Wywiad z Krzysztofem Skibą jaki ukazał się w grudniowym numerze miesięcznika studenckiego „Dlaczego”. Rozmawia Paweł Rusak.

Minister Skiba

INFORMACJA Z OSTATNIEJ CHWILI! Rekonstrukcja w gabinecie. Polski nie-rząd powiększa się o kolejny resort – Ministerstwo Studenckiego humoru. Jego ministrem na wieki, ale bez teki został Krzysztof Skiba, który ma ambitny plan podniesienia poziomu studenckiego humoru. Tylko u nas można przeczytać ekskluzywny wywiad z nowo powołanym ministrem. I dowiedzieć się, czy wykładowcy będą przeprowadzali egzaminy z kanonu dowcipów polskich oraz dlaczego kabarety studenckie są jak zespoły disco polo.



To dość zaskakująca decyzja – Krzysztof Skiba w rządzie. Jak do tego doszło?

Premier Tusk zrealizował dyrektywę Unii Europejskiej, która nakazała wprowadzić do każdego rządu osobę odpowiedzialną za poziom humoru studenckiego. Unia zauważyła, że w krajach członkowskich rządy są pełne smutasów. Szczególnie widoczne jest to w naszym kraju. Żarty naszych polityków sprawiają, że – podobno ukochani przez premiera – studenci chowają się do szafy. Zorganizowano wewnętrzny casting, ale dowcipy wszystkich kandydatów były sztywne jak onuce żołnierza zawodowego. Ja tego dnia akurat przechodziłem ulicą i zostałem porwany do Kancelarii Premiera. Nie chciałem angażować się w politykę, ale kiedy pokazano mi moją sekretarkę przypominającą skrzyżowanie Pameli Anderson i Violetty Villas, zdecydowałem się pełnić funkcję Ministra Studenckiego Humoru.

W takim razie chyba należy zmienić ton. Panie ministrze, jakie będą pierwsze kroki Ministra Studenckiego Humoru?

Przede wszystkim chcemy stanowczo zaprotestować przeciwko wprowadzeniu matematyki na maturę.

Dlaczego? Co ma humor do tabliczki mnożenia?

Wiele. Uważamy, że matematycy to smutni ludzie. Studenci politechnik miewają zazwyczaj drętwe dowcipy. Ich śmieszy krzywa Gaussa albo mówią „Alt Binaris” i śmieją się z tego do rozpuku. Tylko oni.

Może w takim razie należałoby wprowadzić egzamin wstępny z humoru?

Obawiam się, że spora część mogłaby ten egzamin oblać. Złośliwie wyznaczyłbym samych ponuraków do komisji oceniających. Ludzi, których ciężko rozśmieszyć. Przykładowo z polityków mogliby to być Jarosław Kaczyński, Przemysław Gosiewski oraz Joachim Brudziński. To ekipa, która jeśli opowie dowcip, to większość społeczeństwa chce popełnić samobójstwo. Myślę, że to byłaby ta dodatkowa trudność.

Ale zawsze znalazłby się jakiś sposób. Wszak studenci to mistrzowie kombinowania na egzaminach. Jeden z nich doczekał się nawet dowcipu, w którym to student na egzaminie z biologii dostaje pytanie: co pan wie o tasiemcu? Ów jegomość nie zna odpowiedzi, ale mówi: Tasiemiec przypomina trąbę słonia. A o słoniu mogę wiele opowiedzieć.

Dokładnie. To inteligentne zmienianie tematu. Są wykładowcy, którzy przymykają na to oko. Wszystko jest możliwe, jeżeli potrafimy oczarować wykładowcę i w umiejętny sposób damy mu do zrozumienia, że jesteśmy oczytani. I tylko gdzieś wewnętrznie mrugamy do niego okiem, że akurat tego tematu nie znamy. To jest zresztą jedna z metod, którą sam stosowałem. Zdałem tak egzamin u profesor Ślusarskiej z literatury. Padło pytanie dotyczące „Popiołów” Żeromskiego. Aż wstyd się przyznać, ale tej pozycji akurat nie przeczytałem. Niemniej podjąłem dyskusję, że te bitwy napoleońskie mnie nie kręcą, ale za to podnieca mnie egzystencjalizm. W ten sposób udało mi się wybrnąć z sytuacji. Oczywiście na koniec pani profesor Ślusarska powiedziała, że wyczuwa, iż w sprytny sposób zmieniam temat. Nawet zaliczyła mi egzamin na piątkę, bo urzekły ją moje niebieskie oczy.

