„Gacie w dół, pieniądze na stół!”

Nad ciężką pracą celebrytów w rozmowie z WP zastanawia się felietonista, satyryk, showmen, lider zespołu Big Cyc Krzysztof Skiba.
Wywiad ukazał się w grudniu 2010 na portalu Wirtualna Polska. Ze Skibą rozmawiał Jarosław Kurek.


Jesteś celebrytą?

Nie, nie uważam się za celebrytę. Typowi celebryci to, jak wiadomo, ludzie znani z tego, że są znani. Dbający o lans, bywający na bankietach, zabiegający o obecność w kolorowych pismach i plotkarskich programach telewizyjnych. Wywołujący skandale zachowaniem i wypowiedziami. Ja jestem z czasów, gdy skandale miały wymiar artystyczny. Dziś mają przede wszystkim obyczajowy.

Nie lansujesz się, nie bywasz?

Zdarza mi się bywać, gdy zostanę zaproszony. Niedawno byłem w warszawskim klubie Loft 44 na imprezie „So Rich, So Pretty”. To przykład typowego celebryckiego eventu. Znane twarze, topowe ciuchy i samochody, drogie trunki. Rynek celebrytów poza Warszawą jest zresztą, nawiasem mówiąc, mikroskopijny. Kto ma zamiar realizować się jako celebryta, musi mieszkać w stolicy.

Nie jesteś celebrytą, ale znasz ten świat i obserwujesz go. Przykłady polskich celebrytów to…

Na pewno Jola Rutowicz. Męskim typem celebryty jest obecnie Radek Majdan. Zakończył karierę sportową i wyczuł, że dobrze jest być znanym. Poza tym uczestnicy programów w rodzaju Big Brothera czy Idola, modelki, aktorzy, prezenterzy telewizyjni, konferansjerzy. Zdarza się, że ktoś jest celebrytą okresowym. Niekiedy nawet wbrew swojej woli. Stał się znany, a media robią z niego celebrytę, żeby podnieść sobie nakład czy poprawić oglądalność. Był okres, w którym o celebrytyzm zahaczał Piotr Rubik. Także działania byłego premiera Marcinkiewicza i jego partnerki miewały celebrycki odcień.

Powiedziałeś, że dobrze jest być znanym. Dlaczego?

Idą za tym konkretne profity: znajomości w świecie mediów, producentów, reklamy. Te kontakty mają finansowy wymiar. Celebryta, żeby nie wypaść z obiegu, musi w siebie inwestować. Nie można być biednym celebrytą. To się wyklucza.

Ciężka jest praca celebryty?

Diabelnie ciężka. Musi bardzo o siebie dbać – albo przesadnie nie dbać, to zależy od strategii (śmiech). O fryzurę, szczegóły ubioru, zachowanie. Jak powiedzieliśmy wcześniej – musi bywać, by nie wypaść z obiegu. Pojawiać się w TV i gazetach, bez których jego gwiazda szybko zgaśnie. Zabiegać o to, by od czasu do czasu zaintrygować zwichniętą nogą, nową fryzurą, nowym narzeczonym.

Czy to może być sposób na życie?

Więcej – to musi być sposób na życie. Bycie celebrytą pociąga za sobą konieczność ciągłego eksponowania siebie. Nie tylko za pomocą zdjęć, ale i za pomocą słów. Celebryta jest gotów do mówienia o sobie: o swoich chorobach, znajomościach, alkoholowych problemach, kontaktach z rodzicami, operacjach plastycznych. Jego życie staje się towarem. Jak w filmie: wszystko na sprzedaż. „Gacie w dół, pieniądze na stół!” – mógłby zawołać współczesny celebryta.

A te wszystkie choroby, romanse, tragedie… one dzieją się naprawdę?

Zdarza się, że naprawdę, a zdarza się, że są elementem strategii menedżerów. Klasycznym reklamowym chwytem jest tzw. „ustawka”. Paparazzi dostają cynk, że o tej i o tej porze, u tego i tego jubilera w Londynie celebryta będzie kupował swojej wybrance pierścionek zaręczynowy. Albo że będzie przechadzał się nad rzeką. Później możemy podziwiać zdjęcia zrobione „przypadkowo” przez wszędobylskich reporterów.
Zdarza się też, że jakiś tabloid przegnie pałę. Opublikuje na przykład zdjęcie aktora udzielającego wywiadu ładnej dziennikarce i dorobi do tego historię o zdradzanej żonie. Taka historia spotkała niedawno Andrzeja Grabowskiego, który zresztą klasycznych cech celebryty nie posiada.


Wtedy sprawa wędruje do sądu…

Wędruje do sądu i nawet jeśli tabloid przegrywa, to i tak inne tabloidy mają o czym pisać. W sumie więc są do przodu (smiech).

Są jakieś klasy celebrytów? W ich świecie obowiązuje jakaś hierarchia?

Naturalnie. Są celebryci lokalni, krajowi, światowi. Klasycznym przykładem celebrytki światowej może być Paris Hilton. Gdy niedawno w Polsce gościła Caroline Wozniacki, aktualny numer jeden damskiego tenisa, polskie media też usiłowały zrobić z niej celebrytkę. W blasku bijącym od goszczących u nas światowych celebrytów starają się czasami pokazać celebryci rodzimego chowu. Z różnym skutkiem. Czasami wypada to dość zabawnie. Co ciekawe, termin celebrities ma na Zachodzie nieco inne znaczenie niż w naszym pięknym kraju. Tutaj słowo „celebryta” ma lekko pejoratywny wydźwięk. Tam nie. Nikt nie obruszy się za nazwanie go celebrytą.

Skąd się właściwie biorą celebryci?

W dużym stopniu tworzą ich media: prasa, telewizja, Internet. Dzisiaj wszystko jest na pokaz. Kto jest gotów obnażyć się, psychicznie i fizycznie, już może stać się celebrytą, choćby na pięć minut. Kiedyś nie było możliwe przekroczenie pewnej bariery intymności. Uchylano tylko rąbka tajemnicy. Dziś nie wystarczy uchylić rąbka – wszystko trzeba robić przy otwartej kurtynie jak np. swego czasu Michał Wiśniewski, który wpuścił sto kamer do swojego domu (śmiech).



Skiba w Muzeum

O happeningach, akcjach artystycznych i Muzeum Polskiego Rocka z Krzysztofem Skibą rozmawia Lucyna Kwas.
Wywiad który ukazał się w katalogu Stowarzyszenia Instytut Polskiego Rocka. Październik 2010. Gdańsk.


– Zaczynałeś w Pomarańczowej Alternatywie. Stąd Twoja skłonność do ekscentrycznych akcji i happeningów?

– Mam to we krwi. Lata 80. to były smutne czasy, w których każda osoba odbiegająca wyglądem czy myśleniem od przyjętych norm stawała się automatycznie podejrzana. Wszystko musiało być podporządkowane systemowi i przez niego kontrolowane. Waldemar Fydrych „Major” – inicjator Pomarańczowej Alternatywy – wymyślił malowanie krasnoludków na murach i władza zastanawiała się, co też takiego te krasnoludki mogą oznaczać. Obawiano się, że krasnoludki mogą być przeciwko władzy. Gdy w formie akcji ulicznych przebierańcy krasnoludkowi pojawili się na ulicy, byli ścigani jak najwięksi zbrodniarze. Totalny absurd! System, który przy pomocy policji goni się z krasnoludkami po ulicach musi upaść.

– Dziś absurdów wokół nas też nie brakuje!

– Oczywiście. Dlatego nadal czasem robimy happeningi, takie jak Lepper Party, podczas którego blokowaliśmy ulicę Tkacką za pomocą papieru toaletowego, Łapówa Party, kiedy to domagaliśmy się legalizacji łapówek, czy Międzynarodowy Dzień Blondynki, podczas którego domagaliśmy się wprowadzenia na terenie Unii Europejskiej oraz reszty świata nowego święta.

– Mam wrażenie, że wasze stare happeningi i akcje z lat 80. były bardziej polityczne, zaangażowane i ideowe, a te obecne są nieco bardziej rozrywkowe, może nawet nieco komercyjne. Mam na myśli zarówno Twoje dawne akcje w łódzkiej Galerii Działań Maniakalnych, jak i boje Konja w gdańskim Totarcie. To była rewolucja, a to, co teraz robicie, to raczej tylko zabawa…

– To mylne wyobrażenie. Oczywiście wspólnie z Konjem, między innymi dzięki programowi telewizyjnemu „Lalamido”, który był hitem w latach 90. i do dziś jest uważany za program kultowy, jesteśmy postrzegani jako postacie ze świata rozrywki. Wiele osób nie ma pojęcia, czym zajmowaliśmy się w latach 80. Przy okazji imprez w Rock Cafe i w klubie Yesterday w Gdańsku, które słusznie są kojarzone z naszymi postaciami, zdarzało nam się robić programy i happeningi czysto rozrywkowe, takie jak Festiwal Zer naśmiewający się z gwiazd festiwalu w Opolu, happening szydzący z polskiej mody na Małysza Pozwólcie Utyć Małyszowi czy wyśmiewający bazarową kulturę Międzynarodowy Dzień Dresiarza. Jednak wiele happeningów to komentarze do politycznej rzeczywistości, na przykład Skok na kasę, który odbył się w zeszłym roku na plaży w Brzeźnie przy okazji otwarcia wystawy poświęconej Pomarańczowej Alternatywie, czy naprawdę udany happening pod tytułem Muzeum III Wojny Światowej, który zorganizowaliśmy jako „stara” Pomarańczowa Alternatywa w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu. Rozdawaliśmy słoiki z popiołem i nazwami miast: Londyn, Nowy York, Warszawa, Kutno i Tokio, sugerując, że tylko to z nich pozostanie, gdy kolejne kraje zaczną wzbogacać uran i gromadzić w wiadrach ciężką wodę. To zdarzenia mocno zaangażowane, którym trudno zarzucić rozrywkowość.

– Dziś na Krakowskim Przedmieściu ciężko byłoby zorganizować tego typu akcje pacyfistyczną.

– Przez te histerie z krzyżem to miejsce rzeczywiście dla happeningu spalone. To się zamieniło w cyrk i cokolwiek byś tam teraz zrobił zostanie wpisane w wojnę religijną, a tego nie mamy zamiaru robić.

– Akcja artystyczna Jeden Dzień Z Życia Konspiry zorganizowana w rocznicę Sierpnia ’80 to także nieco nowa jakość w Waszych poczynaniach. Kto by się spodziewał, że Konjo i Skiba zrobią happening edukacyjny?

– Chcieliśmy pokazać, że o wielkiej historii można mówić bez zadęcia i na wesoło. Akcja miała rzeczywiście charakter edukacyjny, bo dla wielu młodych ludzi pewne fakty z niedalekiej przecież przeszłości wydają się czymś niesamowicie odległym i nieznanym. W dobie laptopów i komputerów, kiedy to nikt nie wychodzi na ulicę bez trzech telefonów komórkowych, zaprezentowaliśmy stare maszyny, na których drukowało się bibułę w latach 80. Ten skok cywilizacyjny i techniczny, który się dokonał jest niesamowity. O pewnych rzeczach szybko się zapomina, na przykład o tym, że za komuny buty były na kartki, po meble stało się w kolejkach, a za wolne słowo szło się do paki. Chcieliśmy to przypomnieć w formie żywego muzeum.

– Skoro mówisz coś o muzeum, to zapytam przewrotnie. Czy muzyka rockowa jest rzeczywiście już tak stara, że potrzebne jej muzea?

– W dzisiejszych czasach wszystko, co jest starsze niż 50 lat, uważa się za obiekt muzealny. Tak traktują to nawet odpowiednie zapisy i regulacje Ministerstwa Kultury. My jednak nie taką motywacją się kierujemy, tworząc od ponad jedenastu lat Muzeum Polskiego Rocka. Odchodzą kolejni mistrzowie muzyki rockowej lat 60. i 70. Nie ma już Klenczona, Nalepy, Kubasińskiej, Niemena… Mam wrażenie, że Gdańsk, w którym ten polski rock się zaczął, jest szczególnym miejscem, aby to właśnie tu – wzorem Muzeum The Beatles w Liverpoolu – urządzić podobną placówkę, w której gromadzilibyśmy pamiątki po naszych muzykach rockowych, przy czym tak naprawdę to nie będzie żadne nudne muzeum, tylko klub muzyczny tętniący życiem, w którym każdy chętny będzie mógł przy okazji poznać trochę polskiego rockandrolla i… historii Polski. Chcemy bowiem opowiedzieć młodym ludziom o czasach PRL-u poprzez historię piosenki. Zmaganie się długowłosych muzyków z aparatem administracyjnym świetnie tłumaczy, czym był poprzedni system. Dla dzisiejszej młodzieży to szokujące, że zespoły z Jarocina musiały zanosić teksty swoich numerów do cenzury, a w tamtych czasach to było normalne.

– Muzeum w Rock Cafe działa już od wielu lat. To Wam nie wystarcza?

– Dokładnie 10 października 1999 roku Franciszek Walicki, ojciec polskiego rocka, przeciął symbolicznie papier nutowy otwierając naszą placówkę rockowo-muzealną. Do dzisiaj wystąpiło tu ponad sto zespołów i wykonawców rockowych. Nie brakowało starych legend, jak Robert Brylewski, John Porter, Józef Skrzek czy Tomek Lipiński, grup takich jak Oddział Zamknięty, Róże Europy, Kobranocka, KSU, Kryzys, Moskwa, Sedes, Farben Lehre, Czarno-Czarni i wiele innych, ale przede wszystkim prezentowali i prezentują się tutaj artyści alternatywni i zdecydowanie młodsi. Rock Cafe jest przedsięwzięciem prywatnym i takim samym jest zgromadzona przez nas kolekcja pamiątek zwana Muzeum Polskiego Rocka. Nadszedł czas, aby ten czysto klubowy i imprezowy pomysł podnieść na nieco wyższe piętro. Muzeum z prawdziwego zdarzenia, to powinna być zawodowo zarządzana, nowoczesna placówka miejska wyposażona w sprzęt komputerowy i wszelkie cuda techniki, z pracownikami na etacie. Tylko taki obiekt pełen różnych atrakcji i możliwości przyciągnie turystów i publiczność. Obecne Muzeum jest może i sympatyczne, wiele się tu dzieje, ale to tylko kolejny happening Konja i Skiby.

