Rozmowa która po pokazie filmów o happeningach Pomarańczowej Alternatywy przeprowadził z Krzysztofem Skibą "Dziennik Bałtycki". Publikacja: Listopad 2012.

To co robiliście wtedy, było solidnym, ulicznym rock'n'rollem. Nie baliście się wtedy, a było przecież czego i kogo?

Ja byłem zahartowany jako człowiek, który w Gdańsku przeżył już pewną przygodę z konspiracją. Dlatego w Łodzi poszło łatwiej, gdzie byłem taki prowodyrem wszystkich działań. Prawda jest też taka, że jeśli ma się 17-18 lat, bez względu na system i ustrój, człowiekowi się wydaje, że wszystko może. Wtedy się nie kalkuluje w kategoriach, że "coś mi się stanie". Po prostu młody człowiek sprzeciwia się temu i nie wyobraża sobie, by tego nie robić. Gdy wybuchł stan wojenny, mieliśmy właśnie 17-18 lat, napatrzyliśmy się na te czołgi, widzieliśmy jak niszczą bramę stoczni gdańskiej, jak ZOMOwcy pałują robotników, w związku z tym, nabraliśmy wewnętrznej potrzeby oporu. Na pewno to były tzw. "gorące głowy" i mieliśmy w wielu przypadkach więcej szczęścia niż rozumu, ale to był taki nasz hart bojowy. Poza tym, to kwestia temperamentu. Są takie osobowości, które zgodzą się ze wszystkim. Mieliśmy wielu takich przyjaciół, którzy mówili: - A co to da? To nic nie zmieni. Przecież z nimi nie wygrasz. Rzucaliśmy kamieniami w czołgi, ale ta walka była z góry przegrana. Ten radykalizm nasz nie wziął się znikąd. Przeżyliśmy to wszystko o czym mówiłem wcześniej na własnej skórze. Tak naprawdę ludzie też pałali nienawiścią, jeśli dorwali jakiegoś ZOMOwca. To napędzająca się nienawiść, która prowadzi do nikąd. Dlatego wybraliśmy później tą drogę poprzez ośmieszanie, wyznawaliśmy zasadę Gandhiego "no violence". Była zasada, żeby nie rzucać żadnymi kamieniami, nie walczyć. Jeśli cię zgarniają, to stosujesz bierny opór. Nie pomagasz, nie idziesz jak baran na rzeźnie, ale też nie szarpiesz się, nie wyrywasz. Zgarniają Misia Uszatka, zgarniają Sierotkę Marysie, zgarniają cię z papierem toaletowym, trudno. Ta droga była o wiele lepsza, o wiele bardziej skuteczna.

Na ile ten absurd, którym operowaliście sprawdził się wtedy i na ile udałoby się go przeszczepić do obecnej rzeczywistości? Na pewno teraz tematów na happeningi też by nie brakowało, ale zmieniła się rzeczywistość i ulica też. Nam teoretycznie wtedy z jednej strony było trudniej, bo zagrożenie rzeczywiście było. Ludzi pałowano, bito, wyrzucano ze szkół, zamykano w więzieniach. Także na happeningach milicja na początku wcale nie była taka "elegancka", czy tak jak potem, gdy już się w ogóle na nich nie pojawiali. Bywało tak, że na tych przesłuchaniach nie było zbyt przyjemnie. Z drugiej zaś strony było nam łatwiej, że ta rzeczywistość była szara. Wystarczyło założyć czapeczkę krasnoludka i całe miasto zwracało na Ciebie uwagę. Dzisiaj, kiedy ta ulica wygląda inaczej, kiedy tak dużo się dzieje na ulicy. Teraz trzeba by poszukać zupełnie innych środków, by przeprowadzić skuteczny happening. Myślę, że teraz, gdy zmieniły się czasy, rzeczywistość i ulica, to robienie podobnych happeningów nie miałoby większego sensu. A jeżeli już, to na pewno one nie miałyby tak dużego wymiaru jak miały w latach 80.

Czy ludzie wtedy, gdy was obserwowali na ulicy, przyłączali się do Was, czy raczej pozostawali obserwatorami?? Zawsze była ta grupa bardziej inicjatywna, ci, którzy się przebierali. Mechanizm naszych działań polegał na tym, że wymyślaliśmy akcję, potem za pośrednictwem ulotek wydawaliśmy instrukcję, w których pisaliśmy jak należy się przebrać. Prócz nas, którzy oczywiście byliśmy przebrani, pojawiali się również ludzie, z którymi w ogóle nie mieliśmy wcześniej kontaktu, a którzy znaleźli ulotkę i dostosowali się do naszego scenariusza. W hapenningu uczestniczył każdy, kto coś robił. Bardzo często akcje działy się symultanicznie. My robiliśmy coś w jednym miejscu, a druga grupa organizowała coś kilkadziesiąt metrów dalej. Oczywiście zawsze była też grupa, która się nie przebrała. Do tego trzeba było mieć poczucie humoru, fantazję i trochę odwagi cywilnej. Nawet nie chodzi o odwagę polityczną. W naszych akcjach brali udział specyficzni ludzie. Byli być może tacy, którzy z sympatią odnosili się do Pomarańczowej Alternatywy, ale nigdy by nie wzięli udział w akcji. Ograniczyli się do zbiorowego oglądania. "O, zobaczcie cudaki, tam jakieś jaja się dzieją". Bardziej to było na takiej zasadzie konsumenckiej. Że oni będą to konsumować, oglądać, ale nie będą tego tworzyć. Chodziło nam też o to, żeby tym ludziom pokazać, przekonać ich, że można walczyć z tym ustrojem. Kiedy akcje kończyły się powodzeniem to na kolejne przychodziło co raz więcej ludzi. Była jedna taka akcja pt. "Klepanie biedy". Mieliśmy olbrzymią płachtę z napisem "bieda" i nasi ludzie przebrani za kloszardów, z różnych stron się czołgali i klepali kosturem, laską, trzepaczką. czy chochlą. To ludziom dawało do myślenia. Po jakimś czasie przechodnie dołączyli się do nas i "doklepywali" swoje tym co akurat mieli przy sobie. Happeningi zawsze był formą otwartą. Nie było sztywnego podziału na artystów i nie. Bywali tacy ludzie, którzy wkręcali się w nasze akcje. Potem przychodzili już totalnie przebrani. W tamtym czasie te happeningi stały się tak popularne, że mieliśmy kolegów, którzy przyjeżdżali z różnych miast. Przyjeżdżał do nas Robert Jezierski z Wrocławia i i zawsze był przygotowany. Gościliśmy również Wojciecha Koronkiewicza z Białegostoku. Podczas jednego z happeningów przebrał się za Śmierć z kosą. Wyszedł w pewnym momencie z bramy i gdy nasz pochód szedł (podczas akcji "Wyścig zbrojeń"), nam błogosławił. Byliśmy totalnie zaskoczeni, ale na tym to właśnie polegało. We Wrocławiu na przykład happeningi Pomarańczowej Alternatywy były tak modne, że w dobrym tonie było się na nich pojawić, a potem opowiadać o nich.

