Tekst który ukazał się w kwietniu 2008 w łódzkiej Gazecie Wyborczej. Zamiast dowodów nosiliśmy kamienie. Rozmowa z Krzysztofem Skibą, liderem zespołu Big Cyc i założycielem łódzkiej Pomarańczowej Alternatywy.

Bartłomiej Dana: Jak zostałeś rewolucjonistą?

Krzysztof Skiba: - To wynikało z moich zainteresowań artystycznych. Zawsze lubiłem się wygłupiać. System mi tego zabraniał. Dlatego postanowiłem z tym walczyć. Założyliśmy z kolegami z „Jedynki" (I Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku - przyp. red.) kabaret „Tapeta". Rada Pedagogiczna ostro cenzurowała nam teksty. W tamtym czasie jakiekolwiek aluzje, dotyczące nawet praw szkolnych traktowano bardzo politycznie. Wszystkie podteksty tego typu ścinano, tępiono. Podlegaliśmy niesamowitej kontroli. Niemniej po Sierpniu '80 w ogóle przestaliśmy się przejmować patronem szkoły czy etykietą.

To był dopiero początek.

Z czasem obśmiewanie władzy i żałosnych programów propagandowych powoli przestało nam wystarczać. Szukaliśmy czegoś więcej. Założyliśmy niezależne i antykomunistyczne pismo szkolne. Większość ówczesnych pism typu "Uczeń Polski" miały dumne, pompatyczne nazwy. My nazwaliśmy nasze „Gilotyna". Różniliśmy się tematyką od innych pism związanych z ruchem Młodej Polski. Gazety z tamtego okresu szeroko pisały o Katyniu, próbowały odkłamywać historię Polski. Nas bardziej interesowała obyczajowość. W jednym z numerów opisaliśmy relację ze zlotu naturystów. „Gilotyna" to było pismo satyryczne. Nikt nie traktował nas poważnie - ani obóz rządowy, ani opozycja. Kilku głupków nawet zastanawiało się, czy nie kieruje nami SB, żeby ośmieszyć opozycję.

Bardzo bruździliście władzy?

Wewnętrznie czuliśmy się anarchistami. Zamiast dowodów osobistych nosiliśmy w kieszeniach kamienie. Chcieliśmy podpalać komitety. Zjednaliśmy sobie radykalną młodzież, która chodziła ma mecze Lechii Gdańsk. To byli nasi zadymiarze, którym spodobała się głoszona przez nas idea walki z przymusem służby wojskowej. Ówcześni działacze opozycji, ukrywający whiskacze w lodówkach, nie znali prawdziwych problemów ludzi - że chodzą głodni, że nie mają na buty. Często urządzali absurdalne akcje. Raz Tymczasowa Komisja Koordynacyjna - szacowni ludzie, Bujak, Borusewicz, wymyślili imprezę „Bojkot tramwajów". Jakie to było wyrwane z życia! Nie wiedzieli, że robotnik nie ma samochodu, że musi dojechać tramwajem do stoczni pracować na swoją rodzinę? I nagle komuś takiemu proponuje się, żeby zapieprzał dziesięć kilometrów na piechotę. I to miała być walka z komuną? Śmieszne! To już lepiej, żeby robotnik rzucił kamieniem w milicyjną nyskę. Bo to wywoła jakiś efekt. Myśmy w tym całym swoim radykalizmie mieli racjonalne argumenty.

Prowadziliście zorganizowane protesty?

Rozrzucaliśmy dużo ulotek: Solidarności, Ruchu Młodej Polski. W gruncie rzeczy byliśmy w stanie rozrzucać wszystko, byleby było przeciwko generałowi Jaruzelskiemu. W 1983 roku powstał Ruch Społeczeństwa Alternatywnego, którego głównym ideologiem i pomysłodawcą był Janusz „Jany" Waluszko. Szybko zaczęliśmy wydawać swoje podziemne pismo „Homek". Dzięki kontaktom ulotkowym bardzo szybko nauczyliśmy się, jak pracować na wałku. Po każdej lekcji wałkowania mieszkanie okropnie śmierdziało farbą drukarską. Jak wchodziło się do klatki schodowej, to ktoś, kto znał zapach farby, od razu wiedział, że gdzieś tu jest drukarnia.

Swoje ideały anarchistyczne przywiozłeś do Łodzi.

Podobał mi się anarchizm jako platforma artystyczna. W Łodzi wpadłem w zupełnie nowe środowisko, które bardziej interesowało się sztuką. Zainspirowany występami Teatru „Jedynka", Teatru „Ósmego Dnia" w 1983 roku zacząłem studiować teatrologię. Marzyłem, żeby grać w teatrze studenckim. Pełniłem funkcję wysuniętej placówki RSA - kolportowałem „Homka", roznosiłem ulotki. I z punktu widzenia typowego działacza konspiracyjnego, który nie powinien zwracać na siebie uwagi, byłem odmieńcem. W oficjalnych rozmowach naśmiewałem się w władzy. Najbardziej wkurzało mnie, że to miasto jest takie ospałe. W porównaniu z Gdańskiem, Łódź była opozycją kanapową, rachityczną, która składa wieńce, modli się i urządza msze. Legenda Łodzi - Miasta Czerwonego, potwierdziła się. Z kilkoma kolegami ze studiów postanowiliśmy coś z tym zrobić. To były początki Galerii Działań Maniakalnych - łódzkiej Pomarańczowej Alternatywy.

Jak powstała nazwa?

To był mój pomysł. Chcieliśmy podkreślić własną autonomię. Byliśmy zwolennikami działań niekonwencjonalnych.
Co was inspirowało?

Byliśmy zafascynowani „Majorem", założycielem wrocławskiej Pomarańczowej Alternatywy. To on był pomysłodawcą stylu działania grupy - że można przedrzeźniać władze w widowiskowy sposób. Szybko złapałem kontakt z ludźmi z Wrocławia, którzy wprowadzili mnie w środowisko Pomarańczowej Alternatywy.

Pamiętasz pierwszy łódzki happening?

Na pierwszą akcję namówiłem dwie osoby - Dorotę Wysocką z filologii klasycznej i Tomka Gadułę z NZS-u, który był bardzo zdegustowany żałością i brakiem dynamiki łódzkiej opozycji. Wchodząc na dach nieistniejącego już kiosku pod D.H. Magda wiedzieliśmy, że nas złapią. Pic polegał na tym, żeby zgarnęli nas jak najpóźniej. Na dachu kiosku urządziliśmy Niezależne Obchody Dnia Dziecka. Mieliśmy transparent „Światu - Pokój, dzieciom - mieszkania”. Szybko zebrało się ze dwa tysiące ludzi. I dwustu milicjantów, którzy zabrali nas na komisariat milicji. Milicja oskarżyła nas, że zakłóciliśmy spokój publiczny i rzucaliśmy w nich landrynkami. Po dwóch dniach odsiadki dostaliśmy kolegium, które zapłaciła za nas podziemna „Solidarność”.

Który happening zapadł ci szczególnie w pamięć?

Dynamitem okazała się „Galopująca inflacja". Biegaliśmy po Piotrkowskiej tabliczkami z takim napisem. Kiedy wyłapała nas milicja, ogłosiliśmy, że świat jest uratowany, bo władza powstrzymała inflację. To był ostatni happening, w którym uczestniczyła MO. Zorientowali się, że są częścią absurdalnych działań. I na następnej akcji „Dzień solidarności z Milicją Obywatelską", kiedy głosiliśmy hasło „Pomóż milicji - pobij się sam" już się nie pojawili. Niektórzy stwierdzili, że przez to obniżył się poziom artystyczny naszych występów.

Niedługo w mieście stanie krasnal przypominający tamte wydarzenia.

I dobrze. Krasnal to postać sympatyczna, pozytywna. Krasnoludy zawsze służyły ludziom. Niestraszne im MO, Jaruzelski, ani inne potwory. Łódź powinna mieć krasnala. Nie wiadomo, jakie czasy nadejdą.

Rozmawiał Bartłomiej Dana





Ankieta z pytaniami Tomka Rozwadowskiego, na którą odpowiedział Skiba. Ukazało się to w jednym z wrześniowych numerów Dziennika Bałtyckiego.

- Bez czego nie mógłbyś się w życiu obejść?

Bez wygodnego łóżka, zimnego prysznica i kanapki z łososiem norweskim.

- Dokończ zdanie: "Jestem szczęśliwym człowiekiem. ponieważ..."

ponieważ nie zaciągałem kredytów w banku

- Co dla ciebie znaczy "dużo pieniędzy"?

mniej niż ma Gudzowaty więcej niż ma premier na koncie z mamą

- Który ze swoich przymiotów uważasz za najatrakcyjniejszy dla płci przeciwnej?

zdolność do rozśmieszania na swój temat

- Dobra rada, której nie posłuchałaś, a powinieneś?

Legenda sceny niezależnej, bard, poeta Jacek Kleyff po moim występie powiedział „Skiba bądź trudniejszy”. Wszyscy, którzy znają moje występy wiedzą, że go nie posłuchałem.

-Kiedy ostatni raz płakałeś?

ze śmiechu gdy Janusz Karczmarek mówił o rządach totalitarnych dwa dni po ustąpieniu z rządu. Karczmarek to kawalarz i ma niebanalne poczucie humoru. Wiem to bo czyta moje felietony.

- Komu nie podałbyś ręki?

facetowi, który kładzie asfalt na autostradzie bez odpowiedniej ilości żwiru

- Czy wyobrażasz sobie sytuację, w której dajesz swojemu nastoletniemu dziecku prezerwatywy przed wyjazdem na wakacje?

Oczywiście. Ponieważ mam syna mogę mu dać także dodatkowo seksowne męskie stringi, ale nie jestem pewien czy weźmie od taty, bo zwykle nie trafiam z rozmiarem.

– Czy niepłacenie podatków jest grzechem?

Uczciwy obywatel płaci podatki. Uczciwe państwo nie gnębi obywatela wysokimi podatkami. I jedno i drugie na razie w sferze dalekich marzeń idealistów. Grzechem jest nie zarabiać pieniędzy i mieć o to pretensje do Pomocy Społecznej lub Pana Boga.

- Czy zabijasz karpia na święta?

Nigdy nie zabiłem karpia. Starałem się zawsze jeść już martwe.

- Jaką inskrypcję chciałbyś mieć wyrytą na swoim grobie?

Tu leży sobie wygodnie Krzysztof Skiba wolny artysta znany na całym świecie, a może i jeszcze dalej, pochowany promocyjnie dzięki sponsorom takim jak (i tu lista sponsorów, którzy dokonali odpowiednich wpłat). Niech spoczywa, bo się w życiu nachodził. Daj zarobić kwiaciarce! Amen

- Jakie pytanie zadałbyś samemu sobie, gdybyś chciał być szczególnie złośliwy?

Dlaczego dawno nie napisałeś przeboju, który śpiewałaby cała Polska.

- (teraz odpowiedź na to niewygodne pytanie)

Pewnie dlatego, że takie rzeczy udają się normalnym twórcom tylko kilka razy w życiu. Ja już mam na koncie taki mini zestaw i być może mój limit w tej materii się wyczerpał. Ale poczekajmy. Za rok nowa płyta Big Cyca i 20 lecie zespołu. Wierzę, że coś z nowych piosenek wypali jak dawniej „Makumba” czy „Berlin Zachodni”.




O jedzeniu szkolnej kredy, Gombrowiczu i mundurkach

Co sądzisz o pomyśle ubrania uczniów w mundurki?

O tym, czy dzieci mają chodzić w mundurkach, czy nie, powinni decydować rodzice. To ich suwerenna decyzja. Młodzieży nie może ubierać ministerstwo. Kłopotliwą sytuację spowodowały chyba problemy psychiczne eks-ministra edukacji, który chciał odziać w mundurki także nauczycieli – bo i takie pomysły były. W perspektywie pewnie też rodziców, a może całą Polskę! Powinniśmy wszyscy chodzić w mundurach i maszerować na paradach. Wtedy kraj byłby wielki, piękny i skrojony na miarę wyobraźni pana Giertycha. Przecież nawet w czasach komuny każdy mógł ubierać się w miarę swobodnie.

Giertych chyba cię denerwuje...

Denerwuje i bawi. Nie zna się na edukacji, na pedagogice i na literaturze. W ogóle ma podstawowe braki w wykształceniu. Być może jest dobrym liderem partyjnym, ale jeśli chodzi o edukację, nie był właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Zaszkodził szkolnictwu. Wykorzystał stanowisko do promocji własnej osoby. Przeszedł do historii jako minister, który co pięć minut miał inny pomysł i 90% z nich nigdy nie zostanie zrealizowana. Całe szczęście! Choć, oczywiście, czasem rzucał słuszne hasła, jak walka z narkotykami czy przemocą.

