków. Nie mamy pojęcia co śpiewali niewolnicy budujący piramidy, ale że śpiewali to pewne. Ze śpiewem na ustach nie tylko lepiej się bije i gnie, ale także pracuje. Ze śpiewem na ustach wiosłowali galernicy na hiszpańskich okrętach i ze śpiewem na ustach zbierano bawełnę na południu Ameryki w czasach Abrahama Lincolna.
Pozytywną stronę hitów odkryła też władza radziecka i bratnie partie w blokach demokracji ludowej. Bez pieśni nie mógł obejść się żaden zjazd, masówka, wiec czy pochód. Każda akcja władzy czy to wykopki, czy to zbieranie stonki, czy wreszcie realizacja kolejnej pięciolatki musiała być wspomagana ideologiczną pieśnią. Komuniści wielką rolę przypisywali piosence jako skutecznemu narzędziu propagandy. Piosenka socjalistyczna pomagała budować domy, łapać szpiegów i zwyciężać na polu walki o lepsze jutro. Uznano, że ogłupianie społeczeństwa przy pomocy piosenki jest tanie i wydajne. Po latach walka z komuną toczyła się, więc także na polu muzycznym. Pieśń „Boże coś Polskę” i pieśni Kaczmarskiego zrobiły dla ducha narodowego tyle samo, co skok Wałęsy przez płot czy ucieczka w stanie wojennym postrzelonego przez patrol ZOMO Jana Narożniaka ze szpitala na Banacha. W latach osiemdziesiątych powstała cała masa rockowych hitów, z którymi utożsamiało się młode pokolenie. Do dziś są to pieśni znane praktycznie wszystkim.
Wagę hitów docenia prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka, który sponsoruje wiernych sobie artystów muzyki pop. Prezydent martwi się brakiem dobrych białoruskich hitów i tym, że młodzież białoruska woli piosenki wykonawców rosyjskich i zachodnich. Prezydent wezwał ostatnio do siebie artystów i zaapelował o stworzenie wielkiego hita. Mimo ofiarnego wspomagania rządu zdaniem prezydenta brak jest produktu na światowym poziomie. Białoruskiego prezydenta smnuci fakt, ze towarzyszki Shakira, Madonna i Britney Spears mają większe hity niż towarzyszki wokalistki z Mińska.
Także w Polsce sytuacja nie wygląda zbyt wesoło. O ile w latach poprzednich mieliśmy wielkie hity, które nucił cały naród, tak teraz mamy tylko sezonowe przeboje. Czasy, gdy nucono hity Czerwonych Gitar, Niebiesko Czarnych czy Nalepy są tak odległe jak powstanie listopadowe. Urok rockowych szlagierów Perfectu i Lombardu dawno przyprószył pył i kurz. Nawet czas, gdy naród śpiewał „Śępa miłości” Ich Troje wydaje się bardzo odległy.
Skończył się właśnie Krajowy Festiwal Piosenki w Opolu i być może prezydent Kaczyński powinien wezwać do siebie Edytę Górniak, Ewelinę Flintę, Piotra Kupichę i wielu innych. Przepytać powinno się te osoby, co robią by spracowanemu narodowi (który przecież tak dzielnie radzi sobie w kryzysie gospodarczym) dostarczyć piosenek na najwyższym poziomie. Dość już pobłażania leniwym piosenkarzom, którzy odcinają tylko kupony od swych dawnych przebojów. Czy dziś w 2009 roku mamy w Polsce hit, który uskrzydli Polaków? Czy mamy hit, który pomoże nam mozolnie budować kapitalizm i szczęśliwą ojczyznę? Dlaczego całą robotę ma za nas znowu wykonać Justin Timberlake, Robbie Williams czy podstarzała Madonna?
Kancelaria prezydenta absolutnie powinna poruszyć ten temat nie oglądając się na kancelarię premiera, bo tam jak wiadomo nuci się tylko stare pieśni bojowe z Werhmachtu i ludowe przyśpiewki kaszubskie.


Precz ze sportem!

