"Słoiki nikogo nie obrażają!"

Wywiad opublikowany 08.05.2013 w Polska The Times. Z Krzysztofem Skibą rozmawia Anna J. Dudek.

Minęło 25 lat, od kiedy powstał zespół Big Cyc. Pora na podsumowania?

Każdy okrągły jubileusz to dobra pora na refleksję. My robimy to na kilka sposobów: ukazuje się płyta „Big Cyc wiecznie żywy”, jak wiecznie żywy był Lenin. Wracamy też do pewnego motywu plastycznego z naszej pierwszej płyty („Z partyjnym pozdrowieniem”), z 90. roku, na kontrowersyjnej okładce był tam wódz rewolucji z irokezem. Podobny motyw pojawi się na najnowszej składance. To będą największe hity zespołu i premierowy utwór….

..,Słoiki.

Tak jest. To prezent dla fanów Big Cyca. W środku będzie dużo zdjęć, głównie zdjęć archiwalnych, kiedy to byliśmy młodzi, piękni i szczupli- gratka dla fanów. Oprócz tego będzie dużo urodzinowych koncertów. Trasa zaczyna się już w czasie długiego weekendu, w całym kraju zagramy kilkadziesiąt koncertów do końca września. Kilka koncertów jest szczególnych, między innymi ten 12 maja w Ostrowie. To miasto, z którego wywodzą się muzycy zespołu. Już od kwietnia wiszą w mieście duże nasze zdjęcia, którymi staramy się promować Ostrów. Ważnym koncertem będzie koncert 7 czerwca w Sopocie w Operze Leśnej w pierwszym dniu festiwalu Top Trendy telewizji Polsat. Wiele nie zdradzę, ale będzie wielu gości, niektórzy na pewno, w kontekście zespołu Big Cyc, zaskoczą. Pojawimy się też na Przystanku Woodstock. Zapraszamy na wszystkie koncerty, myślę, że wszystkie będą wyjątkowe.

„Tragedia ma tu stężenie przekraczające wszelkie dopuszczalne normy. Tu rozpacz jest w modzie i wściekłość” czytam o Polsce i nastrojach Polaków w materiałach, które dostałam od Pańskiej manadżerki. Zastanawiam się, czy w ciągu 25 lat grania trochę pod ogólny trend, widzi Pan w Polakach zmianę? Polacy nabrali dystansu do siebie?

Oczywiście publiczność się zmienia i Polacy się zmieniają. Jeszcze do niedawna żyliśmy w świecie bez facebooka, telefonów komórkowych, etc. Te zmiany powodują też zmiany w świadomości ludzi. Pamiętam jak kiedyś, na początku lat 80. czy 90. wyglądały koncerty. Często nie było żadnego zadaszenia nad sceną, bo nikt nie wpadł na to, że może być potrzebne. Sprzęt był często ledwo grający. Dziś to wszystko nabrało wszelkich znamion profesjonalizmu. Dziś wszystko ma charakter, powiedziałbym, wyrafinowany, nie ma już tak, że gra się na przyczepie od ciągnika- a tak bywało. Też publiczność się ucywilizowała, nie ma bójek na koncertach, ludzie nauczyli się bawić, oswoili się z sytuacją, że piwa nie zabraknie. Teraz wszystkie festiwale są bardzo profesjonalne, nikt nie wpadnie na to, żeby wprowadzać prohibicję, jak to było przez dekadę w Jarocinie. Bramkarze też się nauczyli pracować, kiedyś bramka była wrogo nastawiona do publiczności. Dziś ochrona nie jest agresywna, to i ludzie nie są agresywni. To wszystko – dobre nagłośnienie, wyedukowana ochrona, dobra organizacja- powoduje, że publiczność nie ma powodu do agresji. Nie ma już też rywalizacji i bójek między fanami jak to bywało w "starym" Jarocinie. Gorzej jest z tym poczuciem humoru i dystansem do siebie. Powoli uczymy się tego, ale trudno nam się śmiać z samych siebie. Fajnie się pośmiać z kogoś innego, ale kiedy to zaczyna dotykać nas, obruszamy się. W Polsce najgłupsze sprawy traktuje się śmiertelnie poważnie. Powoli też zaczynamy rozumieć, że nie jesteśmy jako kraj pępkiem świata.

Nie boi się Pan, że za singiel „Słoiki” połowa Warszawy obrazi się na Pana?

