Michał Elmerych z miesięcznika Focus rozmawia z Krzysztofem Skibą o nowej płycie zespołu Big Cyc „Zadzwońcie po milicję”. Grudzień 2011.

Jak ważna była muzyka w czasie stanu wojennego, czy można nazwać ją elementem walki politycznej?

Muzyka była wyrazem buntu i sprzeciwu wobec systemu. Nie było wówczas Internetu i gier komputerowych dlatego muzyka wypełniała życie młodych ludzi prawie w całości. Z pewnością był to ważny element nie tyle walki politycznej, co budowania świadomości pokoleniowej i antysystemowej. W podziemnym obiegu krążyły kasety z nagraniami koncertów zespołów i wykonawców którzy nie byli kochani przez władze. Kaseta magnetofonowa była w latach 80-tych najbardziej popularnym nośnikiem dźwięku. Można było ją stosunkowo łatwo powielać. Po kilku takich powieleniach jakość nie prezentowała się najlepiej, ale nikt na to nie zwracał wówczas uwagi. Podziemne kasety wydawała m.in. grupa Dezerter jako Thanks Records oraz przypomniana przez Big Cyca formacja Miki Mousoleum. Zwykle po przegraniu kilkuset kaset magnetofon się rozpadał. Na Wybrzeżu podziemnym hitem była kaseta z nagranymi koncertami grupy Kult i Róże Europy. W obiegu poza rockowym kolportowano kasety z pieśniami Jacka Kaczmarskiego i barda opozycji Jana Krzysztofa Kelusa.

Czy działalność grup muzycznych budziła zainteresowanie SB?

Dokumenty zachowane w Instytucie Pamięci Narodowej dowodzą, że tak i że działo się to głównie przy okazji festiwalu Muzyki Rockowej w Jarocinie, ale nie tylko. Wszędzie tam gdzie mamy do czynienia z ostrym politycznym przekazem, a dotyczyło to głównie zespołów kręgu punk rocka dochodziło do inwigilacji SB. Tak było np. w wypadku znanych z wrogiego nastawienia do systemu komunistycznego grup Dezerter czy KSU. SB z zasady interesowała się wszystkim co mogło władzy zagrozić. Dziś wydaje się to śmieszne, ale wówczas kapela punkowa taka jak np. KSU była uważana przez służby specjalne za szczególnie niebezpieczną organizację wywrotową.

Gdzie i w jakiej atmosferze odbywały się koncerty?

Nie było prywatnych klubów więc większość koncertów odbywała się w małych klubach studenckich lub w salkach domów kultury. Gdy w takim ośrodku kultury trafił się człowiek sympatyzujący z alternatywnym obiegiem organizował oficjalną imprezę pod płaszczykiem zwykłej działalności kulturalnej. Bywało, że władze nie zawsze orientowały się kto gra na takich imprezach i jakie jest jej prawdziwe oblicze. Znam wypadki gdy po koncertach grup z obiegu alternatywnego zamykano takie przybytki, a ludzi wywalano z pracy. Tak było np. w Łodzi gdzie po małym festiwalu grup związanych z anarchistycznym Totartem z Gdańska zamknięto Ośrodek Działań Twórczych, ludzi wyrzucono z pracy, a samo miejsce przekształcono w osiedlowy fitness klub.

Przypominacie kilka utworów niezbyt powszechnie znanych, jak ich następował wybór?

Na najnowszej płycie zespołu Big Cyc „Zadzwońcie po milicję” znajdą się przypomniane przez nas i nagrane na nowo piosenki mało znanych grup z lat 80-tych takich jak Miki Mousoleum, Brzytwa Ojca, Karcer, Cela nr 3 czy Współczynnik Inteligencji. Płyta przygotowana jest z okazji XXX rocznicy wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Chcieliśmy pokazać, że obok oficjalnego obiegu w którym funkcjonowały popularne zespoły takie jak Perfect, Lady Pank czy Lombard, było też wiele zespołów bezkompromisowych i z prawdziwego undergroundu. Szukając piosenek na naszą płytę z tamtych czasów od razu odrzuciliśmy nagarnia tak znanych podziemnych kapel jak Dezerter, KSU czy WC. Zespoły te nadal działają i same wydają wznowienia swoich archiwalnych płyt. Nam zależało na pokazaniu i przypomnieniu niezwykle ciekawego okresu w historii polskiego rocka, gdy był on prawdziwie zbuntowany i niezwykle fascynujący. Kultura niezależna tamtego okresu kojarzy się z koncertami w salkach katechetycznych Jacka Kaczmarskiego. Płyta Big Cyca udowadnia, że ten obieg był o wiele bardziej szeroki i ciekawy. Szukanie nagrań przypominało nieco prace archeologiczne. Ocalałe w starych szufladach nagrania nie zawsze były czytelne. Niektóre teksty musieliśmy odczytywać niczym głosy z czarnych skrzynek po wypadkach lotniczych. Do piosenek dodaliśmy okrzyki z manifestacji tamtego czasu oraz opracowany przeze mnie Słowniczek Stanu Wojennego. Ten zestaw stanowić będzie ciekawą podróż w klimaty stanu wojennego, a także służyć może jako atrakcyjna pomoc naukowa na nudnych lekcjach historii.



Nowa Trybuna Opolska (NTO). Grudzień 2011.




Z Krzysztofem Skibą, wokalistą i liderem zespołu Big Cyc rozmawia Katarzyna Kownacka.



- Co Pan robił 13 grudnia 1981 roku?

- Miałem 17 lat i byłem zbuntowanym licealistą. Chodziłem do gdańskiej „Jedynki”, która mieściła się 100 metrów od Stoczni Gdańskiej. Z okiem wielu klas widać było teren stoczni. A wtedy, w grudniu, czołgi i ZOMO-wców, którzy stocznię otaczali. Wcześniej, w czasie strajków, często bywało tak, że zanim z centrum miasta doszedłem do szkoły, kilka razy mnie rewidowali. Milicja sprawdzała, czy zamiast piórnika nie niosę ulotek.

- A mógł Pan. Kilka lat po stanie wojennym siedział Pan właśnie za ulotki. Był wrogim elementem socjalistycznym.

- To na pewno o mnie (śmiech). Zwinęli mnie na festiwalu w Jarocinie. Wyszedłem po trzech miesiącach. Należałem do tych chłopców, którzy szybko się zaangażowali w podziemie. Podczas stanu wojennego drukowałem ulotki. Pamiętam, że używaliśmy do tego farby, która strasznie śmierdziała. A że wydawnictwa z tamtych czasów wcale nie powstawały w piwnicach czy pustych magazynach, tylko w normalnych blokach, to ten smród się niósł. Trzeba było ostro wietrzyć mieszkania.

- Co drukowaliście?

- Nudy – oświadczenia Solidarności, wezwania do manifestacji… Nie podobały się nam. Dlatego szybko zaczęliśmy robić swoje pisma. Związałem się z grupą anarchistów. Twierdziliśmy, że ZOMO trzeba zwalczać, tak jak komunistyczne władze, a nie z nimi rozmawiać.

- Wróćmy do 13 grudnia. Skąd się Pan dowiedział, że jest stan wojenny?

- Z radia albo od kogoś ze znajomych. Zorganizowaliśmy wtedy w szkole dwudniowy przegląd kabaretów. Pierwszy dzień się odbył, trochę wieczorem posiedzieliśmy. W niedzielę rano ktoś, kto wstał wcześniej, przybiegł z wiadomością, że drugiego dnia przeglądu na pewno nie będzie. Bo czołgi, aresztowania, terror. Trzeba było jak najszybciej odprawić kolegów z innych miast. Mieli 24 godziny na dotarcie do domu. Odprowadzaliśmy ich na pociąg i żegnaliśmy, jakby szli na front. Ale tak naprawdę to dopiero w poniedziałek zaczęło do wszystkich docierać, co się dzieje. W stoczni ruszył strajk, pod nią pojawiły się czołgi. A od wtorku, 16 grudnia, w rocznicę wydarzeń grudniowych, zaczęły się walki ZOMO…

- W stanie wojenny zginęło kilkadziesiąt osób, a dziś bywa, że mówi się o nim pobłażliwie: to wtedy, kiedy nie było Teleranka. To zdrowy odruch, łapiemy dystans?

- Nie dramatyzowałbym. W końcu 13 grudnia faktycznie Teleranka nie było. To pewien symbol. A że przywoływany z dystansem – a czemu nie? Przecież jeszcze wtedy, w czasach stanu wojennego, humor pozwalał z przymrużeniem oka patrzeć na to paskudne, co za oknem. Na Jaruzelskiego mówiło się na przykład pogromca Teleranka. Dramatyczne jest natomiast to, że komunistycznej propagandzie przez te lata udało się wmówić ludziom, że stan wojenny był konieczny. Że to było panaceum na kłopoty. Przecież cofnął nas w rozwoju jakieś 10 lat. Rządy generała Jaruzelskiego to był czas absolutnego zastoju gospodarczego. Zachód się rozwijał, a my staliśmy w miejscu. Mieliśmy niewydolny finansowo system rządzony przez wojskowych. Władza regularnie wysyłała oficerów do zakładów pracy, wiele z nich zmilitaryzowano. Nawet telewizja była zmilitaryzowana. Na ekranie pojawili się goście z mundurach.

- Teraz wielu, nawet młodych, mówi: za komuny było lepiej, przynajmniej praca była.

- Ale ci co tak mówią nie pamiętają, że w tej pracy nic nie zarabiali. A nawet jeśli, to za zarobione pieniądze nic nie kupili. Sklepy świeciły pustkami. Smutne to, ale nie bierze się z niczego. Wiedzę młodych ludzi o PRL-u często kształtują wyłącznie komedie Stanisława Barei. Są przezabawne i niosą część wiedzy o tamtych czasach - ale tylko część. Jeśli ktoś patrzy na tamte lata tylko przez ich pryzmat, to faktycznie może stwierdzić, że to były dziwne czasy: trudne, ale przynajmniej wesołe. Śmiesznie oczywiście bywało - w końcu byliśmy najweselszym barakiem w obozie. Ale generalnie było okropnie. Szaro, bez perspektyw.

- Szara jest też nowa płyta Big Cyca „Zadzwońcie po milicję” wydana właśnie z okazji 30 rocznicy wybuchu stanu wojennego. Nagraliście na niej utwory offowych grup rockowych z czasów stanu wojennego, takie jak „ZOMO na Legnickiej” czy „Ruski keczup”. Skąd pomysł na taki krążek?

- To są rzeczy wygrzebane z przepastnych szuflad, w których pochowaliśmy muzykę naszej młodości. Nagrania z prób i garażowych koncertów. Każdy z nas miał wtedy furę przegranych kaset. Sięgnęliśmy po kapele dziś zapomniane – Karcer, Cela nr 3 czy Miki Mausoleum. Nagraliśmy tę płytę, żeby oddać im hołd i pokazać, że muzyka tamtego czasu to nie tylko Jacek Kaczmarski i jego pieśni, Jan Krzysztof Kelus, którego słuchali KOR-owcy i spektakle grane w salkach przyparafialnych. To też fascynujący obieg rocka, dziś zapomniany.

- Pomiędzy piosenkami na płycie wmontowaliście nagrania rozmów milicji, zomowców. Skąd te materiały?

- To dźwięki z archiwów Instytutu Pamięci Narodowej. Wmontowaliśmy je, bo chcieliśmy, żeby płyta była jak najbardziej autentyczna. By oddać klimat. Dźwięki z milicyjnego centrum dowodzenia nagrało na przykład podziemie.