Lans... Wtedy jeszcze nie było tego pojęcia, ale tak można powiedzieć, że to był taki dzisiejszy lans

Czy teraz widzi pan jakieś odpowiedniki Pomarańczowej Alternatywy? Palikot robił happeningi, Jerzy Urban robił happeningi, były też happeningi prawicowe albo część protestów przeciwko ACTA też miały charakter happeningowy. Poza tym teraz jest bardzo ciekawy ruch - flash mob - wywodzący się z USA. Ludzie umawiają się przez internet, czy sms. Flash moby nie są polityczne. Są raczej czysto absurdalne (np. walka na poduszki), a jeśli zawierają w sobie jakąś "publicystykę", to jest to krytyka kulutury konsumpcyjnej. Ale to jak najbardziej współczesne happeningi. Nasze były jednak dłuższe, polityczne. Stara solidarnościowa opozycja, dopiero z czasem się przekonała do Pomarańczowej Alternatywy. Że to jednak jest pozytywny ruch. Wcześniej traktowali nas nie do końca poważnie przez hasła typu "Uwolnić sierotkę Marysię", czy "Uwolnić karpie, zamknąć grube ryby". Ta forma przez nas wybrana, kpiarska, satyryczna, okazała się bardziej atrakcyjna dla młodzieży, która była już znudzona chodzeniem na klasyczne demonstracje. Pomarańczowa Alternatywa była czymś nowym, atrakcyjnym, dla młodego człowieka, który się chciał się wykrzyczeć.

Czy ten antysystemowy ogień, który płonął wtedy, płonie nadal? Na pewno nie tak jasnym płomieniem jak dawniej. Jak pisał Tadeusz Boy-Żeleński, "człowiek z wiekiem parszywieje" i być może to mi się przytrafiło. Na pewno zostałem trochę krnąbrny, nieufny w stosunku do rzeczywistości, co widać w moich felietonach, czy piosenkach. Uważam, że taki dystans do rzeczywistości, kpiarskie podejście, jest nam niezbędne. Polacy niestety niestety mają taką tendencję, że mamy wzdęcia, lubimy się napompować, wszystko traktować serio. Święta narodowe obchodzimy na smutno, ale to wynika z naszej historii. Przegraliśmy większość powstań i wojen. To kraj, który ma tragiczną historię. W związku z tym sensem istnienia tego kraju jest cierpienie. Teraz wiele osób stawia siebie jako ofiary. Nie szukamy winy w sobie, tylko winni są Ruscy, Niemcy, Unia Europejska. Bo to jest niemożliwe, że my jesteśmy winni. Ktoś zawsze musi być. Ktoś zawinił. Świat nie myśli w takich kategoriach. Co Polacy potrafią robić? Pięknie umierać, pisać piękne wiersze i cierpieć. To niestety jest naród, który nie nauczył się żyć. Musi być jakiś kryzys, ciemiężyciel, zły rząd, wtedy czujemy się dobrze. Teraz cała ta PiSowska historia się napędza, dlatego, że oni są w "podziemiu". Polakom jest potrzebna wojna, konflikt. Nie potrafimy żyć normalnie. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do pokoju, on nas nudzi. W konfrontacji czujemy się najlepiej. Musimy nauczyć się normalnie funkcjonować, a nie ciągle walczyć. Jeśli teraz wyjdziesz na ulicę i będzie machał flagą i krzyczał "Polska, Polska Polska", to Polsce coś od tego przybędzie? Moim zdaniem nie. Polsce się poprawi, kiedy nauczymy się nie śmiecić w lasach, nie wyrzucać papierosów przez okno jak jedziemy samochodem, gdy nauczymy się płacić uczciwie podatki, kiedy nauczymy się nie oszukiwać, kiedy w końcu nauczymy się nie "srać sobie na wycieraczkę". To jest patriotyzm. Dbanie o nasz własny dom. Nauczyliśmy się żyć pod okupacją, zawsze byli jacyś inni. Okraść Niemca, czy Ruska było patriotycznie, ale teraz sami siebie okradamy. Okazuje się, że wolność jest trudna. Wielu sobie z nią nie poradziła, szczególnie starszych. Padają ofiarą kapitalizmu różnych oszustów, bo byli nauczeni, że ktoś zawsze za nich coś postanowił. Teraz się okazuje, że jest wybór. Życie w wolności też nie jest łatwe, bo musisz podejmować decyzje.



Wywiad z Gazety Kaszubskiej. Listopad 2012.

Jestem z Gdańska


Gdybym został w stolicy, chodził po bankietach, klepał się po plecach z prezesami telewizji i pijał z nimi alkohol, pewnie byłbym dziś drugim Krzysztofem Ibiszem, piątym Tomaszem Kamelem, czy szóstą Edyta Górniak. A ja wolę Trójmiasto. - O urokach życia nad morzem, bajkach i sześciogodzinnych podróżach do Warszawy – z Krzysztofem Skibą rozmawia Milena Misztal


Co trzyma Pana w Trójmieście? Gdańsk to moje rodzinne miasto. Tu się urodziłem, tu biegałem po podwórkach, chodziłem do przedszkola, szkoły podstawowej i liceum, a liceum mieściło się 100 metrów od Stoczni Gdańskiej i w latach osiemdziesiątych działa się tam wielka historia, dlatego też jestem emocjonalnie z tym miastem związany. Uważam, że jest to świetne miejsce do życia.. Oczywiście miałem kilka takich słabych momentów, gdy zastanawiałem się nad przeprowadzką do Warszawy, bo ze względów zawodowych powinienem się tam przeprowadzić już dawno, ale na szczęście zostałem w grodzie nad Motławą.