(śmiech) Wie pani co, Big Cyc zawsze opisywał to, co się dzieje wokół. Tutaj autorem tekstu jest akurat Jacek Jędrzejak, ale ja i tak się absolutnie podpisuję pod tym przesłaniem. Pojawiła się nowa grupa społeczna, którą ktoś nazwał "słoikami". Uważam, że w tej nazwie nie ma nic obraźliwego. My jako społeczeństwo mamy tendencję do obrażania się. Parę lat temu była nasza piosenka „Moherowe berety”, gdzie tam nie było nic obraźliwego, bo te berety nawiązywały do formacji wojskowych – niebieskich beretów, czerwonych beretów….Ja bym tu dostrzegł nawet pozytywny wydźwięk- nikt nie nazwie czerwonych beretów jakimiś rozlazłymi ciamajdami. Więc skoro nazywamy kogoś moherowymi beretami, to znaczy, że tam panuje dyscyplina, zwartość oddziałów, itd. Uprawiamy muzyczną publicystykę. To jest ironiczne. Może trochę złośliwe. Polacy mają problem z rozróżnianiem, co jest ironią, a co nie. My nigdy nie staraliśmy się robić takiego prymitywnego zabiegu, że na scenie mrugaliśmy okiem i dawaliśmy sygnały „O, teraz będziemy mówili dla żartu, a ta druga piosenka to jest bardziej serio”. Liczyliśmy na to, że nasz odbiorca jest inteligentny i wrażliwy i sam potrafi odróżnić, co jest żartem, a co nie. Niestety wciąż jest tak, że konwencję ironiczną wychwytuje 1/3 odbiorców, a pozostali potrafią się obrazić. Widać to zwłaszcza w Internecie. To smutne, bo poczucie humoru jest cechą człowieka inteligentnego. Piosenka Słoiki to jest taki muzyczny reportaż o wielkomiejskim tyglu w dzisiejszej Polsce.

W stylu Jacka Kleyffa?

Ha! Big Cyc robi to jednak nieco inaczej i po swojemu, a Jacek Kleyff to mój wielki mistrz z czasów gdy chodziłem jeszcze do liceum.

Powiedział Pan wcześniej o publicystyce, muszę zapytać o odejście z „Wprost”. Będzie Pan publikował gdzieś poza blogiem?

Ja nie jestem klasycznym blogerem, który opisuje, że rano wstał i kawy się napił. Od siedmiu lat mam blog na wirtualnej Polsce „Skibą w łeb”, bardzo dużo komentarzy, miliony wejść. Tam umieszczam felietony. To znak czasu, prasa papierowa jest w trudnej sytuacji, bo zmienia się obieg informacji. Kiedyś chodziliśmy do kiosku i kupowaliśmy gazety- ja jeszcze mam taki nawyk, że kupuję drukowane- ale myślę, że powoli staję się mniejszością. Bo większość czytelników szuka wszystkiego w Internecie. Papier pada. Co do Wprost to po prostu nowy naczelny ma inny pomysł na pismo i nie widzi w nim miejsca ani dla satyry, ani dla felietonistów. Ja byłem najdłużej piszącym autorem, jeśli chodzi o ten tygodnik, przeżyłem tam sześciu naczelnych, całą masę karuzeli personalnych. Zawsze jakoś uważano, że Skiba z tym swoim felietonem powinien zostać. Felieton jest szlachetną formą, felietonista może pisać o czym się mu żywnie podoba, o temacie zupełnie abstrakcyjnym, wymyślonym przez siebie. To wszystko składa się na sztukę felietonu, a teraz niektórzy widocznie dochodzą do wniosku, że taka inteligencka zabawa nie jest nikomu już potrzebna. Dzisiaj potrzebna jest maczuga, którą czytelnika wali się w łeb tak, żeby krew pojawiła się na pierwszej stronie.

Media schodzą na psy?

Jest prymat sensacji nad refleksją. Dawniej tygodniki kupowano dla autorów, dostawałem wiele sygnałów, że także Wprost kupowano m.in. dla Skiby. Niektórzy zaczynali od ostatniej strony gdzie przez lata był mój felieton, inni zostawiali go sobie na deser. Na temat moich felietonów powstały trzy prace magisterskie. To miłe, że moja pisanina ułatwiła komuś zostanie magistrem (śmiech). Wybór moich felietonów z Wprost ukazał się dwukrotnie w formie książkowej pod tytułem „Skibą w Mur” oraz "Opowiadania podwodne".

A tak po ludzku – szkoda Panu Wprost?

Szkoda mi kontaktu czytelnikami. Ale z drugiej strony ten kontakt będzie podtrzymany, bo cały czas można mnie znaleźć na łamach Wirtualnej Polski. Mogę powiedzieć, że będę miał teraz więcej czasu na pisanie piosenek dla zespołu

Od Pańskiej koleżanki ze studiów wiem, że zawsze lubił Pan na sobie skupiać uwagę i być w centrum zainteresowania.