Ze sportu uprawiam tylko podnoszenie ciężarów. Raz podnoszę pięćdziesiąt gram, a innym razem sto gram i to zawsze w szklaneczce z lodem. Pewnego razu na imprezie przyznałem się Tomaszowi Iwanowi, że nie znam się na piłce nożnej i co więcej mało mnie ona interesuje. Ku mojemu zdumieniu to prowokacyjne wyznanie spodobało się reprezentantowi Polski, który stwierdził, że nie ma nic gorszego niż spotkać na imprezie fanatyka piłkarskiego, który gdy trafi przypadkiem na znanego piłkarza zanudzi i zamęczy go swoimi przemądrzałymi uwagami i serią pytań w stylu, „a czemu to pięć lat temu na meczu w Radomiu nie trafiłeś do bramki”. Tak dowiedziałem się, że piłkarze lubią pić wódkę z tymi, którzy nie interesują się piłką nożną. Ale takie egzemplarze to w Polsce trafić jest niezwykle ciężko. Jestem widać atrakcyjnym wyjątkiem.
Nie tylko piłka nożna mnie nie interesuje. Uważam, że nie ma chyba nic bardziej nudnego niż wyścigi kolarskie czy żużel. Cóż to za okropieństwo! Relacje z maratonów kolarskich wyglądają jak fragmenty programów turystycznych i tylko dla pięknych widoków i mijanych krajobrazów czasem warto rzucić okiem. Zwykle wygląda to tak: grupa cyborgów w kretyńskich kaskach, ubrana w śmieszne obcisłe stroje przypominające zlot kochających inaczej pedałuje przez kilka godzin, a komentator podnieca się i opowiada ile jeszcze muszą przejechać. Dopiero przed metą jest jakieś napięcie. Dramat! Żużel to widowisko z większą ikrą. Tu sam ryk silników już nadaje zawodom bardziej widowiskowy charakter. Ale to beznadziejne kręcenie się zawodników w kółko jest kompletnym idiotyzmem. Po dwóch biegach zaczynam ziewać mimo, że mój teść nie może oderwać oczu od telewizora.
Wiele meczy piłkarskich (szczególnie ligowych) jest naprawdę bardzo nudnych. Granie na czas, beznadziejna kopanina, podawanie do tyłu, ciągła asekuracja, ale trudno brak tempa zarzucić koszykówce. Tu rzeczywiście widowiskowość jest niesamowita. Koszykówka to obok snowboardu chyba najbardziej „muzyczny” sport. Podkręcanie akcji przez DJ-a w trakcie ataku, muzyczne zagrywki po zdobytych koszach tworzą prawdziwy show. Ile jednak można gapić się jak banda drągali skacze śmiesznie pod koszem. Ja zasypiam choć mój syn szaleje.
Sporty elit to jest dopiero błazenada. Tenis i golf pachnie dziecinadą. Dorośli ludzie z własnej woli gapią się na odbijaną piłeczkę albo wbijanie kulki do dołka.
Boks podoba mi się do mementu wejścia bokserów na ring. Ten cały teatr związany z celebracją wchodzenia i prezentowania się jest niesamowity. Sama walka to już tylko widowisko dla uwielbiających krwawy łomot przygłupów. Podoba mi się jednak szczerość bokserów, którzy jawnie deklarują, że walą w pysk tylko i wyłącznie dla pieniędzy. Trzeba być zboczeńcem, aby widzieć w boksie jakiekolwiek piękno (co deklarowało wielu naszych zasłużonych artystów). W zasadzie przemawia do mnie tylko bieg na setkę bo jest tak krótki, że jestem w stanie to wytrzymać. Kiedyś podobał mi się jeszcze rzut oszczepem, ale zrezygnowałem z oglądania, bo ci faceci, którzy rzucali dzidą nigdy niestety nie trafiali w sędziego. Lubiłem jeszcze skok przez kreskę narysowaną na ścianie, ale dawno nikt już takich zawodów nie organizował.