– W celu zrealizowania tych marzeń założyliście więc Stowarzyszenie Instytut Polskiego Rocka. Nie za naukowa nazwa jak na sferę Waszych działań?

– Nazwa jest dobra, bo nieco intrygująca, a my lubimy wszystko, co niepokoi. Nie jest to też nazwa pozbawiona sensu. Zapraszam na cykl naszych imprez w październiku i w listopadzie pod tytułem Akademia Polskiego Rocka. To seria wykładów i spotkań, które zmienią wasze myślenie o muzyce rockowej. W roli wykładowców gwiazdy dziennikarstwa muzycznego i gwiazdy scen rockowych. Stowarzyszenie jest inicjatywą obywatelską i jako takie dążyć będzie do stworzenia odpowiedniego klimatu, aby budowa w Gdańsku Muzeum Polskiego Rocka przyćmiła swą dynamiką muzea światowe oraz budowy wielkich stadionów sportowych. Tak naprawdę nie będzie to przecież kolejne muzeum z wypastowaną do bólu podłogą i babciami pilnującymi martwych eksponatów, tylko miejsce, w którym oprócz koncertów i happeningów będzie można także dowiedzieć się wiele o historii rocka. Jedną z dróg prowadzących do tego celu jest organizacja cyklicznych imprez, takich jak Akademia, oraz budowa strony internetowej, na którą serdecznie zapraszam:www.muzeumpolskiegorocka.pl .



Wywiad z Krzysztofem Skibą dla miesięcznika „Prestiż – magazyn trójmiejski” (październik 2010)



- Niedawno, wraz z Końjem zorganizowałeś fantastyczny happening pod hasłem "Jeden Dzień z Życia Konspiry". Sądzisz, że ludziom trzeba przypominać, jak to drzewiej bywało?

- Akcja miała charakter edukacyjny. Była to forma happeningu, która się wpisuje w modny ostatnio nurt rekonstrukcji historycznych. Uruchomiliśmy między innymi prawdziwą podziemną drukarnię, gdzie pokazywaliśmy, jak to się drukowało na wałku, na sitodruku. Farba śmierdziała niemiłosiernie. Tą drukarnię obsługiwali ci sami ludzie, którzy robili to w mrocznych czasach komuny. Był między innymi legendarny Mirosław Chojecki, czyli ojciec niezależnej poligrafii z lat 70 i 80. Ubraliśmy się w oryginalne stroje zomowców, były piosenki Kaczmarskiego, wystawa niezależnej prasy, wystawa oryginalnych transparentów z tamtego okresu. Udało nam się stworzyć konspiracyjny lokal wiernie oddający atmosferę tamtych czasów. Myślę, że taka forma lekcji historii była dla młodzieży bardzo atrakcyjna. Pamięć o tych czasach musi być pielęgnowana i można to robić także w taki sposób, w jaki my to zrobiliśmy.

- Nie wkurza Cię to, że młodzi ludzie tak na prawdę mają w dupie ideały, o które Ty i Twoje pokolenie walczyliście? Brak ideowości, wyrazistych przekonań, nieidentyfikowanie się z ojczyzną...

- Ja bym nie generalizował. Wtedy, w czasach komuny przecież też nie wszyscy byli ideowi. Przecież nie walczył cały naród. Tak naprawdę podziemie było marginesem, a ja i moje środowisko byliśmy marginesem marginesu. Historia narodów pokazuje, że większość chce po prostu przetrwać. Taka postawa wcale nie jest zła. Nikomu nie można kazać być bohaterem. Na szczęście dzisiejsza młodzież o wolność nie musi walczyć, nie trzeba ginąć za kraj z hymnem na ustach i sztandarem w ręku. Polacy są przyzwyczajeni do etosu rodem z "Kamieni na szaniec" - każde pokolenie musi być stracone, dostać w łeb, walczyć. A przecież rzeczywistość się zmieniła. Dzisiaj wolność trzeba tylko pielęgnować. I pamiętać, że wolność nie jest taką rzeczą, którą się dostaje i trzyma w lodówce.

- Twoi synowie wychowywani są w duchu patriotycznym?

- Nie robimy patriotycznych szopek w domu, nie jesteśmy rodziną, która chodzi na pielgrzymki do Częstochowy z pieśnią na ustach. Ale dużo rozmawiamy. Moi synowie na szczęście są fanami książek, dzień bez książki jest dniem straconym. Dużo czytają, w tym książki i artykuły historyczne przedstawiające fascynujące i powikłane dzieje naszego kraju. Wiedzą doskonale, że im więcej czytasz, tym więcej rozumiesz.

- Gdańsk to miasto ludzi, którzy kochają wolność. Ludzi, którym nie można narzucić żadnych ideologii – tak powiedziałeś w jakimś wywiadzie. Aż tak bardzo wierzysz w ideały?

- Coś w tym jest. Ostatnio zwróciłem uwagę na hasło, jakim Gdańsk się promuje w rywalizacji o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku - Wolność Kultury, Kultura Wolności. To hasło idealnie oddaje historię i klimat Gdańska. Bierze się to stąd, że Gdańsk był zawsze miastem portowym, otwartym. To przecież tutaj inicjowany był artystyczny ferment, powstawały kapele rockowe, festiwale jazzowe. Na Wybrzeżu było też najmniejsze upartyjnienie. Mieszkańca Trójmiasta, podobnie jak Górala trudno było nakłonić do zapisania się do partii. Ten duch wolności, niezależności jest w Gdańsku odczuwalny do dziś.

- Gdańsk to bardzo szczególne miasto. Tutaj zaczęła się II Wojna Światowa, tutaj zaczęły się zmiany prowadzące do upadku komunizmu w Europie. Czy miasto dobrze wykorzystuje te fakty w kontekście promocji?

- Miasto Gdańsk przespało lata 90. To były lata stracone. Tak, jak Niemcy dobrze sprzedali swój Mur Berliński, tak myśmy nie potrafili wykorzystać Solidarności, Lecha Wałęsy i jego zasług dla upadku komunizmu na świecie.

- Pytam o to, bo wielu chce zawłaszczyć sobie historię, zasługi. Coraz częściej mówi się, że II Wojna Światowa nie zaczęła się w Gdańsku, że obrońcy Westerplatte byli tchórzami, że upadek komunizmu nie zaczął się od Solidarności...

- Nie można zabronić pisania ludziom książek, historykom prawa do interpretacji niejednoznacznych często faktów. Tak się dzieje na całym świecie. Ważne, żeby za tym szła uczciwość. Czytałem książkę, w której pisze się, że to nie major Sucharski, a kapitan Dąbrowski dowodził obroną Westerplatte. Mamy zatem spór historyczny, co powoduje, że o tej historii się mówi. Historia nie może być nudna. Zdecydowanie natomiast odrzucam pseudofakty, książki i publikacje służące do bieżącej walki politycznej, opluwaniu innych. Niestety, jesteśmy specjalistami od niszczenia i opluwania własnych bohaterów.

- Masz na myśli Lecha Wałęsę?

- Tak. Rozumiem ludzi, którzy mają dość pewnego rodzaju samochwalstwa Wałęsy i ciągłego mówienia, że on obalił komunizm, że on stworzył Solidarność. Oczywiście stali za nim ludzie, to był masowy ruch i trzeba mieć świadomość, że nie dokonała tej wielkiej rzeczy tylko jedna osoba. Jest wielu zapomnianych bohaterów, jak choćby Andrzej Kołodziej, przywódca strajku w gdyńskiej stoczni. Dzisiaj żyje w zapomnieniu i proszę mi wierzyć, nie opływa w luksusy. Takich ludzi jest znacznie więcej.

- Czy to, co się dzieje wokół Lecha Wałęsy to spór historyczny, czy szarganie symbolu?

- I jedno i drugie. Ja w odróżnieniu od wielu ludzi zabierających głos w tej sprawie przeczytałem bardzo uważnie słynną książkę Cenckiewicza i Gontarczyka. Z faktów i dokumentów w niej przedstawionych - wierzę, że prawdziwych - wynika, że ta współpraca jednak była. Książka ta jest jednak za bardzo złośliwa, za bardzo jednoznaczna. Może należało bardziej zaznaczyć ten moment emancypacji Wałęsy, kiedy on zerwał tą współpracę? Może więcej autorzy powinni skupić się na motywach Wałęsy? Dzisiaj każdy jest mądry po latach, jakby zapominając jaka była wtedy rzeczywistość. Czytając tą książkę dało się odczuć, że autor ma z góry założoną tezę i aż się cieszy, gdy opisuje rzeczy świadczące na niekorzyść Lecha Wałęsy. Fakty, które mogą go bronić lub usprawiedliwiać pomija lub przytacza zdawkowo. Nie widziałbym jednak w tej książce czegoś, co zdecydowanie zabija mit Lecha i podważa jego zasługi. Taka jest moja interpretacja.

- Gdańsk ma szczególne miejsce nie tylko na geopolitycznej mapie świata, ale również na muzycznej mapie Polski. Powiedziałeś kiedyś, że Gdańsk jest kolebką rock and rolla.

- Tutaj powstało wiele ciekawych zespołów, tutaj narodził się rock and roll, W legendarnym klubie Rudy Kot w 1959 roku zagrał polski zespół rockowy Rythm and Blues, co uważa się za początek rock and rolla w Polsce. tu po raz pierwszy grano Presleya w Polsce. Przypomnę, że w 1957 roku Komitet Centralny Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego ogłosił Elvisa Presleya wrogiem numer 1 systemu. Granie Elvisa w jednym z ważnych ośrodków stalinizmu wymagało wielkiej odwagi. Na Wybrzeżu powstały także takie zespoły, jak Niebiesko Czarni, Czerwone Gitary, tutaj zaczynał grać także Czesław Niemen. Potem, już w latach 80. powstała Gdańska Scena Alternatywna z takimi zespołami, jak Apteka, Bielizna, Pancerne Rowery. To są wszystko zespoły, które mocno zaznaczyły swoją obecność na mapie polskiego rock and rolla.

- Czy w czasach głębokiej komuny granie rock and rolla wymagało odwagi?

- W pewnym sensie tak. Było to przede wszystkim manifestowanie życiowej odwagi. Takie zespoły, jak Kult, Dezerter, Róże Europy, w ogóle nie były w radiu grane. To było olanie systemu i szukanie swojego kawałka wolnego świata w zniewolonym kraju. Nie zawsze był to wielki bunt polityczny, ale często postawa plecami do systemu i przodem do własnego kawałka podłogi.

- Jak bardzo na przestrzeni lat zmienił się polski rynek muzyczny?

- Wtedy w ogóle nie istniało coś takiego, jak rynek muzyczny. Nakłady płyt uzależnione były od stanów magazynowych masy użytej do ich produkcji. Dzisiaj to się wydaje komiczne, ale tak było. Absurd gospodarki socjalistycznej. Poza tym była cenzura. Wszystkie zespoły musiały przesyłać teksty piosenek do cenzury. Stosowało się wtedy takie zabiegi, że do cenzury wysyłało się specjalnie ze dwie dodatkowe piosenki, tak zwane siekiery, aby cenzor poskreślał co nieco. Dzięki temu reszta piosenek mogła przejść. Ale i tak te skreślone przez cenzurę piosenki śpiewało się na koncertach. Teraz mamy kompletnie inną sytuację, w której karty rozdają wielkie koncerny muzyczne. Płytę ulubionego artysty możesz kupić w dniu premiery w Londynie, Nowym Jorku i w Suwałkach. Śpiewasz o czym chcesz, ściągasz muzę z internetu, kręcisz fajne klipy. Jest normalnie.

- Wyjaśnij proszę na czym polega kondomizm w polskiej muzyce, bo takiego określenia kiedyś użyłeś?

- Jest bardzo dużo plastiku w mediach i ten plastik się lansuje. Ktoś kiedyś powiedział, że na coraz większych, coraz bardziej nowoczesnych telewizorach oglądamy coraz głupsze programy. Produkowane przez telewizje "gwiazdy" są jak wydmuszki. To są papierowi artyści. Kiedyś, żeby wyjść na scenę trzeba było mieć talent. Obojętnie jaki, można było śpiewać, stepować, opowiadać dowcipy, żonglować kuleczkami wody, cokolwiek. Dzisiaj wystarczy wystąpić w kilku głupich programach, zagrać małą rólkę w serialu, na fali tej pseudo popularności nagrać singla i już taki ktoś określany jest mianem artysty. Oczywiście, później życie weryfikuje te kariery. Mieliśmy już Leppera, Renatę Beger, Jolę Rutowicz, Frytkę, dzisiaj mamy między innymi Palikota. Jak widzisz kondomizm nie dotyka tylko i wyłącznie muzyki.

- A propos Palikota. Mocno go ostatnio krytykujesz, co niektórym może się wydawać dziwne. Wszak obaj macie naturę prowokatorów.

- To jest postać, która wcześniej finansowała ultra prawicowe pismo Ozon. Teraz tworzy własny ruch skręcający mocno w lewo. To jest człowiek, który nie ma własnego kręgosłupa, własnej tożsamości, postawi na to, co się aktualnie sprzeda. Tak samo jest z niektórymi zespołami, którym bez różnicy, co grają, byle się sprzedało.

- Pijesz do Agnieszki Chylińskiej?