Istna szkoła kombinowania. Widzę, że metoda na inteligentne zmienianie tematu się nie zmieniła. Czy ministerstwo robiło może jakieś badania dotyczące zmiany poczucia humoru wśród studentów na przełomie ostatnich lat?

Nasz resort ma specjalny zespół badawczy, który od wielu lat zajmuje się analizowaniem poziomu humoru wśród studentów. Tym zespołem badawczym jest... grupa Big Cyc. Mają oni za zadanie kultywowanie stałego kontaktu ze studentami przez koncertowanie, ale również przez popijanie z nimi trunków wyskokowych przy różnych okazjach. Ostatnio graliśmy na serii koncertów otrzęsinowych – wśród nich zawitaliśmy do Krakowa.

I co się okazało?

Student jest otwarty na żywy i bezpośredni kontakt z humorem. Mimo że za chwilę w życiu młodych ludzi pojawi się kierat, karkołomne poszukiwanie pracy, później korporacja, drapieżni headhunterzy i łapanka na zdolnych – to student ma świadomość, że nie może poświęcić pięciu lat tylko na studiowanie. Inaczej życie ucieknie mu między palcami. Dlatego student chce „pożyć”. Ale nie zawsze może. Napotyka na tej drodze do szczęśliwości różne przeciwności.

Jakie?

Choćby tradycyjne polskie pory roku. Jesień i zima, kiedy słońce szybko zachodzi, nie skłaniają do przesadnego poczucia zadowolenia. W końcu to jedna z ulubionych pór roku poetów. A ci wzruszają się, kiedy inni płaczą i są zdołowani. Swoją drogą zastanawia mnie, dlaczego symbolem Polski jest płacząca wierzba. Przecież to ustawia nas w pozycji smętnego narodu. Stąd też chyba bierze się ta ponurość Polaków. Jeśli ktoś idzie ulicą i się uśmiecha, wówczas wszyscy myślą, że albo jest pijany, albo... głupi. A na Zachodzie ludzie uśmiechają się do siebie tak po prostu. Są optymistycznie nastawieni. Widać to nawet w... windzie. Często obserwuję choćby w hotelach, że na Zachodzie pasażerowie mówią sobie „hello”. To naturalne. U nas jedzie się milcząco. Jakby każdy się bał odezwać. Totalną katastrofą są windy w blokach. Mam wrażenie, że jeżdżą tam sami frustraci.

Teraz wiadomo, dlaczego w akademikach nie ma wind.

Coś w tym jest. Co prawda są akademiki, gdzie są windy, aczkolwiek rzeczywiście w większości trzeba piętra pokonywać na pieszo. Studencka winda różni się bardzo od tej blokowej i hotelowej.

Niektórzy potrafią nawet zrobić w niej regularną imprezę.

Ale to tylko pokazuje, jakie podejście do życia mają właśnie studenci. Szkoda, że są to tylko jednorazowe wybryki. Dlatego też chcemy stanowczo walczyć z ponuractwem.

W jaki sposób?

Mamy postulat: więcej czekolady! Jako ministerstwo będziemy zalecali, aby na studenckich stołówkach – zamiast zupy mlecznej, makaronów i gulaszy – dawać czekoladę w różnych postaciach. Ta przekąska wspomaga wydzielanie endorfin i tym samym działa na poczucie humoru.

Może to zdołowanie przenosi się z wykładowców, którzy raczej nie tryskają humorem?

Zdajemy sobie z tego sprawę. Dlatego będziemy apelować, aby wykładowcom również dawać po tabliczce czekolady dziennie. Obserwujemy jako ministerstwo niepokojącą tendencję wzrostu ponuractwa wśród wykładowców. Nauczyciel akademicki jest na ogół smutny. Bądźmy szczerzy – pracownicy akademiccy nie są beneficjentami wielkiego sukcesu ekonomicznego. Szczególnie, że studenci przyjeżdżają pod uczelnię lepszymi samochodami niż wykładowcy. To musi ich frustrować.

„Czekoladowy bonus” od Ministerstwa Studenckiego Humoru mógłby pomóc.

Z pewnością byłaby to słuszna inicjatywa. Poza tym w budżecie znajdą się pieniądze na czekoladę, ale na podwyżki dla profesorów już niekoniecznie. Czekolada będzie spełniała rolę analgetyku zmniejszającego sfrustrowanie pracowników uczelni. Możemy dodawać im jeszcze ciepłe rajtuzy na zimę. A obecnie nie chce im się nauczać. Zresztą system w tym nie pomaga. Coś mi się wydaje, że jak tak dalej pójdzie, to uczelnie będą kończyć ludzie, nadający się do startowania w teleturniejach, czyli tacy wiedzący wszystko i nic.