- Postanowiliście z kolegami powspominać na całego…

- Ta płyta dla ludzi mojego pokolenia może być pretekstem do wspomnień, a dla młodych okazją do poznania nieznanej rzeczywistości. Ma być czymś, co może wydarzenia sprzed 30 lat przypomnieć inaczej. Obawiam się, że nasza władza zrobi to, co zawsze – będziemy wręczać medale, dyplomy, kwiaty. Będą dęte celebry, salony i pompatyczne słowa. Chcieliśmy zejść do poziomu przeciętnego zjadacza chleba.

- Na pewno przy okazji rocznicy znów wybuchną spory historyczne...

- … i znów przywołane będą badania, z których wynika, że połowa badanych uznaje wprowadzenie stanu wojennego za słuszne... To przerażające.

- Mówią, że takie opinie to wyraz tęsknoty…

- Za czym? Za ZOMO? Pustymi półkami w sklepach? Gazem na ulicach? To wynik głupoty i braku wiedzy.

- Co groziło muzykom, których utwory przypominacie?

- Granie punk rocka w PRL-u to generalnie nie była zabawa. Był postrzegany jako zagrożenie, które demoralizuje młodzież. Artyści, którzy go wykonywali, nie byli może tak represjonowani, jak działacze podziemia, ale na przykład bywało, że wyrzucano ich ze szkoły. Już za sam wygląd – długie włosy czy kolczyk - można było być zlanym pałą. To były czasy, w których każdy, kto był inny, był groźny.

- A na ile ta muzyka była groźna dla systemu?

- Z tym też bym nie przesadzał. Młodzi oczywiście burzyli się przeciwko zastanej rzeczywistości, ale nie zawsze chcieli walczyć „o wolność waszą i naszą”. Często mieli rzeczywistość głęboko w nosie, a na koncertach chcieli wykrzyczeć bunt przeciw rodzicom, szkole, światu w ogóle. Jak to nastolatki. Wielu miało głęboko i Solidarność, i władzę. Ale faktem jest, że koncerty były obstawiane, a uczestnicy Jarocina na przykład inwigilowani. Wszyscy mamy dzięki temu bogate papiery po SB.

- Wy obrywaliście za długie włosy, a dziś część młodzieży nie wie nawet, co to był stan wojenny. Wkurza to?

- Nie, mam pełną świadomość, że wydarzenia z 13 grudnia 1981 roku są dla niektórych młodych tak odległe, jak Powstanie Styczniowe. Że to pożółkła karta historii. Nie do końca to akceptuję, choćby dlatego ta płyta. Chcemy pokazać czego my – pokolenie ojców – słuchaliśmy za młodu i przeciwko czemu się buntowaliśmy. W ten sposób też można pokazać historię.

- Brakuje Panu czegoś z tamtych czasów? Oporników, koksowników, które teraz wracają do łask i jako gadżet lądują w miastach, kiedy ściska mróz?

- Absolutnie mi ich nie brakuje. Faktycznie, teraz robią za ciekawostki i mają sentymentalny posmak, ale dobrze pamiętam, że były obrzydliwe i wiązały się z dramatycznymi wydarzeniami. Jedyne, czego mi brakuje, to moje 17 lat.

- A zdarzają się jeszcze czarno-białe sny – jak w piosence „Nasz PRL”, którą kilka lat temu nagraliście?

- Bywa. Nie budzę się w środku nocy zlany potem, ale czasem śni mi się jakaś sytuacja z tamtego czasu. Nachodzi mnie wtedy refleksja, że za mało dymiłem. Mógłbym się bardziej dać władzy we znaki… (śmiech).

- Kiedy dziś widzi Pan obrazki z sejmu, to zastanawia się: o taką Polskę walczyliśmy? Czy szlag trafia, bo nie tak to miało być?

- Nie wszystko jest tak, jak sobie wymarzyliśmy. Zresztą – każdy kto mówi, że wtedy wierzył w wolną Polskę moim zdaniem kłamie. Byliśmy przekonani, że do końca życia będziemy w komunie, że zawsze będzie Związek Radziecki i Leonid Breżniew. Co najwyżej mieliśmy nadzieje na większy luz, mniej cenzury, lepiej zaopatrzone sklepy.

- Mnie, komuś kto w stanie wojennym ledwie zaczął chodzić, takie myślenie nie mieści się w głowie. Jak to nie marzyliście o wolnej Polsce?!

- To pomyśl tak: Związek Radziecki trwał 70 lat, my w komunie byliśmy w sumie 50, a Cesarstwo Rzymskie upadło aż po kilkuset. Myśleli, że komuna też tyle potrwa, bo była już bardzo długo. Druga rzecz – z komuną tak naprawdę walczył margines, nieliczni. Dziś mówi się, że cały naród - nie prawda. Większość chciała przetrwać do pierwszego, zarobić parę groszy i mieć święty spokój. Trudno się im dziwić – nie każdy musi być bohaterem. Wtedy naprawdę nie było śmiesznie, jak u Barei. Ludzie lądowali w pierdlu, byli wyrzucani z pracy, zaszczuwano ich, zmuszano do emigracji.

- Skoro nie było wiary, to mimo wszystko skąd wola walki?

- Walczyliśmy o siebie. O swoją prywatną wolność - żeby móc czegoś słuchać, jakoś się ubierać, mieć przekonania. Przecież wolnym człowiekiem można być nawet w więzieniu. Wolność to stan umysłu. Kraty to tylko fizyczne zniewolenie. Komuna niewoliła ducha, chciała zniewalać umysły. To nam przeszkadzało.

- Wracając do wolnej Polski…

- Najważniejsze, że jest. To, że ktoś się kłóci w telewizji, a jedna partia dopieka drugiej, to naprawdę nic wielkiego. Na tym polega demokracja. Mamy już swoich gejów, faszystów, transseksualistów i skandalistów. Mamy feministki, prawicowców, lewicowców i anarchistów. Jest pięknie i tak ma być. Jest pełen zachód. Brakuje nam chyba tylko terrorystów.

- Jest Pan z efektów zadowolony?

- Oczywiście, zawsze by się chciało, żeby w tej naszej Polsce było mniej świństw i afer. Żeby było transparentne, nie było przekupnych polityków i pokrętnych demagogów. Ale to marzenia naiwnych dzieci. Jest jak jest.

- A to, że ludzie odpowiedzialni za wprowadzenie stanu wojennego ciągle nie są osądzeni?

- To jest rzecz skandaliczna. Nie jestem za tym, żeby generał Jaruzelski gnił w więzieniu. Mógłby być osadzony na pięć minut, a potem wypuszczony. Ale powinien być osądzony, wina powinna być mu udowodniona i powiedziane głośno.

- Dziękuję za rozmowę.




Wywiad dla miesięcznika METAL HAMMER w cyklu „Porozumienie ponad podziałami”. Grudzień 2011. Metal Hammer nr 246. Z Krzysztofem Skibą rozmawia Maciej Krzywiński.



Początki twojej działalności muzycznej kojarzone są zazwyczaj z punkiem. Na starcie chciałbym więc zapytać, czy twoje zainteresowania muzyczne w latach osiemdziesiątych miały cokolwiek wspólnego z metalem?

Wiesz, w latach osiemdziesiątych za zespół metalowy uchodziło TSA, co dzisiaj może budzić śmiech. W podaniach o konfliktach punkowców z metalami z tamtych lat jest wiele przesady. Wprawdzie widziałem jakieś starcia na własne oczy, a bywałem w Jarocinie w różnych rolach: najpierw jako fan rocka, później jako rewolucjonista, wreszcie jako muzyk. Było w tym coś z młodzieżowej pseudowojny ideologicznej. Nurt punkowy był bardziej osadzony politycznie, antysystemowy, a metale ograniczali się raczej do picia piwa i słuchania cięższych dźwięków. Dziś, po latach, Jarocin chyba trochę na wyrost ma opinię festiwalu punkowego, a jednak metalu było tam dość dużo. Mimo pewnych tarć równie dobrze pamiętam wręcz bratanie się punkowców z metalami, zwłaszcza w okresie środkowego Jarocina, kiedy dookoła panował syf, a tylko na festiwalu można było posłuchać muzyki, której nie emitowano w radiu. Jarocin był enklawą, w której zdarzało się, że ortodoksyjny punk z irokezem szedł z ortodoksyjnym metalowcem na piwo. Te antagonizmy powstawały niejednokrotnie na fundamencie jakichś powtarzanych z ust do ust, niepotwierdzonych opowieści z cyklu: „grupa punków skopała dupy grupie metali, i na odwrót”. Może pojawiały się ironiczne uwagi, lekka szydera… Ale na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych oba środowiska jednoczyły się przeciwko skinheadom. Nic tak nie łączy jak wspólny wróg. W słynnym przejściu podziemnym, które w Katowicach prowadzi do Spodka, napadano na przykład na metalowców zmierzających na Metalmanię. Pewnego razu grupa skinów zaatakowała metala, który miał przy sobie bagnet. Pierwszy z brzegu skinhead został zadźgany. Pozostali uciekli, a metal był poszukiwany listem gończym, chociaż go nie odnaleziono. Dramatyczne wydarzenie, w środowiskach punkowych pojawiły się jednak głosy rozgrzeszające metala, niektórzy uważali go wręcz za bohatera. Argumentowano, że wreszcie ktoś postawił opór skinom, którzy regularnie rozbijali wówczas koncerty punkowe. Zresztą Big Cyc również tego doświadczył, zwłaszcza po premierze „Piosenki o smutnym skinie”; bywało, że na scenę fruwały butelki.

W drugiej połowie lat osiemdziesiątych związałeś się z Pomarańczową Alternatywą, która ważkie treści promowała narzędziami absurdu i farsy. Ciekawi mnie, jak z tej perspektywy zapatrywałeś się na poważne do szpiku kości – by nie powiedzieć: nadęte – pozy muzyków metalowych.

Nie oszukujmy się – teksty kapel metalowych były maksymalnie kiczowate, do dzisiaj wywołują salwy śmiechu. „Kawaleria szatana”, teksty Romka Kostrzewskiego o spijaniu krwi błony dziewiczej. My – jako grupa postpunkowa, ironicznie nastawiona właściwie do wszystkiego, co nas otaczało – uważaliśmy twórczość tych zespołów za skansen kiczu. Szczególnie okładki… Rozumiem na przykład inspirację twórczością Beksińskiego, ale ten Szatan z okładek był raczej wyciągnięty z jarmarcznych wizji piekła. Oczywiście można doszukiwać się szlachetnych inspiracji komiksem i innymi wytworami popkulturowymi, ale komiks zakłada chyba jednak kontekst nieco ironiczny, a metalowcy robili to wszystko ze śmiertelną powagą. Na początku lat dziewięćdziesiątych byłem kojarzony nie tylko jako wokalista Big Cyca, ale również jako wzięty konferansjer koncertów rockowych. Zapowiadałem zespoły na jednej z edycji festiwalu jarocińskiego, w której udział wzięli zarówno De Mono jak i Vader. Rzecz dziś nie do pomyślenia. W każdym razie jedna noc poświęcona była w całości zespołom metalowym; muszę przyznać, że o niektórych z nich nie miałem wielkiego pojęcia, więc starałem się wypytać muzyków, zanim zapowiedziałem ich występ. Grał na przykład zespół Pascal. Zapytałem o genezę nazwy i usłyszałem: „bo widzisz, my lubimy wysokie ciśnienie”. Podszedłem też do mojego późniejszego kolegi Petera z Vader, który to zespół cieszył się już lokalnym uznaniem, ale wciąż jeszcze czekał na eksplozję międzynarodowej popularności. Wtedy niektórzy wymawiali nazwę kapeli „Wader”, inni – „Wejder”, ja nie miałem pojęcia, że ma ona coś wspólnego z „Gwiezdnymi wojnami”. Kojarzyła mi się z jakimś nowym modelem Trabanta… Zapytałem więc Petera o ten szyld. Odpowiedział – cytuję dokładnie – w ten sposób: „Słuchaj Skiba… Vader… to po prostu Vader”. Nie miałem już więcej wątpliwości.