- Nie. Agnieszka jednak coś na tej polskiej scenie muzycznej osiągnęła. Każdy ma prawo do zmiany. Osobiście ta jej nowa muzyka zupełnie mi nie odpowiada. Moim zdaniem to brzmienie jak z tandetnej dyskoteki. Ale znajduje swoich odbiorców i świetnie się sprzedaje. Nie można jej za to potępiać. Starsi fani utyskują i krytykują, ale przecież każdy może nagrać płytę, jaką chce. Jak chce nagrać płytę z pierdzeniem krowy, to czemu nie. Notabene dzisiaj niewiele osób pamięta tą starą, ostrą jak brzytwa Chylińską. Dzisiaj dla większości to jest pani z telewizji, która po prostu nagrała płytę.

- Mówisz, że każdy ma prawo do zmian, ale mam wrażenie, że Big Cyc od 20 lat się nie zmienia.

- Warto zaznaczyć, że Big Cyc powstał jako jednorazowy projekt, tylko na jeden koncert w klubie studenckim. Okazało się, że ta chwila trwa do dzisiaj, wydaliśmy 15 płyt, zagraliśmy 5 tysięcy koncertów. Z wygłupu powstał regularny zespół rockowy. Na pewno zespół dojrzał przez te wszystkie lata, ale nadal jest to wesoły rock and roll. Śpiewamy o bardzo poważnych sprawach, serwujemy publice teksty polityczne, komentujemy dzisiejszą, często absurdalną rzeczywistość. Walimy prosto z mostu i dzisiaj także niektórych naszych piosenek nie chcą puszczać w radiu. Tak było chociażby z piosenką "Moherowe berety", czy "Warto rozmawiać", w której w humorystyczno - prześmiewczy sposób odnieśliśmy się do działalności "dziennikarza" TVP Jana Pospieszalskiego. Pospieszalski powiedział później, że tą piosenką dołączyłem do całej kampanii oszczerstw inspirowanej przez tajne służby. W Polsce powstają kolejne odcinki historii głupoty, a my cały czas jesteśmy na froncie walki z głupotą. Konjo kiedyś użył fajnego określenia, że jesteśmy partyzantami śmiechu.

- Satyrykom wolno więcej, ale czy jest coś z czego nigdy się nie śmiejesz, nie żartujesz? Masz jakieś granice, których nie przekraczasz?

- Dowcip jest anarchistą, nie uznaje żadnych świętości. Mnie jednak nie śmieszą dowcipy rasistowskie, antysemickie, nigdy nie śmieję się z osób niepełnosprawnych.

- Zmieńmy temat. Jesteś za legalizacją lekkich narkotyków?

- Uważam, że marihuana powinna być legalna. Powszechna opinia jest taka, że lepiej palić marihuanę niż brać dopalacze, które w szybkim tempie mogą człowiekowi zrobić z mózgu klej do drewna. Ja natomiast nie palę, nie jestem zwolennikiem tego typu używek.

- A akcja przeciw dopalaczom to chęć zrobienia czegoś z tym problemem czy zwykły populizm i mało skuteczne machanie szabelką?

- Jest to chęć zrobienia czegoś z tym problemem, ale obawiam się, że może to się okazać mało skutecznym machaniem szabelką. Przeciw dopalaczom są wszyscy, od polityków, przez dziennikarzy, po toksykologów i lekarzy. Za dopalaczami jest jednak prawo. W działaniach rządu jest wielki pośpiech, a pośpiech nigdy nie jest dobry. Może warto wziąć przykład z krajów zachodnich, które sobie z tym problemem poradziły i wprowadzić sprawdzone rozwiązania?

- A jeśli znalazłabyś u swojego syna dopalacze lub marihuanę to co byś zrobił?

- Pewnie bym był tolerancyjny i pokusił się o spokojną rozmowę. Może zaproponowałbym mu, abyśmy wzięli to razem i sprawdzili, czy to faktycznie jest takie fajne, czy się po tym po prostu porzygamy.

- Jak już jesteśmy przy wątkach rodzinnych to jaki jesteś w domu, gdy nie ma kamer, dziennikarzy, publiki? Ile jest w Tobie tego Skiby, którego wszyscy powszechnie znają?

- Dom to jest moja oaza, moja przystań. Gdybym nie miał domu to pewnie bym zwariował, a nawet bym już nie żył. Trasy koncertowe do lekkich nie należą, nie są zbyt zdrowe. Oczywiście lubię to co robię i jeszcze na tym zarabiam. W domu się wyciszam, łapię energię do grania dalszych koncertów. Oczywiście natury nie oszukasz, to co robię na scenie jest przecież moim naturalnym zachowaniem, zatem w domu nie zrzucam jakiejś maski. Ale staram się przede wszystkim zrelaksować. I zawsze chętnie do niego wracam. A mieliśmy już takich kolegów, którzy 20 lat temu wyszli z domu na imprezę i jeszcze do niego nie wrócili. Mi to nie grozi.

- Kluczem do dobrego samopoczucia jest dystans, akceptacja i świadomość swoich wad i atutów – taki kiedyś powiedziałeś. Jakie zatem masz wady, jakie atuty, zalety?

- Ciężko mówić o swoich zaletach. Jeśli chodzi o wady to jestem łakomczuchem. Czasem próbuję się odchudzać, nie zawsze mi to wychodzi. Chyba brak mi w tej kwestii silnej woli. Czasem jestem porywczy, czasem szybciej powiem niż pomyślę. Z wiekiem stałem się mniej radykalny, aczkolwiek to chyba nie wada.

- Kto rządzi w domu? Ty czy żona? Jak wygląda podział domowych obowiązków?

- Absolutnie żona. Ja jestem tak zwanym lokatorem, kiedyś żona mówiła nawet, że uciążliwym lokatorem. Ona jest zawiadowcą, dowódcą, ona kieruje ruchem w domu.

- Synowie idą w ślady ojca?

- Starszy jest typem naukowca, intelektualisty i poszedł w ślady mamy, która jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Gdańskiego. Uczy łaciny i greki. On jest bibliofilem, zbiera książki, żyje w świecie książek. Dzięki temu jest spokojny, wyciszony, nie ma w nim energii buntownika. Natomiast młodszy syn bardziej przypomina mnie. Fascynuje się muzyką, gra na gitarze, pisze swoje teksty, coś tam komponuje. Jest fanem Beatlesów, Nirvany, dużo czyta o muzyce rockowej. Ale na dzisiaj trudno powiedzieć, czy to będzie tylko hobby czy po latach przekształci się w jego zawód.

- Ty w ślady ojca nie poszedłeś. Marynarzem nie zostałeś...

- Nie zostałem, ale była szansa. Ojciec mi jednak odradzał. To jest jednak rozłąka, rodzina na wariackich papierach. Jak ojciec pływał to w ciągu roku widziałem go przez dwa tygodnie. Czasami ojciec zabierał nas w rejsy i to była wspaniała rzecz, bo pokazał nam kawał świata. Zaszczepił w nas chęć podróżowania, poznawania innych ludzi, kultur.

- Pamiętasz swój pierwszy happening?

- To było już pod szyldem Pomarańczowej Alternatywy. Niezależne obchody Dnia Dziecka. W żółtych kalesonach weszliśmy na kiosk ruchu, mieliśmy transparent z napisem światu pokój - dzieciom mieszkania. Rzucaliśmy w milicjantów cukierkami. To się skończyło aresztowaniem na 48 godzin i wysokim kolegium. W trakcie rozprawy Zomowcy zeznawali, ze rzucaliśmy w nich twardymi landrynkami. My zeznawaliśmy, że nie było żadnego rzucania tylko częstowanie, i że nie były to twarde landrynki tylko miękkie tofi i krówki ciągutki, które nikomu krzywdy nie były w stanie zrobić, a po za tym za komuny były towarem luksusowym i rzadko dostępnym. Po pół godzinie dyskusji na temat landrynek i krówek kolegium zorientowało się, że to dalsza część happeningu i wlepiła nam wysokie kary pieniężne.

 A które ze swoich akcji, których przecież było wiele oceniasz za najbardziej pomysłowe i skuteczne? Czy te z czasów konspiracji i Pomarańczowej Alternatywy, czy te już po transformacji ustrojowej?

 Ciekawym happeningiem z czasów Pomarańczowej była „Galopująca inflacja”. Mieliśmy tabliczki z napisem „Inflacja” i biegaliśmy w tą i z powrotem po ulicy. W ciągu kilku minut milicja wykazując niebywałe wyczucie ekonomii zatrzymała siedemnastu uczestników akcji. Na drugi dzień wydaliśmy oświadczenie, że skończyły się kłopoty gospodarcze, bo milicja „zatrzymała galopującą inflację”. W nowej rzeczywistości tez zrobiliśmy kilka głośnych akcji. Całkiem niedawno wspólnie z Pawłem Konnakiem i Waldemarem Fydrychem „Majorem” pomysłodawca Pomarańczowej Alternatywy zrobiliśmy happening pacyfistyczny pt. Muzeum III Wojny Światowej. Rozdawaliśmy w centrum Warszawy słoiki z popiołem a na nich były nazwy miast typu: Tokio, Nowy Jork, Moskwa, Warszawa, Barcelona, Paryż itd.

 Mocno dawałeś się we znaki komunistycznemu aparatowi. Próbowali Cię kiedyś złamać?

 SB usiłowała usunąć mnie ze studiów, byłem wielokrotnie nękany i zatrzymywany przez milicję, odmówiono mi wiele razy wydania paszportu, siedziałem nawet przez trzy miesiące w areszcie, miałem podsłuch telefoniczny w domu i byłem otoczony wianuszkiem konfidentów, a raz po koncercie Big Cyca zostałem kulturalnie zaproszony do milicyjnej nyski na bezpłatny masaż pleców przy pomocy długich gumowych przedmiotów. W sumie nic wielkiego. Inni mieli gorzej.

 Odkąd skończyłeś 40-tkę często dziennikarze pytają Cię, czy nie myślisz o tym, by trochę odpuścić, zająć się czymś poważniejszym niż satyra. Ty jednak nie masz zamiaru schodzić ze sceny?

 Ja dopiero się rozkręcam. A satyra to jedna z poważniejszych rzeczy w życiu. O zejściu ze sceny pomyślę za ok. trzydzieści lat, a i to wydaje mi się za wcześnie. Teraz granice aktywności artystów bardzo się przesunęły. Jest wielu którzy są po 70-tce, a mimo to są aktywni artystycznie np. Woody Allen, Bob Dylan, Ray Manzarek, Tina Turner, czy …Jerzy Połomski. Sophia Loren w wielu 70 lat wystąpiła na golasa w kalendarzu i te fotki były całkiem smaczne. Niech żyje chirurgia plastyczna i chemikalia, które na to pozwalają!

 Myślisz, że za 20 lat nadal będziesz na scenie z Big Cycem i z tej sceny publika słuchać będzie Berlina Zachodniego?

 Mam taką nadzieje aczkolwiek wszystko się może zdarzyć. Jeśli wspólnie z kolegami dojdę do wniosku, że zabawa w zespół już nas nie bawi to zawsze możemy zająć się czymś innym. Na razie się na to nie zanosi. W tym roku zagraliśmy blisko siedemdziesiąt koncertów i wszędzie były tłumy oraz żywiołowa reakcja. Szalejąca publiczność to coś co nas nakręca. Niebawem nagrywamy kilka nowych piosenek, będzie też nowy teledysk oraz książka o happeningach z czasów Pomarańczowej więc sporo się w naszym obozie dzieje.



Wspomnienia z „Jedynki”

Wywiad z Krzysztofem Skibą przeprowadzony przez uczniów I LO w Gdańsku w związku z jubileuszem szkoły. Październik 2010.

R: Co pamięta Pan z czasów Jedynki? Czy pamięta pan, w ogóle, cokolwiek?

S: Taki stary nie jestem, pamiętam wszystko bardzo dobrze, bo chodziłem w specyficznym okresie do tej szkoły, to były czasy stanu wojennego, potwornej zawieruchy historycznej, przełomów politycznych. W pierwszej klasie byłem w 79 roku. Byłem w fajnej klasie, to był jakiś przypadek, może zrządzenie losu. Byłem w klasie z kolegą z podstawówki, Maćkiem Kosycarzem, który prowadzi teraz agencję fotograficzną. Jego ojciec też był znanym reporterem. Był Marek Wałuszko, który teraz jest dziennikarzem w TVP Gdańsk, Wojtek Lipka, no i ja. A później przyszedł Sierpień 80', strajki. Myśmy bardzo nasiąkali tą atmosferą. Byliśmy dość aktywni, robiliśmy różne rzeczy. Między innymi bawiliśmy się w dziennikarstwo. Założyliśmy swoją gazetkę, która nazywała się „Gilotyna”. To już było po Sierpniu, bo wcześniej nic takiego nie mogło przecież powstawać. A kiedy pojawiła się ta nadzieja na wolność, to bardzo szybko wykorzystaliśmy ten moment. „Gilotyna” to była gazetka niezależna, właściwie była robiona wbrew dyrekcji szkoły. Najpierw była odbijana na ksero, wtedy nie było takich możliwości jak teraz, nie było komputerów, pisało się na maszynach. Podtytuł brzmiał „Pismo uczniów I LO”.

R: I co, cieszyła się popularnością?

S: Tak, pierwsze nakłady to było 400 egzemplarzy i to było zdecydowanie wewnątrzszkolne, chociaż o sprawach szkoły mało tam pisaliśmy. Były to artykuły albo polityczne, albo o sprawach, które nas interesują – o muzyce, o naszych zainteresowaniach, ale dużo było też takich żeby „walić szkołę”. Generalnie to było takie pismo antyszkolne. Pisaliśmy o tym, że system nauczania jest zakłamany, że historia jest zakłamana, że szkoła służy praniu mózgów, że to jest maszynka do robienia idiotów. Nie ma co ukrywać, tak było. Nie wiem, na ile to się zmieniło.

R: Trochę się zmieniło, ale niewiele.

S: Tak właśnie podejrzewam. To na filmach wygląda bardzo fajnie, ale to były obrzydliwe czasy. W sklepach były puste półki. Mówiono na to pornografia bo wszędzie były tylko gołe lady.