Chciałbyś pokazać mu tyłek – jak Buzkowi?

Nie, bo nawet na to nie zasługuje. Poza tym akcja z Buzkiem była jednorazowa – to był mój twórczy wkład w rozwinięcie sztuki teatralnej w Polsce.

Skąd pomysł na Giertych Party?

A to była jeszcze inna akcja kabaretowa. Zrobiłem ją z moim kumplem, Końjem, z którym przez siedem lat prowadziłem w telewizji publicznej program „Lalamido”. Emitowano go wczasach, gdy nie było jeszcze w Polsce MTV i VIVY. Byliśmy pionierami na rynku takiej estetyki i humoru rockandrollowego. Od kilku lat w klubie Yesterday w Gdańsku mamy cykl prezentacji – Kabaret Ekstremalny Końja i Skiby. To w jego ramach urządziliśmy pierwsze Giertych Party, a ponieważ cieszyło się dużą popularnością, zorganizowaliśmy je jeszcze w kilku innych miastach Polski. Podczas show prezentowaliśmy nasze propozycje odjechanych mundurków szkolnych, np. uszytych z portretów braci Kaczyńskich albo we wzory z lat 50.

A jak walczyłeś z monotonią w szkole za swoich czasów?

Byłem klasowym śmieszkiem – popisywałem się, komentowałem wypowiedzi nauczycieli itp. Najczęściej zjadałem kredę. Za PRL-u brakowało wszystkiego: w kiblach papieru, a w klasie – kredy, więc gdy ją pożarłem, nauczyciel nie mógł prowadzić lekcji. Najczęściej wcinałem przed matematyką – strasznie mnie stresowała. Dokonałem paru takich sabotaży. Pewnego razu rzecz się wydała. Zostałem przyłapany na gorącym uczynku. Broniłem się, że byłem głodny, miałem niedobór wapnia, a w domu się nie przelewa.

Myślisz o napisaniu z Big Cycem piosenki o Giertychu?

Dobry pomysł, zespół znany jest z tego, że komentuje rzeczywistość. Teraz mamy utwór o homotubisiach – słynnej aferze z panią rzecznik Sowińską, która uznała, że ta bajka to propaganda homoseksualna. Jeżeli we wrześniu wybuchnie wojna mundurkowa, teledysk mundurkowy na pewno powstanie!
Masz jakiś mundurek w szafie?

Posiadam parę kostiumów i mundurów: milicjanta z czasów PRL, oficera marynarki i księdza. Znudziło mi się wypożyczanie tych rzeczy i dorobiłem się prywatnej minikolekcji. Mam też dużo innych ubiorów scenicznych, pasujących do mundurów – kask ORMO-wca z czasów stanu wojennego, zdobyczny z resztą podczas jakiejś zadymy, kapelusze, cylindry i peruki.

Co powinno się zmienić w polskiej szkole?

Najważniejszą rzeczą jest kanon lektur – bardzo archaiczny. Moje dzieci strasznie męczyły się z „Jankiem Muzykantem” i „Anielką”. To są XIX-wieczne powieści napisane niezrozumiałym językiem. Trzeba dokonać przewietrzenia. Na pewno znajdą się obrońcy literatury tego typu, niemniej uważam, że jakieś zmiany powinny nastąpić. MEN pod kierownictwem Giertycha traktował kanon lektur jak poligon doświadczalny, front walki o polskość. A przecież wszyscy nasi wielcy pisarze wadzili się z polskością, zastanawiali, co znaczy być Polakiem, czy jesteśmy dobrymi Polakami etc. Zadawali kontrowersyjne pytania, stawiali kontrowersyjne tezy. Nazwiska twórców awangardowych, jak Gombrowicz, Witkacy czy Schulz, powinny być obecne, ich książki to są rzeczy priorytetowe. Pozbywanie się tych autorów z kanonu lektur jest barbarzyństwem!

Czytałeś lektury w szkole?

Oczywiście, choć miałem problem z nudnymi powieściami pozytywistycznymi – opisy przyrody strasznie mnie nudziły. Byłem łobuzem, ale większość książek przerobiłem. Musiałem się jednak starać, żeby szkoła nie przeszkodziła mi w edukacji. Szybko zorientowałem się, że na historii kłamano i jeśli chcę się czegoś dowiedzieć, to muszę czytać inne rzeczy: Sołżenicyna, Jerofiejewa, Herlinga-Grudzińskiego. To oni otworzyli mi oczy.

A co byś zrobił, gdybyś miał teraz chodzić w szkole w mundurku?

Poprowadziłbym front antymundurkowy! Bo co mogą zrobić uczniom nauczyciele? Obniżyć ocenę z zachowania? Za moich czasów w liceum, podczas stanu wojennego, ludzie każdego 13. dnia miesiąca przychodzili ubrani na czarno. Dyrekcja to tępiła, ale co mieli zrobić? Wyrzucić ponad połowę uczniów? Prostym gestem pokazywaliśmy, że jesteśmy przeciwko władzy.

Na szczęście Giertych już nie jest ministrem.

Myślę, że niedługo w ogóle nie będzie Ligi Polskich Rodzin. Właściwie tej partii już teraz nie ma – poparcie dla niej mieści się w granicach błędu statystycznego. Mam nadzieję, że pozytywnym efektem przyspieszonych wyborów będzie to, że LPR zniknie z mapy politycznej naszego kraju. Za parę lat młodzież będzie się uczyć na historii o dziwnej, archaicznej partii, która walczyła z Karolem Darwinem, chciała wprowadzić mundurki i uważała, że smok wawelski był dinozaurem.

Wywiad opublikowany w piśmie ACTIVIST wrzesień 2007




Rockowa publicystyka

Autor śpiewanych felietonów – Krzysztof Skiba – w IV RP czuje się jak ryba w wodzie z kilku powodów. Po pierwsze: w polityce siedzi taka galeria zabawnych postaci, że bardziej się opędzać trzeba, niż czerpać garściami, a po drugie: nikt go za nic nie ściga. A że czasami z jego zapowiedzi na żywo w relacji telewizyjnej zostaje tylko „dzień dobry”, to już inna sprawa. Kto miał słyszeć, to słyszał, kto poda dalej, to poda, a jego rockowa publicystyka ma się dobrze i życzymy jej jeszcze lepiej. A jeśli kiedyś Skiba zaśpiewa żałośnie, że dziewczyna go rzuciła, to będzie oznaczało, że: albo w Polsce wszystko, ale to wszystko jest porządku, albo nasz kraj jest bardzo, ale to bardzo smutny albo, że sobie pan Krzysztof jaja, ale to jaja robi... Ta ostatnia opcja jest najbardziej prawdopodobna. Na szczęście?

Jesteś rockowcem z ukrytą rodziną...

Moja rodzina po prostu nie bierze udziału w życiu publicznym. Jest normalna i standardowa, a przynajmniej o to się staram - nie chodzimy na rękach, nie ćwiczymy dziwnych kroków... Mam żonę i dwóch synów. Obaj mają imię na T (taką mam linię). Jeden ma 20 lat, a drugi 10.

Co 10 lat? Czyli przyszła pora na kolejnego potomka?

Żona stwierdziła, że w tej dziedzinie już wypełniliśmy obowiązki. Nie jest to wprawdzie model PIS, gdzie ma być 2+4, czy może nawet 2+6 (taka uświadomiona, genetycznie patriotyczna rodzina). My jesteśmy rodziną dobrze sklejoną.

W swoim blogu (Skibą w łeb) piszesz, że rodzina, która nie ma dla siebie czasu jest szczęśliwsza. Tak uważasz, czy to tylko prowokacja?

Lekka prowokacja. Opinia, o której mówimy, jest oparta na badaniach przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii. Naukowcy brytyjscy, prowadząc przez wiele lat badania socjologiczne, doszli do wniosku, że zapracowane rodziny są bardziej trwałe niż te, które siedzą, gapią się w telewizor i mają dla siebie czas. To nie tak, że do końca się z nimi zgadzam. Myślę, że należy znaleźć złoty środek, bo z jednej strony rodzina, która wcale nie ma dla siebie czasu staje się sobie obca, a z drugiej ciągłe przebywanie ze sobą daje czas na zbyt wiele obserwacji i przemyśleń. Wspólne siedzenie może spowodować, że zaczyna się dostrzegać pewne wady, których się nie stwierdza mając mnóstwo zajęć i nosząc w sobie fajny obraz partnera. Brytyjczycy we wspomnianych badaniach zauważyli, że najwięcej rozwodów jest po świętach...

A nie jest przypadkiem tak, że złe małżeństwa czekają do świąt, żeby było „normalnie”, a dopiero potem następuje działanie rozwodowe? Bo tak jakoś na święta się rozstawać to niezręcznie?

Może i trochę tak jest, bo jeszcze dochodzą plany noworoczne i chęć wyprostowania sobie życia od 1 stycznia. Badania były brytyjskie, więc nie do końca się przekładają na Polskę. Przemyślenia i wolny czas też jednak mogą mieć wpływ. Po tym, jak to napisałem, pojawiło się mnóstwo komentarzy. Niekoniecznie pochlebnych.

A często się ludzie wpisują?

Te wpisy to jest temat na osobny felieton, a może nawet na pracę doktorską. Czasami bowiem wpisują się blogowi, etatowi szaleńcy, którzy szukają jakiegoś forum do wyrażenia swoich paranoi. Wybierają blogi znanych ludzi, bo na ich własne nikt nie zagląda. Tu mają szansę, że ktoś ich jednak przeczyta.

I czytasz te komentarze regularnie?

Regularnie nie. Przeglądam, może nie z wypiekami na twarzy, ale z ciekawością. W końcu ktoś, kto się wpisuje jest też moim odbiorcą.

Czyli szaleńcy mają szansę. Szaleńcy wszystkich krajów wpisujcie się?

Nie, nie... Oni zniechęcają innych do wypowiadania się. Widząc mocno nawiedzony komentarz, ktoś myślący i rozsądny się nie wpisze, bo nie chce znaleźć się w ciągu wariatów. Zresztą parę sławnych osób, dysponujących dobrym piórem nie wytrzymało i wprowadziło cenzurę lub zablokowało komentarze na swoich blogach. Ja jestem uodporniony na różne okrzyki – negatywna reakcja jest też reakcją i lepsze to niż robienie czegoś, co nie budzi żadnych emocji. Doceniam rzecz jasna mądre komentarze.

Lubisz więc budzić emocje. A gdybyś nagle stał się anonimowy i wszystkich przestałoby interesować to, co robisz?

To byłoby klęską – jak zresztą dla każdego twórcy. Po to się pisze, aby być czytanym, po to się gra, aby być słuchanym. Nagrywamy płyty, aby kogoś zmusić do myślenia, kogoś oczarować, innego wzruszyć. Big Cyc jest zespołem nieco publicystycznym – taką śpiewaną gazetą ze śpiewanymi felietonami. Jeżeli piszemy piosenkę, chcemy aby poszła w świat. O Moherowe berety byliśmy spokojni - reakcje się pojawiły i to w dużej ilości. Nie lansowano nas wprawdzie za bardzo w radiu. I mam wrażenie, że jeśli nas puszczano to po to, aby pokazać „u nas nie ma cenzury”, ale w Internecie świecimy triumfy. Teledysk Atakują klony miał 2,5 miliona ściągnięć – to absolutny rekord w kategorii piosenka.

A gdzie są u Skiby granice prowokacji?

Lubię czasami jako satyryk przekraczać dobry smak, czego w Polsce się boimy. A Monthy Python, tworzący dowcip dla ludzi inteligentnych, wielokrotnie robił takie prowokacje! Pamiętam np. przykład taki ich skecz o tym, jak facet wymiotuje do grobu matki! Cynicznym kpiarzom daleko do delikatnych poetów. Często, aby kogoś poruszyć, przekraczamy granice dobrego smaku, ale robimy to świadomie. Wielu wykonawców np. z kręgu disco polo przekracza dobry smak nie mając o tym najmniejszego pojęcia. Oni myślą, że tak jest fajnie i tak trzeba. Nasza sztuka nie polega jednak i nie chcę, aby polegała głównie na szokowaniu. Propozycja Big Cyca czy Skiby nie może się składać z samych prowokacji. Trzeba jednak przyznać, że ostatnia płyta była mocno polityczna i był to powrót do naszych mocno buntowniczych korzeni..

Wtedy Big Cyc był ostry.