Wspominasz, że dokonania zespołów zapowiadanych w Jarocinie znałeś średnio. A czy zdarzało ci się jako melomanowi wzbogacić czasem swoją płytotekę o metalowe albumy?

Jestem wychowany na klasyce rocka, a za taką uważam Black Sabbath, Metallikę, Slayera, Sepulturę, Iron Maiden. Jednymi z klasycznych płyt, których słuchałem w latach osiemdziesiątych, były „Paranoid” i „Sabbath Bloody Sabbath”. Wprawdzie wolałem Led Zeppelin i Deep Purple, ale zmierzam do tego, że wychowywałem się nie tylko na Clashach i Sex Pistols.

Nie wiem, czy się zgodzisz, ale mam wrażenie, że na Zachodzie częstsze były mezalianse punku z metalem.

Myślę, że w polskim punk rocku pojawiały się fascynacje metalem, by wspomnieć chociażby o zespole Proletaryat. Gdy słuchasz niektórych ich albumów, zaczynasz się gubić: punk to jeszcze, czy już metal? Co więcej, na nagranej w 1993 roku płycie Big Cyca, „Wojnie plemników”, metal odbija się bardzo głośnym echem. To nasz najcięższy album. I chociaż pojawiają się na nim typowe dla nas ironia i zadziorność, to zrobiliśmy go całkiem serio. W utworze „Polska rodzina” pojawiają się absolutnie metalowe gitary. Pamiętam, że kiedyś zabrałem ten album w trasę, by odświeżyć go sobie po latach, i byłem zaskoczony, że kiedyś tak graliśmy. Później nasze brzmienie złagodniało, inkorporowaliśmy więcej elementów ska i reggae, ale tamten album był bardzo ostry zarówno politycznie, jak i – oczywiście jak na konwencję Big Cyca, bo do thrash metalu nam jednak daleko – muzycznie. Wydaje mi się, że te mądrzejsze wśród punkowych kapel przechwytywały z czasem metalowe brzmienia. W Armii niektóre rzeczy również pobrzmiewają metalowo. Moim zdaniem w punk rocku da się wychwycić więcej elementów metalowych, niż punku u zespołów metalowych. Pewnie są jakieś płyty, których nie znam, ale do takich wniosków dochodzę. Kapele hardcore’owe często nagrywały gitary metodami metalowców, by uzyskać bardziej monumentalne brzmienie. Jeśli Proletaryat zapieprzał coś o „pokoju z kulą w głowie”, to metalowe brzmienie wspomagało ważką treść.

Big Cyc wielokrotnie wykpiwał różnorodne stylistyki muzyczne – chociażby grunge w „Kraciastych koszulach” albo hip-hop Kalibra 44 w „Kolibrze 66”. A co z metalem, który z zespołów byłby najwdzięczniejszym celem?

Ależ kolego redaktorze, kolega słabo się przygotował do wywiadu… Jest taka parodia. Na drugiej płycie – „Nie wierzcie elektrykom” z 1991 roku – znalazła się piosenka „Biały miś” nagrana na wiele lat przed tym, zanim zrobił to Tymon Tymański. To parodia stylu wokalnego Piekarczyka, parodia TSA, które uchodziło wtedy za kapelę metalową. W naszym pojęciu to był typ ekspresji wokalnej generowany następującą metodą: rozbiera się kolesia do naga, przykuwa kajdankami do łóżka, a następnie polewa wrzątkiem. To Jacek znany jako Dżej Dżej – główny wokalista Big Cyca – doskonale podrobił tę manierę z drobną tylko pomocą dobrodziejstw technicznych studia nagraniowego. W tamtych czasach nabijać się z zespołu takiego jak TSA to było niczym plucie na świętość. Żeby było śmieszniej, w opisie albumu zamieściliśmy informację, że w „Białym misiu” gościnnie zaśpiewał Marek Piekarczyk. W recenzji w jednym z czołowych magazynów muzycznych – zdaje się, że w „Rock’n’Rollu”, bo „Tylko Rocka” jeszcze nie było – ukazała się recenzja, w której autor narzekał, że „Biały miś” wyszedł na tyle słabo, że nie pomógł mu nawet wokal Piekarczyka.

Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że wspomniany Dżej Dżej wizerunkiem do złudzenia przypominał metalowca.

Podobnie z resztą zespołu. Ja wprawdzie miałem krótkie nastroszone włosy, ale kolega Piękny Roman również nosił długie kłaki. W latach dziewięćdziesiątych długie pióra niekoniecznie musiały jednak oznaczać przynależność do kasty metalowców, wówczas wielu hardcore’owców zapuszczało włosy – manifestowali swoją niechęć do wcześniejszej estetyki punkowej wyglądem hippisów. W każdym razie swego czasu rzeczywiście wyglądaliśmy metalowo, ale odwróconych krzyży nigdy nie nosiliśmy.

Jesteś z wykształcenia kulturoznawcą, jak ja. Pisałem magisterkę na temat kiczu w muzyce metalowej, o który to temat już wcześniej zahaczyliśmy. Nie mogę jednak nie skorzystać z tej okazji, by nie poprosić cię o pogłębioną refleksję na ten temat.

Jako człowiek naukowo przygotowany do tematu na pewno wiesz, że kicz bywa nazywany sztuką szczęścia. Kicz powoduje, że wszystkim jest lepiej i weselej, chociaż to szczęście może być realizowane w różnych wymiarach. Jednemu szczęście da jeleń na rykowisku, a innemu kościotrup stojący w szalu nad grobem albo wizerunek diabła uśmiechającego się z tarczy księżyca. Wydaje mi się, że w Polsce podejście do muzyki rockowej w ogóle, bez klasyfikacji na podgatunki, jest zbyt koturnowe. Zbyt poważnie do tego podchodzimy. Mam wrażenie, że na Zachodzie zespoły uznawane za bardzo poważne mają ironiczny stosunek do rock’n’rolla jako elementu popkultury. Metal przecież też jest częścią popkultury, to muzyka odbierana przez miliony słuchaczy. A w popkulturze istnieje tradycja gry konwencją. Już nawet Beatlesi bardzo często robili sobie po prostu jaja. My mamy natomiast tendencję, by tej gry z konwencją nie tylko nie dostrzegać, ale i nie podejmować. Przypomniał mi się taki muzyk jak Glen Danzig. Można by się kłócić, czy bliżej mu do hard rocka czy metalu, ale dla mnie – starego punka – to metalowiec. Wiadomo skądinąd, że wcześniej parał się punkiem… W każdym razie z jego tekstów zapamiętałem bardzo dużą dozę ironii. Myślę, że i wśród twórców metalu są liczni żartownisie. Najłatwiej przekonać się o tym zresztą na stopie prywatnej. Kolega Dżej Dżej miał kiedyś małą agencję koncertową i zorganizował kilka występów zespołowi Kat. Nie było między nami podziałów mentalnych ani ideologicznych, choć pamiętam, że Dżej Dżej dość mocno przeżył organizację tych koncertów. Na starym autokarze, którym podróżowali muzycy, widniał napis „przewóz osób”, nasz gitarzysta twierdził, że w tym wypadku powinno być „przewóz zwierząt”. Otóż u nich nie dochodziło do tradycyjnych rękoczynów, jedno z nieporozumień sprawiło natomiast, że muzycy Kata – uwaga – pogryźli się. Nie metaforycznie, ale naprawdę – po szyjach, kończynach. Romek Kostrzewski prywatnie jest bardzo dowcipnym, otwartym człowiekiem z dużym dystansem do siebie i tego, co robi. W latach dziewięćdziesiątych nagrywaliśmy dla tej samej wytwórni – Silverton. Spotykaliśmy się często na różnych imprezach. Mało kto wie, że Romek jest świetnym kucharzem. Kiedy w nieistniejącym już warszawskim klubie Akwarium odbywała się feta z okazji wręczenia Big Cycowi złotej płyty za „Pierwszą komunię, drugie śniadanie, trzecią Rzeczpospolitą”, dania dla gości przygotował Roman.

Roman uchodził przez wiele lat za naczelnego polskiego satanistę. Z tronu strącił go dopiero Nergal. Jak postrzegasz protesty przeciwko jego obecności na antenie?

To absurd, bo facet nie występuje tam jako satanista ani specjalista od odgryzania główek dzieciom, tylko jako juror, który zna się na muzyce. Jest znany i kontrowersyjny, dlatego został zaproszony. Taka jest konwencja telewizji – nawet do programów śniadaniowych zaprasza się gości, których poglądy bywają sprzeczne. To nie partie polityczne i nie Kościół powinni ustalać, kto występuje w programie telewizyjnym. Z wywiadów wynika zresztą, że Nergal nie uważa się za satanistę, on mówi o sztuce, konwencji, teatrze. Ja też patrzę na to w ten sposób. Kiedyś poszliśmy całą paczką na słynny pierwszy koncert Marilyna Mansona w Polsce. Przed występem rozpętała się kompletna zadyma, pikietowali radni ZChN, obawiano się, że Marilyn będzie na scenie dymał kozę… Był jakiś koleś, który miał odciąć zasilanie w całej hali, gdyby tylko wydarzyło się podczas koncertu coś zdrożnego. Okazało się, że lider zespołu zdjął jedynie rękawiczkę. Jego też oskarżano o satanizm. Zresztą – sądząc po biografii – kontaktował się z Szandorem LaVeyem. Ja odbierałem to jednak w kategoriach wspomnianej popkultury, jako bardzo ciekawy show, widowisko. A wracając do Nergala, to jeśli założyć, że faktycznie jest satanistą, to mamy jednak do czynienia z wyznaniem religijnym. Satanista wierzy w Boga. Ja może nie jestem ateistą, ale na pewno mocno wątpię, a satanista, skoro wierzy w Szatana, musi wierzyć w Boga. To oczywiste. Nie ma Diabła bez Boga. Gdyby na tej podstawie usuwać kolegę Nergala z telewizji, to doszłoby do złamania Konstytucji i do prześladowania ze względów religijnych. Pomijając to wszystko, to wiem, co drażni wiele osób, i co również mi niespecjalnie się podoba – podarcie Biblii. Jasne, doszło do tego na zamkniętym biletowanym koncercie, ale uważam, że nie powinno się drzeć lub palić książek, bo to kojarzy się z praktykami hitlerowców i komunistów. W Związku Radzieckim za posiadanie Biblii zsyłano na Sybir. Wydaje mi się, że żadnej książki – nawet książki telefonicznej Wałbrzycha – nie należy drzeć. Skupmy się na darciu do mikrofonu.

Czy w trasie koncertowej drogi Big Cyca przecinały się z drogami zespołów metalowych? Pytam ciebie jako człowieka, który sprawia wrażenie sybaryty.