R: Większość młodych ludzi kojarzy tamte czasy z “Misiem” i innymi filmami Barei.

S: Te filmy mówią też pewną prawdę o tym okresie, bo rzeczywiście niektóre przypadki były absurdalne. Były kartki na buty, na masło, na cukier, na mięso, na wódkę – bardzo pożądane. Kwitł handel, wymieniano się, ktoś sprzedawał kartkę na buty, wymieniał się na kartkę na wódkę.

R: A wracając do „Gilotyny”. Jak to funkcjonowało?

S: Pierwsze numery były bardzo nieporadne. Mogę się dzisiaj do tego przyznać – z błędami ortograficznymi, na przykład 'alkohol' napisane przez 'ch', co powodowało, że nauczyciele, szczególnie polonistka, dostawała zawału serca. Ale robiliśmy to pasją i z wypiekami na twarzy. Wszystko zaczęło się od tego, że najpierw przechwyciliśmy wiszącą gablotę na korytarzu, być może jeszcze jest w szkole. Należała bodajże do ZHP albo Samorządu Szkolnego. Było to miejsce dosyć przepustowe w czasie przerw. Jak myśmy zaczęli redagować “Gilotynę” to na każdej przerwie pod tą gazetką gromadziły się tłumy czytelników. Zamieszczaliśmy tam komiksy, karykatury, wiersze, satyry, często pisane mazakami. W miarę czasu upolityczniała się – były jakieś protesty, komunikaty, na przykład “Solidarności”, “Niezależnego Zrzeszenia Studentów”. Uczniowie też buntowali się tworząc tak zwane Parlamenty Uczniowskie, co było próbą przejęcia Samorządów Szkolnych, żeby nie były to twory lipne które służą tylko dyrekcji szkoły. One miały służyć uczniom. Nauczycielom Samorząd był potrzebny do tego, żeby załatwiać pewne sprawy z uczniami, powiadomić o jakiejś akcji zbierania puszek, o wycieczce, czy apelu. Było dużo gadania, a jak później była jakaś robota to okazywało się, że większość ma słomiany zapał. Jak trzeba krzyczeć to wszyscy, ale później do roboty to znajdujesz dwóch, trzech. My natomiast stworzyliśmy silną grupę, która przede wszystkim zajmowała się redagowaniem tej gazety. Założyliśmy też kabaret “Tapeta”, który zdobył lokalną sławę. Wtedy nie było kabaretów w telewizji, wszystko było cenzurowane. Kabarety występowały w małych klubach studenckich. Wzorując się na nich założyliśmy swój. Występowaliśmy w różnych zaprzyjaźnionych liceach, na przykład w II LO, w VIII LO, w VI LO. Przychodziły tłumy ludzi, mimo iż mieliśmy programy nabijające się raczej z grona nauczycielskiego, to były one w miarę uniwersalne, na przykład parodia programu telewizyjnego. Wtedy ta publiczność była chłonna każdej najmniejszej aluzji politycznej. Teraz to ludzie walą siekierami, mówi się wprost. Kiedyś ten język był bardziej subtelny, wystarczyło powiedzieć takie zdanie: „Mieszkam w domu, mam mieszkanie wielkości budki telefonicznej, a obok mam takich sąsiadów, ciągle walą w ścianę. Oni mieszkają od wschodniej strony.” I wszyscy tarzali się ze śmiechu, bo każdy wiedział, że chodzi o Związek Radziecki. Mrugało się okiem i sala momentalnie wychwytywała takie aluzje. Albo wchodził artysta i mówił: „Państwo zdają sobie sprawę, że ja sam nie ustalam tego programu?” Teraz to jest zupełnie nieczytelne, a wtedy to był ryk śmiechu bo wszyscy wiedzieli, że ten program jest ustalany z cenzorem. To było tak oczywiste jak dzisiaj żarty o dopalaczach, czy politykach. Bawiliśmy się też w kino. Wojtek Kłoczko założył Młodzieżową Agencję Filmową I Artystyczną. W skrócie MAFIA. To był taki klub filmowy. Gdzieś zdobył jakąś kamerę i kręciliśmy filmy. Oczywiście, filmy te były kompletnie absurdalne. To były krótkie metraże, nie było kamer cyfrowych, tylko takie na taśmy 8 mm, które na montażu trzeba było najzwyczajniej kleić. Przykładem może być film pod tytułem “Gdzie są kalafiory?”. Był wzorowany na “Psie andaluzyjskim” Salvadora Dali. Ja gram tajemniczego człowieka, który idzie z teczką. Ta teczka jest taka elegancka, sugeruje, że jest tam coś cennego…

R: Jak w “Pulp Fiction”!

S: Dokładnie tak. Przy czym o Tarantino w tamtym czasie nikt nie słyszał , a on sam chodził jeszcze do przedszkola. Rzecz dzieje się w parku. Za mną jakiś tajemniczy osobnicy się skradają. I nagle jest napad! Oczywiście teczka zostaje skradziona. W domu otwierają tą teczkę, widz spodziewa się, że tam są brylanty, milion dolarów i tak dalej, a tam leży… “Kapitał” Marksa! Pamiętam też świetny występ grupy Ossjan. Działa do teraz, to już będzie z 40 lat. Tacy starzy hippisi, którzy grali w Polsce jako jedni z pierwszych taką muzykę świata, inspirowaną kulturą Wschodu. Na tamte czasy byli bardzo oryginalni i ciekawi. Pamiętam, że na scenę weszli na bosaka, co zszokowało wszystkich - polscy hippisi z długimi brodami. Grał tam Jacek Ostaszewski. Z tej grupy wywodzi się Wojtek Waglewski, który do dzisiaj gra w Voo Voo. Koncert ten udało się załatwić w auli I LO. Były na nim po prostu dzikie tłumy. Bilety były po jakieś symbolicznej cenie. Oni grali świetną, niekomercyjną muzykę, bardzo hippisowską. To były takie onomatopeje, dźwięki zupełnie nieartykułowane, ale to miało niesamowity przekaz. Sprzedawali od razu swoje płyty, oczywiście analogi. Jeszcze przed koncertem pakowaliśmy je w okładki. A wracając do gazetki. Przez jakiś czas tak to funkcjonowało, ale później wybuchł stan wojenny, generał Jaruzelski zabrał wszystkim “Teleranek” i wprowadził ciężki sprzęt do odśnieżania na ulice miast. Chodzi oczywiście o czołgi. No i “Gilotyna” się skończyła. Hitem był nasz ostatni, czwarty numer. Dorwaliśmy takiego drukarza z “Solidarności”, który miał dostęp do dobrej maszyny japońskiej, na ówczesne czasy naprawdę cud techniki. Oczywiście na dzisiejsze warunki to był kompletny dramat.
Wtedy już zeszliśmy do podziemia. Wcześniej “Gilotyna” była jawna, podpisywaliśmy się nazwiskami, adres mojego domu był podany jako adres kontaktowy redakcji, podany był mój telefon. Później jak się okazało miałem ten telefon na podsłuchu. Dowiedziałem się tego dopiero całkiem niedawno, dokopałem się w papierach IPN-u do około piętnastu teczek jakichś donosów, raportów policyjnych, między innymi informacja o założeniu podsłuchu w moim domu.


R: Organizował Pan jeszcze jakieś przedsięwzięcia?

S: Oczywiście. W naszej klasie była Asia Kreft, dzisiaj Kreft-Baka, występuje w Teatrze Wybrzeże. Grała w naszych podziemnych spektaklach, które organizowaliśmy w szkole podstawowej, która była niedaleko I LO. Nasz kumpel miał dostęp do kluczy i w kotłowni urządziliśmy podziemną salę teatralną. Od podziemnych drukarzy nauczyliśmy się sami drukować gazetki, co było potworne, bo to był bardzo prymitywny druk, tak zwany wałek. Pierwsze nasze ulotki, które drukowaliśmy w podziemiu były kompletnie nieczytelne, ale byliśmy do nich bardzo przywiązani. Więc rzucaliśmy te nieczytelne ulotki, a ludzie mieli później do nas pretensje, że nic nie mogą zrozumieć. Nie było w tym czasie gumowych rękawiczek, więc łatwo można było pobrudzić palce. Paluchy pobrudzone farba drukarska to był już trop dla milicji. Bezpieka bardzo szybko wpadało na ślad podziemnych drukarni, ponieważ farba ta śmierdziała. Łatwo było rozpoznać, gdzie jest drukarnia właśnie po tym zapachu. Drukowało się w prywatnych mieszkaniach. Jedna z naszych niezależnych drukarnia była na ulicy Osiek, u matki naszego kumpla, która była dosyć wyluzowana i pozwalała nam na to. Jak się wchodziło na klatkę to od razu wyczuwało się, że gdzieś tu musi być podziemna drukarnia. Na szczęście akurat ta drukarnia nie wpadła. W szkole organizowaliśmy akcje oporu. Dyrekcja szkoły była strasznie przerażona tym, co robimy. Mój kolega Marek Wałuszko był zawieszony w prawach ucznia, bo kiedyś zrobiliśmy audycję w szkolnym radiowęźle. Dyrektorka szkoły nie znała się na historii, bo była matematyczką. Powiedzieliśmy, że chcemy zrobić audycję o wrześniu. Ona myślała, że o pierwszym września, o kampanii wrześniowej. Ale chodziło nam o siedemnastego września. Ona nie wiedziała, co to jest za data. Wparowała w trakcie nadawania audycji, która była słyszana na terenie całej szkoły. Próbowała zabrać nam mikrofony, blokowała nam dostęp do nich własnym ciałem. Wtedy Marek Wałuszko, przy włączonym mikrofonie, powiedział: „Ale pani dyrektor, dlaczego pani wyłącza nam ten sprzęt?” Zazgrzytało i audycji już nie było. Ale wszyscy wiedzieli, że nastąpiła brutalna ingerencja.

R: Swoją drogą, sprzęt audio w naszej szkole nie był wymieniany od tamtego czasu.

S: Prawdopodobnie jest to ten sam sprzęt. Podejrzewam, że to złom kompletny. Ale wtedy jeszcze działał. Był słyszalny dość dobrze w każdej klasie. Ale wracając do tematu, Ja miałem wylecieć ze szkoły tuż przed maturą. Poszło o głupi żart, który zrobiłem. Oczywiście słynne studniówki. Wtedy nie organizowało się ich w hotelach, restauracjach, byliśmy biedni, nikt nie miał pieniędzy, więc urządzało się je po prostu w klasie. Każda klasa miała udekorować swoją salę, a my wpadliśmy na pomysł, że wszystko robimy na zielono. Zielone płótna, mnóstwo kwiatów, wszędzie zielono. Na tych płótnach były napisy “Niech żyje przyroda”, takie absurdalne. Jedno hasło bardzo się nie spodobało: “Zieleń też zwycięży”. A na wszystkich murach było napisane “Solidarność zwycięży”. Uznano, że jest to bardzo polityczna aluzja. Dyrekcja spytała, kto jest odpowiedzialny za tę dekorację, okazało się, że ja. Powiedziano, że jeśli chcemy zdać maturę, mamy natychmiast to zmienić.

R: Jak wypadała jedynka, jeśli chodzi o subkultury w tamtych czasach?

S: Jedynka w tamtych czasach to było dosyć prestiżowe liceum. Z jednej strony dostawali się tam zdolni ludzie, ale z drugiej miało opinię „czerwonego liceum”. Ta opinia była trochę niesprawiedliwa. Czasem zdarzało się, że dzieci jakichś partyjnych bonzów bez egzaminów były wrzucane do szkoły. Często musieli być jakoś przepychani, bo nie dawali sobie rady z materiałem. Oczywiście wielu było hipisów i punków. Pierwszych przedstawicieli tych grup spotkałem właśnie w liceum. Naprawdę bardzo się wyróżniali.

R: Angażuje się Pan w muzykę. Jak jedynka wpłynęła na Pana gust w tej kwestii?

S: Odpowiem tak. Miałem dwóch kumpli, jeden był fanatycznym zwolennikiem Deep Purple, a drugi był fanatycznym zwolennikiem Genesis, więc musiałem znać bardzo dobrze ten zespół i ten. Z kolei nasze koleżanki były fankami Beatlesów. Musiałem więc też trochę interesować się Beatlesami. Słuchało się też dużo grupy Oueen czy The Police, ale większość słuchała dicso spod znaku Boney M. Natomiast ja dość szybko zacząłem się interesować taką buntowniczą, mocno rockową muzyką. Jest taka kultowa postać z jedynki, gość o pseudonimie Tirana. Był jednym z pierwszych punków. Nazywaliśmy go chodzącą gazetką ścienną. Chodził w ramonesce i na plecach miał napisy kapel, których aktualnie słucha. Te napisy zmieniały się mniej więcej co tydzień, dwa. Ścierał je papierem ściernym ze słowami “zdradzili”. Był bardzo radykalny. Pamiętam jak miał Shame 69, Ramonesów, Sex Pistols, The Clash. Miał pseudonim Tirana, bo był fanatycznym zwolennikiem Radia Tirana. Radio Tirana to było radio nadawane w języku polskim z Albanii i to było radio stalinowskie. Było radio Wolna Europa, informujące o tym, co się dzieje, a Tirana to było radio prawdziwych komunistów. Odłam w drugą stronę, tak jakby Wolna Europa to była prawica, z kolei ci z Tirany uważali, że PRL to nie jest prawdziwy komunizm, tylko biurokracja. Prawdziwy komunizm to był za Stalina, wtedy byli twardzi, obozy koncentracyjne, rzeźnia, wszyscy powinni chodzić tak samo ubrani. Był taki człowiek, Kazimierz Mijal, który uważał się za prawdziwego komunistę i uciekł z Polski do Albanii dokładnie do Tirany i założył tam tą audycję, stąd właśnie ta nazwa. Nasz jedynkowy Tirana słuchał tego radia i uczył się różnych audycji na pamięć. Potem recytował różne fragmenty na przerwach. To był totalny kabaret, ponieważ Radio Tirana nadawało swe audycje w takim specyficznym języku zwanym „nowomową partyjną” Było to bardzo zabawne. No to chyba wszystkie wspomnienia z Jedynki. Ogólnie byliśmy urwisami.