To źle?

Amerykanie mają system specjalistycznego szkolenia. Tam zdarza się, że wybitny biolog nie ma zielonego pojęcia o tym, kim był Kopernik, Atylla albo Hannibal...

... chyba że Hannibal Lecter...

... albo Hannibal Smith z „Drużyny A”. Natomiast będzie on wiedział wszystko o swoich motylkach. I możemy być pewni, że prędzej zdobędzie nagrodę Nobla w swojej dziedzinie niż naukowiec posiadający ogólną wiedzę. W naszej europejskiej szkole nauczania uważa się, że człowiek powinien wiedzieć zarówno o Koperniku, motylkach i Atylli. Ale przez to tworzymy rzeszę ludzi, którzy będą wygrywali konkursy w rodzaju „Milionerów” albo nieodżałowanej „Wielkiej Gry”. Omnibusy bez żadnych konkretnych umiejętności. A ja wolę iść naprawiać samochód u Gienka, który wie wszystko o moim samochodzie, a może nic kompletnie nie wiedzieć o Józefie Piłsudskim. Rzecz jasna z punktu widzenia polskiego etosu inteligenta jest to straszne. Jednak chyba lepiej być operowanym przez lekarza, który wszystko wie o ślepej kiszce niż takiego, który o ślepej kiszce wie niewiele, za to zna na pamięć wszystkie płyty z dyskografii Czesława Niemena.

Niby racja. Tylko mam wrażenie, że obecni studenci nie mają żadnej konkretnej – ani szczegółowej, ani ogólnej – wiedzy. Jak pan minister myśli – z czego to może wynikać?

Dzisiaj bycie studentem jest powszechne. Kiedyś pójście na studia było czymś nobilitującym. Słuchacz szkoły wyższej był wręcz gatunkiem chronionym, a legitymacja studencka wywoływała pomruk zachwytu wśród społeczeństwa. Nie zdarzało się, żeby student kogoś pobił lub okradł. Kiedyś, jeśli nawet zdarzała się rozróba studencka, to na wesoło – z żartem itd. Dzisiaj – to może być zwykła pijacka burda albo nawet gangsterskie porachunki. To, że studia stały się masowe, odbiło się na ich jakości. Kiedyś student był naprawdę elitą – dzisiaj już nie.

Czy pan minister przekonał się o tym na własnej skórze?

Owszem. Ostatnio piłem ze studentami w Zielonej Górze w klubie „4 Róże dla Lucienie” i nikt nie wiedział, skąd wzięła się nazwa knajpy! Uznałem to za skandal, że nie znają Rolanda Topora. Jak można nie wiedzieć, gdzie się pije? W Łodzi w knajpie Łódź Kaliska jest wiele parodii słynnych obrazów klasyków, m.in., „Wolność wiodąca ludzi na barykady” Delacroix. Kiedy zapytałem alkoholizujących się studentów, czy wiedzą, czyje malowidła zostały sparodiowane – wszyscy milczeli. Ja rozumiem, że student politechniki może tego nie znać. Ale uczelni humanistycznej? Toż to wstyd!

To wręcz smutne.

Za czasów mojej młodości było jakby weselej. Młodzież – poprzez ograniczoną liczbę rozrywek – musiała jakoś sobie radzić. Dlatego powstawały kabarety, mnóstwo żartów i ludzie byli chyba nieco radośniejsi.

Ale dzisiaj przecież działa wiele kabaretów – również studenckich.

Wydaje mi się, że jednak przeżywamy erę disco polo humoru. Miejsce discopolowców zajęli kabareciarze. Żarty są łatwe, przyjemne i proste. Przede wszystkim nie wymagają żadnego myślenia i nie niosą prawdy o rzeczywistości. Mamy dużo dowcipu absurdalnego, ale pustego. Oczywiście kabareciarze są gwiazdami, ale weszli w rolę discopolowców. A satyra i dowcipy powinny odkłamywać pewne schematy myślenia, działania i mówienia.

Może w takim razie trzeba jakoś systemowo i odgórnie rozwiązać problem ponuractwa. Może minister powinien czym prędzej wydać jakiś stosowny dekret?