Słuchaj, jesteśmy zawsze otwarci. Wiadomo, że impreza z kapelą metalową to zawsze impreza udana. Kilka imprez odbyliśmy na przykład z Acid Drinkers. Bywało i tak, że kiedy grywaliśmy na poznańskich juwenaliach, Titus z załogą przychodzili z pobudek czysto towarzyskich. Pewnego razu zjednoczone i – przyznajmy to – nie do końca trzeźwe siły Big Cyca i Acid Drinkers zawitały do poznańskiego klubu jazzowego Blue Note. Grał tam zespół na żywo, a myśmy opanowali pół sali. Muzycy bardzo szybko zareagowali na nasze wejście – otóż zagrali „Makumbę” w wersji jazzowej. Jakiś ortodoksyjny fan jazzu oburzył się takim rozwojem wypadków. W którejś z przerw wygłosił do mikrofonu potępiającą mowę w stylu Władysława Gomułki. Że skandal, że hańba… Myśmy nie podjęli dyskusji z drętwą mową, lecz wszyscy muzycy Big Cyca i Acid Drinkers jak jeden mąż pokazali mu gołe dupy. Wywołało to entuzjazm sali, a mówca wziął swój beret i wyszedł z klubu.



SKIBA PROWOKUJE PRZED WYSTEPEM W CHICAGO!




WPROWADZĘ WIZY AMERYKANOM




Wywiad który ukazał się w nr 65 Super Expressu Chicago w dniu 24 listopada 2011 na dwa dni przed koncertem zespołu Big Cyc w Copernicus Center w Chicago.



Z Krzysztofem Skibą rozmawia Narta Kossecka-Rawicz.



Jakie uczucie masz przed koncertem w Chicago?

Oczywiście cieszę się na spotkanie z fanami z Chicago, ale jednocześnie jestem niesamowicie wkurzony na amerykański system wizowy, który w moim pojęciu jest czymś bardzo anachronicznym i nie przystającym do czasów, w których żyjemy. Amerykanie już dawno powinni znieść wizy dla Polaków. Kupujemy od USA drogie samoloty F-16, chociaż te francuskie czy izraelskie były tańsze, popieramy inicjatywy amerykańskie na arenie międzynarodowej, Polscy żołnierze walczą razem z Amerykanami w Afganistanie, polski wywiad ratuje amerykańskich agentów w Iranie, a my nadal traktowani jesteśmy jak naród, który w całości chce na lewo pracować na budowach w USA. Przyjeżdżam do Chicago zagrać koncert. Mój pobyt ma trwać zaledwie cztery dni i aby zdobyć wizę muszę odpowiadać na pytania typu w jakich latach studiowałem, ile razy byłem w USA i jakie są moje roczne dochody. Ludzie! To pachnie czystym absurdem, niczym sceny ze starych komedii z Chevy Chase’m.

Jaki repertuar zaprezentujcie polonijnej publiczności?

Zagramy wszystkie nasze większe przeboje oraz kilka nowszych piosenek. Będzie to dynamiczna, dwugodzinna dawka polskiego rocka w widowiskowym wydaniu. Jak zawsze będzie to wybór gdyż Big Cyc ma na swoim koncie szesnaście płyt i nie możemy zagrać wszystkiego, bo wówczas musielibyśmy grać non stop przez tydzień.

Nie jest to wasz pierwszy koncert w Chicago, czy dobrze wspominasz poprzednie koncerty?

Graliśmy tu już kilka razy, ale dawno nas nie było. Wracamy po paroletniej przerwie i już się cieszymy na spotkanie ze starymi znajomymi. Pamiętam nasz koncert w sali Copernicus Center w 1997 roku. Przyszło ponad dwa tysiące osób i była świetna zabawa. Niestety dwa pierwsze rzędy foteli przestały po tym koncercie istnieć. Tańcząca publiczność po prostu wyrwała je z korzeniami. Fajny był też koncert plenerowy w parku na Milwaukee kilka lat później. Pamiętam, że publiczność stale domagała się bisów i przedłużyliśmy koncert tak znacznie, że pojawiła się na scenie policja, bo było już dawno po godzinie na którą mieliśmy zezwolenie.

Czy lubisz Amerykę?

Ameryka to fascynujący kontynent, a USA to inspirujący kraj. Symbol wolności, pracy , potęgi, ale także kraj wspaniałych artystów, naukowców, pisarzy. Minęły już jednak czasy, gdy wszyscy w Polsce zachwycaliśmy się Ameryką bez głębszej refleksji. Teraz widzimy też amerykańską pychę, zakłamanie i często niestety głupotę. W Polsce nadal słucha się amerykańskich artystów, ogląda amerykańskie filmy, ale już bez większych złudzeń, że to jest jakiś wyśniony raj. Amerykańska kultura, zwyczaje, a nawet kuchnia są często w Europie wyśmiewane. Problem w tym, że Europa bacznie przygląda się Ameryce, a tymczasem sama Ameryka ma kompletnie w nosie, to czym zajmuje się i co myśli ta stara zdzira Europa.

Czy wybieracie sie tutaj na krótkie wakacje czy też od razu wracacie do Polski?

Tak jak już wspomniałem będziemy tu zaledwie cztery dni. Szybko wracamy, bo mamy sporo pracy w kraju. Właśnie ukazuje się nasza najnowsza płyta pt. „Zadzwońcie po milicje”. To pierwsza poważna płyta Big Cyca. Nagraliśmy na niej na nowo stare, podziemne rockowe kawałki z lat 80-tych. To absolutnie mało znany nurt undergroundu z czasów stanu wojennego. Mamy nadzieję, że nasza płyta będzie wydarzeniem nie tylko muzycznym. Do płyty będzie dołączona książeczka ze słownikiem opisującym hasła z czasów, gdy generał Jaruzelski rozjeżdżał czołgami „Solidarność”. Płyta ukaże się na początku grudnia, a jej współwydawcą jest Narodowe Centrum Kultury. Kilka dni temu skończyliśmy zdjęcia do teledysku, który był kręcony na terenie Stoczni Gdańskiej. W teledysku goniliśmy się z ZOMO po stoczni, aż przyszli stoczniowcy i spytali czy nam przypadkiem nie pomóc w biciu ZOMO. Oczywiście biliśmy się na niby, bo ZOMO to byli aktorzy. Czekają nas teraz liczne akcje promocyjne i koncerty. 12 grudnia pojawimy się w telewizji w specjalnym programie o stanie wojennym. Jak wiadomo mija teraz XXX rocznica przewrotu junty Jaruzelskiego i nasza płyta jest oddaniem hołdu tym wszystkim, którzy walczyli z komuną.

Czy macie z USA jakieś wspomnienia? Czy też anegdoty z poprzednich pobytów?

Wesołych historii było wiele. Kiedyś po koncercie w Chicago radiowiec Piotr Michalak zabrał nas z kumplami do klubu Red Dog. Nie mieliśmy pojęcia co to za klub. Myśleliśmy, że idziemy sobie na piwko pogadać. Okazało się, że to był klub w którym od czasu do czasu urządza się imprezy dla transwestytów. Pech chciał, że to był taki właśnie dzień. Gdy byliśmy już w środku otoczyło nas koło czterdziestu facetów przebranych za baby. Byliśmy w szoku! Muzyka w klubie była świetna, ale do kibla baliśmy się wejść.

Czym sie różni polonijna publiczność o tej polskiej?

Nie ma specjalnych różnic. Podczas koncertu w Chicago czujemy się tak samo jak w Warszawie czy Krakowie. Mamy nadzieję, że nasz koncert to będzie wielka frajda dla wszystkich, którzy się pojawią bez względu na wiek i poglądy. Gwarantujemy czadową, muzyczna balangę.

Jaka najbardziej zwariowana rzecz zdarzyła ci się w życiu?

W czasach PRL-u działałem w Pomarańczowej Alternatywie. To był spontaniczny ruch zbuntowanych młodych ludzi, którzy urządzali na ulicach happeningi ośmieszające władzę. Podczas jednej z takich akcji biegałem po ulicy z napisem „Galopująca inflacja” i Milicja Obywatelska zatrzymała mnie i moich kolegów. Potem wydaliśmy pisane w poważnym tonie oświadczenie o tym, że kłopoty gospodarcze Polski się skończyły, bowiem milicja „zatrzymała galopująca inflacje”.

Czy myślisz o karierze politycznej?

W ogóle mnie to nie interesuje. Uważam podobnie jak Witkacy, że polityka to „pomyje w kryształach”. Bycie politykiem to musi być strasznie nudne zajęcie. Każdy z nas kłamie na co dzień w drobnych, życiowych sprawach, ale politycy robią to w dawkach prawie że śmiertelnych.

Jak oceniasz obecną sytuację polityczna w Polsce?

Wbrew temu co sądzi większość polonii amerykańskiej Polska ma w tej chwili najlepszy okres w swej historii od mniej więcej 300 lat. Kraj się zmienia, buduje się autostrady, piękne stadiony na mistrzostwa w piłce nożnej, spada bezrobocie, kryzys gospodarczy nie ma u nas takiego wymiaru jak np. w Grecji czy Hiszpanii. Oczywiście jak wszędzie zdarzają się afery czy nieprawidłowości, ale to normalne. Polska wreszcie coś znaczy w polityce europejskiej. Polak jest przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Polscy studenci co rusz wygrywają światowe konkursy informatyczne, a polscy naukowcy z Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych z Warszawy dokonali niedawno odkrycia jak wykorzystać grafen do układów scalonych w komputerach. To absolutna rewolucja, gdyż grafen przewodzi prąd kilkaset razy szybciej niż miedź i znacznie lepiej niż krzem. Dzięki odkryciu Polaków komputery będą już niedługo o wiele szybsze, mniejsze i oszczędniejsze niż teraz. Po za tym odkryto w Polsce największe w Europie złoża gazu łupkowego, którego wydobycie może przemienić nasz kraj w niezwykle bogate państwo. Amerykańskie firmy już wyczuły interes i zaczynają ryć u nas pod ziemią. Za dziesięć lat będzie się opłacało obywatelom amerykańskim jechać do Polski po dobrą pracę. Pomyślimy wówczas o wizach dla tych kolesi z Waszyngtonu (śmiech).

Czy lepiej sie czujesz w roli showmana czy piosenkarza?

Określenie piosenkarz pasuje do Krzysztofa Krawczyka. Ja jestem przede wszystkim szamanem sceny, showmenem i petardą sceniczną. Kolesiem, który robi swoje w kapeli rockowej. Big Cyc to organizm, który składa się z dziesięciu ludzi. Sześciu jest na scenie. Pozostali to akustyk, techniczni i pani Kasia nasza urocza menadżerka. Wszyscy są jednakowo ważni. Zapraszam na koncert, a sami się przekonacie.



Wywiad Przemysława Guldy z Krzysztofem Skibą jaki ukazał się w Gazecie Wyborczej Trójmiasto w dniu 2 listopada 2011.




Zespół Big Cyc nagrywa wreszcie płytę na poważnie. „Zadzwońcie po milicję” to album oparty na znakomitym pomyśle – dokumentować mało znane, ale ważne utwory które powstały w latach osiemdziesiątych. Premiera płyty 13 grudnia.



Skąd pomysł takiej właśnie płyty?

Gdy mówimy o polskim rocku lat 80-tych wszystkim nam przychodzą do głowy takie zespoły jak Perfect, Maanam, TSA, Lombard, Lady Pank, czy Oddział Zamknięty. Niewiele osób wie, że poza tym kręgiem niezwykle w tamtych czasach popularnych zespołów działało także prawdziwe podziemie rockowe. Już dawno miałem pomysł, aby przypomnieć te nieco zapomniane lub całkowicie nieznane zespoły z nurtu podziemnego punk rocka i reggae. XXX rocznica wprowadzenia stanu wojennego jest ku temu świetną okazją. Wszyscy muzycy naszego zespołu wywodzą się z tego pokolenia, które widziało czołgi generała Jaruzelskiego na ulicach. Ja osobiście widziałem czołgi pod Stocznią Gdańską i rozwaloną gąsienicami bramę nr 2. Bunt wobec tamtej rzeczywistości był dla nas oczywisty. Nagranie płyty „Zadzwońcie po milicję” dokumentującej piosenki z tamtego okresu był więc dla nas bardzo ważny. To szesnasta płyta w dorobku zespołu Big Cyc i pierwsza zrobiona w konwencji całkowicie serio.