Nie lubi Pan Warszawy? Nie jestem zwolennikiem narzekania na Warszawę – wpadam tam do studia, na koncert, realizuję się artystycznie, następnie po dwóch, trzech dniach, wracam do domu. Mam kiepskie połączenia. Tanie linie upadły, LOT jest drogi i ma mało połączeń, autostrady do końca nam nie zbudowano, na kolej nie można liczyć. Kiedyś jazda pociągiem trwała trzy godziny z hakiem i było się w Warszawie, teraz człowiek meczy się ponad sześć godzin i nadal nie dojeżdża , więc można powiedzieć, że jesteśmy trochę odcięci od świata i Polski. Jest w Warszawie enklawa byłych mieszkańców Gdańska, która tęskni za swym rodzinnym miastem. Byłem do ich klubu kilka razy nawet zapraszany. Wielu dziennikarzy myśli, że jestem warszawiakiem. Czasami dzwonią do mnie z Woronicza i proszą, żebym za dwie godziny był w studiu a ja im odpowiadam, że za dwie godziny, to nie dam rady, bo to z Gdańska jest całe 350 kilometrów….

Nagrał Pan płytę z bajkami po kaszubsku. Czy folklor Pana kręci? To była wielka przygoda móc nagrać taką bajkę, choć nie było to łatwe dla mnie, który nie zna języka kaszubskiego, ale przy dzielnej pomocy specjalistów, którzy zwracali uwagę na moje błędy, udało się stworzyć coś bardzo interesującego. Dla mnie to była wielka frajda. Wyszła z tego płyta – myślę, że jest to ciekawy projekt, który pokazuje piękno kultury kaszubskiej, ale także piękno języka, który jest bardzo dźwięczny, miękki, ciekawy w brzmieniu.

W jaki sposób związany jest Pan z Kaszubami? Nie jestem Kaszubą. Mieszkam w Gdańsku od urodzenia, ale zawsze byłem związany z Kaszubami, chociażby poprzez to, że moi rodzice kupili dom w latach siedemdziesiątych nad jeziorem Brodno Wielkie, w okolicach Złotej Góry, 10 km za Kartuzami - i zawsze tam jeździliśmy na weekendy. Uwielbialiśmy spędzać tam wakacje, jeździć rowerami po okolicach, uczestniczyć w ,,Truskawkobraniu’’ – największej imprezie plenerowej na Kaszubach. Czuję się z Kaszubami bardzo związany. I zawsze, gdy jestem pytany przez dziennikarzy, gdzie polecam spędzanie wakacji, to reklamuję Kaszuby. Wszyscy jeżdżą w góry, do Zakopanego, albo na modne wśród warszawiaków Mazury. Kaszuby są jeszcze mało spenetrowane. Szwajcaria Kaszubska jest bardzo ciekawa, Mierzeja Helska, Złota Góra, wieś Węsiory, gdzie są kamienne kręgi, okolice Kartuz, Kościerzyny – ciekawe są dlatego też, że nie ma tam masowej turystyki, czy przemysłu. Mamy Kaszubski Park Krajobrazowy, strefę ciszy. Nasze tereny nie są tak zajeżdżone jak Mazury - a przez to ciekawsze.

To dlatego Pan tu został? Uwielbiam sporty wodne, wycieczki łódką, kajakiem. Mam na Kaszubach, koło Złotej Góry, taką przystań, gdzie stoją moje kajaki, łódka, rower wodny - i to jest wielka frajda móc z miejsca, gdzie mieszkam, przejechać w 40 minut i znaleźć się w tak zielonym rejonie. Gdańska starówka i jej kamieniczki na Mariackiej to miejsce bajkowe. Jest także blisko do Sopotu, można pojechać na plażę do Brzeźna, czy na gdańskie Stogi. Miasto Gdańsk – ma też swój urok postindustrialny, a nawet romantyczny – i mam tu na myśli Gdańską Stocznię, żurawie, które są na stałe wpisane w krajobraz miasta – to wszystko powoduje, że jestem estetycznie i duchowo związany z tym miastem, dlatego też przeniesienie się na stałe do Warszawy byłoby błędem.

Studiował Pan przez 7 lat w Łodzi. Brakowało Panu morza? Po studiach w Łodzi wróciłem do Gdańska. Był to powrót bardzo świadomy. Stwierdziłem, że co innego studia, a co innego zapuszczenie korzeni. Brakowało mi morza.

Jak wyglądałoby Pana życia, gdyby jednak z Łodzi pojechał do stolicy i tam po studiach został? Z pewnością bym nie wychodził z telewizora. Wiadomo będąc na miejscu bardziej pilnuje się swoich spraw i pewnie gdybym został w stolicy, chodził po bankietach, klepał się po plecach z prezesami telewizji i pijał z nimi alkohol, pewnie byłbym dziś drugim Krzysztofem Ibiszem, piątym Tomaszem Kammelem, czy szóstą Edyta Górniak. A ja wolę Trójmiasto.

Czy jest jednak coś co Pana drażni albo martwi na Pomorzu?

Czekam na zagospodarowanie Wyspy Spichrzów – to jest problem, który się ciągnie od lat. Od lat tam powinny stać już hotele, wspaniałe kluby, centra rozrywki, miejsca przyjazne dla mieszkańców i dla turystów. Także okolice przystoczniowe – są ciągle słabo zagospodarowane, są plany aby powstało tam takie downtown z prawdziwego zdarzenia, ale jeszcze jak wiemy daleko do tego, ale – mam nadzieję - będzie pięknie. Sopot też się zmienił, jest światowo, chociaż są podwóreczka, które nadal straszą. Na Kaszubach przybyło wiele ładnych pensjonatów, zlikwidowano tandetne kioski z piwem, natomiast boli mnie to, że śmiecimy. Mamy wiele dzikich wysypisk. Jeżdżąc rowerem po lesie można się natknąć na meble, pralki, puszki po piwie. Same kary nie rozwiążą problemu. To kwestia świadomości, ale, jest to praca na lata. Sami sobie sramy na wycieraczkę przed własnym domem. To wiele mówi o naszej kulturze. Przykra sprawa.