Nic na siłę. Nie ma nic gorszego niż zmuszanie do żartu. Myślę, że ministerstwo powinno mieć inne zadanie. Przede wszystkim będziemy dbać o podnoszenie poziomu poczucia humoru. Druga rzecz – zależy nam na propagowaniu otwartości na różne sprawy i tematy, żeby nie mieć nieustannie spiętej dupy. My – Polacy – mamy tendencję do szybkiego wpadania w zacietrzewienie. Kiedy pojawiają się kawały o Polakach, od razu jesteśmy wkurzeni. A jeśli będziemy mieli dystans do siebie – wówczas nie będziemy tak nagminnie spinali dupy.

To chyba dotyczy głównie polityków.

Owszem. Chociaż nawet wśród nich znajdują się gejzery humoru. Potrafią przywalić żartem między oczy tak, że przeciwnikowi spadają skarpetki z zawiązanych butów. Niestety, chyba przykład idzie z góry – wszak Lech Kaczyński nie jest wzorcem do naśladowania, jeśli chodzi o poczucie humoru. Chociaż ten happening przy okazji walki o krzesła na szczycie UE był świetny. Kiedy nareszcie obaj panowie – premier i prezydent – dolecieli na miejsce, prezydent Kaczyński podszedł do premiera i zrobił mu „mukę” w plecy. To był świetny happening. Ale to są wyjątki – tak samo jak wśród studentów.

Co ministerstwo chce z tym zrobić? Resort będzie propagował wspomagacze? I wysunie postulat o legalizacji konopi indyjskich albo obniżeniu akcyzy na alkohol?

W świecie używek powinniśmy zastosować daleko idącą tolerancje, aczkolwiek miejmy świadomość, że niektóre z nich prowadzą do tragedii. W dziedzinie humoru najlepsze jest zawsze działanie bez wspomagaczy. Te zresztą oszukują, ponieważ potrafią zrobić z osoby smutnej jak zeszłoroczny śnieg personę szalenie zabawną. My jesteśmy za powrotem do korzeni – do sarmackiej i szlacheckiej tradycji biesiad. Postuluję odejście – przynajmniej na chwilę – od komputera, telewizora, na rzecz spotkań bezpośrednich. Wszelkie komunikatory internetowe są świetnym wynalazkiem, ale spotkanie się twarzą w twarz z kumplami i piękną kobietą przy alkoholu jest najlepsze. Nie doprowadźmy do sytuacji, kiedy z własną dziewczyną albo żoną będziemy rozmawiać w łóżku za pomocą laptopów. Trzeba zachować równowagę. Na koniec mogę zdradzić, że Ministerstwo Humoru Studenckiego przekazało specjalną dotację celową na zaktywizowanie zblazowanej braci studenckiej. Od stycznia na stronach serwisu internetowego www.dlaczego.com.pl można będzie głosować na najlepsze dowcipy studenckie. Te naprawdę najlepsze będą również publikowane na łamach magazynu studenckiego. Na najaktywniejszych dowcipnisiów czekają liczne nagrody. Więc nie zwlekajcie! Stańcie do walki o honor studenckiego humoru!

Rozmawiał Paweł Rusak




Wywiad z Krzysztofem Skibą, który ukazał się w majowym wydaniu pisma "Echo Miasta"

Tylko 13 procent Polaków deklaruje, że odda głos w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Pan pójdzie głosować?

Pójdę. Zrobię to bez większego entuzjazmu. I nie po to aby za kimś zagłosować, ale tylko po to by w Europie nie reprezentowali nas szaleńcy i wariaci, których niestety wśród startujących nie brakuje.

Co powiedziałby Pan tym, którzy nie pójdą do urn 7 czerwca?

Jest absolutna wolność i nikt nikogo do niczego nie zmusza. To, że ludzie nie idą na wybory oznacza zanik instynktu obywatelskiego.

Z czego Pana zdaniem wynika słaba frekwencja?

Ludzie machają ręką i jest im wszystko jedno, bo są rozczarowani całą klasą polityczną. Bez wskazywania na konkretne ugrupowania. To jest cichy strajk społeczeństwa. Pokazanie żółtej kartki politykom - kartki ostrzegawczej, a to poważny sygnał. Poza tym, ludzie nie wiedzą nawet, jakie jest zadanie Parlamentu Europejskiego czy Komisji Europejskiej, ale wiedzą, dzięki mediom, że wybrani będą mieli wysokie pensje. Instynktownie uruchamia się więc, mechanizm polskiej zawiści. Po co mam swoim głosowaniem "załatwiać" komuś ciepła posadkę. To też ma wpływ na to, że frekwencja jest tak niska.

Może, więc lepiej wyedukować społeczeństwo?