Według jakiego klucza wybieraliście piosenki?

Od razu zrezygnowaliśmy z utworów grup jednoznacznie kojarzonych z tamtym okresem takich jak Dezerter, KSU czy WC. Po pierwsze dlatego, że są to rzeczy powszechnie znane, ale także dlatego, że zespoły te nadal działają i same robią wznowienia swych archiwalnych nagrań. Zdecydowaliśmy się na utwory grup mniej znanych, co nieznaczny że mniej ważnych. Szukaliśmy też nagrań, które miały ciekawy tekst i wybijały się nieco spoza masy, standardowych buntowniczych produkcji tamtego okresu. Na naszej płycie znalazły się kompozycje zespołów takich ja Miki Mousoleum, Karcer, Cela nr 3, Brzytwa Ojca czy Współczynnik Inteligencji. Szukanie tych zakazanych dźwięków przypominało prace archeologiczne. Taśmy z tamtych czasów są nagraniami głównie z koncertów lub z prób zespołów. Zespoły antysystemowe nie miały szansy na zaproszenie do profesjonalnego studia. Nagrania zarejestrowane amatorsko są zwykle potwornie niskiej jakości. Odszyfrowanie tekstów było jak tropienie zapisów z czarnych skrzynek po wypadkach lotniczych.

Dlaczego teledysk chcieliście nakręcić właśnie w stoczni?

Nie ma lepszej scenografii dla teledysku, który nawiązuje do tematyki stanu wojennego niż tereny Stoczni Gdańskiej. Dźwigi stoczniowe to naturalny krajobraz Gdańska. Są jak świadkowie historii. Piękne, martwe żyrafy zastygłe w skamielinie czasu. Od kiedy pamiętam …zawsze nam towarzyszyły. Gdy jedziesz kolejką, czy aleją w kierunku Wrzeszcza zawsze je widzisz. Sesje zdjęciową zespołu robiliśmy na czynnym terenie stoczniowym, wśród industrialu budowanych statków oraz na słynnym wiadukcie kolejki Gdańsk Stocznia skąd rozpościera się niesamowity widok. Teledysk będzie kręcony w hali zwanej „Halą U- bottów” oraz na dachu magazynu. Oprócz zespołu w teledysku weźmie udział grupa rekonstrukcyjna San z Sanoka, która podczas rocznicowych imprez, czy filmów specjalizuje się w odtwarzaniu oddziałów ZOMO.



Tekst, który ukazał się na portalu ART-30 w sierpniu 2011.




30 pytań do Krzysztofa Skiby



1.Nie zostałbym muzykiem gdyby nie …

moi koledzy z Big Cyca

2.Gdybym nie robił tego co aktualnie robie byłbym …

terrorystą, pacjentem szpitala psychiatrycznego lub prezydentem

3.Największy wpływ wywarło na mnie …

wprowadzenie stanu wojennego, miałem 17 lat, byłem zbuntowany, wściekły i bezsilny, gdyby nie czołgi generała Jaruzelskiego pewnie byłbym tak nudny jak słoik musztardy czy zespół Blue Cafe

4.Pierwsze pieniądze zarobiłem …

mając dziesięć lat i pracując na pokazie mody jako dziecięcy model prezentujący szkolne kreacje, pokazywałem najnowsze wzory mundurków szkolnych, bluz sportowych oraz tornistrów, w przerwach tych pokazów występował iluzjonista, któremu ukradliśmy cylinder.

5.Inspiruje mnie …

ciekawe wydarzenia, które dzieją się wokół, głupota codzienności, banalne pułapki życiowe, drobiazgi z których można ulepić koszmar, błędy logiczne, demagogia polityczna, wpadki intelektualne

6.Pierwszy koncert na którym byłem …

koncert zespołu SBB na scenie Opery Leśnej w Sopocie, był to koncert towarzyszący Festiwalowi Sopockiemu, taki jazzrockowy odprysk, który był poza oficjalnym programem i który telewizja już nie filmowała, pamiętam, że gościnnie zagrał z nimi znany trębacz Andrzej Przybielski, miałem 12 lat i chodziłem do szóstej klasy szkoły podstawowej, bilety załatwił mój kumpel z podstawówki Maciek Kosycarz, chłonąłem ten występ całym organizmem, do dziś mam w oczach i uszach długie partie solowe na gitarze czy perkusji, to było takie wyzwolone, hipisowskie granie.

7.Największe znaczenie ma dla mnie …

moja rodzina…jak śpiewano kiedyś w pewnym kabarecie do którego teksty pisał Jeremi Przybora „Rodzina, rodzina, nudna gdy jest, a gdy jej nie ma samotnyś jak pies”

8.Wydałbym ostatnie pieniądze na …

dobrą książkę, środki antykoncepcyjne, czekoladę, szklankę Jacka Danielsa,

9.Mój pierwszy instrument …

panino, potem gitara, następnie harmonijka ustna, a dziś gdy już wiem, że gram na tych instrumentach beznadziejnie trzymam się już tylko mikrofonu

10.Moja dewiza życiowa to …

„powaga jest wrogiem wyobraźni” (Roland Topor)

11.Płyta, którą kupiłem ostatnio …

Nie tyle kupiłem co dostałem była to płyta z muzyka świetnego łódzkiego zespołu L.Stadt

12.Nie wyobrażam sobie dnia bez …

czytania prasy, niestety to jest moje zboczenie zawodowe

13.Musze przyznać, że …

świat jest głupszy niż myślałem

14.Mój muzyczny ideał to …

niestety nie mam muzycznego ideału, mam wiele zespołów, które mi się podobają, ale to przecież, nie jest to samo…

15.Recepta na sukces …

być innym niż wszyscy, mieć swój artystyczny charakter pisma, nikogo starać się nie naśladować, wierzyć w to co się robi, być pracowitym i konsekwentnym

16.Film wszechczasów …

Trudno wymienić jeden tak więc mała lista: „Lot nad kukułczym gniazdem” z Nicholsonem, „Lśnienie” Kubricka, „Dziecko Rosemary” i „Matnia” Polańskiego, „Ładunek 200” Bałabanowa, „Ziemia obiecana” Wajdy, „Wojna światów” Szulkina

17.Książki, które ostatnio kupiłem …

„Trans” Manueli Gretkowskiej, „Wojny narkotykowe” seria publicystyczna Krytyki Politycznej, „Czarna bezgwiezdna noc” Stephena Kinga, „Władcy chaosu” Michaela Moynihana i Didrika Soderlinda

18.Najchętniej podróżuję …

samolotem, ale niestety większość miast nie ma lotnisk

19.Najlepiej wypoczywam …

u siebie w domu na tarasie lub w ogrodzie

20.Najważniejszy zespół w historii muzyki …

Nie ma jednego najważniejszego zespołu, ale trzy się znajdą: The Beatles, The Doors, Nirvana

21.Muzyka, której nie znoszę …

Niemieckie techno czyli tzw. łupana brzmi to jak sokowirówka wrzucona do wanny z brudna wodą.

22.Nie rozstaje się z …

Notatnikiem w którym mam rozpiski koncertowe

23.W telewizji słucham …

Wiadomości politycznych i informacji gospodarczych, a także wieści ze świata kultury niestety tych ostatnich jest zdecydowanie mniej na korzyść tych dwóch pierwszych…

24.Wymarzone miejsce na wakacje …

własna wanna

25.Największy błąd …

to że poszedłem na studia o profilu humanistycznym, gdybym poszedł na ekonomię, może wiedziałbym dlaczego benzyna jest tak droga

26.Najgorsza moja cecha …

Bywam wybuchowy, ale staram się z tym walczyć. Chyba z wiekiem mi to mija. Niestety jestem też łakomczuchem, a przy mojej nadwadze może to być wysoce szkodliwe dla zdrowia.

27.Najlepsza moja cecha …

Wszyscy wokół twierdzą, że poczucie humoru i pracowitość, ale mnie to ciężko ocenić.

28.Bałbym się …

Skoczyć z Wielkiej Krokwi. Byłem tam na górze i widziałem to co Małysz oglądał przez wiele lat. Skoki to sport dla samobójców

29.Przyszłość muzyki to …

Jakiś geniusz, którego jeszcze nie znamy i który być może teraz ćwiczy sobie w piwnicy, ale wiem, że gdy z niej wyjdzie to dam nam wszystkim w dupę

30.Zawsze myślę …

Niestety: „Co by tu zjeść?”



Wywiad pod tytułem „Śmiech przez łzy” który ukazał się w kwietniowym numerze miesięcznika Machina (4/61). Rozmowę przeprowadził Marcin Staniszewski.



Po co napisaliście tę książkę? Wy – wieczni opozycjoniści gardzący oficjalnym obiegiem wydajecie historyczną cegłę ważącą dobrych parę kilogramów.

Chyba taki okres teraz nastał, że to pokolenie dojrzewa i chce ocalić od zapomnienia tamte barwne czasy – dopada nas Alzheimer. Niedawno pojawiła się świetna książka o KSU, Dezerterze, dwa lata temu Waldemar „Major" Frydrych opublikował piękny album poświęcony Pomarańczowej Alternatywie. Wiem, że Budzyński też coś pisze. Jednym z impulsów była zabawna sytuacja, która miała miejsce przy okazji świętowania 20-lecia Big Cyca. Jeden z dziennikarzy telewizyjnych przyniósł mi prezent – odbitki łódzkich akt SB na mój temat. Pomyślałem wtedy, że skoro były takowe w Łodzi to i pewnie w Gdańsku coś się znajdzie, bo przecież tam działałem w Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego i w Wolności i Pokoju. Nie myliłem się – okazało się, że do dziś przetrwało 15 teczek SB poświęconych całemu środowisku anarchistów, w tym mojej osobie. Wspólnie z Pawłem Konjem Konnakiem i Jarkiem Janiszewskim gromadziliśmy przez rok zdjęcia, materiały i wspomnienia, co nie było łatwe, bo wielu z bohaterów tamtych czasów rozpierzchło się po świecie, część umarła a jeszcze inni zaćpali i są gdzieś w kosmosie.

A może po prostu mieliście dość tych wszystkich polityków zawłaszczających sobie historię, jak Wałęsa, który twierdzi niemal, że samotnie obalił komunizm?

Pewnie po części tak, bo teraz jest moda na patriotyzm i każdy kto ma więcej niż 40-lat wypina pierś i próbuje się załapać na klika minut chwały, przy czym coraz mniej ludzi pamięta kto był kim. Bo trzeba mieć świadomość, że te czasy powoli przechodzą do odległej historii i zaciera się ich ostrość. Ostatnio jechałem z młodym taksówkarzem, który opowiadał mi o tym, że widział film „Czarny czwartek, Janek Wiśniewski padł" i pyta się mnie czy wiem, co to jest ścieżka zdrowia (ironiczne określenie tortur stosowanych przez milicję-przyp.red.). To tak jakbyś spytał dziś kogoś czy wie, co to jest Facebook... Dlatego trzeba to młodym ludziom tłumaczyć.