Rozmowa z Krzysztofem Skibą jaka ukazała się na łamach portalu „I wiesz” w maju 2012.

Jakub Balicki: Jak Gdańsk wpływa na Pańską twórczość? Krzysztof Skiba: I wpływa i nie wpływa, historia, która toczyła się w Gdańsku zdeterminowała moje postawy życiowe, chodziłem do takiego liceum, które mieści się 100 metrów od Stoczni Gdańskiej, od słynnej bramy nr 2 z której przemawiał Wałęsa i gdzie działa się wielka historia. Gdzieś tam na lekcjach z niektórych sal widać było strajki i zomowców i ciężko było tą historią nie nasiąkać. To spowodowało, że podejmowałem takie a nie inne wybory życiowe, zaangażowałem się w latach 80 w konspiracyjne działania itp. Aktywność moja była ukierunkowana wrogo wobec generała Jaruzelskiego, wydawaliśmy szkolną gazetkę Gilotyna, pismo wzbudzało sensację bowiem miało bardzo dużo błędów ortograficznych np. alkohol pisane przez „ch”, grono pedagogiczne mocno dyskutowało może nie o treści ale o tych błędach. Gdańsk był dość mocno rozpolitykowany, a społeczeństwo nastawione wrogo wobec władzy, młodym ludziom trudno by było żyć obok tego bez włączenia się w to wszystko. O Gdańsku napisałem jedną piosenkę, wprawdzie gdzieś tam ten duch niezależności i zadziorności Gdańska jest obecny we mnie samym, ale nie czuję się jakimś wielkim piewcą tego miasta jak np. Gunter Grass który poświęcił większość powieści przedwojennemu Gdańskowi.

Śpiewa Pan, pisze i gra, gdzie najlepiej się Pan odnajduje?

Kiedyś żartowano, że Skiba uprawia trójpolówkę czyli tak jak w średniowieczu, tak dzisiaj Skiba też jest obsiany różnymi talentami i jest człowiekiem renesansu. Prawda jest taka, że to wszystko się uzupełnia, nie potrafiłbym zrezygnować ze swojej aktywności dla innej. Oczywiście takim sztandarowym okrętem flagowym jest Big Cyc z którym jestem najbardziej kojarzony, na łamach Wprost jestem od 10 lat ale pisać felietony zacząłem wcześniej, do takich magazynów jak wspomniana Gilotyna czy pism takich jak A Capella, Homek, natomiast po 89 umieszczałem felietony w Gazecie Wyborczej, Playboyu, magazynach CKM i Hustler, a także pisma literackich np. Brulion, Tygodnik Literacki, B1. Ukazały się nawet dwie moje książki z felietonami. Od 10 lat piszę natomiast regularnie do Wprost zapraszam serdecznie do czytania.

Jak z tymi dedlajnami jeżeli chodzi o felietony, są one uciążliwe ? Te dedlajny są potrzebne, wpływają one na pewną regularność mojego pisania, reszta życia artystycznego nie jest u mnie regularna, w maju gram 12 koncertów, w czerwcu 10, w lipcu 8, w sierpniu 6, na dzisiejsze warunki 12 koncertów w miesiącu to dużo. Co do pisania przydaje się ta regularność. Zwykle mam termin do czwartku, bo w poniedziałek Wprost jest już w kioskach, natomiast Polska jest na tyle interesującym krajem i dzieje się tutaj naokoło codziennie tak dużo, że jest w czym wybierać. Męczarni wielkich nie przeżywam, gdyby one były poszedłbym pracować gdzie indziej np. do stoczni lub rzeźni (śmiech)

Czy sceniczny stres jest wciąż obecny, czy obycie i doświadczenie na scenie go eliminują? Są dwa rodzaje tremy, ta mobilizująca i ta paraliżująca, tej drugiej na szczęście nigdy nie mam. Zawsze uwielbiałem się popisywać. Duże koncerty na kilkadziesiąt tysięcy osób, najlepiej jeszcze z bezpośrednią transmisją telewizyjną, to coś co lubię najbardziej. Lubię, gdy scena ma przestrzeń, lubię sobie pobiegać, porobić fikołki, takie sceniczne wygibasy pozwalają czasem nawiązać lepszy kontakt z widownią. W moim wypadku nie można mówić o tremie, raczej jest to coś co się nazywa stymulującym napięciem, na scenie występuję od 25 lat, dlatego pewnie duze znaczenie ma rutyna. Ostatnią poważną tremę odczuwałem, kiedy grałem w teatrze, wówczas zaprosił mnie na deski Teatru Buffo Janusz Józefowicz. Nie oczekiwał on ode mnie improwizacji, czy też jakiejś swobodnej woltyżerki słownej, tylko musiałem mówić tekst taki jaki był w scenariuszu spektaklu. Jako jedyny męski rodzynek w sztuce musiałem mówić do 5 kobiet, towarzyszących mi na scenie w taki sposób, aby miały się od czego odbić. To było wyzwanie, bo teatr i scena rockowa to dwa różne światy.

A dystans do siebie wynika skąd? Myślę, że z poczucia humoru, w Polsce jest z tym dosyć ciężko, dlatego, że wszyscy lubimy się śmiać z kogoś, a nie podoba nam się dowcip uderza w nas samych. Natomiast podstawową zasadą satyry jest to by na scenie pośmiać się troszkę z siebie, wówczas można żartować z innych. Mieliśmy kiedyś program z Konjem pt. Lalamido, który był emitowany na antenie TVP 2 przez 7 lat i cieszył się sporym powodzeniem. Miał ponad 3,5 miliona widzów. Mieliśmy tam pełną swobodę i dużo mówiliśmy żartów na swój temat. Konjo mówił tam dużo żartów o mnie, a ja o nim.

Taki sceniczny luz to perfekcyjnie wyuczony luz czy jednak nie?