Nie ma jednej recepty. Natomiast uważam, że oczywiście można namawiać i zachęcać, ale ludzie często i tak nie mają poczucia, że ich głos na wyborach cos zmieni. Mówią sobie "będzie jak będzie, niech się sami wybierają". Oczywiście edukacja zawsze się przyda, ale uważam, że państwo, w którym żyjemy tak czy inaczej jest trochę ustawione przeciwko ludziom. Mam na myśli koszmarne podatki, chore przepisy utrudniające prowadzenie działalności gospodarczej, wszechwładzę urzędników. Państwo, które jest wrogo nastawione do swojego obywatela, nie może się dziwić, że obywatel je olewa.

Znajduje się Pan w nielicznej grupie głosujących Polaków. Nie drażni pana bierność ludzi?

Nie. Ludzie mają do tego prawo. Choć sam pójdę głosować, to ich rozumiem. Społeczeństwo pokazuje, że obecny sposób prowadzenia polityki: cyrk i skakanie sobie do oczu wcale nie jest emocjonujące. Obywatele coraz częściej mają to w nosie. Tak naprawdę te 13 procent głosujących, to kadry partyjne, ich rodziny, ludzie, których namiętnością jest polityka. Wcale nie uważam, żeby był to dramat. Bo gdyby rząd czy parlament zniknął nagle za pomocą czarodziejskiej różdżki, to zapewniam, że nic by się nie stało. Kto wie czy państwo bez rządu i armii partyjnych urzędników nie funkcjonowałoby lepiej.

Może w takim właśnie narzekaniu na polityków nakręcamy spiralę, a w rzeczywistości brakuje nam podstawowej wiedzy - nie wiemy często na kogo i dlaczego mielibyśmy głosować?

Pewnie tak, bo spora część obywateli nie ma poglądów politycznych: wydaje im się tylko, że je mają. Znaczna część społeczeństwa bardziej interesuje się serialem w telewizji niż tym, co dzieje się w ich państwie. Wiele osób ma poczucie, że ich głos nic nie zmieni, nadal będzie "po staremu". Tworzy się atmosfera "my-oni" i przekonanie, że co ma być to będzie. To rodzaj politycznego katastrofizmu.



Wywiad ze Skibą - o sztuce i Skibie


Za godzinę rozpoczyna Pan próbę do nowego spektaklu w teatrze Buffo. Całkiem nowa rola w życiu Krzysztofa Skiby. O czym jest spektakl?

Spektakl nosi tytuł „Karuzela marzeń” i jest satyrą na idiotyczne programy telewizyjne. Chcemy zrobić telewizję w teatrze. W spektaklu wykorzystano utwory Maanamu, które pełnią tu rolę komentarza. Janusz Józefowicz uznał, że będę idealny w roli prowadzącego teleturniej „Karuzela marzeń”. Dla mnie jest to przygoda artystyczna, mój absolutny debiut w teatrze.

Jakie programy telewizyjne będą parodiowane w spektaklu?

Nie parodiujemy żadnego konkretnego programu. To byłby już kabaret. „Karuzela marzeń” to fikcyjny teleturniej, uczestniczki tego teleturnieju biorą udział w różnych konkurencjach i zdobywają punkty, żeby zrealizować swoje marzenia. Jako prowadzący – Damian Barski, też nie parodiuję żadnej konkretnej postaci. Jestem zlepkiem tandetnych showmanów, których w telewizji jest coraz więcej.

Telewizja to dobry materiał na parodię?

Telewizja goniąc za widzem zgubiła coś najważniejszego – przekaz. Oglądając nową ramówkę załamałem ręce. Jest nowy program na azjatyckiej licencji, którzy prowadzą fajni chłopcy z dobrego kabaretu. Ale to, co oni tam wyprawiają, to nie jest już kabaret, ale żenada. Robienie z siebie błazna musi czemuś służyć, a w tym programie nic takiego nie ma. Można go oglądać z wyłączoną fonią.

I wyłączonym mózgiem.

I wyłączonym mózgiem. Ludzie oglądają coraz głupsze programy na coraz większych telewizorach. Widz nie potrafi już zrozumieć najprostszych aluzji, mówiąc kolokwialnie, ma coraz bardziej zryty beret. To syndrom naszych czasów, żyjemy w kulturze obrazkowej. Niedługo gazety zaczną przypominać albumy zdjęciowe. A do tego ta pogoń za sensacją. Dziś na pierwszych stronach musi byś skandal, musi być krew! Taką wizję narzuca właśnie ten potwór zwany telewizją. Rzeczywistość nam sprzyja, teatr Buffo idealnie trafił w moment, ponieważ istnieje potrzeba takiej satyry.