Wszystkie sporty kojarzą mi się z masową rozrywką na poziomie wiejskiej dyskoteki. Piłkę nożną jak wiadomo wymyślili kapitaliści, aby zająć czas wolny klasie robotniczej. Chodziło tylko o to, by w niedzielę, po mszy mieli co robić i nie musieli lać się w knajpach po gębie. Po latach piłka kopana stała się obok handlu narkotykami najlepszym interesem pod słońcem. Rozgrywki piłkarskie w Europie to mistrzowski patent na zarabianie pieniędzy, a organizacja, która tym cyrkiem kieruje jest sprawniejsza niż Coza Nostra. Polska liga to już nie cyrk tylko kabaret, ale o dziwo ciągle są naiwni, którzy chcą to oglądać.
I nic dziwnego, bo ciągłe oglądanie sportu ogłupia. A zbyt fanatyczne durzenie się w piłce nożnej ogłupia podwójnie (czego dowodem wielu przedstawicieli naszego rządu). Także uprawianie sportu to prosta droga do nerwic psychicznych, poważnych kontuzji, a nawet śmierci. Sport stał się częścią naszego życia tak jak śmieci w lesie i choroby. Z najgorszych nawet chorób można się wyleczyć. Sport to zjawisko masowe i niestety nieuleczalne.


Do zobaczenia w piekle!
Lekko zaspany Aniguel podrapał się po rogach i usiadł jak zwykle o tej porze przed wielkim komputerem piekielnym. Parząc sobie usta gorącą kawą włączył kosmatą łapą klawisz sieciowy. Aniguel nie nadawał się do pracy przy kotłach. Od dzieciństwa źle znosił zapach gorącej smoły i miał alergię na siarkę. Jako diabeł funkcyjny, ale niższej rangi świetnie sprawdzał się w dziale komputerowym. Mefistofeles z przyjemnością oddelegował go do sekcji komputerowej piekła, bo sam miał o tych wszystkich nowinkach technicznych dość mgliste pojęcie. Starszyzna piekielna hołdowała raczej konserwatywnym przyzwyczajeniom. Aniguel śmiał się z nich, że gdyby mogli to najchętniej zostaliby przy swoich liczydłach, klepsydrach i telefonach komórkowych na węgiel.

Do jego codziennych obowiązków należało sprawdzanie poczty i odpowiadanie na maile personelu naziemnego. Od kiedy Marbuel wpadł na pomysł konkursu „Diabeł miesiąca” młode diabły wprost prześcigały się w kuszeniu duszyczek. Przesyłano szczegółowe raporty z akcji sprowadzania na złą drogę i składano podania o nowy sprzęt. W konkursie liczyła się nie tylko ilość podpisanych cyrografów, ale również jakość uwiedzionych osobników. Premiowano ofiary z kręgów władzy i biznesu (ci najłatwiej dawali się skusić) a także osoby całkiem młode i niewinne. Im bardziej niewinna ofiara tym była milsza sercu Belzebuba. Odpisywanie na maile młodych diabłów nie było zbyt pasjonującym zajęciem. Diabeł opiekujący się byłym ministrem zdrowia Mariuszem Łapińskim pisał, że jego podopieczny stracił wpływy i nie może już grzeszyć tak jak dawniej. Pytał czy Piekło jest w stanie po raz kolejny zrobić go ministrem. Diabeł odpowiedzialny za służby mundurowe donosił, że dzięki jego staraniom coraz więcej źle opłacanych policjantów przechodzi na stronę gangsterów i prosił o wsparcie w gotówce.

Do pasji doprowadzały Aniguela prośby o ekskluzywne marki samochodów. Ofiary stawały się coraz bardziej wybredne. Dawniej wystarczał mały fiat i znajomości w warsztacie samochodowym. Luksusem był polonez, którego rezerwowano dla kadry kierowniczej. Samo naczalstwo Piekła jeździło przecież wołgami. Teraz rozkapryszone ofiary żądały najnowszych modeli BMW, Alfa Romeo i Mercedesów. Ostatnio pewna autorka książek dla dzieci powołując się na długoletnią współpracę z Piekłem zażądała koszmarnie drogiego modelu ferrari enzo. Oprócz poczty elektronicznej Aniguel opiekował się także kilkunastoma stronami porno w internecie. Trzeba przyznać, że było to o wiele milsze zajęcie. Strony prowadzone przez podstawionych ludzi Aniguela odwiedzane były codziennie przez dziesiątki tysięcy internautów. Aniguel powoli kończył odpisywanie na nudne raporty młodych diabłów. Myślami już był przy swoich ulubionych stronach porno gdzie jako „szesnastoletnia napalona Kasia z Sosnowca” lub „znudzona mężem dwudziestoletnia Elwira z Suwałk” ewentualnie „pozbawiona zahamowań czterdziestoletnia Jadwiga z Zamościa” odpisywał na lubieżne listy wszystkich dewiantów z całego świata.