R: Którzy nauczyciele byli według pana fajni i jak ich pan zapamiętał?

S: Wspaniałym nauczycielem była pani Teresa Trzebiatowska od historii , a także polonistka Wanda Szafran, która miała na nas duży wpływ, potrafiła zarazić nas literaturą, godna podziwu pedagog. Pani Szafran opiekowała się „Teatrem Jedynka”, jej uczniem jest Krzysztof Babicki, który jest teraz znanym reżyserem, to on założył ten teatr. Pamiętam, że swoją prace maturalną napisałem odwołując się do dzieł Gombrowicza, które były w tamtych czasach zakazane. Można było wspominać o tym autorze tylko w kontekście negatywnym. Moją pracę sprawdzała właśnie Wanda Szafran i oceniła ją na piątkę. Gdyby ocenił ją jakiś nauczyciel partyjny pewnie dostałbym pałę, gdyż był to niesłuszny autor. Darzyłem ją naprawdę dużą sympatią.

R: Czy to w Jedynce pan postanowił, kim chce być w przyszłości?

S: Absolutnie nie! Wiedziałem tylko, że chcę iść na studia, by uciec przed wojskiem i przedłużyć sobie młodość, ale o zawodzie w ogóle nie myślałem.

R: Dziękuję Panu bardzo za udzielenie wywiadu.

S: Nie ma za co. Miło jest powspominać starą szkołę i czasy.



Wywiad w formie ankiety jaki przeprowadzono z Krzysztofem Skibą na łamach miesięcznika Kronika Bocheńska. Lipiec 2010.



Moje podwórko

Wychowałem się na gdańskiej starówce zwanej Głównym Miastem. Jako dzieciak biegałem uliczkami, które opisywał w „Blaszanym bębenku” Gunter Grass. Na podwórku grało się w piłę, a na wagary chodziło na plaże Stogi. Gdy na plaży pogrzebało się palcem w piachu można było znaleźć prawdziwy bursztyn. Dziś co najwyżej zgaszonego peta.

Gdy byłem dzieckiem chciałem zostać

Śmieciarzem. Uważałem, że mają fajne stroje i mogą być brudni. Ja z powodu brudnych czy podartych gaci miałem ciągłe awantury w domu. Poza tym zazdrościłem im tej zawadiackiej jazdy na jednej nodze gdy uczepieni śmieciarki podróżują od kubła do kubła.

W bajce wybrałbym dla siebie rolę

Wilka, bo podobają mi się czarne charaktery

Wróżkę zapytałbym

Dlaczego ludzie wieżą w takie głupoty jak przepowiadanie przyszłości z kart czy z gapienia się w szklaną kulę…

Chciałbym poznać sposób na

Dożywotni brak kaca

Duże wrażenie robi na mnie

Blondynka oczytana w Dostojewskim

Ostatnio wzruszyłem się

Gdy expres relacji Gdańsk- Warszawa po raz pierwszy od wielu lat przyjechał punktualnie

Chętnie wracam do

Kumpli którzy czekają na mnie w knajpie, a ja muszę gdzieś w telewizji udzielać wywiadów

Moim ulubionym zajęciem jest

Lektura korespondencji z banku (ewentualnie wierszy Pawła Konnaka) na tarasie mojego domu

Gdybym nie był tym, kim jestem zostałbym

Facetem, który testuje na sobie działanie kurtek kuloodpornych

Zawsze mam przy sobie

Kieszonkową kosiarkę do trawy i podręczną katapultę do rozrzucania gnoju

Zmęczenie mija

Gdy widzę, że moja żona kupiła sobie nowe buty

Postanowienie, którego nie zrealizowałem

Nie udało mi się zostać Ministrem Obrony Narodowej, jednemu z moich kumpli tak…

Nie lubię

Być poważnym

Boję się

Urzędu skarbowego i kobiet z wąsami

Moim przyjacielem jest

Prezerwatywa

Uzależniłem się od

Czytania prasy oraz zajadania się orzeszkami. To niestety prawdziwy nałóg, który wciąga mocniej niż odkurzacz…

W mężczyznach cenię

Ducha walki…

W kobietach podoba mi się

Drapieżność…

Cieszy mnie

Gdy mały, chory i słaby pokonuje dużego, zdrowego, cwanego głupola

Zajadam się

Niestety czekoladą, co źle wpływa na ilość kalorii w moim organizmie

Moim marzeniem jest

Zostać mistrzem świata w rzucie przeszczepem…



„Chcę być bardzo wesołym staruszkiem”Rozmowa z Krzysztofem Skibą, muzykiem, aktorem, satyrykiem, publicystą, liderem grupy Big Cyc. Wywiad ukazał się w piątkowym magazynie „Gazety Współczesnej” 20 sierpnia 2010. Rozmawiała Katarzyna Kownacka.



- Pisze pan już piosenkę na okoliczność prób przeniesienia krzyża spod pałacu prezydenckiego?

- Ta sytuacja jest niestety niezbyt śmieszna. Wszyscy chyba jesteśmy nią mocno zażenowani. Histeria, która ma miejsce pod pałacem nie służy ani pamięci ofiar, ani kościołowi, ani wierze. Dla mnie to zupełnie zwulgaryzowana forma ośmieszania i wykpienia wiary. Ale nie pierwsza to już taka sytuacja w Polsce. W latach 90-tych mieliśmy podobną, też z krzyżem, tyle że na żwirowisku w Oświęcimiu.

- Tamtą dowodził Kazimierz Świtoń, który pod pałacem prezydenckim w ostatnich dniach również się stawił.

- Podobieństw jest więcej. Świtoń, o ile mnie pamięć nie myli, chciał się w Oświęcimiu zaminować. W Warszawie ktoś mówił o tym, że się poleje benzyną, ktoś inny że przywiąże się do krzyża. Najbardziej bolesne jest to, że wielki symbol czyli krzyż staje się w tej awanturze pałką polityczną. Szkoda, że stanowczo nie reaguje na to Kościół. To przykre, zwłaszcza dla katolików. A uczono nas, że krzyż ma łączyć, a nie dzielić.

- Można było zapobiec tym awanturom? Może Bronisław Komorowski niepotrzebnie zapowiedział te przenosiny?

- Cicho by się chyba też nie udało. Od dłuższego czasu są tam jakieś dyżury całonocne. Gdyby nawet wynieśli krzyż cicho, to zaraz pojawiłby się następny, mówiono by o kradzieży, rzucano kolejne oskarżenia: że po cichu, że tajnie. Ci ludzie są zwyczajnie nastawieni na konfrontację i nie udałoby się jej uniknąć. Tu nie ma mądrego. Trzeba dać wygasnąć emocjom. Jak każde, tak i te w końcu miną. Co najwyżej pozostanie jakieś wrażenie w świecie, że jesteśmy narodem bardziej niż inne znerwicowanym, egzaltowanym, radykalnym religijnie. No ale przecież nie od dziś wiadomo, że jesteśmy inni.

- Pytałam o piosenkę, bo ostatnio kilka muzycznych komentarzy politycznych spod Pana pióra wyszło. Ot, choćby piosenka „Warto rozmawiać”, czyli ostra połajanka na Pospieszalskiego Janka. Mówi Pan, że sytuacja z krzyżem pod pałacem nie jest śmieszna. Ta z programem nagranym przez Pospieszalskiego, też zresztą pod pałacem tuż po katastrofie , też śmieszna nie była. A piosenka na tę okoliczność jest.

- Dla porządku: piosenkę napisał kolega z Big Cyca, Jacek Jędrzejak. Ale żeby nie było – podpisuję się pod nią obiema rękami i utożsamiam się z tekstem.

- Czym wam zalazł za skórę tak, że śpiewacie o nim: „gra na moherowych strunach lepiej niż na kontrabasie”, „smaga mieczem demagogii”, „mówią o nim PiS Ronaldo”, „prymitywnym populizmem chce się dobrać do twej głowy”?

- Na pewno nie jednym, drugim czy trzecim programem. To postać medialna funkcjonująca w obiegu telewizyjnym od paru lat. Jego programy oczywiście mają swoich gorących zwolenników, ale generalnie cieszą się złą sławą. Oczywiście, ostatnie wydarzenia i ten film zrobiony po katastrofie przyczyniły się do tego, że w końcu rzecz skomentowaliśmy. Ale to nie był jedyny motyw, bo nie chcieliśmy nikogo urazić drażliwym nawiązaniem do katastrofy. Ten temat na piosenkę się nie nadaje. Ale sam Pospieszalski – owszem. Dlatego śpiewamy o nim w ogóle, o całokształcie.

- Nie jego pierwszego wzięliście na tapetę.

- Rzeczywiście, wybieraliśmy już wcześniej z otaczającej rzeczywistości osoby charakterystyczne, wybijające się z całej masy gwiazdek czy polityków. Śpiewaliśmy o Renacie Beger, kiedy był czas blokad, sporej grupy posłów Samoobrony w parlamencie, wicepremiera Leppera. Ktoś, kto ośmieszał parlament udzielając brukowej prasie wywiadów, w których twierdził, że lubi seks jak owies był wdzięczną postacią do obśmiewania. Wcześniej, w latach 90-tych, była też piosenka o Shazzie.

- Ale te piosenki były sympatyczniejsze, niż ta o Pospieszalskim.

- Czy ja wiem... Jakby tak przeanalizować tekst, to chyba nie do końca. Shazza chciała się nawet o ten kawałek o sobie procesować z Big Cycem. Poczuła się dotknięta końcówką piosenki, w której śpiewaliśmy, że jest tylko facetem przebranym za kobietę. Dosadnie ale dowcipnie skomentowaliśmy w ten sposób jej męskie cechy, a ją to zabolało. Ale że wtedy jeszcze nikt się nie procesował o piosenki, to chyba nie chciała stwarzać precedensu. Może jakiś prawnik czy menadżer podpowiedział jej, że taki proces nam nabije punktów, a ją może ośmieszyć. I sprawa ucichła. Renata Beger też się na nas denerwowała. Mówiła, że śpiewamy nieprawdę o tym, że fałszowała podpisy i kpimy z tego, że skończyła tylko podstawówkę i maturę robi dopiero w parlamencie… Tak jak tamte, piosenka o Pospieszalskim to było działanie spontaniczne. Jacek napisał tekst, nagraliśmy ją i już. Ale nie ukazała się na żadnym singlu czy płycie.

- Bije za to rekordy popularności na You Tube

- Słyszałem, to miłe. Znajomi nawet mówili, że ludzie ją sobie polecają i przesyłają.

- Skąd ta jej popularność?

- Może na przykład z tego, że chyba wpisała się w obraz ostatniej kampanii wyborczej i w ogólny nastrój panujący w społeczeństwie.

- A jaka była reakcja samego Jana Pospieszalskiego?

- Zabawna. Spodziewaliśmy się jakiegoś odzewu, w końcu to osoba publiczna. A nieczęsto nawet o kimś publicznym powstaje utwór muzyczny. Przypuszczaliśmy więc, że Pospieszalski to skomentuje. Ale nie, że tak... Na swoim blogu opisał powstanie, nagranie i wrzucenie tej piosenki do sieci jako część operacji tajnych służb...

- ?

- To chyba wynik tego, że pan Pospieszalski ma bardzo wysokie mniemanie o sobie. No skoro uważa, że jest zwalczany przez bliżej nieokreślone wywiady… Trzeba być przecież kimś, by sobie na to zasłużyć. Częścią tych działań wywiadowczych miały być też, jego zdaniem, żarty Szymona Majewskiego o nim i Olga Lipińska, która się źle wyraziła o jego programie. A teraz do tego towarzystwa dołączył jeszcze Big Cyc i rzuca kalumnie. Dla mnie to narcyzm.

- To musieliście za tę akcję od tych wywiadów zgarnąć niezłą forsę... Wy, Majewski, Lipińska.

- Pani sobie kpi, a takie głosy się pojawiają! Otóż: nie zarobiliśmy w żaden sposób na tej piosence. Pojawiła się tylko w sieci. Nie wykluczam oczywiście, że w przyszłym roku czy za dwa lata może się pojawić na kolejnej płycie. Ale wtedy już pewnie będzie raczej kolekcjonerskim gadżetem dla starych fanów. Co do finansów to dołożyliśmy wręcz do interesu nagrywając ją za własne pieniądze. I przy okazji podkreślę jeszcze, że nie była to piosenka na zamówienie.

- To skoro już jesteśmy przy tłumaczeniach się z czegoś: dlaczego się Pan tłumaczy na stronie Big Cyca z bycia opozycjonistą? Pisze Pan np. „w stanie wojennym siedziałem w więzieniu za działalność w antykomunistycznym podziemiu. Byłem też kilkanaście razy zatrzymywany przez SB za działalność w ruchu „Wolność i Pokój” i Pomarańczowej Alternatywie”.

- To odpowiedź na zaczepki. Nigdy się do tej pory ani tym nie przechwalałem, ani nie reklamowałem swoją opozycyjną kartą. Potwierdzałem, jeśli ktoś się do tego dokopał, ale nie snułem kombatanckich opowieści. Tymczasem po nagraniu piosenki „Warto rozmawiać” Pospieszalski w komentarzu nazwał mnie pałkarzem systemu, a za tym poszły kubły pomyj wylane na moją głowę przez jego sympatyków w internecie. Wśród różnych inwektyw pojawiła się na przykład taka, że jestem stary komuch. Tego nie chciałem przemilczeć. Dla minimalnego choćby poczucia przyzwoitości i przywrócenia proporcji postanowiłem wydać oświadczenie. I stąd ten wpis na stronie Big Cyca.

- Stąd również gorzka refleksja w piosence, że rewolucja ścina głowy i pożera swoje dzieci? Działacze opozycyjni sprzed lat obrzucają się błotem?