Jaka postać obecnie znalazła się na celowniku Skiby - autora tekstów piosenek?

Moja najnowsza piosenka nosi tytuł „Isabel”. To jest taki gorący felieton polityczny, jak „Makumba” czy „Moherowe berety”. Opowiada o premierze Marcinkiewiczu i jego młodej ukochanej - Isabel. Ku ścisłości, jestem człowiekiem o bardzo liberalnych poglądach. Nie przeszkadza mi fakt, że premier Marcinkiewicz postanowił się rozwieść. Szokujące jest tylko jego zachowanie, chwalenie się w mediach nową partnerką. Marcinkiewicz jest również hipokrytą. Promował wizję silnej rodziny, nawet zakładał konserwatywne stowarzyszenia, był tajną bronią braci Kaczyńskich. I co się okazało? Nie licząc się z tym, że prawdopodobnie jego rodzina cierpi, lansuje się z Isabel we wszystkich brukowcach. Z dziewczyną, która kaleczy język polski, żuje gumę w telewizji, a jej wypociny literackie wpisywane na blogu byłego premiera są na tak niskim poziomie, że liryka piosenek disco polo to przy tym Himalaje poezji.

Big Cyc jest rockowym kabaretem, który często nawiązuje do polityki. Jednak od jakiegoś czasu można zauważyć odwrotną tendencję: to politycy nawiązują do kabaretu. Weźmy na przykład Janusza Palikota.

Bardzo słuszne spostrzeżenie. Według mnie wynika to z faktu przenikania się polityki ze światem showbiznesu. Ludzie, którzy chcą się wypromować na arenie politycznej, coraz częściej stosują chwyty z rekwizytorni gwiazd showbiznesu. Na przykład poseł Palikot – czy to wymachując wibratorem, czy zakładając śmieszną koszulkę, czy też rzucając kontrowersyjny komentarz bardziej wpisuje się w etos rockandrollowca aniżeli polityka. Nastąpiło odwrócenie ról. Jednak wierzę, że zachowanie Palikota czemuś służy. Obawiam się jedynie, że ten montaż atrakcji, gagów medialnych, jaki serwuje nam Palikot, odwróci uwagę od problemów, które trzeba rozwiązać. Autostrady, dziurawe drogi, marnowanie publicznych pieniędzy, Euro 2012…

Myśli Pan, że zdążymy z budową stadionów?

Sądzę, że tak. Co prawda na razie idzie to kiepsko, ale jak to leży w naturze Polaków pocieszamy się, że ktoś ma gorzej. W tym przypadku Ukraina. Naiwnie wierzę, że uda się to wszystko zrobić na czas, aczkolwiek nie zdziwiłbym się, jakby piłkarze już wybiegali na boisko, a pan w szatni będzie jeszcze kładł kafelki i kleił tapetę w kiblu.

Kto jest bliższy Pana wyobrażenia gentlemana: James Bond czy Fileas Fogg?

James Bond podobał mi się, gdy grał go Sean Connery, czy Roger Moore. To był James Bond komiczny, jedną zapałką mógł pokonać całą armię, a u boku miał zawsze piękne kobiety. Był postacią komiksową, fantastyczną. Zaś współczesny Bond jest Bondem na serio. Kolejne kino sensacyjne, przy pięćdziesiątym wybuchu zaczynam ziewać, przy setnym trupie wkładam kalesony i idę do łóżka. Dramat! Prawdziwi faceci, może nie gentlemani, to postacie z rosyjskich filmów sensacyjnych. Natomiast Fileas Fogg jak najbardziej. To człowiek przygoda, człowiek podróż. Ja jestem synem marynarza, mój ojciec był marynarzem przez trzydzieści lat. Zdecydowanie bardziej Fileas Fogg jest bliższy mojemu wyobrażeni gentlemana niż James Bond.

Pana ojciec był marynarzem?

Był niesłychanie barwną postacią. Prawdziwym wilkiem morskim. W czasach PRL-u ielu marynarzy dorabiało drobnym przemytem. Oczywiście ojciec nigdy nie przemycał broni czy narkotyków, ale na przykład handlował z Afryką kremem Nivea, a nawet sprzedawał whisky w Arabii Saudyjskiej za co grożą surowe kary. Ojciec był trochę takim awanturnikiem, ale i również wspaniałym facetem, który nie przepił wszystkich pieniędzy, jak to zdarzało się innym marynarzom, ale zabierał mnie, siostrę i matkę w rejsy jego statkiem.