Mieliśmy ostre teksty polityczne, byliśmy (i jesteśmy) bacznymi obserwatorami życia politycznego. Pojawiły się wtedy piosenki Berlin zachodni, Ballada o smutnym skinie, Piosenka góralska. Mieliśmy okładki płyt z Leninem czy z Lechem Wałęsą. Potem wypruliśmy się politycznych tematów i trochę przyznam nam się po prostu znudziły, więc nagraliśmy piosenkę „feministyczną” Facet to świnia czy Makumbę.

Ale Makumba jest polityczna...

No tak. W Polsce wiele tematów staje się politycznych.

A co z tą granica?

Nie jest nią na pewno tzw. dobry smak...

No tak, każdy ma przecież inny. A z czego byś się nie śmiał?

Nie bawi mnie dowcip rasistowski. Zresztą otrzymaliśmy nagrodę Antyfaszysty 2006 za płytę Moherowe berety, a ja osobiście za felietony. Nie śmieję się z innych nacji czy z kalek. Takie dowcipy pojawiają się w komediach czy brytyjskich czy jakichkolwiek innych, ale dla mnie tu leży granica.

Ze wszystkiego innego się śmiejesz.

Ze wszystkiego nie... Śmieszy mnie żart absurdalny, polityczny. Obecnie satyra polityczna w Polsce odżyła. Poprzednio było smutniej, rząd był mniej hardcorowy. Z premiera Marka Belki, który miał śmieszne nazwisko i mówił śmieszne rzeczy (np. że zna osobiście Jenifer Lopez) nikt się jakoś za bardzo nie śmiał, nie powstały żadne dowcipy. Teraz z kolei u władzy są bardzo barwne postaci, które mają nieograniczone możliwości dostarczania śmiesznych tematów. Satyra odżyła. Mogę to oficjalnie zaświadczyć, że w IV RP czuję się jak ryba w wodzie! Nie odczuwam cenzury, chociaż DJ-e z różnych radiostacji nie chcieli puszczać Moherowych beretów, przyznając podczas prywatnych rozmów, że nie chcą się narażać. Kilka programów odmówiło promowania płyty czy teledysku, stwierdzając, że tematyka jest nieodpowiednia. Ale za to jest świetne medium, jakim jest Internet.

Jesteście na rynku od 19 lat. Czy dostrzegasz jakąś różnicę w publiczności? W jej reakcjach?

Na szczęście część publiczności, starzeje się razem z nami. :D Chociaż są tacy, którzy wybrali inne rozrywki – np. gonitwę za kasą. Tyle że oni nie słuchają ani nas, ani żadnej innej muzyki.

Szybko się Polacy starzeją?

Szybko. Mam nawet wrażenie, że faceci szybciej niż kobiety, bo te przynajmniej dbają o urodę. Ale kierat typu dom, dzieci, pomidorowa, może zniechęcić do wszystkiego, nie tylko do muzyki. Faceci z kolei dziadzieją, siedząc przed telewizorem, pijąc piwo i zapuszczając brzuchy. Wycofują się z życia towarzyskiego, poza spotkaniami rodzinnymi przy sałatce i wódce czy żałosnym mieszczańskim grillu.

Nie lubisz grilla?

Lubię, ale nie robię z tego celebry – gryl, piwo plus rodzina.

A nie jest grill symbolem wolności? Wreszcie każdy może, bo grill kosztuje 20 złotych?

To była nowość kilkanaście lat temu! Zresztą wcześniej takie spotkania mogły uchodzić za opozycyjne taka miła ogródkowa konspiracja. A teraz? A niech sobie ludzie grillują na zdrowie, ale bez dołączania do tego ideologii że to jest jakaś manifestacja wolności. Marny to kraj w którym wyrazem postawy wolnościowej jest smażenie kiełbachy!

A co z tą nową publicznością? Rozumie, o czym śpiewacie, co mówicie?

Kiedy 150 tysięcy ludzi śpiewa Moherowe berety czy otrzymujemy przysłowiową owację na stojąco plus Sto lat, jest to dowód na to, że mamy nową publiczność, która się identyfikuje z naszą muzyką, z tekstami. Gdybym śpiewał po angielsku, że rzuciła mnie dziewczyna i źle się czuję, to pewnie by tak nie było. My mówimy o aktualnych problemach – pojawia się Giertych, Kaczyńscy, protest przeciwko Łukaszence czy piosenka o Janku, który jedzie do Iraku, bo zbiera na mieszkanie, żeby z ukochaną żyć. Spotkałem nawet takiego „Janka”. Pojechał na wojnę, zbierał, a jak wrócił z połową kasy na mieszkanie, to dziewczyny już nie było. Chłopak zupełnie stracił motywację. Niby to banał, ale jest tragedią w czysto ludzkim wymiarze.

Czyli z sensem śpiewacie?

Jesteśmy taką rockendrolową gazetą. Zresztą zespoły rockowe tym różnią się od pojedynczych wokalistów czy wokalistek śpiewających zgrabne kompozycje o niczym, że mają fanów. Ci zgadzają się z czymś lub nie, chodzą na koncerty, uczestniczą w życiu zespołu.

Ale nowe pokolenie chyba różni się od starego?

Urodziło się z myszką komputerową w dłoni, lepiej zna języki, nie ma takich kompleksów, jak my mieliśmy. Oczywiście, że kiedyś było inaczej – ja udzielałem się w Pomarańczowej Alternatywie, byłem notowany, siedziałem w więzieniu, wchodziłem w żółtych kalesonach na dachy kiosków ruchu i zrzucałem ulotki. Dzięki temu nie musiałem iść do wojska, bo uznali mnie za element niepewny politycznie. Nie mam jednak w sobie kombatanckich zapędów. Nie ma też powodu, aby potępiać obecną młodzież dlatego, że czasy są inne. Zresztą, kiedy jest taka potrzeba to ci młodzi ludzie potrafią się zorganizować – np. w akcji przeciwko ministrowi edukacji. Są też aktywni w Internecie np. fanatycy animacji, którzy tworzą ostrą satyrę dostępna w sieci.

Jedni się organizują, a inni już wyjechali lub marzą o tym, żeby opuścić Polskę.

Faktycznie część naszej publiczności wyjeżdża. A my zaczynamy podążać za nimi z koncertami. Zresztą ta nowa emigracja nie tylko pracuje, ale także organizuje sobie życie za granicą. Pamiętam, że po koncercie udzielałem wywiadu do polskiego pisma w Londynie. Mówiąc szczerze myślałem, że to taka polonijna gazetka z cierpiętniczym orłem w koronie, ale okazało się, że to fajne pismo z informacjami, lifestylowe, bez partyzanckich historii.

A Skiba nie chce wyjechać?

Nie, ja się tutaj dobrze czuję. Na Zachodzie bym zwariował. Wytrzymuję tam nie dłużej niż dwa tygodnie. Piszę felietony ostro lub bardzo ostro i nikt mi niczego nie narzuca i nie sugeruje.

Czy zdarzało się, że obśmiałeś kogoś i później dochodziłeś do wniosku, że niesłusznie?

Zdarzało się, że poznawałem kogoś po uprzednim obśmianiu. Niekiedy okazywało się, że jest całkiem w porządku. Zresztą sam dla siebie też nie jestem łagodny. Śmieję się z siebie i to daje mi moralne prawo do obśmiewania innych.

A przepraszałeś kogoś?

Nie miałem za co – obśmiewam to, co ktoś powiedział czy zrobił. Jeśli człowiek jest inteligentny i ma do siebie dystans, to się nie obraża. Zresztą teraz jest odwrotnie – jesteśmy proszeni...

...o to, żeby kogoś wyśmiać?
Tak. Niektórzy twórcy mają świadomość, że osoba z której robi się żarty wbrew pozorom zyskuje. My wyśmiejemy, więc zrobi się głośniej o wyśmianym... jako rockowy kabaret robiliśmy już wiele parodii różnych zespołów. Niektórzy podchodzili do nich normalnie, a zdarzali się tacy, którzy byli nimi zachwyceni (np. Grzegorz Ciechowski, który nawet nas zaprosił do swojego programu). Nie zawsze bywało jednak tak słodko. Dawno temu pewna gwiazda chciała nam wytoczyć proces. Mowa o Shazzie (piosenkarce disco polo). Wszystko jednak rozeszło się po kościach. Po latach trochę w sumie żałuję. Mogłoby być wesoło.

Zrobilibyście parodię „na zamówienie”?

Nie. Na zamówienie nie będziemy się z nikogo śmiać.

Jesteście razem jako Big Cyc prawie 20 lat. Jak Wam się to udało?

To swojego rodzaju fenomen. Gramy od 19 lat w tym samym składzie. Były między nami konflikty, ale nie doprowadziły do rozpadu. Kluczem jest chyba akceptacja. Do człowieka trzeba mieć instrukcję obsługi i przestrzegać jej. Każdy z nas wie, że kolega perkusista do południa jest nie do życia, ma fochy, nos na kwintę itp., gitarzysta ma fioła na punkcie porządku, a basista to bałaganiarz. Ja z kolei to, jak na mnie mówią, wesoły dziadek. Teoretycznie powinna być wojna... Myślę jednak, że świetnie się uzupełniamy. Zresztą zespoły rozpadają się głównie dlatego, że każdy chce być liderem. My nie mamy takiego ciśnienia. Każdy wie, co ma robić. Ja poza Big Cycem prowadzę koncerty, programy telewizyjne, piszę felietony, mam swój kabaret. Chłopaki mają drugi zespół – Czarno-Czarnych. Każdy więc się spełnia.

Zespół to jednak zakład pracy, gdzie w grę wchodzą też finanse.

Staramy się równo dzielić zyski. Na tym polu też więc nie dochodzi do konfliktów.

A teraz coś z zupełnie innej beczki: masz garnitur?

Powoli dojrzewałem do garnituru i... już mam. Zacząłem jednak od marynarek i mam sporą kolekcję – około 20 – każda szyta na zamówienie, w jednym egzemplarzu. One jednak są bardziej sceniczne – jedna jest w „żyrafę”, inna we „wściekłą krowę”, jeszcze inna w „zebrę”. Ta ostatnia, garniturowa jest normalna, klasyczna, ale - o dziwo - dobrze się w niej poczułem.

Chyba generalnie dobrze się czujesz?

Kluczem do dobrego samopoczucia jest dystans, akceptacja i świadomość swoich wad i atutów. Zresztą teraz już nie jestem takim „kogutem”. Były już przygody, skandale, życiorys zespołu jest usiany aferami, o których pisano i przez które trochę straciliśmy, ale z drugiej strony... Buzka mogą zapomnieć, a d... Skiby przejdzie do legendy...

I co dalej?

Z nowości: szykuję książkę z serią absurdalnych opowiadań. Piszę je od jakiegoś czasu. Już dawno powinienem to wydać, ale ciągle mam jakieś koncerty i imprezy. To będzie taki żart w stylu starego „Lalamido”. Każdy kto lubi takie poczucie humoru znajdzie tam coś ciekawego dla siebie.

A w filmie nie chcesz zagrać?

Najchętniej zagrałbym zwłoki w programie 997. A tak na serio z kręcenia bardziej mnie kręci robienie programów telewizyjnych choć mam na koncie kilka epizodów w paru serialach komediowych.

I na koniec – masz jakieś niezrealizowane marzenie - z kategorii WIELKIE marzenie?

Chciałbym, aby wymyśloną przez nas piosenkę grali w klubach i stacjach radiowych całego świata od Las Vegas po Kamczatkę.

Oby!

Rozmawiała:Hanna Żuławska (miesięcznik Gentelmen).Wywiad ukazał się w marcowym numerze Gentelmena.




Bracia Kaczyńscy a owca Dolly

Kim jest teraz Krzysztof Skiba? Rokendrolowcem? Felietonistą? Satyrykiem?

- Jestem człowiekiem renesansu (śmiech). Oprócz Big Cyca robiłem bardzo dużo rzeczy, chociażby program telewizyjny Lalamido. Zawsze pisałem felietony, mam kabaret. Uprawiam tzw. - jak to w średniowieczu mówiono trójpolówkę.

Tematów na pewno panu nie brakuje. Rzeczywistość ich dostarcza. I to w nadmiarze.

- W tym kraju na pewno jeszcze długo tak będzie, że rzeczywistość będzie nam dostarczała różnych ciekawych tematów. Akurat o to się nie obawiam.

A czy temat przewodni nowej płyty nie jest nieco wyeksploatowany? Teraz wszyscy kpią z rządów PiS-u.