A było coś w tych teczkach, co cię naprawdę ruszyło?

Znalazłem tam odręczny rysunek techniczny swojego mieszkania z dokładnym opisem wnętrz – mój pokój, balkon, wejście itd. Zastanawiałem się po co im to było. Chcieli podpalić mieszkanie? Takie sytuacje się przecież zdarzały. Poczułem się bardzo dziwnie jak to zobaczyłem. Nie pokazałem tego w książce, bo moja mama dalej tam mieszka. Informacja o tym, że miałem podsłuch telefoniczny od kwietnia 1984 roku też był zaskoczeniem, bo wsadzili mnie dopiero rok później. Był też bardzo dokładny opis dojazdu do naszego domku letniskowego i relacja z jednego ze spotkań, podczas którego rozdawałem kolegom egzemplarze podziemnego pisma „Homek". Do dziś nie wiem kto mógł być wtyczką, bo przez moje mieszkanie przewinęła się masa ludzi.

W ciągu ćwierć wieku pracy artystycznej wyrobiliście sobie z Big Cycem markę pierwszych błaznów III RP i dziś nikt nie traktuje was poważnie. Czy to nie jest przypadkiem tak, że tą książką chcecie w końcu powiedzieć coś istotnego?

Pewnie tak, bo coś w tym jest, że teraz jak poruszam jakieś poważne tematy, to ludzie myślą, że sobie jaja robię. Nawet całkiem niedawno, gdy obchodziliśmy 25-lecie WiP-u (ruch Wolności i Pokój - przyp. red.) w Szczecinie to lokalni dziennikarze byli przekonani, że znalazłem się tam przypadkiem i dopiero ktoś im wytłumaczył, że byłem aktywnym działaczem tego ruchu, Ale głównym celem książki było pokazanie rzeczy, o których mało kto jednak wie. Nie zapominaj, że anarchiści i totartowcy to był margines marginesu. Nikt za nami nie przepadał – komuniści nas tępili z oczywistych względów, ale też ludzie Solidarności nie pałali do nas miłością, bo mieli poczucie że brukamy ich świętą misję swoimi absurdalnymi akcjami i happeningami. Także ruch anarchistyczny nie był do tej pory porządnie udokumentowany.

Zachowałeś sobie na pamiątkę słynną ulotkę „Uwaga zboczeniec" nawiązującą do gwałtu generała Jaruzelskiego na własnym narodzie w czasie stanu wojennego?

„Zboczeńca" nie mam niestety bo sporo rzeczy mi poginęło, albo je porozdawałem, ale w piwnicy zachowało się trochę pism opozycyjnych, takich jak „Przegięcie pały", „A capella" i „Homek".

Gdy patrzysz wstecz z perspektywy czasu, to jesteś bardziej dumny z tego, że sprzedałeś ponad dwa miliony płyt z Big Cycem, czy z tego, że brałeś udział w tych ważnych wydarzeniach czasu przełomu?

Sądzę że najlepsze rzeczy robiłem jednak wtedy, to miało pewną wagę. Poczułem, że uczestniczyłem w czymś ważnym, parę lat temu, kiedy dowiedziałem się, że na maturze z wiedzy o społeczeństwie pojawiło się pytanie o jeden z naszych najsłynniejszych happeningów: „Galopująca inflacja". Wielu ludzi wciąż traktuje nas jak jakichś odszczepieńców, ale sądzę, że nie doceniają oni roli świrów i takich działań jak Pomarańczowa Alternatywa. A to były ważne inicjatywy, bo dawały ludziom oręż do walki z reżimem. Tą bronią był śmiech i absurd. To się może wydawać naiwne, ale milicjanci naprawdę nie wiedzieli jak mają reagować, gdy nagle zostawali obsypywani landrynkami, albo kwiatami, albo gdy trafiali na armię krasnoludków śpiewającą socjalistyczne pieśni. To ich przerastało, a ludzie przestawali się bać. Tym śmiechem rozbrajali system, co było niezwykle ważne w schyłkowej fazie komuny, gdy opozycja była rozbita, zmęczeni ludzie emigrowali masowo, a gospodarka ledwo zipiała. Gdy studiowałem w Łodzi to na początku miałem dwie osoby gotowe iść na akcję, ale jak później reszta zobaczyła, że władza sobie nie radzi z tymi odjechanymi happeningami i nie reaguje na nie w zdecydowany sposób, to w zadymach brało udział i po kilka tysięcy osób. No bo wyobraź sobie jak wyglądał taki komisariat po happeningu Pomarańczowej Alternatywy, w którym brało udział nawet do 10 tys. osób – nagle areszt pełen jest krasnoludków i świrów którzy śpiewają, żartują i bawią się na całego a ci biedni milicjanci musieli to wszystko ogarnąć w ramach oficjalnych procedur. To by przerosło każdego.

A ile w tych działaniach było zabawy i choćby zwykłej chęci zaimponowania płci pięknej? Wszak krążą legendy o działaczach opozycji wyrywających tabuny dziewczyn bajerem „na opozycjonistę". W końcu mieliście wtedy po 20 lat.

Wiadomo, że była chęć zabawy i wyżycia się. Krążył nawet taki żart, że działacz Solidarności Kornel Morawiecki ukrywał się do 1991 roku, nie dlatego, że obawiał się wciąż niepewnej sytuacji politycznej, tylko nie chciał wrócić do żony zadekowany u jakiejś urodziwej opozycjonistki.

W książce jest taki fragment, w którym opisujesz jak po latach, już w wolnej Polsce, spotkałeś przypadkiem na jednym ze swoich koncertów esbeka, który aresztował cię w Jarocinie a w nowej rzeczywistości ci zasalutował. Mógłbyś się z nim napić wódki?

Występowaliśmy gdzieś w Wielkopolsce na jakiejś gminnej imprezce i zauważyłem, takiego małego ochroniarza, który do wszystkich się przymilał. Stoję przy przenośnym kibelku, a on do mnie: „Panie Krzysiu, dzień dobry. To ja pana wtedy aresztowałem". Byłem zszokowany. Wódki bym się z nim nigdy nie napił. To taka typowa ubecka metoda. Zbagatelizować, poklepać po plecach i powiedzieć: „Eee tam, było minęło, wy robiliście swoje a my swoje, ale w sumie to były wszystko wygłupy i jesteśmy kumplami, bo przecież wszyscy Polacy to jedna rodzina". Otóż nie. Miałem nawet propozycję od jednego ubeka, dziś poważnego biznesmana, żeby pójść razem na kielicha a wtedy dowiem się paru ciekawych rzeczy, kto na mnie donosił itd. Chciał nawet zasponsorować nam kilka występów, ale ja nie wchodzę w takie sytuacje.

Z ludzi, którzy działali w opozycji i byli częścią anarchistycznych ruchów tobie powodzi się chyba najlepiej. Pojawiasz się często w mediach, jesteś znany. Spotkałeś się z zazdrością dawnych kolegów albo zarzutami zdrady ideałów?

To że się pojawiam w mediach to zwykła konsekwencja zawodu, który uprawiam. Od zawsze z Konjem czuliśmy się dobrze jako animatorzy imprez rozrywkowych. Żyję na średnim europejskim poziomie, ale bez przesady. Wszak nie składałem nigdy ślubów ubóstwa. Nie czuję, że zdradziłem swoje ideały. Po 1989 roku cały czas jednak komentowaliśmy na bieżąco to co się dzieje w Polsce i byliśmy w opozycji do każdego ugrupowania, które hamowało rozwój naszej demokracji. Weźmy na przykład płytę „Wojna plemników", będącą reakcją na pomysły ZChN-u, którego działacze postulowali m.in. bicie dzieci i legalizację tortur w więzieniach albo album „Nie wierzcie elektrykom" powstały na kanwie rozczarowania prezydencją Wałęsy. Nawet nasz hit „Makumba", traktuje o poważnej sprawie – ksenofobii trawiącej polskie społeczeństwo, a piosenka „Moherowe berety” czy „Warto rozmawiać” o Janku Pospieszalskim to przecież gorące komentarze naszej garbatej rzeczywistości.

A nie masz wrażenia, że stałeś się trochę takim Jankiem Pietrzakiem pokolenia 30-latków? Nie wiadomo za bardzo dla kogo Big Cyc dziś śpiewa a i estetyka już cokolwiek wytarta...

To chyba nie byłeś dawno na naszym koncercie. Przychodzi tam mnóstwo młodych ludzi i nie narzekamy na frekwencję. My się już nie zmienimy. Ciągle interesuje nas to polityczne bagno i ta polska szarpanina o wszystko. Wiem, że to nie modne. Nic na to nie poradzę. Nikt mi nie może zarzucić, że robię kasę na śpiewaniu o polityce, bo ludzi to obchodzi coraz mniej, a my nie naginamy się do trendów, tylko od lat robimy swoje.

Jest też druga strona medalu. W wywiadach narzekasz na „kondomizację" kultury i zalew plastikiem, ale jednocześnie jesteś jej częścią.

No ja jestem raczej tym gościem, którego się boją, że pokaże dupę premierowi.

Nie jestem co do tego przekonany – występujesz w średnio ambitnych talk-showach, prowadzisz najróżniejsze gale i biesiady i nie sprawiasz wrażenia wybrednego gościa.

W talk-showach się pojawiam żeby przedstawić swoje racje, bo to jedno z niewielu miejsc, gdzie można to jeszcze skutecznie robić. Ostatnio chociażby u Tomasza Lisa w programie na żywo atakowałem Jagielskiego z Radia Zet za to, że puszcza wyłącznie chłam. Poza tym jak Big Cyc może być komercyjny skoro od dziesięciu lat nie puszcza się nas w radiu. Wielu ludzi nie wie nawet, że nasz zespół jeszcze istnieje i nagrywa płyty. Nie czuję się częścią polskiego mainstreamu.

Anarchiści mają jakikolwiek sens po przełomie w 1989 roku?

Mieli na początku, bo przecież to właśnie anarchiści walczyli o wyrzucenie z programu studiów studium wojskowego. Kiedyś to był jeden z najważniejszych egzaminów, co w praktyce oznaczało, że jakiś pułkownik decydował o twoim być albo nie być na uniwersytecie. Niewiele osób wie, że dzisiejszy minister obrony Bohdan Klich wywodzi się z krakowskiego WiP-u. To nie przypadek, że on tak bardzo nalegał na zlikwidowanie zasadniczej służby wojskowej i profesjonalizację armii. Zresztą teraz dalej ludzie chcą robić happeningi, tyle że nazywają to flash mobami, ale mechanizm jest ten sam – zwrócić uwagę na coś istotnego poprzez działania artystyczne. Zmienił się tylko kontekst – dziś nie kpimy z systemu totalitarnego tylko np. z konsumpcjonizmu. Z drugiej strony śmieszą mnie młodzi anarchiści, którzy w internecie biadolą nad faktem, że hipermarkety ich zniewalają. Bo ja wywodzę się z pokolenia, które przez lata widziało gołe półki w sklepach. Kłopot polega też na tym, że teraz nie można robić happeningów w stylu Pomarańczowej Alternatywy, bo zmieniła się sama ulica. Jak dziś wypuściłbyś pomarańczowe krasnoludki w kolorowe miasto to nikt by nie zwróciłby na nie uwagi, albo ludzie pomyliliby je z kampanią reklamową telefonii Orange. Zresztą mieliśmy nawet taki przypadek. Robiliśmy niedawno happening „Otwarcie muzeum trzeciej wojny światowej" rozdając na ulicy słoiki z prochami współczesnych miast i nagle wmieszaliśmy się w grupę młodych ludzi rozdającą jakieś ulotki. Byli ubrani na pomarańczowo i kompletnie zdębieli gdy to my zaczęliśmy im coś dawać.