Dużo Pan zwiedził dzięki takim rejsom?

Ojciec pływał w czasach gdy wyjazdy za granicę były czymś bardzo rzadkim. W tym biednym, szarym PRL-u, gdzie nie było nawet papieru toaletowego, a rzeczywistość wcale nie wyglądała tak wesoło, jak z filmów Barei. Jak miałem jedenaście lat, ojciec zabrał nas w rejs dookoła świata. Byłem na przykład w RPA, w Durbanie, w kraju, gdzie w lokalach wisiały tabliczki: no dogs, no women, no niggers. W takiej kolejności. Z kolei w Australii chciała mnie kupić Polka, milionerka. Byłem małym chłopcem, a jej syn uciekł z bandą harleyowców. Ona, już starsza kobieta, chciała mieć właśnie takiego chłopca z Polski jako swoją maskotkę. Pamiętam, że kusiła mnie motorynką. To była motorynka Hondy, więc w Polsce w tamtym czasie coś absolutnie nieosiągalnego.

Brakowało Panu ojca?

Oczywiście, ale ważna była świadomość, że on jest. Gdzieś tam na morzu, ale jest. Ojciec często nie wiedział, ze urosłem i ciągle kupował mi za małe rzeczy. A to za krótkie spodnie a to za małe buty. Matka musiała mu wysyłać moje bieżące rozmiary. To było dość zabawne. Jako marynarz fruwający po całym świecie nie miał większego wpływu na moje wychowanie.

Pana również można nazwać podróżnikiem. Tu spektakl w Buffo, tam nagranie programu dla telewizji, koncerty z zespołem…

Ten duch podróży odziedziczyłem właśnie po ojcu. Jako artysta prowadzę koczowniczy tryb życia, zwłaszcza w trasie z zespołem. Mam mocny imperatyw podróży, ale mam też swoją przystań w Gdańsku, w której muszę od czasu do czasu zarzucać kotwicę, aby nie zwariować.

Ma Pan jakieś dziwactwa? Ja na przykład zawsze, gdy wychodzą na dwór, muszę mieć watę w uszach. To taka moja mała obsesja.

(śmiech) Takich nie mam. Ale maniakalnie zbieram czapki. Mam całą kolekcję i zawsze wykorzystuje je na koncertach. Jestem chyba najczęściej zmieniającym czapki na koncertach artystą. Mam również kilka peruk.

Czemu służyło legendarne już pokazanie pośladków premierowi Buzkowi?

Właśnie mija dziesięć lat od tego zdarzenia. Wszyscy ciągle pamiętają moją dupę a nie premiera Buzka. Rozumiem, że wywiad jest z okazji dziesięciolecia tego happeningu (śmiech) To było tak, że spytałem publiczność, co mam pokazać premierowi, kolano czy dupę? Kolano, czyli pokłonić się – aprobata i dupę – dezaprobata. I stało się! Szanowna publiczność wybrała w głosowaniu dupę, a to już nie moja wina. Zgłaszano pretensje, że dupa jest blada i nieopalona, mieli żal, dlaczego Skiba nie chodzi na solarium. A ja twierdziłem, że skoro blady rząd to musi być blada dupa.

I tak dupa przeszła do legendy. Może na zakończenie zrobimy krótki quiz. Ja mówię słowo, a Pan swoje pierwsze skojarzenie, troszeczkę jak w „Marnie” Hitchcocka.

Okey.

Miłość

Uczucie, bez którego nie mógłbym żyć.

Polityka

Sztuka ogłupiania elektoratu.

Cyc

To pierwsze słowo, które wypowiada dziecko. Nie „mama”, nie „tata”, ale cyc, który w każdym języku brzmi niemal identycznie. Jestem wykarmiony na prawdziwym damskim kobiecym cycku. Big Cyc propaguje hasło „Karmcie swoje dzieci w sposób naturalny”.

Krzysztof Skiba

Wszechstronnie rozrywkowy artysta estradowy. Leonardo Da Vinci polskiej estrady. Di Caprio polskiego rocka.

Gentleman

Człowiek z klasą potrafiący zachować się w każdej sytuacji. To taki facet, który wchodząc do łazienki zobaczy nagą kobietę, która nie powinna się tam znaleźć, zamknie drzwi i powie: „przepraszam pana”.

Pana?

Tak, bo daje do zrozumienia, że nie przyglądał się. Aczkolwiek kobieta może wtedy pomyśleć, że nie dostrzegł w niej kobiety. Ale myślę, że tak właśnie powinien się zachować prototypowy gentleman.

Pan by się tak zachował?