U zawodowych aktorów pewnie tak, ale nie u nas. My jesteśmy specjalistami od improwizacji. Aktorzy nie zawsze sprawdzają się w kabarecie, trzeba mieć do tego iskrę bożą. Myślę, że publiczność bardzo szybko wyczuwa taki nieprawdziwy, udawany luz. Ciężko jest się tego nauczyć. Oczywiście są tacy aktorzy, którzy mają przygotowanych parę żartów natomiast wewnętrznie ukrywają osobistą tragedię i tego nie pokazują co świadczy o ich profesjonalizmie. U nas to nie było nigdy szkolone. Konjo jest po polonistyce ja po kulturoznawstwie. Tak naprawdę Twoją szkołą w tym przypadku jest doświadczenie.

Kogo Pan podziwia jeżeli chodzi o żart? Nie ma jednej osoby, nie miałem wprawdzie mistrza ani wzorca ale uwielbiam np. stary kabaret Tey, była to absolutnie niesamowita ekipa. Osobiście lubię też, stare komedie z braćmi Marx, jest tam świetny dowcip sytuacyjny i komedia omyłek. Luis de Funes jest niesamowity ze względu na ekspresję, był to człowiek petarda, wypracował swój własny styl. Jako małolat byłem zafascynowany Salonem Niezależnych, który został rozwiązany przez administrację państwową ze względu na niecenzuralne teksty. Byłem też fanem Monthy Pythona.

A jakie żarty bawią Polaków?

Na pewno żart absurdalny nie jest popularny, chociaż ma dużą grupę zwolenników. W Polsce, najbardziej popularne są żarty weselne czyli o teściowej, o blondynkach, o policjantach. W żartach w ogóle najważniejsza jest narracja i forma, często bowiem średni żart można opowiedzieć wyśmienicie. Mogę zdradzić tajemnicę, że naprawdę niesamowite żarty opowiada Katarzyna Skrzynecka, byłem z nią parę razy na imprezach czysto towarzyskich i gdy Kasia, popularnie nazywana Skrzynką rzuciła jakąś serię żartów, całe towarzystwo pękało ze śmiechu.

Jak z perspektywy czasu zmienił się kabaret w PRL’u?

Są to na pewno dwa różne rodzaje kabaretu, w PRL’u kabaret spełniał funkcję niemalże informacyjną, wprawdzie była niezależna prasa, ale była to prasa podziemna i nie każdy miał do niej dostęp, natomiast istniał olbrzymi głód wolnego słowa, ludzie wręcz przychodzili na kabaret by dowiedzieć się co się w Polsce dzieje. Był on też traktowany jako element walki z władzą, nie istniał kabaret niepolityczny. Dzisiaj publiczność unika polityki, kabarety również, chociaż czasami, gdy są przesilenia polityczne nawiązuje się do tego. Kabaret dzisiaj jednak, pełni głównie funkcję rozrywkową. Jest to masowa rozrywka drobnomieszczańska. Polacy to kraj ponuraków, rozśmieszyć nas nie jest łatwo. Dowodem mogą być też reakcje ludzi na osobę, która uśmiecha się na ulicy, pada zaraz stwierdzenie, że ta osoba jest albo pijana albo nienormalna. W Polsce człowiek optymistycznie nastawiony do rzeczywistości jest podejrzany.

Czy miał Pan jakąś spektakularną porażkę, gdy publiczność nie jarzyła, coś co śni się Panu po nocach? Aż tak dramatycznego ekscesu nie miałem, choć miałem kilka trudnych sytuacji np. w Jarocinie w latach 90. Wówczas wiadomo było, że jedno zdanie a nawet słowo nie takie i będzie niedobrze, bo działało to jak zapałka podłożona pod stóg siana. Pamiętam, że na początku lat 90 prowadziłem cały dzień koncertów w Jarocinie, był to maraton od 14:00 do grubo po północy i publiczność się zmieniała wraz z zespołami. Miałem problem z publicznością z bloku metalowego. Robiłem sobie tam żarty a trzeba pamiętać, że tam wszystko jest w konwencji na serio. Początkowo byłem przesadnie ultra metalowy i były reakcje mi niechętne, gwizdy itp. Bunt i opór z czasem w tej publiczności narastał, bo oni nie utożsamiali się z dowcipami, które opowiadałem. Ale kapele metalowe to wszystko tonowały i dotrwałem do tej pierwszej czy drugiej w nocy, nauczyłem się, jednak że z metalami nie ma żartów.

Jaki jest poziom kultury czy też znajomości sztuki u Polaków?

Wiadomo, że przy pomocy statystyki można udowodnić wszystko także i w Polsce. Wiadomo jaka jest średnia długość życia w naszym kraju, jeżeli chodzi o mężczyznę jest to 68 lat. Podjęto się badań jak często statystyczny Polak chodzi do Filharmonii, wyszło na to, że raz na 72 lata, czyli przy średniej jego długości życia brakuje mu 4 lat, żeby do tej Filharmonii dojść. Myślę, że dzisiaj myli się sztukę z popularnością, dla niektórych artystą jest nawet pogodynka z telewizji bo tam występuje. Popularność stała się wartością samą w sobie, kiedyś było inaczej, dzisiaj popularnymi są Ci, którzy są znani z tego, że są znani a nie dlatego, że potrafią śpiewać, grać czy żonglować nerką. Więc zacierają się granice pomiędzy tym co jest sztuką a co nie. Niestety jest to kwestia edukacji, nie mamy historii sztuki na lekcjach, w szkole, myślę, że są to rzeczy które budują wrażliwość człowieka.



Rozmowy z Jackiem Jędrzejakiem i Krzysztofem Skibą z Big Cyca jakie ukazały się w lutowym numerze Teraz Rocka 2(108). Rozmowy przeprowadził Łukasz Wewiór. Publikacja luty 2012.




BIG CYC. JAK NIE MY TO KTO?

Czołowe postacie Big Cyca: Dżej Dżeja i Skibę przepytaliśmy w związku z ukazaniem się płyty Zadzwońcie po milicję! Koncept albumu, jakiego u nas jeszcze nie było.