- Ja bym tak nie powiedział, że wszyscy. Zespoły rockowe np. unikają tej tematyki. Big Cyc jest tu wyjątkiem. Na Zachodzie wiele kapel rockowych angażuje się politycznie. Na ostatnich płytach znanych wykonawców, jak Rolling Stones chociażby, którzy przez lata unikali polityki, są numery antybushowskie. Nie mówiąc o hiphopowcach typu Eminem czy punkowcach typu Green Day. Mnóstwo ludzi robi piosenki polityczne, całe płyty są manifestami poglądów politycznych. Trafiają się na nich bardzo ostre, agitacyjne wręcz kawałki, wskazujące, na kogo głosować, a na kogo nie. To jest trend ogólnoświatowy. Rock zawsze był zaangażowany. Najbardziej - w latach 60., kiedy rodził się jako hipisowska muzyka buntu i rewolucji. Przecież nawet The Beatles śpiewali o LSD, uważając, że będzie wielką rewolucją, która zmieni świadomość nie tylko poszczególnych ludzi, ale całych społeczeństw. Z perspektywy patrząc, te ryzykowne idee, wmawiające ludziom, że jak się wszyscy naćpamy, to nie będzie wojen i świat stanie się piękny, były dość naiwne i głupie. Ale w Polsce? Gdzie to zaangażowanie? Kto je ma? Monika Brodka? To przynosi zespołom, a szczególnie rockowym, wstyd. Bo przynajmniej rockowcy powinni się polityką interesować. Taki Piasek, wiadomo, urodził się po to, żeby śpiewać o swoich nieudanych randkach. Czy o udanych randkach, nie wiem. W każdym razie o miłości, a nie o polityce. Gdyby Piasek zaczął śpiewać piosenki o braciach Kaczyńskich, chyba byłby nieautentyczny. Natomiast ostatnie płyty zespołów rockowych to absolutny kondonizm, piosenki o niczym, kompletny plastik. Ani nie mają chłopcy poglądów, ani niczym się nie interesują. Ciągle jest tekst, że ona odeszła, jesień nadchodzi, jest mu smutno, jest sam w pokoju, ogląda MTV, ściąga skarpetkę, pije drinka. Przykładem wszystkie te beznadziejne pseudo rockowe bandy które puszcza radiowa Trójka.

Poczynając od drugiego albumu "Nie wierzcie elektrykom", ciągle narzekacie na rządzących.

- My nie narzekamy nigdy. My szydzimy. Jak mówił Voltaire: "Idź przez życie szydząc". I tego się trzymamy. Zaczynaliśmy w podziemiu, mamy dobre korzenie. Znalazłem sobie kilku muzyków, którzy tak naprawdę tworzą całą oprawę muzyczną, a ja dodaję ideologię. Jestem szamanem, czarodziejem, który miesza składniki i tworzy mieszankę wybuchową. Dostaliśmy od życia trochę w tyłek. W stanie wojennym siedziałem w pierdlu za rozrzucanie ulotek, notabene z człowiekiem, który udusił pięć kobiet "wampirem z Krotoszyna", bardzo dewiacyjną postacią. Działaliśmy w Pomarańczowej Alternatywie. W żółtych kalesonach wchodziliśmy na dachy kiosków ruchu i rzucaliśmy w milicjantów landrynkami. Później oni oskarżali nas o to przed kolegium, a myśmy twierdzili, że to nie były landrynki, tylko miękkie krówki toffi, które to ciągutki były w PRL-u towarem luksusowym. No to jak ktoś komuś rzucał krówkę, to nie żeby mu krzywdę zrobić, tylko żeby go poczęstować. No i po godzinie czasu takiej absurdalnej dyskusji kolegium ds. wykroczeń orientowało się, że to jest jakaś pułapka i była kolejna awantura.

Jak powstał Big Cyc?

To był żart z akademika, jeden happening. Zaprosiliśmy wszystkich na koncert połączony z pierwszym turniejem biustów. Oczywiście wszyscy dziennikarze przyjechali na te biusty. Teraz to się wydaje banalne, bo mamy pełno imprez typu miss mokrego podkoszulka, już nikogo to nie szokuje, nie podnieca szczególnie. Ale w tamtych czasach siermiężna komuna, zapięta na ostatni guzik, przykręcała cenzurę obyczajową. Na koncert nikomu nieznanej kapeli przyjechało więc 45 dziennikarzy. Oczywiście, wszyscy przyjechali dla gołych cycków z ulotki reklamowej, a nie dla nas. A żadnych cycków nie było. Powiedzieliśmy, że jedyne biusty, jakie możemy pokazać, to owłosiony tors naszego basisty. Po pierwszych dwóch piosenkach dziennikarze uciekli w popłochu. Została tylko Monika Olejnik z Trójki i Piotr Gadzinowski z ówczesnego pisma "ITD", a dzisiejszy poseł i felietonista tygodnika Urbana. Oni zrobili niesamowite relacje, że grupa hucpiarzy zrobiła wszystkich w konia. Że ośmieszyła media, które nie zainteresują się ciekawym wydarzeniem artystycznym, ale tylko gołymi cyckami. Od tego kawału staliśmy się słynni. Myśleliśmy, że jeszcze zagramy na studenckich juwenaliach i na tym się skończy. Nagraliśmy trzy piosenki, które poszły w radiu i okazały się przebojami. Teraz gubimy się w ilości nagranych płyt, zagranych koncertów.

Czy istnieje partia polityczna, którą by pan oszczędził, nie obśmiał?

- Sympatyzowaliśmy z PO i głosowaliśmy na nią. Natomiast zapewniam panią, że gdyby Donald Tusk - który ma moją dużą sympatię - został prezydentem, to na pewno w swoich felietonach byłbym bezlitosny, bo satyrycy z definicji powinni nie ufać każdej władzy. Taka jest rola prześmiewców, komediantów, żeby patrzeć władzy na ręce, przedrzeźniać ją. Cała Pomarańczowa Alternatrywa na tym polegała. Karykaturalnie wyolbrzymialiśmy hasła komunistów. Np. podczas akcji wiosennych porządków zainicjowaliśmy parodię czystek partyjnych. Wyszliśmy na ulice Łodzi z czerwonymi flagami, portretami Lenina i napisem "Jest ok", z dużym transparentem "Niech żyje Karol Marks i jego szatańskie wersety". Było w tym dużo zabawy i prowokacji. Służby porządkowe kompletnie zgłupiały gdy podczas innego happeningu musiały zatrzymywać sierotkę Marysie, Misie Uszatki czy świętych Mikołajów. Pierwsze happeningi były pacyfikowane. Jeden z moich lepszych trwał raptem około 10 minut. Polegało to na tym, że biegaliśmy po ulicy Piotrkowskiej z transparentami "Galopująca inflacja". Milicjanci wszystkich wyłapali, choć mieliśmy kilka sztafet. Następnego dnia wydaliśmy oświadczenie, że skończyły się kłopoty gospodarcze Polski, bo Milicja Obywatelska na ulicy Piotrkowskiej zatrzymała galopującą inflację. Po tym milicja w Łodzi przestała pojawiać się na happeningach, co powiem szczerze, wpłynęło ujemnie na poziom artystyczny naszych akcji. Pomarańczowa Alternatywa uświadomiła wielu ludziom absurdalność mechanizmów systemu, który był nie tylko groźny, ale także śmieszny.

Teraz mamy demokrację. A jednak wiele aspektów życia wciąż śmieszy, boli, drażni. Które najbardziej?

- Razi mnie państwowa celebra. Nasze święta są strasznie smutne, te oficjalne imprezy są jakieś niesamowicie nadęte, a PiS chyba zmierza w tym kierunku aby to było jeszcze bardziej denne. Rytuał przejęcia władzy przez nowego prezydenta to był teatr propagandowy rodem z PRL-u. Duma narodowa to coś czego nie można wyszkolić na kursach, albo kupić w sklepie. Albo się ją ma, albo nie. Podziw dla własnego państwa i narodu musi być czymś spontanicznym, naturalnym, a nie kaftanem narzuconym przez urzędników. Z Szopena jesteśmy dumni, z Marii Curie-Skłodowskiej jesteśmy dumni. Z Kopernika możemy być dumni... Ta lista jest dosyć krótka. Z obecnych polityków nie za bardzo możemy być dumni. Ja czuję, że ta nowa, obecna władza chce tak odgórnie uczyć patriotyzmu. Nie tędy droga. To skończy się niechęcią i odrzuceniem. Patriotyzm to jest wartościowa rzecz i bardzo potrzebna, natomiast myślę, że zabierają się do tego z niewłaściwej strony. Jakąś kosmiczną pomyłką jest fakt, że obchodzimy rocznicę śmierci papieża. Świętem powinien być dzień, w którym papież się urodził, albo dzień wyboru Karola Wojtyły na papieża. Dlaczego my obchodzimy uroczyście dzień, w którym on od nas odszedł? Poza tym mamy tendencję do obchodzenia klęsk. Z pełnym szacunkiem, ale powstanie warszawskie było totalną klęską, zabito całą młodą, patriotyczną Warszawę i my to świętujemy... Rozumiem, żeby pamiętać o tym, wydawać książki historyczne, ale celebrować? Na całym świecie obchodzi się zwycięstwa. A my jesteśmy jedynym krajem, które obchodzi klęski wszystkich powstań, bo wszystkie przegraliśmy. No, jedno wygraliśmy, wielkopolskie, ale jego akurat nie obchodzimy. Ta pamięć o przegranych powstaniach to jest jakiś dramat.

Taka narodowa przywara. Big Cyc śpiewa też o Polakach, że mają pecha. Dlaczego?

- Gdzieś czytałem taki artykuł, że nikt tak źle nie ocenia Polaków, jak sami Polacy. Że lepiej nas ocieniają Irlandczycy, Szkoci, Włosi, Szwedzi. My siebie oceniamy najbardziej surowo. Z czego to wynika, nie wiem. Dużo pisał o tym Gombrowicz. Polak bardzo się przejmuje, co o nim sądzą inni. Będąc za granicą Polak zastanawia się czy otoczenie wie, że jestem Polakiem i męczy go czy widać, że on jestem nie stąd? To jest syndrom krajów biednych, które dostały w dupę od historii. Było kiedyś spotkanie Busha i Putina. Paparazzi, jak to oni, wszystko dostrzegli, nawet to, kto jaki ma zegarek. Okazało się, że Bush, prezydent najbogatszego państwa na świecie, człowiek, który nie musi udowadniać, że jest kimś ważnym, miał zegarek za około 200 dolarów. Natomiast Putin, człowiek, który ma wojnę w Czeczenii, gdzie w Moskwie jest 100 tysięcy żebrzących na ulicach dzieci, gdzie ludzie żyją za parę dolarów, a ludzie prubójacy wspierać opozycję jak Chodorkowski lądują na Syberii po dziwnych procesach miał zegarek za 100 tysięcy dolarów. Bill Gates, najbogatszy człowiek świata, zmusza się, żeby nakładać garnitury. Wpieprza ohydne hamburgery za 4,50 USD i chodzi w jeansach. A porównajmy teraz Billa Gatesa i pana Misztala z Samoobrony, który przed telewizorem pokazuje, jak dużo ma pieniędzy. Robić to w takim kraju jak Polska, gdzie są ludzie, którzy za 500 złotych zapieprzają przy kasie w hipermarkecie, to jest przynajmniej w wypadku parlamentarzysty niewłaściwe. Ale wszystko się zmienia. Kiedyś jak ktoś był złodziejem, to przynajmniej starał się to ukryć, bo wiedział, że to jest złe. A teraz są takie czasy, że gangster i cwaniak jest na topie. Doszło do tego, że bardzo dużo ludzi pozuje na gangsterów nie będąc nimi. Załamały się hierarchie wartości. Na topie jest przystojny gangster, który opowiada dowcipy i napada na banki. To jest bohater pozytywny, któregto zafundowały nam amerykańskie filmy. Takimi płytami jak "Moherowe Berety" trzeba przywracać wartości.

Poza posłem Misztalem ma pan jakichś ulubieńców w ławach parlamentarnych? Co pan sądzi o Podlasianinie ministrze rolnictwa Krzysztofie Jurgielu?