Do przeczytania pozostała już tylko jedna zaszyfrowana wiadomość z Gdańska. Aniguel włączył standardowy diabelski dekoder. Przy pomocy dekodera Aniguel był w stanie przeczytać tylko pierwsze zdanie tekstu. Wynikało z niego, że ma przed sobą ściśle tajną informację głęboko zakonspirowanego agenta Piekła przeznaczoną tylko i wyłącznie dla Barfaela. Pozostała cześć tekstu w postaci zbioru liczb dalej pozostała nieczytelna. Sprawa wyglądała na poważną. Barfael był wyjątkowo ponurą postacią i zajmował się w piekle kontrwywiadem. Aniguel wiedział, że z tymi z kontrwywiadu lepiej nie zadzierać. Wydrukował szyfrogram i wsadził go w kopertę z okrągłą pieczęcią Lucypera gdyż tak oznaczano dokumenty najwyższej wagi. Wyszedł ze swojego gabinetu i ruszył wąskim korytarzem piekielnych biur. By dostać się do gabinetu Barfaela trzy razy podawał hasło i dwa razy odciskał kopyto w celu identyfikacji. Barfael nie był zachwycony z tak wczesnej wizyty gościa. – Przyszło dziś rano, myślę, że to ważne – zameldował Aniguel wręczając kopertę. Szef piekielnych szpicli przetarł okulary i bez słów zabrał się do czytania nadesłanego szyfrogramu. W trakcie lektury Barfael kilka razy odruchowo strzelił ogonem w podłogę. – Złe wieści? – zagadnął Aniguel. Barfael wyglądał na wkurzonego. – No cóż ...nasz długoletni, zasłużony agent prałat Henryk Jankowski ma kłopoty. Ostrzegałem go wielokrotnie, że może się zdekonspirować. – I co teraz? - spytał zaniepokojony Aniguel. – Poradzimy sobie – Barfael uśmiechnął się szeroko, a nie uśmiechał się prawnie nigdy. – Jaki jest numer do Radia Maryja? – spytał podnosząc słuchawkę czarnego telefonu.


Ostatni powrót Rambo
Rambo powoli nakładał bluzę od pidżamy. Przytulił na moment pluszowego misia stojącego na nocnej szafce, zmówił trzy zdrowaśki i zgrabnym ruchem wskoczył do łóżka. Pościel ogrzana ciałem leżacej obok młodej żony Rambo - Kryśki zachęcała do baraszkowania. Rambo zapalił lampkę i sięgnął po ostatni numer pisma "Świat nastolatki". Kilka dni temu podczas golenia zauważył, że wyskakują mu małe pypcie na czole, a w "Świecie nastolatki", aż roiło się od porad jak zwalczać pypcie. Kryśka zmysłowo dotknęła go kolanem w podbrzusze. Rambo lekko zawył z podniecenia i oblizał swą zajeczą wargę. Dopiero teraz zauważył, że Kryśka jest półnaga. Dziewczyna leniwie przeciągając się w łóżku odsłaniła swe piersi i tatuaże. Rambo patrząc na jej płaski brzuch z rysunkiem trupiej czachy oraz motywami słońca, butelki, kieliszka, żaglówki i zdobnym napisem "Mazury nights" czuł się jak spragniony wędrowiec na pustyni, który patrzy na oranżadę w proszku. Rambo zdjął spodnie od pidżamy i nerwowo poprawił swoje włosy na plecach. W momencie gdy rzucone w przestrzeń gacie Rambo osiągały w locie spadania szybkość odrzutowca i zaczepiły o wiszący na ścianie obraz Davida Parrisha zadzwonił telefon.