- To stały mechanizm historyczny. Przerażające jest jednak to, co się dzieje z dawnymi działaczami Solidarności. Z góry wiadomo było, że się podzielą, będą mieć inne obozy. Tak się zdarzyło we wszystkich dawnych demoludach, które się wyzwoliły spod okupacji Związku Radzieckiego: w Czechach, na Węgrzech. Ale chyba nigdzie ten spór nie jest aż tak zażarty i nie trwa aż tak długo, jak u nas. Jako dawny uczestnik walki z komuna jestem tym zwyczajnie załamany. Rzadko albo wcale nie spieramy się na klasyczne tematy: podatki, rozwiązania prawne. O to powinien być normalnym dyskurs w polityce. U nas ciągle jest wojna na ideologie. I to wojna na wyniszczenie. Oskarżenia w stylu tych, że Donald Tusk ma krew na rękach i między wierszami, że maczał palce w katastrofie, jest obrzydliwe. Ale żeby była jasność – druga strona nie pozostaje dłużna. Janusz Palikot po stronie PO działa w ten sam sposób, czyli z dużą przesadą i czasem bez smaku. Dla mnie to objawy zaklętego polskiego chocholego tańca, rodem z Wyspiańskiego. W walce jesteśmy doskonali, w budowaniu bardzo słabi. Jako naród bardzo silni, jako społeczeństwo beznadziejni. Dlatego teraz część ludzi, korzystając z wakacji, wyłącza telewizory, nie zagląda do gazet, bo nie może na to patrzeć. Jeszcze trochę tej pisowskiej zawziętości, a zupełnie stracimy zainteresowanie krajem, znieczulimy się i nie będziemy się tą sferą zajmować. Część zagłosuje dla świętego spokoju na PO, a część w ogóle nie pójdzie do urn.

- Pan tak ciągle o tym PiS-ie, a Platforma też nie jest czysta i biała.

- Ale oczywiście! I wiele osób wcale nie pała do niej miłością. Jak powiedziałem - oddaje na nią głos dla świętego spokoju. Obawiam się, że to da politykom tej partii pretekst, by osiąść na laurach. Jest wiele absurdów prawnych, wiele kretyńskich rozwiązań, za które trzeba by się wziąć. Palikot ze swoją komisją „Przyjazne Państwo” odpuścił, bo może było to za trudne na zespół, który skompletował. Ale ze wszystkim tak odpuszczać nie można.

- To znaczy?

- Nie można iść na łatwiznę i realizować się w pyskówkach, wojenkach, a nie w pracy, która ma przynieść jakiś efekt. Kłopot może w tym, że taka żmudna praca jest mało medialna. Ale jeśli takie jest podejście, to będziemy się turlać z show Palikota i rządem, który będzie puszczał oczko: zobaczcie co oni robią, ci z PiS-u, na wariatów głosować nie można, głosujcie na nas. Już wiadomo, że nie wybudujemy wszystkich dróg do Euro 2012. Trochę przeszkodziła powódź, ale to nie jedyny powód opóźnień. Stadiony pewnie staną, choć niewykluczone że będzie tak, że w czasie kiedy zawodnicy będą wychodzić na murawę żeby grać, ktoś w szatni będzie kładł ostatnie kafelki. A szkoda – mistrzostwa to świetny pretekst, by gonić z inwestycjami i świetny czas na wyciąganie strumienia pieniędzy. Sporo jeżdżę i wiem, że stan większości dróg jest słaby. A kiedy jeszcze, tak jak teraz, tu i ówdzie ruszą jakieś remonty, to stajemy się nieprzejezdni. I zamiast się wyluzować jadąc na urlop, wściekamy się, że stoimy w korkach dojeżdżając do morza.

-A propos aktualnych muzycznych komentarzy na Youtube jest kawałek „Jak słodko zostać świrem w tym popieprzonym kraju” ze zdjęciami nowego prezydenta…

- Big Cyc od lat ma metkę zespołu, który jest muzyczną gazetą publicystyczną. Od lat komentujemy wydarzenia. Były polityczne płyty – „Moherowe berety” z 2006 roku, potem w 2009 „Szambo i perfumeria”, tytuł zaczerpnięty z cytatu Ojca Dyrektora, który stwierdził że szamba nie należy nazywać perfumerią. Spodobało się nam. Uznaliśmy, że określenie „szambo i perfumeria” to metafora czasów, w których żyjemy: wielkie szambo, w którym czasem udajemy, że przyjemnie pachnie.

- A czemu „dobrze zostać świrem”, jak Komorowski wygrywa wybory prezydenckie?

- To jest piosenka, którą gramy od lat 90-tych. Jak wiele naszych utworów może być naginana do obecnej sytuacji. I tak się teraz stało. Ten clip to zresztą nie nasze dzieło tylko jakiegoś naszego fana. Piosenka jest z 1993 i nie mogła być napisana z okazji wyborów prezydenckich 2010. To, że ktoś podłożył takie obrazki, jest fantazją tworzącego klip. Poza tym – kiedy się wsłucha w tekst to się okazuje, że ten świr to w zasadzie postać pozytywna. Zresztą dzięki tej piosence postał pomysł na nagrody – Świry - które są wręczane od kilku lat na Śląsku. Jestem pod wrażeniem, że nasi celebryci przyjmują te nagrody. Mogliby przecież nie mieć do siebie dystansu. Ale chyba nam, Big Cycowi udało się wykreować postać pozytywnego świra – takiego, co oddaje serce i duszę temu, co robi. Taki świr nam nie zaszkodzi. Jak go nie trawimy, to przełączamy kanał. Świr polityczny jest niebezpieczny – jego decyzje mogą zaszkodzić społeczeństwu albo sporej jego części. Jak wprowadzi kretyński przepis albo choćby – nawiązując do ostatnich wydarzeń – podniesie podatki, to odczujemy to wręcz fizycznie.

- Będzie kiedyś czas, że wbije się Pan w garnitur i będzie poważnym mężczyzną średnim wieku?

- To sobie zostawiam na emeryturę (śmiech). Choć nie przypuszczam, żebym i wtedy zbyt mocno się zmienił. Przywilej naszych czasów jest taki, że starzejemy się później, wolniej. Kiedyś 40-latek, taki inżynier Karwowski z serialu Jerzego Gruzy, to był stary chłop. Chodził w niemodnym ortalionie, zastanawiał się nad życiem. A ostatnio czytałem, że Johnny Depp, który ma bodaj 47 lata, został przez czytelniczki jakiegoś pisma czy portalu wybrany symbolem seksu. Skoro tak, to nie jest źle. To znaczy, że dojrzali faceci są w modzie. Zresztą – to widać. Ojcowie rock’n’rolla wciąż grają. Mają się dobrze, koncertują po 60-tce i ciągle ściągają tłumy. Mnie to mocno cieszy. Człowiek tetryczeje przede wszystkim umysłowo i na własne życzenie.

- Panu to nie grozi?

- Mam nadzieję, że nie. Chciałbym być wesołym staruszkiem.

- Takim, co to jak coś się będzie działo, to jak dotychczas będzie chodził z pluszowym Tinky Winkym, pokazywał pośladki premierowi albo rzucał krówkami, jak podobno kiedyś, za czasów Pomarańczowej Alternatywy, w ZOMO?

- To wszystko były przemyślane happeningi. Mam w tym doświadczenie, bo zaczynałem w latach 80-tych właśnie od Pomarańczowej Alternatywy. Trochę z tego ducha mi zostało. Stąd piosenki o sympatycznym pluszaku Tinki Winkim, którego pani Ewa Sowińska, eks-rzecznik praw dziecka z ramienia LPR, posądziło o to, że jest gejem. Śmiał się z tego cały świat. Newsa opublikował nawet New York Times. Te nasze muzyczne happeningi to uszczypliwości, które są po to, by wytykać absurdy. Wyśmiewając je domagamy się normalności. Wbrew pozorom to nie my jesteśmy wariatami, tylko rzeczywistość wokół jest ześwirowana. Zwracamy w ten ironiczny sposób uwagę, że coś jest nie tak. Nawet ten słynny tyłek nie był ot tak sobie. Odbyło się głosowanie publiczności, która miała wskazać: Jerzy Buzek, który był wtedy na koncercie w katowickim Spodku ma zobaczyć mój tyłek, czy kolano. Nie moja to wina, że ludzie postawili na tyłek. Więc zobaczył.

- A nie żałuje Pan teraz. Dziś Jerzy Buzek to szef Parlamentu Europejskiego, poważna persona.

- Wtedy profesor Buzek był premierem, jak wiadomo nieszczególnie udanym, kierowanym z tylnego siedzenia przez Mariana Krzaklewskiego. Jego rządy spowodowało sporą dziurę budżetową i kilka innych historii. Zresztą – to był polityk, którego partia po wyborach, bezpośrednio po swoich rządach, w ogóle nie weszła do parlamentu. Społeczeństwo pokazało mu wtedy czerwoną kartkę. I ten tyłek był komentarzem do tamtej, bieżącej rzeczywistości. To, że profesor Buzek tak się odnalazł i jest kim jest, to fantastyczna rzecz. W Polsce to fenomen. Swoją pracą i konsekwencją wygrzebał się z ogromnego dołka. Wielu premierów popada w niebyt. To, że Leszek Miller jest teraz wziętym komentatorem wynika tylko z tego, że jest inteligentny i dowcipny. Ale powrót do polityki nie był mu dany. Jako poseł z list Samoobrony przegrał z kretesem. Profesor Buzek powrócił w pełnym orężu.

- Można też wrócić na scenę, niekoniecznie polityczną, tak jak Marcinkiewicz. Jako celebryta niemal. O nim zresztą i o jego nowej partnerce śpiewacie piosenkę „Izabel”.

- No tak… Kazimierz i Izabel to piękna romantyczna polska przygoda… Zresztą – ten serial się ciągnie. Ostatnio słyszałem, że Izabel ma być w ciąży.

- Będziecie dopisywać dalszy ciąg piosenki?

- Mam nadzieję, że nie. Ale to jest właśnie historia, która pokazuje klasyczny przykład hipokryzji polityków. Facet, który był jeszcze niedawno politykiem prawicowym i wypowiadał się o wartościach chrześcijańskich, rozprawiał o tym jak ważna jest dla niego żona, dzieci, nagle się rozwodzi. Generalnie oczywiście tysiące ludzi się rozwodzi. To nic niezwykłego, każdy ma prawo. Rzecz zawsze jest przykra. Ale nie byłaby warta piosenki, gdyby nie to, że ten polityk mając chwilę temu usta pełne chrześcijańskich frazesów teraz rzuca je do kosza na oczach tłumu i z nową wybranką robi sobie sesje fotograficzne dla prasy brukowej. Zachowuje się jak gwiazda showbiznesu. Zresztą nie tylko on. To cecha wielu współczesnych polityków. Taki jest też Janusz Palikot, taka była Renata Beger. To są ludzie, którzy powinni raczej występować na cyrkowych arenach, czy mieć własne show w tej czy innej stacji. Taki tok-szoł w stylu Kuby Wojewódzkiego, choćby porady sercowe Kazimierza i Izabel.

- To jeszcze wrócę do świrów – w domu też Pan robi happeningi?

- W domu jestem sobą. Na scenie oczywiście też, ale tam to artystyczne działanie. Trudno, żebym robił happeningi przy zmywaniu talerzy. To oczywiście odwieczny problem – ludziom się wydaje, że skoro klaun w cyrku ma czerwony nos, to w domu go nie zdejmuje. Tymczasem kostium sceniczny się odkłada. Ale charakteru nie tracę. Żartuję sobie z synami, z żoną, robimy domowe wariacje.

- W ubiegłym roku Big Cyc rozwalił nam amfiteatr podczas ostatniego koncertu. Kiedy wrócicie go odbudować?

- Mam nadzieję, że jak najszybciej. W tym roku raczej się nie uda, choć miałem w tej sprawie kontakt z telewizją. Zadzwoniła do mnie pewna bardzo ważna pani i zapytała czy mógłbym poprowadzić jeden z koncertów. Ale nie wiem, czy coś z tego wyjdzie. Natomiast za rok mam nadzieję, że my i wszyscy polscy artyści pojawimy się w nowym, wygodnym, nowoczesnym amfiteatrze. Fama głosi, że będzie to obiekt super nowoczesny, funkcjonalna widownia, duża scena, komfortowe garderoby i pełen luksus. Mam nadzieję, że będzie to widać i z bliska i w telewizji. Do tej pory było tak, że kto widział amfiteatr w telewizji, przystrojony tysiącami świateł, ten miał wrażenie że to wielka, nowoczesna budowla. Wystarało raz być na koncercie, żeby się przekonać, że wcale nie. Miejmy nadzieję, że ten czas za nami.

- Dziękuję za rozmowę.




Wywiad/ankieta z cyklu „Rentgen”, której poddany został Krzysztof Skiba w lipcowym numerze (lipiec 2010) miesięcznika „Sukces”.



Gdybym był/a bogaty/a...

Wybudowałbym darmowy park wodny z licznymi basenami oraz nowoczesną sieć kolejową, która wykończyłaby PKP, założyłbym też własną telewizję w której programy informacyjne prowadziłaby tegoroczna Miss Natura

Moje marzenie o szczęściu...

Znaleźć diament w koszu na śmieci, dowiedzieć się, że nakład mojej książki przekroczył nakład książki telefonicznej, usłyszeć od ukochanej kobiety, że badanie cholesterolu wypadło pozytywnie, z mediów wchłonąć informację, że Polakom coś się wreszcie udało…

Dorosły poczułem/am się gdy...

Mając dziewięć lat zarobiłem pierwsze pieniądze występując jako prezenter mody szkolnej. Chodziłem po wybiegu, a w przerwach występował iluzjonista. Za dwa tygodnie pracy dostałem kasę jaką moja matka architekt otrzymywała za dwa miesiące siedzenia w biurze.