A Palikot jest dla ciebie anarchistą?

To jest bardzo sprytny człowiek, który potrafi doskonale analizować rynek i wie co się dobrze sprzedaje na poletku biznesowo-politycznym, choć ostatnio instynkt chyba go zawiódł bo jego nowa partia nie wygląda jakby miała przejąć władzę w kraju. Ale chyba jako pierwszy wprowadził do sejmu happeningi i trochę ożywił świat polityki.

Czym się różnisz od Palikota? Posługujecie się tą samą estetyką szoku i skandalu używając happeningów do swoich celów.

Palikot nie jest rockandrollowy i nie ma tego etosu co my. Nie róbmy też z Big Cyca partii politycznej. My robimy po prostu rockowy show.

No dobra, ale w gruncie rzeczy tak bardzo się nie różnicie – on sprzedaje politykę a wy muzykę.

Ale polityka nie jest dobrem kultury, tylko organizowaniem życia. W gruncie rzeczy Palikot mi nie przeszkadza jakoś specjalnie. Niektóre jego akcje były zabawne, a nawet potrzebne. Nie cierpiałem demagogów Leppera i Giertycha. Palikot przynajmniej jest kolorowy.



Wywiad, który ukazał się w marcu 2011 w „The Polish Observer” w Londynie. Z Krzysztofem Skibą rozmawia Janusz Młynarski.



Przepraszam, że tak przez „wy”, ale zwracam się do nie tylko do ciebie, lecz również zespołu; skąd ta nazwa „Big Cyc”? Czyżbyście gustowali raczej w biuściastych kobietach? Nie boicie się, że jakiś „mały cyc”, lub „cyce” wytoczą wam proces o dyskryminację – teraz to takie modne.

Nazwa jest wymyślona w czasach gdy nikogo duże cycki nie obrażały. Nasza motywacja była jak najbardziej szlachetna, a nie seksistowska. Jak wiadomo każdy noworodek posiada instynkt ssania piersi matki. Bez tego instynktu gatunek by nie przetrwał. My pochodzimy z pokolenia, które było karmione naturalną piersią, a nie sztucznym mlekiem z butelki. Jest udowodnione naukowo, że dziecko karmione piersią chowa się o wiele lepiej. Ma lepszy zgryz, inteligencję i więź z matką. Nasza nazwa miała propagować powrót do naturalnego karmienia piersią. Przez lata była symbolem walki z głupkowatą modą na smoczki. To typowe, męskie uwielbienie dla kobiecych piersi zaczyna się jak widać w okresie niemowlęcym. Jednym przechodzi, innym nie. Nam nie przeszło.

Ciekaw jestem czy w stolicy poprawności politycznej, jaką jest Londyn odważycie się zaśpiewać „Makumbę” i „Berlin Zachodni”? I przy okazji: czy ta poprawność nie zbliżyła się już do granic absurdu?

Berlin Zachodni to piosenka po polskich pionierach kapitalizmu, którzy przemycając papierosy do Berlina Zachodniego tworzyli podstawy nowego ustroju gospodarczego Polski. To hymn wszystkich przemytników tamtego heroicznego okresu. Piosenka absolutnie historyczna i nie rozumiem dlaczego miałaby kogoś obrazić. W Niemczech bardzo się podobała, bo obywatele znad Renu uwielbiali przemycane przez Polaków fajki, gdyż były konkurencyjnie tanie. Co do „Makumby” to jest to zdecydowanie piosenka antyrasistowska. Opowiada historię czarnoskórego studenta, który przybył nad Wisłę by pobierać nauki. Nie wszystko było tak piękne jak sobie wyobrażał. Miał liczne przygody, także te nieprzyjemne. Pobili go skinheadzi, ale zakochał się w Polce która „miała długie nogi”. Była miłość ,ślub i dzieci. Makumba dorobił się mieszkania oraz bulteriera i wrósł w polski krajobraz tak bardzo, że postanowił zapisać się do narodowej partii politycznej. To taki reportaż z typowych losów czarnoskórych studentów w Polsce. Jeśli są tam złośliwości to tylko pod adresem niektórych naszych, mało tolerancyjnych rodaków. Ta piosenka była przed laty przebojem w ponad 250 rozgłośniach radiowych w Polsce więc oczywiście ją zagramy, a co do szału na poprawność polityczną to rzeczywiście momentami przypomina to sen wariata. Anglicy znani są z radykalnego poczucia humoru więc myślę, że Big Cyc ze swoim ładunkiem wrodzonej ironii nie będzie dla nich przesoloną potrawą.

Czy zaprosiliście na swój koncert Isabel Marcinkiewicz, bohaterkę jednego z waszych songów?

Piosenka o Izabel jest moim indywidualnym wybrykiem, a nie dziełem zespołu. Napisałem ją pod swoim szyldem, gdyż bardzo rozczuliła mnie historia tej słodkiej pary. To było w okresie gdy Izabel pisała swe słynne, grafomańskie wiersze i turlała się po stole w studiu telewizyjnym TVN, a media pisały o romansie z premierem niemal codziennie. Nigdy wcześniej w historii Polski nie zdarzyło się aby ktoś, kto był premierem i politykiem pierwszej ligi, wdał się w taka żałosną kabałę. To było absolutnie nowe zjawisko w polskim życiu publicznym. Przykład jak mało dziś znaczą deklaracje ideowe wygłaszane przez polityków. To piosenka o hipokryzji i o tym, że brakuje nam dziś polityków wielkiego formatu, a jedyne co się trafia to karierowicz z Gorzowa. Ale cóż…życie płynie i mam nadzieję, że Izabel i Kazio będą szaleć na naszym koncercie w pierwszym rzędzie

Miałeś jakiś emigracyjny epizod w swoim życiu? Jakieś saksy w rodzaju: zmywak, budowa, cokolwiek?

Nikt z Big Cyca nie był nigdy emigrantem. Za komuny jako notowany już opozycjonista miałem zakaz wyjazdów i liczne odmowy wydania paszportu, a wolnej Polsce zrobiło się fajnie i takie świry jak my nie musiały nigdzie wyjeżdżać. Mamy to szczęście, że od wielu lat utrzymujemy się z działalności artystycznej. Na początku naszej muzycznej drogi, gdy nie było z tego żadnych dochodów, to byliśmy jeszcze studentami, którzy chwytali się różnych przypadkowych prac. Ja podczas studiów pracowałem jako sprzątacz w akademiku. Czyściłem trawniki z psich gówien i damskich podpasek. Studenci do dziś mają zwyczaj wyrzucania dziwnych rzeczy przez okno. Loty podpasek mieściły się jak najbardziej w tym nurcie. Nieco później było już lepiej. Dżej Dżej i Dżery przez krótki czas pracowali w radiu gdzie robili audycje muzyczne, a ja pisywałem w gazecie felietony (do dziś mam swoja rubrykę w tygodniku Wprost). To co nas ominęło spotkało za to wielu innych muzyków z Polski. Wiem, że na budowie w Anglii pracował np. Muniek z T.Love, a przy zbiorze truskawek w Niemczech wokalista Grabaż z grupy Pidżama Porno. Z kolei legenda estrady Krzysztof Krawczyk naprawiał dachy w USA. A tak przy okazji to uważam, że praca w knajpie to nic uwłaczającego. Słynny dowódca polskiej brygady pancernej generał Maczek pracował po wojnie w Anglii jako barman.

Zdarzały wam się takie sytuacje, że przed koncertem przychodził do was jakiś urzędnik np. z magistratu i mówił: „Panie Krzysiu, tylko, żeby nic o moherach nie było, żeby pan spodni ściągał i kurwami nie rzucał”?

Czasem gdy gramy otwarty koncert w jakimś mały miasteczku pojawiają się tacy nawiedzeni działacze od spraw kultury. Zwykle uspokaja ich nasza menadżerka, która cierpliwie wyjaśnia, że nie ma się czego obawiać. Podaje im sole trzeźwiące, zieloną herbatkę i łagodnie tłumaczy. Zdarzają się też całkowicie odwrotne sytuacje. Pamiętam jak kilka lat temu graliśmy na zlocie fanów motocykli i tam żądano abyśmy grali nasze najbardziej radykalne numery, a mnie przekonywano, abym w ostrych słowach wygłosił całą brutalną prawdę o życiu. Zrobiliśmy to z przyjemnością. Warto przy tej okazji dodać, że piosenka o „Moherowych beretach” była za rządów PiS cenzurowana w państwowych mediach m.in. w telewizji gdzie wielokrotnie odmówiono nam prezentacji teledysku.

Co się dzieje z polskimi buntownikami: Maleńczuk śpiewa arie z operetek i covery, Kukiz nawrócił się i pewnie niedługo zaśpiewa w Arce Noego. Czy to może okazać się zaraźliwe i np. pewnego dnia wystąpicie z hymnem ku czci ojca Dyrektora?

Tak już szykujemy serię pieśni pochwalnych o polskich biskupach, którzy całe zło świata upatrują w zapłodnieniu metodą In vitro, feminizmie, gejach oraz w… prezerwatywach. Ostatnio wybuchła afera w Koninie, bo okazało się, że tam urodził się wynalazca prezerwatywy. W rocznicę jego urodzin miejscowa młodzież uczciła ten fakt zakładając sporej wielkości gumę na stojąca w centrum miasta fontannę o kształtach fallicznych. Oburzenie władz kościelnych i świeckich było natychmiastowe. Grając koncert z Big Cycem w Londynie chyba zadedykujemy Koninowi piosenkę „Załóż gumę na instrument”. A tak przy okazji to zapraszam 26 marca do O2 Shepherds Bush Empire na koncert zespołów Big Cyc i Czarno Czarni. Będzie wesoła, rockowa impreza jakiej Londyn nie widział od czasów gdy Elton John ujawnił, że chce adoptować Violettę Villas jako swojego drugiego nieślubnego synka.



Wywiad jak ukazał się w piśmie PANORAMA w Londynie w lutym 2011. Rozmawiają Joanna Szałasz i Ilona Korzeniowska.



Stałeś się dla wielu rocknadrollowym sumieniem polskiego narodu. Jak się czujesz w tym ubranku? Zapraszają Cię do różnych programów publicystycznych, żebyś komentował polityczne fakty. Teksty Big Cyca obfitują w ironiczne komentarze do polskiej rzeczywistości. Coś zostało w Tobie z punka?

Odp: Przede wszystkim nie uważam siebie za rockowe sumienie narodu, ani za nie rockowe też. Jak każdy młody i wrażliwy chłopiec patrzę po prostu krytycznym okiem na to co się wokół mnie dzieje, a że wychodzą z tego czasem piosenki czy akcje happeningowe jest konsekwencją wybranej przeze mnie formy aktywności artystycznej. Nigdy nie byłem punkiem choć zdarzało mi się być radykalnym anarchistą. No cóż można powiedzieć, że starzy anarchiści mieli sporo racji mówiąc, że władza demoralizuje nawet najbardziej szlachetnych …co widzimy przecież nie tylko w Polsce.

A czy obecne czasy skłaniają nadal do śmiechu, czy już bardziej do płaczu?

Odp. Do śmiechu i do płaczu jednocześnie skłaniają Polskie Koleje Państwowe, które podczas tegorocznej zimy poddały się bez walki. Poległy jak Werhmacht pod Stalingradem. To co się działo na kolei w czas śniegu i zawieruchy to absurd rodem z opowiadań Mrożka. Polska się zmienia, ale PKP nie. Macie szczęście, że w Londynie jesteście od nich daleko.