- Na szczęście problemy rolników nie są mi za bliskie, jestem typowym mieszczuchem. Ale ten minister dał się poznać z różnych ciekawych stron, teraz jest na wylocie. Samoobrona wejdzie do rządu i na pewno bedzie miała swojego kandydata na ministra rolnictwa. Na naszą płytę trzeba patrzeć jako na satyrę polityczną. Wielu ludzi ona przestraszyła. Spotkałem się z takimi głosami: O rany, wy się nie boicie? No bez przesady! W każdej dojrzałej demokracji satyra polityczna jest niezbędnym elementem życia codziennego. Jeżeli jej nie ma, to wtedy należy podejrzewać, że coś jest nie tak. W Stanach jest mnóstwo programów satyrycznych, gdzie nabijają się z głowy państwa. To nieprawda, że w Anglii nie wolno nabijać się z królowej, to mit. Jest mnóstwo programów czy filmów (np. "Szpital Brytania"), gdzie królowa jest pokazana jako kompletna idiotka, mumia, dołączona do archaicznego i kabotyńskiego, dworskiego rytuału.

Czy podczas promocji płyty zdarzył się, że jakaś stacja odmówiła emisji piosenki „Moherowe berety”?

- Oczywiście, "Moherowe Berety" są oficjalnie blokowane. Nam się to nie zdarzyło nigdy, w całej 18-letniej historii Big Cyca. Jedynie prywatne telewizje, jak TVN i TVN 24 i telewizje muzyczne jak VIVA i 4funTV emitują teledysk. Natomiast żadna stacja telewizji publicznej, nie wyemitowała tej piosenki. Ja nie płaczę, że jesteśmy blokowani w mediach. To nam bardzo dobrze służy! Płyta świetnie się sprzedaje. Polacy to jednak przy całej naszej paranoi krnąbrny naród, przewrotny. Jak napiszemy nie deptać trawników, to w tym miejscu będzie ścieżka. Na szczęście istnieje Internet. Pobiliśmy absolutny rekord i mamy ponad milion ściągnięć tej piosenki. Bo jej naprawdę poza paroma stacjami rockowymi nigdzie nie można usłyszeć. Duże nie puszczają, bo mogą się narazić. Ja mam osobiście żal do Trójki, ze nas nie gra, bo zawsze postrzegaliśmy ją jako stację inteligentnych ludzi, nie unikającą publicystyki rockowej. A teraz się okazuje, że się tej piosenki boją. Ale wpływa to na zamieszanie wokół zespołu idealnie. Złotym środkiem byłoby, jakby Skibę na 2 dni zamknęli. Sami się nie spodziewaliśmy, że z tą piosenką tak trafimy w sedno. Wszyscy dziennikarze zastanawiali się, czy Lepper wejdzie do rządu, czy nie. A my to przewidzieliśmy już dawno. Bo "Moherowe Berety" to nie jest piosenka o tych biednych babciach, manipulowanych przez ojca Tadeusza...

Tylko o rządzących. Ale pan śpiewa, że Lepper często myli krok, a tu proszę, całkiem gładko sobie poczyna w tym tangu.

- Tangu? Chocholim tańcu polityków! Im się wydaje, że to taniec z gwiazdami, a tak naprawdę to jest taniec z chochołami. Tylko mam nadzieję, że Andrzej Lepper to nie jest adresat powiedzenia „Miałeś chamie złoty róg”. Adresatem powinien być brak koalicji PO z PiS-em. „Mieliście chamy złoty róg, a nie wykorzystaliście tego”. Można było stworzyć taki rząd, który miałby zdecydowaną większość i trochę uporządkować sprawy w kraju. Proszę popatrzeć na Niemców: też dwie partie nienawidzące się, a dogadały się. Nasi nie. W tym tkwi jakiś polski tragizm. Pisał o tym Tadeusz Konwicki w „Kompleksie polskim” że polski tragizm chodzi pod rękę z błazenadą. To, co robi Big Cyc, jest tak celne, bo my wychwytujemy ten element błazeński. Ale tak naprawdę to smutna piosenka, bo to już nie są żarty! Poruszamy się w jakiejś smole, z której nie możemy się wydostać. Wszyscy radzą sobie lepiej od nas: Węgry, Słowacja, Czesi mają lepsze wyniki gospodarcze. Mówi się oficjalnie o tym, że jeżeli nic za bardzo nie spieprzą i na ziemi nie wybuchnie trzecia wojna światowa, to za 5 lat dojdziemy do takiego poziomu jak 1999 roku. O czym my mówimy? Gdzie tu rozwój? Dzięki tej pianie politycznej satyrycy mają o czym pisać, ale gorzej będzie jak politycy zaczną manipulować przy gospodarce. Piosenki wtedy nie wystarczą.

Na razie „według Big Cyca" manipulują przy kodzie genetycznym...

-(śmiech). Nasza piosenka jest opisem fenomenu światowego. Ja bardzo żałuję, że Jarosław Kaczyński nie został premierem, bo to już by było potwierdzenie tego układu. Jest oczywiście premierem z tzw. tylnego fotela. Czymś więc możemy się w historii zapisać bliźniakami. Na potrzeby piosenki założyliśmy, że Kaczyńscy mają coś wspólnego z owcą Dolly.

Nie unikacie też tematów politycznych dotyczących sytuacji na świecie. Łukaszenkę porównuje pan do Pinocheta. Śledził pan wybory na Białorusi?
- Tak, nawiązaliśmy kontakt z białoruską opozycją, ze studentami mieszkającymi w Polsce, graliśmy na ich koncercie w klubie Riviera Remont, poświęconym szerzeniu swobód demokratycznych na Białorusi. Graliśmy z zakazanym zespołem Neuro Dubel. Ku naszemu zaskoczeniu to bardzo sprawny zespół i dojrzały muzycznie, reprezentujący wysoki poziom, a nie jakaś amatorska grupa z domu kultury. Nagraliśmy piosenkę pt. „Dyktator” także w wersji białoruskiej i przesłaliśmy ją Internetem bo to jedyna droga na Białoruś. Przed wyborami była przez opozycję rozpowszechniana. A wynik wyborów skomentuję tak: jeszcze potrzeba kilku lat, żeby ten mur skruszyć, ale możemy być tego pewni. Udało się w takich krajach, gdzie nikt się tego nie spodziewał. Dlaczego ma się nie udać na Białorusi?

Dziękuję za rozmowę


Rozmawiała Joanna Klimowicz




1. Kim jest Krzysztof Skiba? Jak określiłby Pan siebie?

Myślę, że jestem wesołym człowiekiem, który czuje się wolny, robi to, na co ma ochotę, dla którego praca jest pasją. Urodziłem się w niepokornym mieście Gdańsku. Mój ojciec był oficerem marynarki handlowej i pływał przez trzydzieści lat po całym świecie na statkach PLO. Ojca widywałem rzadko więc wychowywała mnie matka - artystyczna dusza. Matka była architektem po Politechnice Gdańskiej i specjalizowała się w projektach dworców i obiektów kolejowych. Jeżeli w moim wypadku możemy mówić o jakimkolwiek talencie to z pewnością mam go po matce. Zawsze miałem taką trochę krnąbrną, buntowniczą naturę. Zaczynałem jako śmieszek klasowy, który na przykład zjadał kredę, żeby nie odbyła się lekcja matematyki. A było to w czasach PRL-u, gdzie kreda do tablicy była problemem, bo były kłopoty z zaopatrzeniem. Więc jak zjadłem kredę to był sabotaż lekcji, matematyka się nie odbywała. Miało to oczywiście swoje uzasadnienie, że pochodzę z biednego domu, że mi się nie przelewa, mam niedobór wapnia w organizmie i dlatego zjadam kredę. Oczywiście dość szybko zorientowano się, że to nie jest prawda. Po jakimś czasie zauważyłem, że te moje wygłupy przerodziły się w jakąś formę zorganizowaną. W podstawówce założyłem jakiś kabaret, później w liceum też miałem kabaret, na studiach miałem kapelę rockową, która działa do dziś, nazywa się Big Cyc i nagrała czternaście płyt. Skończyłem kulturoznawstwo na Wydziale Teorii Literatury, Teatru i Filmu Uniwersytetu Łódzkiego. Napisałem pierwszą w Polsce pracę magisterską o ruchu Pomarańczowa Alternatywa. Od kilkunastu lat piszę felietony.

2. A jak zaczęła się Pańska przygoda z felietonem?

Na studia chodziłem w potwornym okresie, podczas PRL-u, stanu wojennego, kiedy do oficjalnych gazet nie wypadało pisać, bo to były gazety reżimowe. Byłem związany z podziemiem, najpierw pisałem do różnych anarchistycznych pism. Pierwsze moje teksty ukazywały się w takich dziwnych pismach jak Homek, Trawa czy słynna A'Capella, która była w latach 80-tych kultowym, podziemnym pismem anarchistów. W okresie Pomarańczowej Alternatywy organizowałem happeningi, byłem aktywnym działaczem tego ruchu. Wydawałem swoje pismo satyryczne, które nazywało się Przegięcie Pały, pismo w którym się podpisywałem normalnie imieniem i nazwiskiem. To było pismo, w którym pojawiały się zalążki tekstów satyrycznych, czegoś, co można by uznać za felietony. Później jak wiadomo nastała Wolna Polska, w 89 r. powstawały nowe media, nowe gazety, zresztą to był niesamowity, przełomowy okres, bo ludzie z podziemia nagle zakładali oficjalne gazety. Cała ta klasa dziennikarzy, którzy pisali w pismach komunistycznych została częściowo odsunięta, wiele z tych pism zbankrutowało lub pokończyło się w inny sposób. Szukano nowych ludzi, którzy piszą, i to był okres najszybszych karier. Ja na przykład wtedy dostałem propozycję, z której się bardzo cieszyłem. Juliusz Rawicz dziennikarz, który kiedyś pisał w Życiu Warszawy, a później tworzył razem z Heleną Łuczywo Gazetę Wyborczą, wymyślił sobie taką stronę satyryczną, nazywało się to XIII kolumna, ukazywała się raz w tygodniu, w sobotę. To było wydanie magazynowe, trochę bogatsze, grubsze. Szukali jakichś nowych ludzi z otwartą głową i świeżymi pomysłami. Z poważnych osób pisał tam Stanisław Tym i Michał Ogórek, a ja wskoczyłem tam jako ciekawostka z undergroundu. Byłem tam takim młodym, wyrwanym z lasu, gdzieś z partyzantki, jakimś nikomu nieznanym Skibą. Od razu zacząłem pisać felietony, a także krótkie formy satyryczne. Trzynasta kolumna nie przetrwała nawet roku. Ze stroną satyryczną jest tak, że różni ludzie z różnych rzeczy się śmieją, coś dla kogoś jest bardzo śmieszne, a drugiej osoby w ogóle nie śmieszy. Nie ma obiektywnych narzędzi badawczych, żeby stwierdzić, że to jest na pewno dobry tekst satyryczny. Jest to związane z tym, że ludzie mają różne poczucie humoru. Najpierw wycofał się Stanisław Tym, bo mu coś tam skreślali. W Wyborczej się skreśla wszystkim, podobno nawet Michnikowi skreślali, bo nie ma tekstów, których by nie można skrócić albo zmienić tytułu. Więc Tym się wycofał, powiedział, że on jest za stary, żeby mu ciągle coś skreślać i zmieniać. Mnie tak trzech, czterech, do pięciu tekstów nie puścili, w sensie, że czekają na coś lepszego, bo „że ty potrafisz lepiej, zrób to śmieszniej…” I ja po pięciu tekstach sam zrezygnowałem, kolumna się rozpadła, został tylko Michał Ogórek, a myśmy poprzechodzili do innych pism. Ale nie obraziłem się na Wyborczą. Ja później przez jedenaście lat miałem swoją kolumnę felietonową w gdańskim dodatku Gazety Wyborczej. Ta seria felietonów nazywała się "Z deszczu pod rynnę". Była to najdłużej ukazująca się rubryka w tym piśmie. Gdy było już głośno o zespole rockowym Big Cyc w którym występowałem, dostawałem różne ciekawe propozycje publikowania. Pisałem trochę w męskiej prasie na przykład w Playboyu. Przez dwa lata miałem swoją stałą rubrykę w rozrywkowym magazynie CKM. Pisywałem w bardzo różnych pismach. Często gościłem ze swoimi tekstami na łamach pism studenckich (np. miesięcznik "Dlaczego") i znanych pism artystycznych (np. miesięcznik Max"). Kilka felietonów trafiło mi się w starym "Przekroju", "Dzienniku Bałtyckim" i.... "Trybunie". Ciekawostką jest fakt, że miałem nawet jeden gościnny felieton w Tygodniku Powszechnym. Jak wiadomo jest to pismo bardzo poważne, etosowe i katolickie. Poproszono mnie o krótki tekst na temat pierwszego maja. Obecnie od ponad czterech lat publikuję felietony w tygodniku Wprost.