ROZMOWA Z JACKIEM „DŻEJ DŻEJEM” JĘDRZEJAKIEM


13 grudnia zeszłego roku minęło 30 lat od wprowadzenia przez PRL-owskie władze stanu wojennego. Przy okazji tej rocznicy ukazał się wasz – przypominający tamte czasy - nowy album, Zadzwońcie po milicję. Jak wspominasz 13 grudnia 1981 roku? Rocznica to dla nas szczególna, ponieważ w okresie stanu wojennego byliśmy działaczami studenckimi i zajmowaliśmy się polityką, braliśmy udział w różnych akcjach, demonstracjach. A 13 grudnia 1981 roku z moim pierwszym zespołem, Współczynnik Inteligencji, miałem zagrać w Warszawie, na Mokotowskiej Jesieni Muzycznej. Pamiętam, że nie mogłem dodzwonić się do organizatora i… nagle koło domu przejechały amfibie, okazało się, że generał Jaruzelski organizuje swoją imprezę.

Nowej wersji twojego utworu z repertuaru Współczynnika Inteligencji – twojego Dzikiego kraju - można posłuchać z waszej nowej płyty. Album Big Cyca Zadzwońcie po milicję! to pozycja, która w intrygujący sposób przypomina o czasach stanu wojennego. Wykorzystaliście dźwięki z demonstracji ulicznych, korzystając z archiwum IPN, a przede wszystkim – jak to określił w okładkowym komentarzu Krzysztof Skiba – wyłuskaliśmy kilka zapomnianych muzycznych perełek… Sięgnęliście po utwory zespołów jak Miki Mousoleum, Brzytwa Ojca, Karcer, Cela nr 3.

Chcieliśmy pokazać, że rocznica to nie tylko kombatanctwo, przypomnieć, że istniał także nurt alternatywny, naprawdę atakujący i ośmieszający ten system. Miki Mousoleum czy Brzytwa Ojca to zespoły niestety zapomniane, ale taki Karcer nadal gra...

Nie chcieliście sięgnąć po jakieś utwory ówczesnej, przecież też niepokornej, krajowej czołówki punk rocka ? Nie, ponieważ Dezerter, Moskwa czy Brygada Kryzys są dobrze znane z wydawnictw, które jednak funkcjonowały, z Jarocina, z koncertów. Zresztą one grają do dziś i wykonują swoje utwory. Dlatego my sięgnęliśmy po numery zespołów, które nie zaistniały wtedy na rynku czy na antenie, ale zdecydowanie warto do nich wrócić. Są to piosenki także przez nas na nowo odkryte, niektóre z nich musieliśmy odszyfrowywać ze starych kaset, demówek. Stwierdziliśmy, że jak nie my, to kto? Jesteśmy przecież jednymi z tych – co mniej licznych - działających muzyków, którzy tamten okres jeszcze pamiętają.

Pierwsze wrażenia z tej podróży w czasie, podczas powstawania najnowszego albumu…

Gdy posłuchaliśmy tych starych taśm, stwierdziliśmy, że wtedy wszyscy brzmieliśmy podobnie, także Big Cyc, bo demówki nagrywało się na takich samych magnetofonach w salach prób (śmiech). Wiesz, przypomnieliśmy sobie, jaki punk był wtedy na topie, jak się ludzie tym jarali, jak żyli tym. Domy kultury z powodu takiej muzyki pękały wtedy w szwach... Myślę, że to kawał historii, stąd wziął się ten nasz koncept album.

Częścią tego „konceptu” są autentyczne odgłosy wydarzeń stanu wojennego, płyta zaczyna się od skandowanego przez demonstrantów Nie ma wolności bez Solidarności!, po pierwszym utworze pojawiają się podsłuchane rozmowy milicyjne… Ciekawy zabieg. Tak, piosenki połączone są nagraniami z różnych demonstracji, antyrządowych happeningów czy milicyjnych akcji. Wyciągnęliśmy te nagrania z Instytutu Pamięci Narodowej, tak by płyta przywoływała jak najlepiej klimat tamtych dramatycznych czasów. Dla młodych słuchaczy, będzie to prehistoria, ale to powinno do nich trafić.

Miedzy utworami znalazło się sporo charakterystycznych zawołań z tamtego okresu, niektóre zresztą wcześniej chętnie wykorzystywaliście na swoich płytach... To są okrzyki z akcji Pomarańczowej Alternatywy, w których sami braliśmy udział. W jednym fragmencie słychać nawet skandującego Skibę, jego zadzwońcie po milicję. Ten tekst wcześniej użyliśmy w Piosence góralskiej, czyli tak naprawdę utworze o milicji właśnie, z kolei pozdrowienia dla podziemia wpletliśmy w Durną piosenkę.

Nie korciło was by zabrzmieć tak ostro jak w czasach debiutu Big Cyca, dwadzieścia kilka lat temu? Mam wrażenie, że pewne kroki w tym kierunku czynicie w refrenie Dynamitu na kartki Miki Mousoleum i w – skądinąd melodyjnej - Polsce Celi nr 3. Korci nas cały czas… (śmiech). Być może następna płyta będzie cała taka typowo punkowa, na dwie gitary, wokal i perkusję, bo w muzyce zazwyczaj historia zatacza koło i kiedyś wraca się do korzeni. Tak jak światowej sławy Green Day: kombinowali, ale potem wrócili do korzeni, choć nagrywali w lepszych studiach, na lepszym sprzęcie. I wtedy wszyscy stwierdzili, że to jest to! Dlatego całkiem możliwe, że kolejna płyta Big Cyca będzie po prostu punkrockowa. Ale najważniejsze, że to wszystko nadal nas ciągle kręci, że lubimy robić próby, nagrywać, poszukiwać w muzyce. To – jak myślę - bardzo cenne, bo czasami obserwuję u kolegów z innych kapel, że im się po prostu już nie chce. Wydają jakieś składanki swoich numerów, zamiast spotkać się, popracować i wymyślić coś nowego.

Zasadniczo wasze brzmienie z Zadzwońcie po milicję! jest bardzo współczesne, pojawiają się sterylnie brzmiące gitary i elektronika.

Rozwijamy się, chcemy eksperymentować, słuchamy nowoczesnych płyt. Nie zasklepiamy się w starociach, choć oczywiście cały czas mamy te stare, dobre płyty na swoich półkach. Wiem, że dla większości słuchaczy najlepsza jest pierwsza czy może piąta płyta Big Cyca, ale to miało swój czas, który na pewno już minął. Teraz trzeba kombinować, żeby muzyka była ciekawa i się wyróżniała, żeby nasze płyty czymś zaskakiwały. I myślę, że my się cały czas wyróżniamy. Elektroniki u nas nie ma tak dużo, ale staramy się iść z duchem czasu.