Kiedy Wasze teksty padały na podatniejszy grunt, bardziej przemawiały do odbiorców: na początku istnienia zespołu czy teraz? Pytam, bo zastanawiam się, czy nadal warto szokować swoim zachowaniem, by wskazywać na pewne zjawiska, skoro w dzisiejszej rzeczywistości na tyle przyzwyczailiśmy się do szoku i prowokacji stosowanych jako narzędzie kreowania się przez gwiazdy, celebrytów, że już to na nas nie działa?

Odp: Big Cyc jeśli szokował to kryły się za tym zawsze szczere intencje zwrócenia uwagi na jakiś problem społeczny czy polityczny. Tymczasem dzisiaj szokuje się dla tandetnej reklamy. Jesteśmy ostatnim zespołem w Polsce, który nie powstał w wyniku castingu, który nie ma blond wokalistki z silikonowymi cyckami i który nie jest produktem jakiegoś kiczowatego konkursu w telewizji. Jesteśmy partyzantami rockowego śmiechu i uprawiamy tę działkę od ponad 23 lat. Nadal będziemy robić po prostu swoje bez względu na to czy słuchają nas trzy osoby czy sto tysięcy.

W czym zespołowi przeszkadza ojciec Rydzyk? A może jest przeciwnie – tak ciekawe osobistości polskiego życia publicznego są tylko woda na młyn w rozwoju członków Big Cyca jako artystów?

Odp. Wpływ ojca Rydzyka na rozwój Big Cyca uważam za wielce przesadzony. Owszem jego wypowiedzi i postawa polityczna zainspirowała nas do napisania pewnej piosenki, która stała się hitem w Internecie i ściągnęło ją prawie 3 mln osób. Wykorzystaliśmy tez jego barwną frazę „Nie nazywajmy szambo perfumerią” z roku 2009 w odniesieniu do działalności publicznej pani Marii Kaczyńskiej, żony prezydenta. Tytuł naszej 15 płyty wydanej dwa lata temu brzmiał „Szambo i perfumeria”. To było dosyć trafne określenie sytuacji politycznej w kraju. Chciałby podkreślić, że ojciec Rydzyk nam absolutnie nie przeszkadza, ale pewnie my przeszkadzamy jemu.

Dlaczego wolicie śpiewać o krzyżu i moherowych beretach, zamiast o np. o marce nowych nart premiera Tuska? Berety bardziej inspirują muzycznie?

Odp. Hola! Hola! Piosenki o krzyżu nigdy nie napisaliśmy. Nasz najnowszy numer który polecam na You Tube pt „Warto rozmawiać” jest o Janku Pospieszalskim propagandowym dziennikarzu znanym z manipulacji i stawiania wysoce kontrowersyjnych tez. Ten facet podsyca nienawiść w Polsce udając obiektywnego obserwatora. Nasza piosenka musiała zrobić wrażenie, bo program mu zdjęto z anteny. A o Platformie czyli Platfusach śpiewaliśmy dosyć złośliwie w piosence „Szambo i perfumeria”.

Planujecie nagrać płytę poświęconą tragedii smoleńskiej? Byli już tacy, którzy próbowali „wyśpiewać” swój ból po tej tragedii, teraz podobno powstaje film fabularny – a Wy nic? Naród polski czeka...

Odp. Mówiąc serio ta katastrofa nie wydaje mi się dobrym tematem na nasza piosenkę. Jeśli ktoś to czuje to proszę bardzo. Obawiam się jednak, że tragedia w Smolensku obrasta narodowymi mitami i patriotycznym zadęciem, który może wydać z siebie raczej kiczowate półprodukty artystyczne. W Internecie pewien facet sprzedaje makabryczne obrazy olejne poświecone temu dramatowi. Jest to robione w poetyce Jeleń na rykowisku i mniemam, że motywacją jest mamona, a nie prawdziwy ból czy smutek.

Które z ostatnich wydarzeń w polskiej polityce i życiu społecznym najbardziej rozśmieszyły Krzysztofa Skibę?

Odp: Polityk PO Miro Drzewiecki zamieszany w aferę hazardową grając w USA w golfa powiedział dziennikarzowi, że Polska to dziki kraj. Oczywiście następnego dnia tę wypowiedź zacytowały wszystkie polskie media. Po powrocie do kraju Miro zarzekał się, że Polska nie jest jednak dzikim krajem. To ze starych historii, a z nowszych zabawne było to, że dla prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego, który przybył na obrady Szczytu Waimarskiego do Polski zabrakło….parasola. Nasz prezydent i Angela Merkel stali pod dużym parasolem trzymany przez kogoś z ochrony tymczasem prezydent Francji mókł na deszczu i miał niewyraźna minę. Komorowski i Merkel są wyżsi od Sarkozy’ego więc dali mu szansę by urósł na deszczu.

A polski tak zwany showbiznes – śmieszy?

Odp: W polskim show biznesie żądza teraz plastikowe panienki w lateksach, które naśladują swe amerykańskie koleżanki w stylu Lady Ga Gi. My na szczęście zawsze byliśmy od tego z daleka co nie znaczy, że nie znamy wiele z nich. Dziś wykonawcę sprzedaje się jak gumę do żucia czy worek ziemniaków. To jest towar do szybkiej konsumpcji jak hamburger czy frytki. Problem polega na tym, ze jak ktoś nie ma osobowości to choćby najlepiej go opakowali jest po jakimś czasie niestrawny.

Czy zdarza Ci się spotykać w różnych okolicznościach osoby, którym tekstami piosenek czy wypowiedziami zalazłeś za skórę? Jeśli tak, to jak reagują podczas takiego „przypadkowego” spotkania – atakują czy raczej są speszeni?

Odp. Chyba przesadzasz….wpływ piosenek na prawdziwe życie jest przecież niewielki. Być może niektóre nasze piosenki denerwowały czy wkurzały jakiś ludzi, ale oni nie przychodzą na nasze koncerty, a często po prostu nie słuchają takiej muzyki. Zdarzyło się kilka razy, ze jacyś nawiedzeni osobnicy namiętnie chcieli polemizować z radykalny przesłaniem kilku naszych utworów, ale mieliśmy na to sposób. Zawsze takich osobników upijaliśmy i już po kilku głębszych stawali się naszymi wielkimi fanami.

Czy Skiba przez te ponad 20 lat złagodnial? Bo chyba ostatnio zdarza ci się słyszeć od rozmówców, że myśleli, że jesteś bardziej agresywny.

Odp. Agresywny to ja byłem w stanie wojennym gdy generał Jaruzelski zabrał nam wszystkim Teleranek. Ta agresja była czymś naturalnym, buntem przeciwko dyktaturze wojskowych. Teraz mamy w Polsce wiele agresji słownej, a ja odczuwam potrzebę lansowania postaw z nurtu freedom, love and peace. A być może prawda jest taka, że na stare lata zgłupiałem i złagodniałem. Czas i zdobyte doświadczenie uczą postaw wybaczających. Nie zamierzam nikomu skakać do oczu, co nie oznacza, że nie będę mówił o tym, co mi się nie podoba.

Jak człowiek o duszy rokandrollowca odnajduje się w dziennikarskiej dyscyplinie? Co tydzień piszesz felietony, które mieszczą się w określonej ilości znaków. Łatwo pogodzić życie rockmana i felietonisty?

Odp. Felietony piszę od bardzo dawna. Już w latach 80-tych pisywałem podobne teksty do prasy podziemnej. Później przez wiele lat miałem felietony w różnych pismach. Od ponad ośmiu lat stale goszczę na łamach Wprost. Felieton to moja ulubiona forma wypowiedzi, bo łączy to co poważne, z tym co nie poważne. To szlachetna struktura literacka w której pod płaszczykiem wygłupu przemyca się treści ważkie. Dzięki temu, że uprawiam różne dyscypliny zawodowe nie mam czasu na nudę.

A czy za kilka lat widzisz siebie, jak by niektórzy chcieli, bardziej poważnego: może w garniturze, może nie tak głośny?

Odp: Nikt, ale to absolutnie nikt nie chce Skiby super serio. Gdy raz taki byłem w pewnym programie telewizyjnym to wszyscy mieli do mnie pretensje. Gdy wygrałem test historyczny w telewizji dotyczący II wojny światowej, a w teście tym na oczach milionów widzów brali udział bardzo znani politycy, dziennikarze i artyści…to wszyscy byli niezmiernie zaskoczeni, ale wówczas bycie poważnym choć na krótko przyniosło efekty. Powiem tak. Ja się uważam za człowieka, który jest super poważny tylko, że jak już mówię coś na serio to…wszyscy się śmieją.

A wracasz czasem myślami do swoich wywołujących lawinę komentarzy i często falę krytyki happeningów? Nie żałujesz którejś akcji? Pokazałeś pośladki Jerzemu Buzkowi, a teraz jest on przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Czy historia nie weryfikuje czasem twoich inicjatyw, wystawiając im negatywną notę?

Odp. Premier Buzek był raczej słabym premierem, co nie oznacza, że jest złym przewodniczącym PE. To niesamowite jak po klęsce swojego ugrupowania (AWS) które nie weszło do parlamentu, szybko odbudował swoja pozycję. Życzę mu wszystkiego dobrego. Należy pamiętać o tym, że ja robiłem wiele happeningów z Pomarańczową Alternatywą w latach 80-tych. O tych akcjach pisze się dziś książki i kręci filmy poważne dokumentalne, tymczasem wszyscy dziennikarze zawsze pytają o goły tyłek. W Anglii Elton John też pokazał tyłek podczas swojego urodzinowego koncertu, Iggy Pop ściągał gacie na co drugim koncercie, Ozzy Osbourne pokazał goła dupę nawet podczas koncertu w Polsce i to w tym samym katowickim Spodku co ja. Nikt z kronikarzy rocka nie wystawił im z tego tytułu negatywnej noty. Uznano to za naturalną ekspresję artystyczną. U nas goła dupa pokazana 12 lat temu wciąż jest czymś strasznym i niesamowitym. No cóż nie wiem czy wiecie, ale mam naśladowców. Pewna znana aktorka wbrew intencji reżysera pokazała goły tyłek podczas premiery spektaklu w Warszawie. W mediach zawrzało, a aktorkę wywalono z Teatru.

Czy bycie takim „świrem” nie przeszkadzało nigdy Twojej rodzinie? Żona nie powiedziala nigdy „Kochanie, teraz już przegiąłeś”? Synowie nigdy nie doświadczyli przykrości ze strony rówieśników?

Odp: Moja rodzina nie zwraca większej uwagi na to co robię. Nie jestem dla nich świrem z telewizji tylko mężem i tatą. Nie ma nic gorszego niż artysta zamęczający własną twórczością najbliższych. Nie pomylę się wiele jeśli powiem, że moi synowie i żona kompletnie nie orientują się co akurat robię. Mają swoje sprawy. Żona jest przekonana, że występuję w operetce, a synowie, że jestem postacią z komiksu.

Czego można spodziewać się po Waszym londyńskim występie? Czym zaskoczycie polonijną publiczność?

Odp: Mogę zapewnić, że nie będzie ściągania gaci! Natomiast możecie spodziewać się powtórki z bombardowania Londynu. Zagramy tak, że metro londyńskie stanie, a lokatorzy Downing Street dostaną umysłowej biegunki. Zapraszam wszystkich na koncert, bo zabawa będzie jak lot w kosmos bez karty rowerowej. Howg!