3. Kto jest odbiorcą Pana felietonów? Do kogo kieruje Pan swoje teksty?

Ja się w ogóle nad tym nie zastanawiam. Nie piszę pod konkretnego czytelnika. Nie zastanawiam się, czy on będzie w takim wieku czy w innym, czy to jest osoba młoda czy stara. Czasem stosuję w tekstach słownictwo z tzw. slangu młodzieżowego, które mogą innych razić czy też być niezrozumiałe dla niektórych starszych osób. Ale robię to całkowicie świadomie. Wiele określeń ze slangu młodzieżowego wchodzi do masowego obiegu, przykładem jest piosenka Moherowe Berety. To określenie powstało w Internecie, ale zrobiło niesamowitą karierę. A wcześniej przykładem było słowo „zadyma”, które wzięło się od rozruchów w stanie wojennym. Mówiono, że na ulicy jest zadyma w nawiązaniu od gazu łzawiącego, którym siły porządkowe rozpraszały demonstrantów. Później w Jarocinie na koncertach tańczono rytualny taniec pogo, pojawiał się dym i dużo piachu, wtedy mówiono, też że jest zadyma. Z czasem to słowo stało się bardzo powszechne i zaczęło funkcjonować jako określenie pewnego zamieszania i stosowano je nie tylko w związku z rozruchami ulicznymi czy koncertami. A jeszcze później weszło do oficjalnego obiegu, zaczęli go używać parlamentarzyści, dziennikarze. To słowo zrobiło niesamowitą karierę, mimo że pochodziło właśnie z takiego slangu kontrkulturowego. Mówiono np. że była ostra zadyma w parlamencie, mimo, że nikt z nikim się nie bił. Nie było rozruchów, a chodziło tylko o jakąś pyskówkę, wymianę zdań. Był taki moment, gdzieś na początku czy w połowie lat 90. kiedy słowo „zadyma” było na absolutnym topie. Teraz tak naprawdę straciło znaczenie i przestało być modne, raczej przeszło do historii, a jego stosowanie trąci myszką.Świadomie więc stosuję określenia, które są w obiegu kontrkulturowym dla podkreślenia, czasem ośmieszenia czegoś. One są takim wykrzyknikiem, czymś, co właściwie wyraża daną myśl, ostrzej, mocniej.

4. Dlaczego stosuje Pan pewne zabiegi językowe? By przyciągnąć odbiorcę? Sprowokować? Zaskoczyć?

Czy zaskoczyć…? Jak przyjmowano mnie do Wprostu powiedziano, że mogę bić w lewicę, mogę bić w prawicę, mogę bić w centrum, tylko ma się to dobrze czytać i takie jest moje założenie. Oprócz tego, że mam jakiś temat to jest oczywiste, że chcę coś ośmieszyć i staram się, żeby po prostu dobrze się czytało, żebym nie nudził. Jest wielu felietonistów, którzy, tak myślę, mają archaiczny styl. Forma felietonów się zmienia. Kiedyś były felietony przyjmujące formę pamiętnika, coś w rodzaju pamiętnika inteligenta. Rano Mozart, jak ktoś słuchał Mozarta, patrzył przez okno, wróbelek i tak dalej, później wieczorem Bach, po południu coś innego…czyli taki zapis życia wewnętrznego. Felietonista pisał, jak wygląda jego życie duchowe, że rano słucha takiej muzyki, popołudniu innej, wieczorem jeszcze innej, lub zamieszczał cytaty, opinie z jakichś lektur, z obejrzanych filmów. Teraz tego nie ma. Typ felietonu literackiego zaniknął, teraz raczej są felietony publicystyczne, w których jest dużo polityki, dużo takiej nerwowości, dużo tego, co jest na pierwszych stronach gazet. Ja myślę, że mam swój sposób pisania, w tym sensie, że od razu widać po trzech zdaniach, że to jest Skiba i to jest bardzo ważne, bo znaczy, że mam swój styl. Okazuje się, że wiele osób zaczyna lekturę tygodnika Wprost od ostatniej strony.

5. Gazeta nie narzucała Panu linii programowej?

Nie. To jest podstawa, że w tej dziedzinie panuje absolutna wolność. Dopóki jestem czytany i dopóki dobrze się to czyta myślę, że tygodnik będzie chciał umieszczać te felietony, aczkolwiek powiem jako ciekawostkę, że nie mam żadnej umowy. Bardzo często jest tak, że jak cię przyjmują do redakcji musisz podać życiorys, odpis dyplomu, niemalże musisz linie papilarne zostawić, imię ojca i matki, urząd skarbowy itd. Tu tego nie ma, bo Wprost to jest bardzo liberalne pismo, które jest za tym, by te wszystkie administracyjne, biurokratyczne rzeczy sprowadzić do parteru, do minimum. I realizuje to w praktyce. Wydawałem swoją książkę, która się ukazała w grudniu minionego roku, pod tytułem takim samym jak rubryka felietonowa czyli „Skibą w mur”. Jest to wybór kilkudziesięciu moim zdaniem najbardziej soczystych, ciekawych felietonów. Lojalnie zadzwoniłem do redakcji z pytaniem czy się zgadzają, żebym wydał książkę i okazało się, że ja mogę ją wydać choćby na księżycu, w USA czy w Australii, a oni nie mają do tego praw. Ta współpraca jest bardzo luźna, nie ma narzucania tematów. Tak naprawdę to ja jestem wolnym strzelcem. Nie uczestniczę w życiu redakcji. Co prawda przychodzi do mnie dużo listów, one co jakiś czas są mi przekazywane. Tak naprawdę kontaktuję się z redakcją głównie poprzez maila, wystukuję felietony, przesyłam. Oczywiście czasem ucinam sobie sympatyczną rozmowę z redaktorem naczelnym, ale na tym się kończy. Często żałuję, że nie mogę uczestniczyć w jakichś imprezach tygodnika z bardzo prostych względów, ja mieszkam w Gdańsku, a redakcja jest w Warszawie. Nawet jak są jakieś fajne imprezy, na których chciałbym być to po prostu nie mogę, bo gram koncert gdzieś z Big Cycem np. w Suwałkach albo jestem w Gdańsku u siebie.

6. Skąd czerpie Pan natchnienie do pisania felietonów? Z wyobraźni czy obserwacji rzeczywistości?

Szukam i tropię niczym myśliwski pies. Czytam dużo prasy. Czytam wszystko z takich najważniejszych tytułów czyli "Wprost", "Politykę", „Newsweeka”, "Wyborczą”, „Forum”. Taki codzienny przegląd prasy potrafi dostarczyć wielu tematów do przemyśleń. Tematem może być artykuł w gazecie, wypowiedź posła, jakaś kretyńska inicjatywa poselska czy nowy przepis, który ma wejść lub jakaś niedorzeczna wypowiedź osoby publicznej. I wokół tego szukam punktu zaczepienia, jeżeli jest jakiś punkt zaczepienia, jeżeli jest temat warty grzechu to wówczas spuszczam swoje zdolności satyryczne ze smyczy. Obok lektury prasy sporo tematów dostarcza mi codzienna obserwacja zachowań rodaków. Tu kopalnia tematów także bywa niewyczerpana. Parę osób zwróciło mi uwagę, że niektóre z moich felietonów to niemalże gotowe monologi nadające się na scenę do kabaretu. Dzwoniło do mnie kilku aktorów z prośbą o użyczenie moich tekstów bo chcą je wykonywać na scenie. Gdyby je nieco przerobić, skrócić i wybrać esencję pewnie nadawałyby się jako materiał sceniczny. Być może jest to jakieś wyzwanie i z tych tekstów dałoby się ulepić jakiś mini spektakl.

7. Co jest ważniejsze w Pana felietonach: forma czy treść?

Ja myślę, że jedno i drugie, tego nie można rozdzielić. Ciekawa treść, mądra treść w ciekawej formie. Co z tego, że będziemy mieli bardzo słuszny felieton, z którym wszyscy się zgodzą, powiedzą: „tak, ten autor ma rację” jak będzie źle napisany? Po 3 zdaniach zaśniemy i w ogóle nie będziemy go chcieli czytać dalej. Zdarzają się tacy autorzy (nie chcę im robić przykrości, dlatego nie będę wymieniał nazwisk) ale czytając ich dochodzę do połowy tekstu i naprawdę nie mam ochoty czytać dalej. Po prostu nie interesuje mnie co mają do powiedzenia, bo to co powiedzieli do tej pory było komunałem lub powtarzaniem ogólnie znanych i słusznych dyrdymałów. Uważam, że szkoda czasu na nudne rzeczy i szukam wtedy innych tekstów w tej samej gazecie, bądź w innej. Ja myślę, że felieton jest taką szlachetną formą, która łączy rzeczy poważne z niepoważnymi i to jest bardzo istotne, to jest klucz. Z drugiej strony jeżeli felieton byłby tylko i wyłącznie takim właśnie tekstem satyrycznym, takim absurdalnym monologiem, rodem z angielskiej szkoły dowcipu to uważam, że straciłby coś ważnego, że on jednak pewne myśli, spostrzeżenia autora powinien przekazywać. Poza tym wielu ludzi czyta felietony dla autora, bo jest ciekawa co ich ulubiony autor myśli w danej sprawie i jak ją komentuje. Felieton jest bardzo osobistą wypowiedzią, nacechowaną stylem i obsesjami autorów. Felietonista może czasem pozwolić sobie na bycie ignorantem. Powinien się znać troszeczkę na wszystkim, ale przecież na wszystkim znać się nie sposób. Każdy felietonista powinien postawić jakąś oryginalną tezę, która postawi znane i omawiane przez wszystkich rzeczy na głowie. Felietonista piejący w chórze to katastrofa. Ja lubię bardzo styl Korwin – Mikkego, bo to jest autor piszący soczystym stylem i bezpardonowo, stawiający często wszystko na głowie. Tego rodzaju niepokorne teksty pozwalają nam przeczyścić nasze zwoje mózgowe. Takie postawienie problemu na głowie jest bardzo dobre dla treningu mózgowego. Na pewne rzeczy, które wydają nam się, że są oczywiste można spojrzeć zupełnie z innej strony. I myślę, że taka jest rola felietonisty, że on powinien nie koniecznie być w stadzie. Jeżeli wszyscy mają podobne zdanie, dobrze, żeby znalazł się taki felietonista, który troszkę zamiesza, wprowadzi element niepokoju, wsadzi kij w mrowisko i tym kijem pokręci. To jest cecha dobrego felietonisty. Poza tym każdy dobry felieton, to jest oczywiście już klasyka to co mówię, powinien mieć pointę. To jest banał, bo to jest oczywista rzecz, że powinien mieć pointę, i mówi się, jest takie obiegowe powiedzenie, że dobry felietonista, za dobrą pointę, sprzeda własną matkę. To jest ten akcent, który powinien być pewnym podsumowaniem. Byli tacy felietoniści, jak na przykład Stefan Kisielewski, którego często się czytało dla pointy, miał dobre felietony, ale na końcu była jeszcze jakaś złota myśl, która potem często była powtarzana, wchodziła w obieg językowy. Często to funkcjonuje do dzisiaj. Powiedzonka z jego felietonów weszły w taki obieg powszechny, często nie wiemy kto jest ich autorem, a okazuje się, że to coś, co zostało kiedyś napisane właśnie w formie takiego cotygodniowego tekstu, a tam funkcjonuje jako jakaś mądrość życiowa.

8. Czy ma Pan jakieś ulubione zwroty, sformułowania, słowa, których używa Pan częściej niż innych?

Staram się walczyć z każdą formą skostnienia i przyzwyczajenia, ale nie zawsze mi wychodzi. Usiłuję nie powtarzać się w tekstach. Kiedyś miałem taki mały, gotowy schemacik, taką sztancę którą seryjnie produkowałem. Teraz staram się jej unikać jak mogę. Bywa, że mam swoje małe, ulubione figury stylistyczne. Brałem jedno słowo i wokół niego robiłem całą zabawę, bawiłem się w skojarzenia, po chwili mi się to rozrastało, mnożyłem rozwój znaczenia, metafory, powoli to urastało do poważnej formy. Takim ulubionym zwrotem było zdanie: „w świecie przyrody obserwujemy coraz więcej zjawisk i zapytań z dziedziny .....”. Tekst przybierał formę niby to rozprawki naukowej w której analizowałem różne wydarzenia kpiąc w żywe oczy z głupot i dziwactw naszej rzeczywistości. To była taka forma czysto satyryczna. Jednym z ulubionych moich chwytów felietonowych jest powołanie się na nieistniejące badania naukowe. To szyderstwo ze stylu w jakim często pisze się w gazetach gdzie powoływania się na badania naukowe mają uzasadniać oczywiste idiotyzmy. Ja tu mrugam okiem do czytelnika, a czytelnik zdaje sobie sprawę, że tych badaczy wymyślił Skiba. Często poruszam poważny problem i dodaję, że „zdaniem dermatologów jest tak i tak” – Co do tego mają dermatolodzy? Najprawdopodobniej nic, ale jest to rodzaj budowania żartu na takich absurdalnych właśnie skojarzeniach.