- Tu pułkownik Gruby Rycho z CIA. Chciałbym rozmawiać z Rambo - zaskrzeczał głos w słuchawce.
- Przy telefonie - brzmiała odpowiedź.
- Wiem, że rozmawiam z wielkim patriotą amerykańskim. Z bohaterem wojny w Korei,
Wietnamie, Laosie, Kubie i na Wyspach Bahama.
- Zgadza się - odparł uśmiechając się Rambo.
- Wiem, że rozmawiam z właścicielem Orderu Jastrzębia Mocnego, Medalu Wolności, Demokratycznego Orderu Podwiązki stanu Virginia, Złotej Odznaki Wojskowej Armii USA i Szarfy Honorowej Placu Boju i Znoju jak również Srebrnego Krzyża Przyjaźni z Osobami Które Podczas Wojen Straciły Swoją Ulubioną Gumę Do Rzucia.
- To prawda zdobyłem te wszystkie odznaki.
- Drogi Rambo, dobrze, że jesteś. Wzruszenie i trwoga odbiera mi mowę. Ameryka w niebezpieczeństwie! - tu pułkownik Gruby Rycho przerwał na chwilę i pochlipał sobie w słuchawkę
- Genrał Mc Dowell oszalał i chce od jutra wprowadzić na terenie całych Stanów Zjednoczonych stan wojenny.
- Co ty mówisz!!??
- Drogi Rambo. Ojczyzna wzywa! Ratuj! Pomocy! Aaaaaaa!!! - głos w słuchawce najpierw darł się niemiłosiernie, a później słychać było jakąś szamotaninę i trzy strzały z pistoletu. Głos pułkownika i zapewne on sam zamarł.
- Hallo, hallo! co się dzieje? Przerwali mi połączenie - Rambo bezradnie rozłożył ręce.
- Ty durniu nie rozumiesz, że tego człowieka ktoś zastrzelił - krzyknęła Krystyna.
Rambo wiedział co ma robić. Sytuacja wyglądała poważnie. Miłość z Krystyną mogła poczekać. Najpierw ojczyzna potem seks. Czekała go kolejna trudna i niebezpieczna misja.
Do każdej wyprawy Rambo przygotowywał się bardzo dokładnie. Najpierw długo i starannie mył zęby i robił sobie makijaż. Następnie dzwonił do zegarynki i sprawdzał swój horoskop w „Głosie Wróżki”. Dokładnie kompletował swój sprzęt na akcję. Ubrał się w drelichy wojskowe i buty na wysokim obcasie. Do łydki przykleił sobie dwa noże, jeden widelec, niezbędny tłuczek do mięsa i przepychacz do kibla. Do uda pistolet maszynowy i czołg pantera. Jaja obłożył ołowiem. Do pasa przy spodniach przyczepił miny przeciwczołgowe, zdjęcie swojej Krystyny i sto pięćdziesiat granatów zaczepnych. Na głowę nałożył sześć hełmów, trzy peruki, dwanaście par okularów i dżokejkę daszkiem do tyłu. Sprawdził zamki we wszystkich swoich sześćdziesięciu pistoletach. Ponadto wziął jeszcze łuk, dzidę, gaśnice pianową, obligacje skarbu państwa, karabinek snajperski, procę, miotacz gazu, kurtkę kuloodporną, kasetę z największymi przebojami Depeche Mode i najnowsze wydanie przygód Kaczora Donalda, którego lektura zawsze rozluźniała go przed akcją.Nie ulegało wątpliwości. Rambo i tym razem zda egzamin. Był gotowy do spełnienia zadania. Pożegnał się z żoną i trzaskając drzwiami wyszedł z mieszkania.
Po przejściu dziesięciu kilometrów Rambo zorientował się, że nie wie gdzie idzie. Czy miał iść w kierunku Afganistanu, a może na południe Francji? Pułkownik Gruby Rycho nie zdążył przekazać mu żadnej konkretnej wskazówki. Co gorsza zauważył u siebie brak starej harcerskiej finki, która była jego szczęśliwym talizmanem. Nóż ten o niesamowicie cienkim ostrzu zwyczajowo przyklejał sobie do czoła na zwykły klej do tapet. Po krótkim namyśle Rambo postanowił wrócić do domu po nóż i dobrą mapę. Odwrócił się i ruszył w drogę powrotną.