Dotarłem do nagrań Miki Mousoleum, zespołu, którego aż kilka utworów przypomnieliście. To było surowe reggae, a wy radykalnie pozmienialiście aranżacje. Prawda. Miki Mousoleum poznaliśmy, gdy sami graliśmy w reggae’owym Rokoszu, ale teraz postanowiliśmy zmienić stylistykę tych numerów, nadać im brzmienie Big Cyca, takie w jakim dziś sami czujemy się najlepiej. Dlatego nie ma w nich reggae.

Czarna Wołga Miki Mousoleum nabrała zaskakująco masywnego brzmienia, a reggae gracie we wspomnianym już Dzikim kraju twojego Współczynnika Inteligencji... To musiało być różnorodne, żeby było naprawdę strawne dla słuchaczy. Gdybyśmy zagrali te numery w pierwotnych wersjach, wyszłoby – dla niektórych – zbyt monotonnie. Dlatego na przykład Życie za hymn Karceru przewróciliśmy do góry nogami. A Dziki kraj też nie przypomina oryginału sprzed lat, oczywiście - poza tekstem i linią melodyczną. To kiedyś był numer punkowy! Ale tekst teraz przypasował nam do zrobienia takiego niemal ska... Dzięki temu wyszło ciekawie, są zmiany rytmu, tempa, brzmienia, klimatu...

Są też bardzo wyraziste rytmy w ZOMO na Legnickiej Miki Mousoleum i w Dyktatorze Brzytwy Ojca. Te utwory mają bardzo dramatyczne teksty. Chcieliśmy je odpowiednio zilustrować muzycznie, musieliśmy znaleźć właściwy klucz. ZOMO jest takim przejmującym kawałkiem, że ciary człowieka przechodzą: Lała się krew, płonęła benzyna… i trzeba go było tak ująć, żeby można było poczuć rytm tych nadjeżdżających czołgów, transporterów. Chodziło o ten klimat niepokoju.

A tak na marginesie… Skomentuj może jeszcze najnowszą zmianę składu. Poza oryginalną czwórką Jędrzejak- Skiba-Lechowicz-Lis i waszym już etatowym współpracownikiem, klawiszowcem Piotrem „Gadakiem” Sztajdlem, pojawił się drugi gitarzysta, Marek Szajda.

Marek pojawił się już parę lat temu, grał w niektórych utworach na Moherowych beretach. Teraz jest na stałe w Big Cycu, ponieważ gramy bardzo dużo koncertów plenerowych, a ich brzmienie musi być naprawdę dobre. I w związku z tym jest i klawiszowiec, i drugi gitarzysta. Dzięki temu nasze brzmienie jest pełniejsze, zbliżone do płytowego. Wszystko z dużą korzyścią dla słuchaczy.

Wasza płyta została dobrze przyjęta przez media. Można was było zobaczyć w największych telewizjach. Wydawać by się mogło, że wszystko jest super, jednak zdarzają się odmienne akcje. Nie chcę się skarżyć, ale ostatnio pan z radia Eska Rock, czyli teoretycznie stacji zajmującej się muzyką rockową, powiedział, że płyty nie zaprezentuje, bo jest za polityczna i za historyczna. A nawet jej nie posłuchał! Decyzję podjął po obejrzeniu okładki! Nie chcemy mieć power playa, ale radia rockowe powinny uszanować i pokazać ludziom, że jest coś takiego jak Zadzwońcie po milicję!. Bardzo nam przykro, że człowiek, który kiedyś zajmował się muzyką dyskotekową, decyduje o takich sprawach, bo to nie jest żaden rockowy autorytet i działa tylko na szkodę. A przecież rock ‘n’ roll od zawsze bywał zaangażowany politycznie…

Szata graficzna Zadzwońcie po milicję! – te archiwalne zdjęcia, reprodukcje plakatów, podziemnych wydawnictw - robi wrażenie… Ciekawa sprawa, bo opracowanie graficzne – w tym nasze nowe logo - zrobił Jo Mirowski, Brytyjczyk polskiego pochodzenia, który był kiedyś dyrektorem graficznym Polydora! Ma na swoim koncie mnóstwo słynnych okładek, między innymi Marillion, Alan Parsons Project, The Cure, Slade, Sweet... A Zadzwońcie po milicję! to jego pierwsza okładka w Polsce! Użyliśmy tu materiałów IPN, ale także rzeczy z naszych archiwów, jak numery gazetki „Przegięcie Pały”. Jo spojrzał na to z zewnątrz, świeżym okiem i bardzo dobrze nam całość skomponował. A spotkaliśmy się w Londynie, gdzie Jo był organizatorem naszego koncertu. Bardzo się zapalił do pomysłu płyty i sam zaproponował pomoc. Przyłożył się bardzo, przyjechał nawet do Gdańska na sesję fotograficzną. Jak sam powiedział, było tak, jak powinno być w poważnej produkcji. rozmawiał: ŁUKASZ WEWIÓR



WIELKA ODWAGA

ROZMOWA Z KRZYSZTOFEM SKIBĄ


Jak wspominasz początek stanu wojennego? Przerażenie! Najpierw były nocne aresztowania, potem Jaruzelski gadający w telewizji, czołgi na które otoczyły stocznię. A potem zaczęło się oswajanie żołnierzy, ludzie przynosili im herbatę, wkładali kwiaty do luf, przyklejano ulotki z napisem „Solidarność” do czołgów. Ale co kilka godzin ekipę wymieniano, a w nocy kiedy już nikogo prawie nie było – Jaruzelski wiedział kiedy uderzyć, to była na dodatek bardzo sroga zima – bramę stoczni rozwalono. Trzy dni trwały zamieszki, nie było czym walczyć z uzbrojonym po zęby ZOMO, trzeba było wyrywać sztachety czy płyty chodnikowe. Wystrzelono ogromne ilości gazu łzawiącego, który powbijał się w zaspy śniegu i te petardy jeszcze przez miesiąc rozsiewały duszący smród. Pamiętam też pierwsze ulotki o strajku generalnym. My też je potem robiliśmy, metodą wałka, czyli taki podziemny fitness, bo bicepsy wyrabiał (śmiech).