Innym zazdroszczę...

Nauczyłem się nikomu, niczego nie zazdrościć, ale pewnie chciałbym mieć głos tak przepity jak Ozzy Osbourne czy Tom Waits…ciągle nad tym pracuję

Mój pierwszy sukces...

W szkole podstawowej założyłem kabaret, który po premierowym spektaklu otrzymał administracyjny zakaz dalszych występów…a tak na poważnie to dawno temu wybrano mnie „autorem tekstów roku” za piosenki, które napisałem na pierwszą płytę zespołu Big Cyc. Do dziś kilka z nich gramy na koncertach np. Berlin Zachodni.

Nie potrafię zrozumieć...

Osób, które z własnej woli robią sobie operacje plastyczne pośladków…Spać na brzuchu przez trzy miesiące i nie móc usiąść na fotelu to musi być koszmar…

W życiu kieruję się...

Kilkoma zasadami…po pierwsze nigdy nie brać kredytów, po drugie nie brać na poważnie tego co mówią prezenterzy pogody, po trzecie nie zabierać na autostop szesnastoletniej uczennicy z wielkimi cycami, bo to się źle skończy…

Autorytetem jest dla mnie...

Moja księgowa. Liczy szybciej niż Balcerowicz, Belka, Kołodko i minister Rostowski. Powinna dostać matematycznego Nobla.

Lekcję życia dostałem/am...

Gdy urodził mi się pierwszy syn. Mieszkałem z żoną w małej dziupli w akademiku. Było to jeszcze za czasów PRL-u wiec brakowało nam wielu rzeczy niezbędnych dla dzieci. Wszystkie te zupki i kleiki trzeba było samemu gotować, a pieluchy były tylko tetrowe. Dzieciak miał kosmiczną energie i sypiał tylko cztery godziny na dobę.

Moment, który chciałbym/abym przeżyć jeszcze raz...

Jadę taksówką w Warszawie. Kurs jest długi. Dojeżdżamy na miejsce, a kierowca mówi, że czyta moje felietony, zna moje piosenki i w związku z tym nie musze płacić za kurs…

Chciałbym/abym na jeden dzień zamienić się miejscem z...

Sprzedawcą bielizny erotycznej w sklepie w którym przymierza stringi Scarlett Johansson. Oczywiście w dniu jej wizyty w sklepie…

Szkoda mi czasu na...

Oglądanie seriali w telewizji. Od czasu „Stawki większej niż życie” nie obejrzałem żadnego serialu. Szkoda mi też czasu na czytanie plotkarskich informacji w Internecie. Ileż tam jadu, zawiści, chamstwa i bezkresnej głupoty…

Spokój znajduję, gdy...

Znajdę swoje skarpetki. Nie od dziś wiadomo, że szukanie własnych skarpetek to dla każdego mężczyzny horror.

Moja największa wygrana...

Nigdy nie wygrałem żadnej wartościowej rzeczy, nawet grzebyka czy wibratora, bo z zasady nie biorę udziału w loteriach, konkursach czy zdrapkach. Za wygraną uważam fakt wyjścia cało z groźnego wypadku kilka lat temu. Jadąc na koncert miałem poważne dachowanie. Skończyło się na małym siniaku i skasowaniu auta. Godzinę później już stałem na scenie.

W podróż życia wyjechałbym/abym do...

Australii. Byłem tam dawno temu z ojcem. Gdy miałem 11 lat chciała mnie kupić australijska milionerka jako domową zabawkę. Jej syn uciekł z bandą harleyowców i milionerce potrzebny był mały, biały chłopczyk z Polski. Wówczas byłem przeciwny. Teraz chciałbym sprawdzić czy oferta jest dalej aktualna…

Świat należy do...

Ludzi, którzy potrafią skoczyć przez kreskę narysowana na ścianie…

Talent, z którego jestem dumny/a...

Potrafię bardzo szybko uciec z restauracji nie płacąc rachunku…

Kłamię gdy...

Koledzy pytają na scenie w trakcie koncertu czy został jeszcze jakiś alkohol…

Nigdy nie oddałbym/abym...

Swoich linii papilarnych, bo bardzo się do nich przywiązałem…

W trudnych sytuacjach ratuje mnie...

Mój kolega Końjo, który zawsze inteligentnie i dowcipnie wytłumaczy, że miało być inaczej i to wszystko pewnie wina kosmitów

Słowa, których nadużywam...

Moja żona twierdzi, że nadużywam słowa „genialne”. Dla mnie genialne może być proste danie złożone z sosu i makaronu jak również skomplikowane urządzenie elektroniczne do usuwania pypci.

Najważniejszy w życiu jest...

Nie nabić sobie guza przy ściąganiu portek…

Obecny stan mojego ducha...

Przypomina rozgrzaną plażę na Ibizie…



Wywiad z Krzysztofem Skibą, który został opublikowany 22 kwietnia 2010 w „Sic! E-gazeta studencka” internetowej gazetce Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM w Poznaniu. Rozmawiała Izabela Hildebrandt.



Swoją karierę dziennikarską zaczynałeś już jako nastolatek, potem w latach 80-tych byłeś trzy w jednym: redaktorem naczelnym, autorem i wydawcą. Jakich wskazówek mógłbyś udzielić przyszłym dziennikarzom?

Mój debiut miał miejsce w niezależnej gazetce szkolnej „Gilotyna”, a później szlifowałem swoje ostre pióro w pismach anarchistycznych wydawanych poza cenzurą takich jak „Przegięcie pały” czy „A’cappela”. Właściwie trudno mówić w tym wypadku o dziennikarstwie w dzisiejszym rozumieniu. To była misja walki z systemem, młodzieńczy bunt i dramatyczne szukanie swojego kawałka świata w jednym. W „Gilotynie” robiliśmy potworne błędy ortograficzne. Walczyliśmy z zakłamywaniem historii łamiąc zasady ortografii i stylistyki. Wzbudzało to zachwyt uczniów i przerażenie nauczycieli. W „Przegięciu Pały” piśmie Pomarańczowej Alternatywy takich byków już nie było. Tam ukazały się moje pierwsze felietony i opowiadania satyryczne. Jedyna wskazówka jaką mogę udzielić to rada, że warto podchodzić do tego zawodu z pasją, a nie z karierowiczowskim wyrachowaniem.

Pracowałeś z Michałem Ogórkiem w „13 kolumnie”. Jak wspominasz tamte czasy?

To były absolutne początki Gazety Wyborczej. Już zniesiono cenzurę, a u władzy pojawili się ludzie Solidarności. Po kilku miesiącach wydawania Gazety uznano, że przydałaby się kolumna satyryczna. W październiku 1989 powstała więc „13 kolumna” strona, która była częścią sobotniego wydania. Pisało do niej trzech autorów: Stanisław Tym, Michał Ogórek i ja. Mnie wykopał z podziemia Juliusz Rawicz, któremu wpadło do ręki redagowane przeze mnie „Przegięcie Pały”. Wyborcza szukała autorów, którzy nie szmacili się za Jaruzela w oficjalnych pismach i tak trafili na mnie. Widocznie te anarchistyczne żarty wydały im się jakoś ciekawe i zabawne. Komputery nie były tak powszechne jak dziś. Pisałem teksty na tradycyjnej maszynie i wysyłałem je faxem bądź pocztą, a sekretarka przepisywała je w redakcji. Z tekstami satyrycznymi był jednak problem. Gdy były za ostre czy za śmiałe redakcja obawiała się, że mogą być postrzegane jako stanowisko „poważnej” Wyborczej. Stanisław Tym wkurzył się, gdy mu kilka razy coś zmieniono, czy wygładzono w tekście i zrezygnował ze współpracy. Napisał, że jest za stary aby mu coś w tekstach skreślać. U mnie było jeszcze gorzej, bo mi nie skreślano zdań, tylko nie puszczano do druku całych tekstów. Gdy pewnego razu zatrzymano mi pod rząd cztery teksty dałem sobie spokój. Z 13 kolumny ocalał tylko Michał Ogórek, który jest tam do dzisiaj. To raczej nie była jakaś cenzura ze strony Wyborczej tylko chyba nasza nieumiejętność wpisania się w ich poczucie humoru. Babcia, taka sympatyczna weteranka opozycji, która redagowała wydanie weekendowe zawsze mówiła, że mój tekst jest za słaby, ją osobiście w ogóle nie śmieszy, a jedynie przeraża i mam przynieść coś nowego. Ciężko mi było pisać coś co rozbawi osobę chirurgicznie pozbawioną poczucia humoru. Po pewnym czasie zauważyłem, że mają autoironiczne podejście do siebie. Gdy wymyślałem żarty z Gazety Wyborczej zawsze to puszczali. Gdy pojawiał się żart z jakiejś nawiedzonej osoby duchownej czy z Kościoła to tekst od razu wylatywał. Trzeba przyznać, że to ciekawe podejście w gazecie uchodzącej za laicką.

Ale przecież nie tylko ,, Gazetą Wyborczą’’ Skiba żył. Jak to się stało, ze przedstawiciel zepsutego świata rocka zadebiutował w 2002r. jako felietonista w tygodniku ,,Wprost ‘’?

Tym razem wyłapał mnie Piotr Gabryel, który wówczas był zastępcą redaktora naczelnego Wprost. Czytał kilka wywiadów ze mną oraz moje felietony, które po rozpadzie 13 kolumny ukazywały się nie w głównym wydaniu tylko w gdańskim dodatku Gazety. Zaproszono mnie na rozmowę do redakcji gdzie chwalono moje zgryźliwe poczucie humoru, a Marek Król nieco na wyrost porównał niektóre moje teksty do słynnych, przedwojennych felietonów Antoniego Słonimskiego. Po takich komplementach polubiłem tych facetów, bo każdy jest łasy na pochwały. Od ośmiu lat mam we Wprost swoje stałe miejsce, przetrwałem różne burze i opublikowałem tam już ponad czterysta felietonów.

Redaktor Andrzej Niczyperowicz, wykładowca UAM w Poznaniu w jednym z wywiadów stwierdził: „ Skiba jest jeden jedyny i cudowny…dla mnie jest to wzorzec świetnego felietonisty polskiego, kupuje Wprost, czytam Skibę a potem wyrzucam Wprost do kosza’’. Czy łatwo jest zachować obiektywizm pisząc dla tygodnika, który jak wiadomo sympatyzuje z pewną partią polityczną?

Smutno mi, że Wprost tak jest, niesprawiedliwie postrzegane. Jako organ PiS-u i gazeta lustratorów. Różne polityczne emocje kierowały szefami tygodnika, ale chciałbym zaznaczyć to bardzo wyraźnie, że nigdy nie miałem żadnych nacisków czy sugestii ze strony szefostwa „co i jak mam pisać”. Nawet w okresie wielkiej sympatii czy wręcz miłości Wprost do „Prawa i Sprawiedliwości” zachowywałem absolutną niezależność opinii i żartów. Już na początku mojej współpracy z Wprost ustaliłem z szefami, że mogę kpić z kogo chcę, bez względu na poglądy, zasługi i legitymację partyjną. Warunek jest jeden. Ma to się dobrze czytać. Wiem że tygodnik stracił wielu swych stałych i wiernych czytelników po głupim tekście o Herbercie. Sugerowano w nim uwikłanie poety w bagno SB. Szybko zamieszczono artykuł polemiczny, prostujący tę niesprawiedliwą ocenę, ale mleko się już rozlało i niesmak pozostał. Po oskarżeniu Herberta o współprace z SB przestał czytać Wprost mój wyśmienity kolega z telewizji Włodzimierz Szaranowicz. Do tych którzy porzucili Wprost mogę tylko gorąco zaapelować: Wracajcie! Tygodnik bardzo się zmienił (także graficznie) i jest coraz ciekawszy!

W 2009r. wydawnictwo ZYSK I S-KA opublikowało zbiór opowiadań satyrycznych ,, Opowiadania podwodne’’. Co było bodźcem do ich napisania?

To jest zbiór moich opowiadań drukowanych w większości w tzw. niszowej prasie literackiej. Są tu perełki, które ukazywały się w pismach takich jak kwartalnik literacki „brulion”, redagowany przez Dunina Wąsowicza literacki organ „Lampa”, pismo młodej emigracji z Londynu „Cooltura” czy wydawane w Berlinie pismo literackie „B-1”. Niektóre z nich ukazały się jeszcze w pismach podziemnych. Postanowiłem zebrać te rozsiane po świecie opowiadania w jeden tom. Gdy książka się ukazała nagle do wielu dotarła porażająca jak czajnik prawda, że Skiba jest mistrzem, krótkiej formy. Moje opowiadania porównywano do twórczości głośnego izraelskiego pisarza Etgara Kereta. To wielki komplement, bo Keret to gwiazda literatury światowej, ale osobiście uważam, że z pisarstwem Kereta łączy mnie tylko pewna formuła literacka. Opowiadania są krótkie, wkurzające i zabawne zarazem. Mój świat i styl to jednak inna planeta. Keret jest zawodowym pisarzem, który mimo zabawnych point czy żartobliwej narracji pisze absolutnie „na poważnie”. Dla mnie to czysta zabawa w literaturę. Ja piszę opowiadania na kolanie w przerwach między koncertami, a moim jedynym bodźcem jest komiczna, kretyńska rzeczywistość, która mnie otacza i chęć skopania tyłka jej najbardziej popapranym uczestnikom.

,,Wkurwiający teleturniej’’ to scenariusz jednego z odcinków Skibomagla, a pojawił się w opowiadaniach obok takich tytułów jak ,,Fotel wielkiej mocy’’ czy ,, Obiad’’. Tematy obecnie bardzo na czasie, dlatego chcielibyśmy te trzy powyżej wymienione opublikować w naszej gazetce studenckiej, mamy Twoja zgodę?