Raczej nie. Ja bym zamknął drzwi łazienki od wewnątrz i udawał, ze się zatrzasnęły.



Wywiad, który się ukazał w tygodniku SUPER TV w lutym 2009.


Od ponad roku prowadzi Pan program “Mini szansa”. Rockman w końcuzlagodniał?

Krzysztof Skiba: Dobre pytanie! A odpowiedź twierdząca. Rozbrykany młodzieniec postanowił wreszcie spoważnieć, gdy skończył czterdziestkę.Jednak, inaczej niż wielu rówieśników, pokonał magiczną granicę wieku z uśmiechem i dystansem. Wiele cennych refleksji zyskał, prowadząc program “I ty zostaniesz czterdziestolatkiem”. Nie znaczy to jednak, że niepokorny duch całkiem mnie opuścił!

Kiedy daje o sobie znać?

- Rogata natura przypomina o sobie szczególnie podczas występów na scenie. A tylko w zeszłym roku zespól “Big Cyc” zagrał 60 koncertów z okazji swoich 20 urodzin. Czasem trzeba mnie przywoływać do porządku także w studiu telewizyjnym. Oj, nie miała przy mnie lekko Beata Pawlikowska, z którą prowadziłem “Podróże z żartem”. Choć obecność delikatnej blondynki i tak łagodziła moje dowcipy... Inaczej czuję się w “Mini szansie”. Bo w tym programie to nie ja jestem najbardziej nieobliczalną postacią. Dzieciaki potrafią zaskoczyć szczerymi do bólu uwagami. Praca z nimi jest trzy razy trudniejsza niż wywiady z elità polskiego show-biznesu. Rozmowa w programie na żywo z małomównym dorosłym ¬ takim jak np. Stachursky ¬ to pestka w porównaniu ze spotkaniem z 6-latkiem. Na szczęcie “Mini szansa” jest nagrywana na taśmę i jak zdarzy nam się jakaś wpadka, możemy to usunąć.

Nie można Pana nazwać małomównym. Wyprzedza pytania dziennikarza! Pana żona, lektor łaciny i greki na Uniwersytecie Gdańskim, wycisza niespokojnego artystę?

- Moja księżniczka stworzyła rodzinną “twierdze spokoju”. Ta przystań jest dla mnie drugim, równoległym wobec estrady, światem. Wulkan sceniczny milknie, gdy czuje zapach domowej zupy pomidorowej i widzi uśmiech wspaniałej kobiety. Ceni sobie życie rodzinne. Bez niego pewnie przykro bym skończył. Jak wielu wspaniałych, lecz samotnych, artystów na wiecznej balandze.

Pan wcześnie to zrozumiał i postanowił w młodym wieku założyć rodzinne gniazdo?

- Ożeniłem się ponad 20 lat temu, jeszcze na studiach. Wkrótce po tym, jak poznałem swoją wyjątkową fankę, a obecnie żonę. Strzała Amora, która trafiła wtedy w moje serce, do dziś tkwi w nim równie mocno. Solidne, rodzinne gniazdo to przede wszystkim dzieło mojej wspanialej żony, która dba nie tylko o ciepłą, domową atmosferę. Pełni też rolę kierownika podczas wszelkich remontów. Czuwa na pracą murarzy. Jest główną księgową rodziny, której z przyjemnością oddaję wszystkie zarobki. Moje domowe umiejętności ograniczają się do wkręcania żarówek.

Pan artystyczne zainteresowania przejawiał już od dzieciństwa. Czy któryś z synów wybiera się w ojcowskie ślady?

- Artystyczna dusza drzemie w młodszym synu. Tytus ma dopiero 11 lat, ale już założył w szkole kabaret. Tymoteusz bardziej wrodził się w swoją mamę. To typ naukowca. Jako olimpijczyk, dostał się na Uniwersytet Gdański bez egzaminów. Dziś jest na trzecim roku polonistyki. Mam nadzieje, że obaj spełnią dziecięce i młodzieńcze marzenia.

Jak bardzo przejęte bywają dzieci, które spełniają swoje marzenie w “Mini szansie”?

- Ich reakcje na mikrofon i kamery są nieprzewidywalne. Każde nagranie rozpoczyna wizyta dzieci w toalecie. Czasem jedna nie wystarcza. Kiedyś dziewczynka, zamiast ocenić wykonanie piosenki, zwróciła śniadanie. Spytałem, czy to jest jej opinia. Okazało się, że przyjechała z daleka i ma chorobę lokomocyjną.

Rozmawiała: Aleksandra Lipiec.