Jakież było jego zdziwienie gdy w swoim łóżku zastał nagą Krystynę i pułkownika Grubego Rycho. Oboje mieli seksowne kajdanki na dłoniach i słuchali nagrań Big Cyca. Rambo był silnym człowiekiem. Wytrzymał tortury w Wietnamie. Wytrzymał własne liczne rozstrzeliwania w Korei. Wytrzymał dywanowe bombardowania i ostatnią płytę Britney Spears, wytrzymał nawet porażkę Piaska na Eurowizji i sukces Ich Troje w Opolu ale oszustwa Krystyny nie mógł.Jego powrót do domu okazał się ostatnim powrotem Rambo. Padł na ziemię bez czucia wypuszczając z ręki odbezpieczony granat.


Zenek
Inżynier Korniszon ryczał ze śmiechu. Siedział w swojej pracowni na przeciwko nowego modelu komputera i chichotał jak uczniak. - No nie! Ale jaja. To ci dopiero! - wykrzykiwał radośnie do siebie, a przypomniawszy sobie dowcip, który przed chwilą opowiedziała mu maszyna, po raz kolejny parsknął śmiechem.
Komputer oficjalnie nazywał się MTX0016, ale inżynier mówił do niego pieszczotliwie "Zenek". "Zenek" należał do nowej generacji super inteligentnych komputerów. Jego cioteczny brat z rodziny MTX o numerze 0015 i o imieniu "Baśka" (twórca tego komputera był homoseksualistą) pokonał w zeszłym tygodniu w szachy geniusza z Baku arcymistrza Gari Kasparowa. Jeszcze całkiem niedawno Kasparow bez wysiłku pokonywał w szachy najnowocześniejsze komputery firmy IBM. Głośno było np. o jego zwycięstwie z komputerem Deep Blue za które zainkasował 500 tys. dolarów. Obecnie Kasparow znajdował się na skraju wyczerpania nerwowego. Czuł się potwornie poniżony.
- Przez całe życie ogrywałem najwybitniejsze umysły globu, a teraz pokonała mnie jakaś "Baśka". To już koniec cywilizacji. Maszyny mądrzejsze są od ludzi - to były ostatnie słowa mistrza jakie wypowiedział publicznie. Jak zdołali dowiedzieć się wścibscy reporterzy "Nowojorskiej Gazety Szachowej" po przegranym meczu mistrz nie panuje nad własnymi emocjami. Biega nago po swojej rezydencji, chce głosować na kandydata republikanów Pata Buchanana, a w wolnych chwilach smaruje się dość grubo masłem i dzwoni do party line.
Inżynier Korniszon mógł być z siebie dumny. Jego wkład w rozwój serii MTX był niezaprzeczalny. Nowy i ulepszony model MTX czyli "Zenek" był jeszcze sprytniejszy od "Baśki", a na dodatek (co bardzo ważne dla Stowarzyszenia Matek Chrzestnych Nowych Komputerów) był heteroseksualny.
O ile "Baśka" był co prawda doskonałym, ale klasycznym komputerem, który po prostu w ciągu sekundy mógł analizować miliony danych o tyle "Zenek" był maszyną zupełnie wyjątkową i nowatorską.
"Zenek" był pierwszym na świecie komputerem kabaretowym. Wymyślał dowcipy, pisał komediowe skecze i satyryczne monologi. Był mistrzem od rozśmieszania. Już w trakcie próbnych testów okazało się, że praca z nim jest do prawdy zabawna (jeden z pomocników inżyniera pękł nawet ze śmiechu).
Długie lata badań miały się ku końcowi.