9. Czy jakieś wydarzenia z przeszłości wpłynęły na ukształtowanie języka Pana felietonów?

Ja wywodzę się z Pomarańczowej Alternatywy, był to ruch happeningowy, który rozwinął się w drugiej połowie lat 80, szlachetny parateatralny ruch, który ośmieszał władzę i kpił z rzeczywistości PRL-u. Nie była to opozycja cierpiętnicza, która składa wieńce na cmentarzach, organizuje strajki i msze za ojczyznę. Pomarańczowa Alternatywa to był protest młodych ludzi przeciwko szarości życia w komunie. Myśmy się przebierali za krasnoludki, a policja nas zatrzymywała na ulicach. Idiotyzm tego rodzaju działań dawał do myślenia nawet służbom porządkowym. Ja np. wchodziłem w żółtych kalesonach na dachy kiosków ruchu i rzucałem landrynkami w milicjantów. To teraz się może wydać kretyńskie, ale wówczas odbierano to jako próbę obalenia ustroju. Pewne hasła propagandowe władzy doprowadzaliśmy do absurdu i to powodowało, że ludzie przestawali się tej władzy bać. Nie możesz bać się karykatury bo karykatura może być tylko śmieszna, a nie groźna. Przedrzeźnianie jest bardzo mocną bronią. W trakcie tych działań kształtowała się moja osobowość i język. Taka skłonność do szyderstwa została mi z tamtych czasów niewątpliwe do dziś . Moim ulubionym hasłem jest taka myśl Woltaira „Idź przez życie szydząc”. Staram się to realizować w praktyce, nie tylko w felietonach, ale także w mojej działalności estradowej. Zawsze pisałem tak jakby nie było cenzury. Wielu ludzi ze starszego pokolenia ma pewne opory , pamięta czasy, gdy wyrzucano z gazet , którym zakładano kagańce i to są ludzie, którzy mają wewnętrzne bariery, blokady . Ja zawsze czułem się wolny, zawsze pisałem jakby nie było cenzury i tak się zachowuję teraz. Często słyszę od czytelników moich felietonów pytania: Skiba, ty się nie boisz? Te felietony są tak naprawdę niegroźne i są elementem satyry politycznej, a satyra zjawiskiem niezbędnym, a nawet koniecznym w każdej dojrzałej demokracji. Gdyby jej nie było wówczas należałoby dojść do wniosku, że coś jest nie tak, że coś jest nie w porządku.

10. Zauważyłam, że w Pana felietonach jest ostatnio więcej polityki niż wcześniej. Lubi Pan pisać o politykach?

To prawda, ja w ogóle przyznam się szczerze, że jak ostatnio siadam do pisania felietonu to zakładam, że tylko nie o polityce. Ale oczywiście to spostrzeżenie jest celne. Wcześniej może więcej było tekstów obyczajowych, może dlatego, że mamy tak ciekawą władzę. Ja bym chciał żyć w Szwajcarii, gdzie nikt nie wie kto jest premierem, nie mówiąc o tym, że nikt nie wie kim jest minister przemysłu. Bo ktoś kto rządzi bez afer i bałaganu nie musi zwoływać konferencji prasowych i tłumaczyć się co pięć minut przed dziennikarzami. U nas jest tak, że wszyscy się interesują polityką, gdyż ona wpycha się w nasze życie niczym spaliny z rur wydechowych samochodów. Polityka wylewa się z wszystkich możliwych komunikatorów i nie ma na to rady. Ciężko przed nią uciec, choć czasem można i trzeba. Od pół roku jest bardzo ciekawie w polskiej polityce, jest wesoło i zabawnie jak dawno już nie było. Dzięki temu satyra ożyła, a felietony są bardziej polityczne. Był taki moment posuchy. Znikły dowcipy polityczne i nikomu nie chciało się stroić żartów z ekip rządzących. Takie zajęcia wydawały się jałowe i nudne. Teraz jest cała fala nowych dowcipów politycznych, które królują głównie w Internecie. Kontrowersyjna władza zawsze ożywia światek kabaretowy i satyryczny, a nudna władza powoduje, że satyra zaczyna zajmować się jakimiś problemami obyczajowymi. Ja z przyjemnością wrócę do tematyki obyczajowej, bo chyba rzeczywiście tej polityki jest za dużo. Staram się wyszukiwać raczej elementy pozapolityczne, ale nie zawsze mi to wychodzi, bo już nawet trafia się jakiś dobry pomysł na felieton niepolityczny, ale nagle wybucha smakowita bomba z krainy politycznej i po prostu serce się kroi, żeby o tym nie napisać. I wracam do polityki jak morderca na miejsce zbrodni. Zawsze mam nadzieję, że to tak ostatni raz sobie poużywam na tych wspaniałych władzach, a już za tydzień będzie inaczej. Felietonista to pryszcz na tyłku władzy.

11. Jaka jest Pańska recepta na życie?

Recepta na życie? Rany Boskie…. No ja myślę, że przede wszystkim takim złotym środkiem, który udało mi się znaleźć to jest prawda banalna, ale prawdy banalne są często jakby tak oczywiste, że się o nich nie wspomina, w związku z tym może warto czasem ją przypomnieć, żeby sobie pewne rzeczy uświadomić. Recepta na szczęście jest taka: znaleźć pracę, która będzie ci sprawiała przyjemność, a jednocześnie będzie można się z niej utrzymać, bo nie ma nic gorszego jak praca, która cię wkurza i z której nie ma pieniędzy. Ja akurat wychodzę na scenę, mówię trzy głupie zdania i mi za to płacą. Tak jest od kilkunastu lat. Jestem pracoholikiem, a poza tym jestem człowiekiem, który prowadzi dość intensywne, aktywne życie estradowe, koncertowe i na przykład zauważyłem jedną rzecz, że jak mam mało czasu i mam pełno roboty to pracuje mi się lepiej. Lubię takie zwariowane życie między jednym koncertem, a drugim, między nagraniem w studiu, a pisaniem felietonów, kręceniem teledysków, a występowaniem w kabarecie. Gdy mam sto rzeczy do zrobienia to mnie taka sytuacja pozytywnie nakręca. To mi daję siłę i energię. Gdy mam dużo czasu wpadam w panikę i głupieję. Lepiej mi się pisze gdy cały świat wali mi się na głowę. Gdy mam spokój i luksus wolnego dnia pisze mi się ciężko i opornie. Generalnie lubię pisać, sprawia mi to przyjemność, mam frajdę w pisaniu tekstów z których ludzie się śmieją. Obecnie mam trzy stałe rubryki felietonowe (Wprost, Hustler i Dlaczego) i nie daję już rady więcej choć są propozycje i zachęty z różnych stron. Podziwiam moich kolegów np. Macieja Rybińskiego, który w tej chwili pisze już chyba do wszystkich pism. Boję się, że niedługo jego felietony będą się ukazywały w książkach telefonicznych. On pisze codziennie w „Fakcie” i co tydzień we „Wprost” i „Dzienniku”. Janusz Korwin - Mikke swego czasu był rekordzistą i pisał felietony w kilkunastu pismach. To jest człowiek wulkan. Na szczęście w Polsce felietonistom tematów nigdy nie zabraknie.

Wysłuchały: Michalina Wiśniewska i Magdalena Mucińska




Dziennik Zachodni: Krzysztof Skiba jest kojarzony przez większość swoich rodaków jako żartowniś i lekkoduch. A jaki Skiba jest na prawdę?

Krzysztof Skiba: Takie kojarzenie mojej osoby przez moich rodaków wynika z tego, że jestem niesamowicie towarzyski, lubię się bawić i jestem człowiekiem otwartym na ludzi. Jestem ekstrawertykiem. Nie jestem typem artysty zamkniętego przed świtem w wieży z kości słoniowej. Cenię sobie spotkania i rozmowy twarzą w twarz. Uważam naiwnie, że świat jest piękny, a ludzie są dobrzy. Z drugiej strony niewielu ludzi wie, że ten człowiek, który ubiera się czasem w dziwne marynarki, nie ukrywa, że lubi alkohol i szalone zabawy jest także odpowiedzialnym mężem i tatą dla dwóch swoich synów.

DZ: Czy Krzysztof Skiba jest dobrym wzorcem dla swoich dzieci czyli dla Tytusa i Tymoteusza?

KS: Na pewno jestem dla nich dużym autorytetem. Widzą tatę w telewizji i czytają moje felietony. Znają moje płyty więc, tata jest dla nich kimś ważnym. Staram się przekazywać im wiedze o życiu, którą sam zdobyłem. W życiu należy liczyć tylko na siebie. Jak się sam czegoś nie nauczysz, to nikt za ciebie tego nie zrobi. Nie ważne, że udało ci się ściągnąć na klasówce. Udając, że się uczysz oszukujesz tylko siebie. Chłopaki wiedzą, że warto się uczyć języków, że trzeba dużo czytać. Myślę, że te wszystkie rady biorą sobie do serca. Obaj mają humanistyczne zacięcie. Starszy syn, Tymoteusz ma swój zespół hip hopowy, pisze teksty.

DZ: Nie daleko pada jabłko od jabłoni.

KS: No tak. Piesze również opowiadania, ostatnio dał coś tacie do zrecenzowania i widać, że ma chłopak absurdalne poczucie humoru. Musi jeszcze popracować nad stylem, ale to jest coś, co się wyrabia z czasem. Jego próby literackie są takie młodzieńcze i jeszcze trochę nieopierzone, ale widać tam już pewną wyobraźnię literacką. Może z czasem wykluje się z tych prób coś ciekawego do czytania nie tylko dla rodziców i kumpli. Młodszy, Tytus jest niesamowicie ciekawy świata. Bardzo dużo czyta, oczywiście zaczął od komiksów. Jego ulubiony to "Tytus, Romek i Atomek". Pewnie poniekąd dlatego, że bohater ma na imię Tytus. To są inteligentne komiksy, które od lat wymyśla człowiek z wyobraźnią i poczuciem humoru Henryk Jerzy Chmielewski. Ten komiks ma wielu fanów i to nie tylko wśród dzieci

DZ: Nie zdarza się tak, że synowie po którymś z kolei występie taty w telewizji mówią - tato aleś się wygłupił?

KS: Nie, oni sami lubią się wygłupiać. Maja taki charakter. Ten starszy zgrywa czasami takiego poważniejszego, ale szybko mu przechodzi.

DZ: A jak synowie, zareagowali na ten incydent z premierem Buzkiem?

KS: To było sześć lat temu więc Tytus miał dwa lata i w tym wieku raczej trudno jest analizować tego rodzaju wydarzenia. Starszemu się to bardzo podobało, ale to normalne, bo gdy się jest małolatem to ma się zawsze wielki podziw dla zgrywy i wygłupów. Wiem, że nawet poważnie dyskutował na ten temat z kolegami w szkole i okazało się, że akcja taty budzi pozytywne reakcje uczniów. Akcje premiera Buzka (który jak wiadomo był tylko marionetką w rękach Mariana Krzaklewskiego) już wówczas leciały strasznie w dół. Pokazanie gołego tyłka premierowi należy rozpatrywać w kategoriach, radykalnego ale jednak happeningu politycznego.

DZ: Skiba radykałem?

KS: Wielu tak uważa, ale to raczej przeszłość. Wywodzę się z pamiętnej Pomarańczowej Alternatywy - ruchu, który organizował polityczne happeningi w czasach komuny. Pisałem w wielu pismach podziemnych. Byłem autorem wielu happeningów i inicjatorem ciekawych akcji ulicznych. Wielokrotnie byłem zatrzymywany przez milicję. Siedziałem trzy miesiące w pierdlu za działalność polityczną, więc pokazanie dupy Buzkowi było, czymś absolutnie normalnym i zwyczajnym. Jestem artysta rockowym, który walczy z różnymi paranojami. Jeśli ktoś wchodzi w żółtych kalesonach na dach kiosku ruchu i rzuca landrynkami w milicjantów, to trudno go nazwać twórcą nie radykalnym. Trochę się zmieniły czasy, teraz się uspokoiłem choć mam nadzieję, że nie do końca. Uważam się bardziej za artystę rewiowego niż radykalnego. Akcja z Buzkiem wyglądała tak, że podczas dużej imprezy muzycznej zadałem pytanie co mam pokazać premierowi, który siedzi na widowni, kolano czy dupę. Nie moją winą jest, że kilkutysięczna publiczność uznała, że premier zasłużył na dupę. To była dupa pokazana na życzenie widzów.