Ty – co każdy może przeczytać na okładce Zadzwońcie po milicję!– byłeś pomysłodawcą tego przypominającego stan wojenny albumu. Wpadłem na pomysł takiego wydawnictwa, znalazłem środki, a następnie wspólnie z Jackiem dobieraliśmy utwory, po które miał sięgnąć Big Cyc. Zadzwońcie po milicję! jest zupełnie niekomercyjną płytą, concept albumy nie są teraz w modzie. Idziemy pod prąd tego, co się wokół dzieje. Odrzuciliśmy też wstręt do Instytutu Pamięci Narodowej, który pojawił się od czasu nagonki na tę instytucję… Poszliśmy do nich i okazało się, że w samym gdańskim oddziale IPN jest 15 teczek na temat mój i moich kolegów!

Czym się kierowaliście dobierając utwory na płytę? Wiesz, kiedy mówi się o muzyce lat 80. do głowy przychodzą takie zespoły jak Perfect, Lombard czy Lady Pank. To oczywiście były wielkie zespoły, które miały wielkie przeboje, ale czas powiedzieć prawdę, to nie były zespoły podziemne! Mogliśmy oczywiście nagrać też Spytaj milicjanta Dezertera, ale to zna każdy! A my sięgnęliśmy głębiej do podziemia, bo pamiętamy Miki Mausoleum, słuchaliśmy ich z taśm, które potem się rozleciały od częstego słuchania i przegrywania. Co więcej, ja byłem organizatorem koncertów Miki Mousoleum w klubie Balbina w Łodzi, tym, w którym później debiutował Big Cyc. To była niesamowita ekipa! Tą płytą oddajemy cześć postaciom takim jak Krzysztof „Kaman” Kłosowicz, lider i autor tekstów Miki Mousoleum. Słuchaj, w 1984 roku napisać: Kto dowiedzieć zechce się, kogo przytnie dziś SB, długo nie trzeba czekać, ruski keczap i wydać na nielegalnej kasecie, to była wielka odwaga.

Opowiedziałeś o Miki Mousoleum, na płytę trafiły także utwory Brzytwy Ojca, Karceru czy Celi nr 3. Dlaczego właśnie te zespoły? Nie ma co się oszukiwać, większość ówczesnych numerów podziemnych to była typowa punkowa rąbanka. Padło na te z naszego punktu widzenia najbardziej wartościowe - zarazem te, na które mieliśmy pewne pomysły muzyczne. Aczkolwiek tą płytą nie zamykamy tematu wyprawy do historii muzyki niezależnej tamtego okresu, można by spokojnie wydać kolejne części Zadzwońcie po milicję! Czego my – oczywiście – już nie zrobimy.

Efektem waszych działań jest najpoważniejsza, czy może raczej - jedyna w pełni poważna płyta w dorobku Big Cyca. Można ją nawet nazwać edukacyjną, bo taką funkcję wśród młodzieży będzie niewątpliwie pełnić. Nie kłóci się to za bardzo z dotychczasową, prześmiewczą, rockowo-kabaratową twórczością waszej grupy? Nagraliśmy wcześniej piętnaście płyt wesołkowatych, teraz czas na coś innego. Bo istotnie można się z Zadzwońcie po milicję! dowiedzieć czegoś o najnowszej historii Polski. Ale nie powiedziałbym, że to się kłóci z naszą konwencją, tylko ją poszerza. Uważam, że najbardziej metalowa płyta Big Cyca, Wojna plemników też była mega poważna. Zabraliśmy tam nawet głos w sprawie Kobiet z Sarajewa. To było radykalne politycznie w swoim czasie. Płyta Zadzwońcie po milicję! nie jest też do końca poważna, bo pojawia się tu też czysta punkowa ironia, chociażby w utworze Polska Celi nr 3: myślę o tobie całe noce, a w dzień wyrabiam 300 procent… (śmiech).

Ale też nie brak w tekstach piosenek zdań o naprawdę symbolicznym wydźwięku, choćby to: musisz przecież wybrać między Leninem a Bogiem z Życie za hymn Karceru. Punk rock był energetyczny niesamowicie, jak też wyjątkowo adekwatny do tamtych czasów, dziś nie mamy czołgów na ulicach... Na szczęście. A jeśli chodzi o teksty - zdarzało się, że te stare nagrania w drugiej czy trzeciej zwrotce były już nieczytelne. Musieliśmy zabawić się w archeologów, zastosowaliśmy najnowsze środki techniczne, odszumiacze dźwięków, niczym ekipy detektywistyczne. Zależało nam na zachowaniu oryginalnych tekstów, bylibyśmy idiotami cokolwiek zmieniając czy dopisując.

Wy też wypowiadacie się na temat tamtych czasów w pasującym do koncepcji całości, własnym utworze Nasz PRL, pochodzącym z płyty Big Cyca, Szambo i perfumeria. Tak, to nasz rzewny song z tekstem Jacka. Wszyscy wspominają, ostatnio ukazała się moja książka o kulturze alternatywnej tamtego okresu, Artyści, wariaci, anarchiści (napisana wspólnie z Pawłem Konnakiem i Jarkiem Janiszewskim z Bielizny) . W ogóle nastąpił wysyp takich publikacji... Cóż, nasze pokolenie się zestarzało, za pięć lat możemy już niewiele pamiętać, więc póki coś w głowie zostało, to się tym z innymi dzielimy (śmiech).

Ostatnia sprawa, może drażliwa… Na płytach Big Cyca zaśpiewałeś chyba tylko kilka utworów – na Zadzwońcie po milicję! żadnego – a wiele osób uważa, że to ty jesteś głównym wokalistą grupy. Skomentuj to jakoś… No, trochę by się tych numerów zebrało: Babcia klozetowa, Kapitan Żbik, Skin, Szambo i perfumeria, Piosenka góralska... Zaśpiewałem w kilkunastu i to jakich! (śmiech). Ale fakt, nie jest tego dużo, a na scenie jestem raczej showmanem, główny wokal zawsze ciągnie Dżej Dżej. Każdy zespół ma jakiś pomysł na siebie, my mamy taki podział. rozmawiał: ŁUKASZ WEWIÓR