Tego dnia Korniszon odczekał aż wszyscy jego pomocnicy opuszczą pracownię. Tylko on jeden wiedział, że "Zenek: jest już gotów. Pod pretekstem przejrzenia jakiejś dokumentacji inżynier przekazał swym pracownikom, iż dzisiaj musi pozostać w pracowni nieco dłużej. Dokładnie zamknął drzwi za ostatnią swoją asystentką , uroczą matematyczką panną Ulą, która z niezrozumiałych powodów ociągała się z wyjściem (trzykrotnie upuściła na ziemię wibrator, dwukrotnie czarny biustonosz, a będąc już jedną nogą na zewnątrz pracowni pokazała inżynierowi znaczek pocztowy z dużym samolotem i mrugnęła zmysłowo okiem).
Korniszonowi jednak nie w głowie były znaczki pocztowe! Gdy tylko znalazł się sam na sam z "Zenkiem" z miejsca przystąpił do ostatniego, dycydującego testu.
Najpierw "Zenek" opowiedział mu dowcip o Wałęsie, później strzelił zabawną opowiastkę o przygłupim policjancie, na koniec zaserwował dowcip o kobiecie, która miała trzy cycki. Po tej serii inżynier spadł z krzesła ze śmiechu. Po chwili "Zenek" dorzucił jeszcze dowcip o inteligentnym bokserze, któremu wydawało się, że jest Marią Skłodowską Curie, o pijanym traktorzyście, który został gwiazdą disco polo i o Murzynie, który marzył żeby być białą zakonnicą.
Inżynier wiedział, że nie może już dłużej zwlekać. Wykręcił numer do Gwidona Sałaty właściciela potężnej agencji koncertowej.
- Cześć Gwidon! Mam coś dla ciebie! To będzie bomba sezonu.
- Czyżby udało ci się ożywić Merlin Monroe?
- Coś w tym rodzaju. Przyjeżdżaj natychmiast.
W cztery tygodnie po tej rozmowie "Zenek" miał swój pierwszy publiczny występ w słynnym warszawskim Teatrze Rozrywki w Prabutach. Publiczność i prasa przyjęła "Zenka" entuzjastycznie. Gwidon zacierał ręce. W ekspresowym tempie przygotowano telewizyjny magazyn satyryczny z udziałem "Zenka" pod tytułem "Tera, tera, tera będą jaja z komputera". Kierownictwo telewizji od razu po pierwszym eksperymentalnym odcinku zaproponowało "Zenkowi" stałą współpracę. "Zenek" już jako gwiazda wystąpił w kilku prestiżowych talk shows (autorka jednego z nich Alicja Resich-Modlińska w trakcie wywiadu z "Zenekiem" została odwieziona przez pogotowie gdyż ze śmiechu zerwała sobie boki). Wkrótce "Zenek" wyruszył w gigantyczną trasę koncertową przygotowaną przez agencję Gwidona Sałaty.
Kariera "Zenka" rozwijała się błyskawicznie. Na jego występy przychodziły tłumy ludzi. Jego programy telewizyjne miały najwyższą oglądalność (wyższą nawet niż serial "M jak Moher" i brazylijskie tasiemce o ). "Zenek" stał się ulubieńcem publiczności. Kupowano kasety z jego przezabawnymi piosenkami, piękne dziewczyny zabijały się o jego autograf, a zdjęcie z "Zenkiem" chciał zrobić sobie sam Lech Kaczyński, ale nie zgodziła się na to ochrona prezydenta twierdząc, że "Zenek" to kupa śmiechu, a z kupą to i niebezpiecznie i nie wypada.
Po zagraniu w kilku wymyślonych przez siebie komediach rozpoczęła się światowa kariera komputerowego rozśmieszacza. W Europie przestał ludzi śmieszyć Benny Hill i cyrk Monthy Pythona, a w USA Woody Allen i Eddi Murphy.
Niewiele brakowało, a "Zenka" ogłoszono by komikiem większym od Charlie Chaplina i braci Marx. Stało się jednak inaczej. Pewnego pogodnego dnia w centrum Warszawy wynajęci przez bezrobotnych od pewnego czasu satyryków turyści zza Buga zastrzelili go z kałasznikowa gdy wraz z inżynierem Korniszonem udawał się na swój benefis artystyczny do Teatru Komedia. Powszechnie sądzi się, że kwiaty złożone na grobie "Zenka" przez gwiazdy kabaretu i estrady nie były szczere.