Moim marzeniem podobnie jak marzeniem wszystkich piszących jest aby być czytanym. Jak pisał Gombrowicz nie ważne jest wydanie książki, liczy się tylko to czy masz czytelników. Żyjemy w świecie w którym rośnie liczba autorów książek, których za żadna cholerę nikt nie chce czytać. Biblioteki uginają się od nadmiaru mądrych i głupich książek, których nikt nie przeczytał. Tak więc każda forma dotarcia do czytelnika jest godna współpracy. W temacie publikacji opowiadań „jestem na tak” jak mówił Robert Leszczyński w programie „Idol” głosując na osoby pozbawione talentu.



Wywiad, który ukazał się w marcowym numerze miesięcznika „Bluszcz”.




Krzysztof Skiba




Narodowy test faceta



1. Samochód – ważny czy najważniejszy?

Tylko ważny, ale też bez przesady. Do 25 roku życia jeździłem tramwajem lub beczkowozem. Auto nie jest mi potrzebne do robienia wrażenia czy budowania męskości. Zauważyłem jednak pewną tendencję. Im jestem bardziej zdziadziały tym częściej kupuję droższe, luksusowe auta. Podświadomość?

2. Kawa z gazetą czy książka z papierosem?

Niestety oba zestawy wybrakowane. Wybieram wariant herbata z książką, ale także wódka z gazetą, bo trudno się nie zdenerwować czytając wiadomości.

3. 8 czy 18 godzin w pracy?

Mam wrażenie, że pracuję 24 godziny na dobę, ale wolny zawód ma to do siebie, że pracujesz na własny rachunek, a nie dla kogoś. W pracy czuje się jak na wakacjach w końcu moja robota to imprezy, balangi, koncerty…

4. Scarlett Johansson czy Penelope Cruz?

Moja miłość do Scarlett Johansson zaczęła się po obejrzeniu „Dziewczyny z perłą”. Film uważam za arcydzieło. A Scarlett podziwiam nawet jak pojawia się w nieudanych filmach.

5. Kobieta na lata czy na lato?

Seksowna kochanka potrafi uskrzydlić nawet słonia, ale mądra żona przedłuża życie tak więc zdecydowanie kobieta na lata.

6. Seks – wykwintna potrawa czy fast food?

Na wykwintne potrawy nikt nie ma dziś czasu. Ludzie spieszą się na pogrzebach i w łóżku. Oczywiście w tym miejscu większość facetów kłamie i wybiera „wykwintną potrawę”, a przecież szybki numerek ma swój urok. Kobietom też się spieszy bo jest promocja w sklepie Diora. Na wykwintny seks mają dziś czas tylko bezrobotni i rolnicy zimą.

7. Tor wyścigu szczurów – do omijania czy wygrywania?

Problem w tym, że w Polsce mało kto chce się ścigać. Panuje raczej duży stopień wyluzowania. Szczególnie w instytucjach państwowych. Tam już nikt nie ma energii do pracy, a tym bardziej do ścigania. Polacy cały czas myślą w kategorii ciepłej posadki na etacie. Gdzie tu wyścig szczurów? To mit w obrębie trzech ulic w Warszawie.

8. Koalicja czy opozycja?

Jako satyryk i artysta rockowy jestem poza koalicją i poza opozycją. Jestem w permanentnym podziemiu czyli w partyzantce śmiechu.

9. Japonki do szortów czy mokasyny do garnituru?

Japonki to najlepiej do jacuzzi. Garnitury nakładam tylko w sytuacji gdy w teledysku mam zagrać bufona z korporacji lub jakiegoś polityka. W mokasynach nigdy nie chodziłem. Lubię Indian i podziwiam, ale bez przesady.

10. Paczka papierosów czy jedno cygaro?

Jestem absolutnie antynikotynowy choć zdarzało mi się palić święte ziele. Jednak nie robię wielkiego problemu gdy ktoś pali przy mnie np. w klubie czy w basenie.

11. Ernest Hemingway czy Truman Capote?

Zdecydowanie Truman Capote. Hemingwaya uważam za coś w rodzaju spróchniałego mebla w gabinecie, którego się nie wyrzuca, bo ma pewien wdzięk i styl.

12. Oczy szeroko zamknięte czy Fight Club?

Jestem wielkim fanem pisarstwa Chucka Palahniuka. Przeczytałem prawie wszystko co zostało przetłumaczone na język polski także Fight Club na podstawie którego nakręcono głośny film. No cóż... Książka lepsza!

13. Steven Seagal czy Woody Allen?

Wszyscy kochamy tego nowojorskiego słabeusza i neurotyka, który jest tak zabawny, że momentami go nie rozumiemy. Woody Allen zmusza do czytania lektur i interesowania się filozofią choćby w stopniu podstawowym, bo bez tego nie są czytelne jego dowcipy. Seagal nie wymaga od nas wiele. Nie ma nawet co liczyć ciosów w jego filmach, bo po pierwszej setce można wpaść w katatonię.

14. Squash z szefem czy noga z kumplami?

Zestaw nie dla mnie, bo nie mam szefa, a moi kumple nie grają w nogę tylko chodzą do knajpy, albo podrywają młode dziewczyny. Jeżeli już to koszykówka z synem.

15. Sushi czy bigos?

Kocham bigos! Najlepszy na świecie robi moja mama. Dobrze zrobiony przebija wszystko co można sobie wyobrazić. Potrawa o wiele trudniejsza do zrobienia niż sushi, którego przygotowanie jest łatwizną. Sushi to potrawa japońskich robotników portowych. Królewski bigos to szlacheckie danie z pańskiego stołu.



Wywiad z Krzysztofem Skibą opublikowany na portalu ogólnoinformacyjnym Netbird w styczniu 2010. Rozmawia Mateusz Maciejczyk.




W tej branży nie ma zwolnień lekarskich…



Pomijając muzykę, satyrę, aktorstwo, teatr, publicystykę itp., czy jest coś poza tym wszystkim, co mógłby Pan nazwać swoją największą pasją?

Zdecydowanie najbardziej lubię żywy kontakt z widzem. Występy przed inteligentną publicznością, która pozytywnie reaguje na moje słowa. Jeżeli publiczność jest ciekawa to klub w którym trwa występ nie musi być duży. Z kolei najbardziej emocjonalne sytuacje to wielkie koncerty przed wielotysięczną publicznością. Lubię duże sceny i koncerty plenerowe. Największy swój koncert grałem dla 300 tys. osób. Był to koncert w ramach Inwazji Mocy RMF na lotnisku pod Olsztynem. Ze sceny widziałem morze głów, które ciągnęło się przez kilka kilometrów. Pisanie felietonów czy okazjonalne granie jakiś małych rólek w filmach sprawia mi także wielką frajdę, ale nie ma tego co porównywać z koncertami. Aktorstwo to w ogóle margines tego co robię. Traktuję to w kategorii zdobywania nowych doświadczeń oraz ciekawostki. Co do pasji poza własną aktywnością to uwielbiam czytać dobrą literaturę np. książki historyczne, reportaże, ale także powieści z pewną metafizyczną poświatą.

Czy z tego co wymieniłem wcześniej jest coś, co robił Pan lub robi nadal z musu? Coś co jest zwykłą koniecznością, a nie przyjemnością i pewnego rodzaju satysfakcją?

Bywają sytuacje gdy człowiek nie ma ochoty na granie koncertu, ale musi wyjść na scenę. Zdarzało mi się grać koncerty gdy byłem przeziębiony, miałem temperaturę czy ledwo stałem na nogach ze zmęczenia. Jedną z tras (ok. 12 koncertów w klubach) zagrałem w latach 90-tych będąc poważnie chory na grypę. Brałem antybiotyki i wyłaziłem na scenę. Teledysk do piosenki „Złoty warkocz” z 2004 roku kręciłem totalnie przeziębiony z temperaturą bliska 40 stopniom gorączki. Trudno o takich sytuacjach mówić, że to przyjemność. Ale w tej branży nie ma zwolnień lekarskich. Publiczność kupiła bilety i czeka. Artysta musi wyjść na scenę nawet gdy ma sraczkę, urwało mu nogę czy głowa mu pęka. Jestem zdania, że odwołać koncert możesz tylko wówczas gdy ktoś cię zastrzeli.

Czy ten Krzysztof Skiba, którego widzimy na co dzień choćby w telewizji, to ten prawdziwy? Czy raczej pod "skórą" satyryka kryje się zupełnie inna osoba?

Ja uważam się za prawdziwego, ale to normalne, że w każdym wystąpieniu publicznym zawsze jest jakaś kreacja i udawanie. Aktor nie musi być prawdziwy, wystarczy, że udaje prawdę. Podobnie jest z satyrykami, którzy rozśmieszają nas na scenie. Wielu z nich poza sceną to strasznie smętne wały. Za to na scenie tryskają humorem i są autentycznie zabawni. Twórcy kabaretowi mają wręcz kompleks, że wszyscy wokół wymagają od nich aby bez przerwy sypali dowcipami i byli śmieszni. Nie ma nic gorszego niż osoba, która na siłę lub pod przymusem otoczenia próbuje być śmieszna.

Gdy jest Pan w domu i patrzy nie raz w lustro, kogo tak na prawdę Pan tam widzi w odbiciu?

Człowieka, który wiele widział i wiele przeżył, ale nadal jest głodny życia, nowych wyzwań i zdobywania doświadczeń oraz kogoś o twarzy seryjnego mordercy.

Co będzie, kiedy to i Panu przyjdzie stanąć na zakręcie? Czyli kiedy przyjdzie ten moment, że trzeba będzie zejść ze sceny na zasłużoną emeryturę? Co będzie najbardziej zaprzątało Panu głowę i czym będzie się Pan chciał zająć?

Mam plany aby nie iść na emeryturę. W Polsce jest najwięcej emerytów w Europie i ja chcę odwrócić te tendencje. Polakom śpieszy się do emerytury, bo marzą o tym momencie, gdy nie będą musieli już chodzić do swojej okropnej pracy i rozłożą się na swych wygodnych kanapach i będą zażerać chipsy. A ja swoją robotę kocham! Pójście na emeryturę to pójście na łatwiznę. Wielu artystów występuje i tworzy do końca życia. Leonard Cohen, Bob Dylan to kolesie, którzy nagrywają płyty mimo, że są po siedemdziesiątce. Słynny, niemiecki poeta Goethe najlepsze swoje wiersze napisał gdy miał 90 lat. Jak nie będę mógł już wejść na scenę to zawsze mogę pisać teksty piosenek, monologi kabaretowe, scenariusze programów telewizyjnych itd. Mam jednak nadzieję, umrzeć na koncercie z mikrofonem w ręku tak jak Mark Sandman wokalista i gitarzysta słynnej amerykańskiej grupy Morphine czy Tadeusz Łomnicki który zmarł na scenie grając króla Leara w teatrze w Poznaniu.

Każdy w swoim życiu szuka osoby, tak zwanego idola, na którym chciałby się wzorować. Czy w trakcie Pana kariery zdarzyła się taka sytuacja, że przyszedł ktoś do Pana i powiedział: "Panie Krzysztofie, chcę być taki jak Pan!"?

Tak zdarzali się tacy nieboracy, ale to zła droga i zawsze im odradzałem. Lepiej być sobą niż naśladować kogoś. Czyż nie?

A Pan miał właśnie takiego idola?

Słowo idol kojarzy mi się z niskiej rangi zauroczeniem w wykonaniu niedojrzałej piętnastolatki. Gdy byłem mały podobali mi się śmieciarze z naszej okolicy, bo mogli mieć brudne spodnie, a ode mnie matka zawsze wymagała abym miał czyste. A jak tu mieć czyste spodnie gdy wraca się z podwórka? Moimi idolami byli więc we wczesnej młodości faceci w brudnych gaciach. Uważałem, że mają fajny zawód i super stroje.

Bierze Pan udział w wielu przedsięwzięciach (radio, telewizja itp). Czy zauważył Pan na naszej polskiej scenie kogoś, kto w przyszłości godnie przejmie pałeczkę po Krzysztofie Skibie?

„Przejmowanie pałeczki” kojarzy mi się z filmami erotycznymi typu „Analne zauroczenie 4” więc z godnością pominę to zagadnienie.

I tak na koniec z innej beczki. Czy lubi Pan cukierki "Krówki"? Czytałem, że kiedyś podczas jednej akcji z przyjaciółmi obrzuciliście ZOMO-wców właśnie tymi smakołykami. Jak wspomina Pan tamte czasy i właśnie te cukierki?

To było podczas happeningu Pomarańczowej Alternatywy „Niezależne obchody Dnia Dziecka” w Łodzi pierwszego czerwca 1988 roku. Jako zbuntowani przeciwnicy systemu, ubrani w komiczne stroje wdrapaliśmy się na kiosk Ruchu i śpiewaliśmy dziecięce piosenki. Mieliśmy też transparent z napisem „Światu – pokój, dzieciom – mieszkania”. Jak widać hasło aktualne do dziś. Gdy pojawiła się Milicja Obywatelska rzucaliśmy w milicjantów cukierkami i krzyczeliśmy „Smerfy! Smerfy”. Szybko zebrał się tłum, który się cieszył bo wszystkie smerfy podobnie jak milicjanci były niebieskie. Tłum oraz nasza manifestacja były nielegalne więc dwie kompanie ZOMO przepędziły zebranych, a nas wsadzono do paki. Na kolegium do spraw wykroczeń zomowcy zeznawali, że rzucaliśmy w nich twardymi landrynkami, a my się upieraliśmy, że to były miękkie „krówki” i „toffi” czyli towar w PRL-u luksusowy i rzadko dostępny. Po pół godzinnej dyskusji na temat cukierków kolegium zorientowało się, że robimy sobie z nich jaja i wlepiło nam spore kary finansowe z ewentualną zamianą na trzy miesiące aresztu. Na szczęście nałożone na nas płatności uregulowało związkowe podziemie. Dziś już nie pamiętam jakimi cukierkami rzucaliśmy naprawdę, ale na pewno nie były to „krówki”. Te były trudno dostępne i sam bym je zjadł, a nie rzucał zomowcom.