DZ: Od dupy przejdźmy do miłości. W jednym z wywiadów przeczytałem, że dla Krzysztofa Skiby najważniejszą rzeczą na świecie jest miłość.

KS: Co jakiś czas atakują mnie pisma kobiece zadając istotne dla nich pytania. Raz chcą aby coś powiedział o swoim ulubionym kolorze, innym razem o jakiejś przygodzie z dzieciństwa, a jeszcze innym o pierwszej, szkolnej miłości. Ostatnio spytano mnie jaki jest ideał kobiety.

DZ: A jaki jest?

KS: Ideałem kobiety dla każdego samca jest zawsze ta kobieta, która pierze mu kalesony. Kobieta, która nie pierze facetowi kaleson, jest daleka od ideału. Pewnego dnia jedno z tych pism zadało mi pytanie, co jest w życiu najważniejsze? Wobec tak monumentalnie postawionej sprawy odpowiedziałem zgodnie z sumieniem, że miłość. Nigdy dość prawd oczywistych. Uważam, że miłość jest czymś, czego brakuje nam wszystkim. Oczywiście oprócz miłości jest wiele innych ważnych rzeczy. Ale miłość jest tą najważniejszą. Może gdyby Adolf Hitler był zakochany nie byłoby II wojny światowej.

DZ: Sprawiasz wrażenie człowieka, który zna odpowiedź na każde pytanie. Jaki jest sens życia?

KS: Na to pytanie próbowali odpowiedzieć wszyscy wielcy mędrcy tego świata. Od św. Tomasza z Akwinu po filozofów-komików z grupy Monthy Pythona. Woody Allen powiedział kiedyś mniej więcej coś takiego: "Nie obchodzi mnie moja własna twórczość, ani to co po mnie zostanie. Liczy się dla mnie moje obecne życie, moja teraźniejszość i moje tu i teraz". Jest w tej wypowiedzi pewna właściwa tej osobie przesada ale jest również niesamowita prawda o człowieku. Śmieszą mnie ludzie tacy jak Jan Rokita, który już ogłosił, że marzy o tym aby zostało po nim coś wielkiego. Pewnie już sobie cichutko myśli o jakimś małym pomniczku. Taka kabaretowa megalomania jest charakterystyczna dla wielu Polaków. To bardzo śmieszne i sztuczne. Nie powinniśmy udawać, że żyjemy dla jakiś wydumanych idei tylko dlatego, żeby coś po nas pozostało. To fałszywa perspektywa. Powinniśmy żyć tu i teraz. Dla siebie i dla swoich bliskich. Ja staram się być dobry tu i teraz, a nie być dobrym na pokaz i kiedy jest mi to wygodne. Taki jest sens życia. Wystarczy być dobrym.

DZ: Zastanawiam się kto jest idolem, wzorcem dla Krzysztofa Skiby?

KS: Idoli nie mam. Pojecie idol pochodzi ze sfery pop kultury, i pasuje raczej do kogoś kto na co dzień karmi się tego rodzaju pożywką. W moim przypadku można mówić raczej o guru lub o mistrzu. Dobrze jest mieć swojego mistrza. Pierwszym moim mistrzem był Marcin Wolski, którego poznałem jak mialem 17 lat. Wolski to autor kultowej audycji "60 minut na godzinę" i głośnego "Polskiego Zoo". Dawno temu jako kompletny szczyl pojechałem na festiwal artystyczny do Kielc ze swoim kabaretem Tapeta, który był kabaretem wyrzuconym ze szkoły za jakieś niepoprawne do końca teksty. Szkoła nie chciała się do nas przyznać, twierdziła, że jesteśmy niebezpieczni. Udając harcerzy pojechaliśmy na ten festiwal tylko po to aby się spotkać z naszymi mistrzami. Z Marcinem Wolskim i Jackiem Fedorowiczem. Tam otworzyły nam się oczy na wiele spraw. Można powiedzieć, że w pewnym sensie jestem uczniem Marcina Wolskiego. A na marginesie należy odnotować, że wywalczyliśmy sobie na tym festiwalu nagrodę publiczności. Natomiast moimi mistrzami duchowymi których poznałem obcując z ich twórczością są tacy panowie jak Roland Topor, Charles Bukowski, Witold Gombrowicz, Stanisław Ignacy Witkiewicz czy Woody Allen.

DZ: Kilka dni temu odbyła się premiera Twoich felietonów "Skibą w mur" i nagrania Big Cyca pilotującego nową płytę. Nowa piosenka nosi tytuł "Moherowe berety" i traktuje o środowisku Radia Maryja i samym księdzu Rydzyku. I zastanawiam się co było pierwsze, czy pomysł Big Cyca na "Moherowe berety" czy "moherowa koalicja" Tuska?

KS: Tekst piosenki był pierwszy. Napisałem go już z pół roku temu. "Moherową koalicję" wydobył na salony polityczne Donald Tusk. Od tego momentu zaczęła się oszałamiająca kariera tego pojęcia. Zresztą Tusk niepotrzebnie przepraszał za moherowe berety jakąś starszą panią w telewizji. Przecież w tym nie ma nic obraźliwego. Jest to żartobliwe nawiązanie do jednostek powietrzno desantowych. Przecież niebieskie czy czerwone berety, to komandosi, ewidentna elita wojska polskiego. Już kilka lat temu ktoś dowcipnie w internecie określił tak starsze panie od ksiadza Rydzyka. Bo jak się na nie popatrzy to babcie tworzą coś w rodzaju elitarnej gwardii ojca Tadeusza. Zaraz po tym próbowano pojęcie moherowych beretów rozciągnąć na ludzi biednych. Co jest nadużyciem, bo takie berety wcale nie są takie tanie.

DZ Oczywiście premiera piosenki o "Moherowych Beretach" nie przez przypadek odbyła się przeddzień 14 rocznicy powstania Radia Maryja?

KS. Wszystko było precyzyjnie zaplanowane jak w filmach z Jamesem Bondem. Początkowo zamierzaliśmy nagrać piosenkę nieco później ale sytuacja polityczna wokół moherowych beretów tak się rozkręciła, że przyspieszyliśmy nagrania. W styczniu chcemy nakręcić do niej teledysk, a w kwietniu ukaże się cała płyta pod takim właśnie tytułem.

DZ: Nie obawiacie się, że stacje radiowe nie będą puszczać tego nagrania?

KS: Powiem szczerze. Mnie nie obchodzi czy ktoś mnie będzie puszczał czy nie. Nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia. Muzycy Big Cyca robią płytę taką na jaką mają ochotę gdyż są wolnymi ludźmi. To że pewne nagrania nie będą puszczane w tej czy innej stacji, to jest problem tych ludzi którzy podejmą taką decyzję. Blokowanie piosenek politycznych na antenie świadczy źle o naszej demokracji, która jest trochę pokraczna. Piosenka "Moherowe berety" poza kilkoma małymi rockowymi stacjami jest już praktycznie całkowicie zakazana. W prawdziwych demokracjach politycy nie straszą mediów, a tym bardziej nie tłumią satyry politycznej, bo tak należy traktować piosenkę "Moherowe berety" i cała płytę, która ukaże się na wiosnę. To jest w ich psim interesie, żeby się ktoś z nich naśmiewał, bo jest to sygnał, że żyjemy w normalnym kraju. Politycy muszą się nauczyć , że są wolne media, że jest satyra i że będą tematem dla satyryków i to bez znaczenia z jakiej pochodzą opcji politycznej. To wszystko dla naszego wspólnego dobra, satyra jest regulatorem pewnych napięć społecznych,która zamienia beczkę prochu w beczkę śmiechu.Wracając do stacji radiowych. Tak czy inaczej od dnia premiery "Moherowe berety" są do ściągnięcia na kilku portalach internetowych. Tylko w ciągu pierwszego tygodnia ściągnęło to nagranie ponad 50 tys. osób. Przykre, że ostra satyra polityczna jest możliwa już tylko w internecie.

DZ: Ze zbiorem felietonów " Skibą w mur" jest inaczej, znalazł się wydawca i prawdopodobnie nikt nie będzie zakazywał ich sprzedaży.Czego mogą się spodziewać czytelnicy, kupując Twoją książkę?

KS: "Skibą w mur" to figlarny gatunek literatury, który ja określam mianem dobrej literatury toaletowej. To znaczy, każdy zamieszczony tam felieton ma około półtorej strony maszynopisu w związku z tym jest to około (w zależności jak kto czyta) od czterech do pięciu minut lektury. To akurat na ten moment wchodzimy do toalety musimy się odprężyć, nie mamy co zrobić z rękami i tutaj ratunkiem jest moja książka. Moment ten można oczywiście przedłużyć na kilka felietonów. Każdy z nich jest zamkniętą całością. W każdym pojawia się albo intrygujący problem filozoficzny, albo opis jakiejś zabawnej sytuacji lub śmieszne potraktowanie jakiegoś ważkiego zagadnienia społecznego. Lektura "Skibą w mur" na pewno pozwoli miło przetrwać te pięć minut w toalecie.




O piciu bez ściemy


Świat Alkoholi - Nazwa czasopisma dla którego pracuje, niejako wymusza temat naszej rozmowy, ale akurat temat alkoholi jest rockendrolowcom chyba bliski?

Krzysztof Skiba - Jak najbardziej. To stały towarzysz naszego życia, pracy. Przypomina mi się taki piękny wywiad z Leonardem Cohenem. Dziennikarka zapytała go, co sadzi o tych różnych mitach, jakie krążą, że artyści, a szczególnie muzycy, nadużywają mocniejszych trunków. A on jej na to, że pije, ale tylko zawodowo - butelkę wina przed koncertem. Żeby się rozluźnić, żeby struny głosowe lepiej pracowały, żeby wprowadzić się w taki miły nastrój.

Mimo, że muzycy piją, to nie ma za dużo utworów o piciu.

- Nie, jest całkiem sporo, Big Cyca chociażby i innych artystów rockowych. Popowi to raczej o oranżadzie śpiewają. A w rocku się pije, mówi o piciu i śpiewa o tym. Na przykład piosenka "Kocham piwo", o takim jednoznacznym tytule, była swego czasu przebojem wśród studentów. Nie była nawet promowana, specjalnie nie chodziła w radiu, ale stała się takim autentycznym przebojem. Bardziej wartościowym niż te narzucane przez media, puszczane sto razy, takie które kiedy słyszymy sto pierwszy raz to już chcemy puścić pawia. I "Kocham piwo" była takim nieoficjalnym hymnem wielu akademików.

Trasy koncertowe na pewno sprzyjają takiemu trybowi życia. Jak to jest, czy wtedy się zwraca uwagę na to, co się pije, czy już w pewnym momencie, tygodniu, miesiącu, to nieistotne.

- Nie, nie, aż tak źle z nami nie jest. Kontrolujemy to, co robimy. Zresztą to jest praca. My to oczywiście lubimy, ale taką trasę koncertową można przyrównać do pracy w kopalni.

- l Chodzi mi bardziej o ten syndrom pustego pokoju hotelowego, do którego wraca się po koncercie.

- Big Cyc prezentuje postawę epikurejską, otwartą na ludzi. Często po koncercie robimy imprezy. Nierzadko zaczynamy je wcześniej, już przed koncertem. Ale żeby nie robić z nas jakichś strasznych pijaków, to powiem, że alkohol nie jest nam potrzebny, żeby zabić straszny stres, nudę, problemy. Raczej jest to towarzysz zabawy. Jesteśmy przecież kabaretem muzycznym. - Chociaż większość komików światowej sławy to są ludzie strasznie smutni, którzy w osobistych kontaktach wypadają bardzo nieciekawie. Gra w filmie i sprawia, że pół świata trzyma się za brzuch i pęka ze śmiechu, natomiast prywatnie - ponurak. Ja spotkałem w Polsce też takich kilku prywatnie bardzo smutnych ludzi. Oni kumulują energię, wchodzą na scenę i wtedy to ponuractwo odreagowują. My jesteśmy inni. Naturalni. Specjalnie nie musimy udawać. Tacy jacy jesteśmy na scenie, tacy też jesteśmy prywatnie. Więc ta impreza w hotelu po koncercie jest przedłużeniem troszkę koncertu. I troszkę ten alkohol jej towarzyszy.