Czapka
Po wielu latach badań i eksperymentów naukowcom z laboratorium Urzędu Ochrony Państwa udało się skonstruować czapkę niewidkę. Wynalazek wzbudził zrozumiałe zainteresowanie na całym świecie. Domagano się publicznej prezentacji czapki niewidki. Szef zespołu badawczego, który dokonał wynalazku prof. Klemens Adrenalina udzielał setek wywiadów i był gościem niezliczonej ilości programów telewizyjnych typu talk shows.
Na łamach prasy rozpoczął się spór pomiędzy matematykami, fizykami i psychologami. Spierano się o skutki społeczne jakie może wywołać np. masowa produkcja czapek niewidek. Do Urzędu Ochrony Państwa zaczęły spływać masowo podania o pozwolenia na kupno czapki niewidki. Nagle okazało się, że ludzi, którzy chcieliby zniknąć na jakiś czas jest bardzo dużo. Przeważały pary znudzone małżeńskim życiem. Spora grupę stanowili przedsiębiorczy biznesmeni mający kłopoty z wymiarem sprawiedliwości. Nie brakowało też drobnych oszustów i złodziejaszków, którym policja dreptała po piętach oraz uczniów i studentów, którym nie chciało się chodzić do szkoły. Fanatycznymi entuzjastami i propagatorami czapek niewidek okazała się sekta religijna "Na haju do raju". Guru sekty - Zenon Prachdzioch publicznie oświadczył, iż dzięki czapkom niewidkom być może będzie można obcować z absolutem i zbliżyć się do tajemnicy istnienia.
Premierę czapki niewidki zaplanowano bardzo starannie na sobotę wieczorem. Przed pokazem działania czapki, który nazwano "Czapka Niewidka Show" odbyły się występy artystyczne. Zaśpiewała Maryla Rodowicz i Edyta Górniak. Po artystkach na scenie pojawił się idol kobiet Krzysztof Ibisz. Prezenter opowiedział dwa dowcipy i zaprosił na scenę profesora Klemensa Adrenalinę. Profesor Adrenalina trzymał w rękach małe tekturowe pudełko. Krzysztof Ibisz rozpoczął odliczanie. - Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem.... Publiczność zgromadzona w studiu telewizyjnym przyłączyła się głośno do odliczania. Gdy doszli do "jeden, zero, start" orkiestra zagrała tusz, a prof. Adrenalina otworzył pudełko i wyjął małą czapkę z daszkiem typu dżokejka. Rozległy sie burzliwe oklaski.
- Proszę nam powiedzieć jak działa czapka niewidka - spytał Ibisz. - Wystarczy ją nałożyć i się znika. Gdy zdejmie się ją z głowy następuje ponowne pojawienie się. Niestety ze względu na ważny interes państwa nie mogę nic wiecej o zasadzie działania, a tym bardziej o budowie czapki powiedzieć - zastrzegł się profesor. - Czy mógłby pan zademonstrować na sobie działanie czapki? - uśmiechnął się prezenter.
- Ależ proszę bardzo - powiedział profesor i nałożył czapkę. Po nałożeniu czapki prof. Adrenalina zniknął. Niestety mimo długich próśb prezentera profesor nie pojawił się ponownie. Ponownie zaśpiewały znane artystki, ale nawet wtedy profesor się nie pojawił. Wybuchł skandal i panika. Koledzy profesora wyjaśniali, iż próbne znikania zawsze kończyły się pojawianiem profesora. Minęło kilka dni a profesor jak zniknął tak zniknął. Prasa atakowała UOP za kompromitację. - Jak można było dopuścić do pokazu niesprawnej czapki. Jesteśmy ośmieszeni przed całym światem - grzmiały największe tytuły.
Prawdziwy skandal wybuchł w tydzień po pokazie. Dziennikarze odkryli, iż tuż przed premierą czapki niewidki profesor Klemens Adrenalina pobrał olbrzymią sumę pieniędzy z tajnego konta UOP przeznaczonego na rozwój badań nad szalikiem samoduszącym.