Każdy, kto wchodzi na scenę, obojętnie, czy jest tancerzem, aktorem czy piosenkarzem, musi mieć w sobie element potrzeby zwracania na siebie uwagi. Na tym to polega – wchodzimy na scenę i musimy tę publiczność zaczarować. Taki miałem temperament, odkryłem to o wiele wcześniej, niż na studiach, to było pewnie gdzieś w szkole podstawowej, byłem typowym dowcipnisiem klasowym, zjadłem kiedyś kredę na lekcji matematyki, żeby nauczyciel nie mógł prowadzić zajęć. To była biedna szkoła czasów PRL-u, a tu Skiba zjadł ostatni zapas kredy. Tłumaczyłem się zresztą wtedy, że po prostu mam niedobory wapnia w organizmie. Wezwano rodziców, był skandal. Takie happeningi robiłem już jako berbeć w szkole. Sprawiało mi przyjemność, że miałem klasową widownię. Ja zresztą dość szybko zacząłem zawodowo występować. Może teraz trudno w to uwierzyć ze względu na moją figurę, ale debiutowałem jako model. Prezentowałem nowe mundurki szkolne i tornistry. Dostawaliśmy za to pieniądze jak zawodowi modele.

Często jest tak, że komicy, kabareciarze, osoby żyjące z rozbawiania innych poza sceną są skryci i wcale nie tryskają dobrym humorem. Jak to jest u Pana?

Mam nadzieję, że nie za bardzo różnię się na scenie od tego, jaki jestem poza sceną. Chociaż to prawda, oczywiście, że artysta udaje, wciela się w role. Trudno być też cały czas wesołym, dowcipnym i podrygującym na przykład zmywając talerze. Nadchodzi moment, kiedy klaun w cyrku ściąga perukę, zmywa makijaż, zdejmuje te o trzy numery za wielkie buciory i idzie do banku, na pocztę, do domu. W końcu jest normalnym człowiekiem. Ja jestem raczej optymistą, ekstrawertykiem, niektórzy nawet twierdzą, że mam ADHD- taką diagnozę postawił jakiś lekarz na podstawie analizy moich wystąpień telewizyjnych. Raczej spotykam się z opiniami, że na co dzień jestem taki, jak na scenie. Oczywiście na scenie tej energii trzeba mieć troszkę więcej. Stojąc w kolejce do kasy w supermarkecie nie zacznę przecież tańczyć, ani nie zjem masła po to, żeby pokazać, że ten Skiba to beczka śmiechu jest.

Nie ciągnie Pana do celebryckiego światka, ścianek, ustawek i pozowania z nowymi modelami butów?

W Polsce myli się te pojęcia. Kto jest celebrytą, a kto jest artystą? Ja z niechęcią przyjmuję, kiedy określa się mnie mianem „celebryty”. Istnieje dość poważna różnica między artystą a celebrytą. Celebryta jest znany z tego, że jest znany- wystąpił w jakimś durnym tokszole albo programie w telewizji, ale nie stoi za nim żaden dorobek artystyczny. A dorobek artystyczny to realizacja filmu, nagrane płyty, wydane książki, etc. A celebryta takiego dorobku nie ma, jego dorobkiem jest liczba pojawień się na bankiecie w kusym stroju. Niestety takie "występy" podobają sie mediom, zwłaszcza tym o charakterze plotkarskim. Ostatnio ktoś z przejęciem mi opowiadał o jakiejś osobie, która robi teraz niby karierę na „salonach”, bo jest synem kogoś znanego. Żywot takich ludzi jest do przewidzenia. My ich nazywamy hamburgerami. Hamburger jest dobry świeżo podany, gorący- próba zjedzenia go później, za godzinę czy następnego dnia, jest skazana na porażkę. Tak samo jest z takimi ludźmi. Gdzie jest dzisiaj Jola Rutowicz czy wyblakłe gwiazdy z Big Brothera? W pamięci widzów zostaną ludzie, którzy mają coś do powiedzenia przez swoje książki, muzykę czy inne artystyczne działania.

Pana to bardziej śmieszy czy może zasmuca?

Mnie to nawet bawi. Daleki jestem od postaw bardzo pryncypialnych, polskiego stawiania wszystkiego na ostrzu noża. Na podwórku showbiznesowym mówi się, że ten jest sprzedawczykiem, a tamtem szmatą. Ja bym tego w takim kategoriach nie rozpatrywał. Ja bym nie chciał być nazywanym celebrytą, ale setki osób są dumne, kiedy się je tak nazywa. Są dumni, zachwyceni i uznają to za ogromne osiągnięcie. Ja dorobek artystyczny mam, celebrytą więc nie jestem. W końcu nie chodzę na premiery filmowe ubrany w prześwitujący biustonosz. Nie pojawiam się z cycatymi narzeczonymi na bankietach, bo mam żonę i normalną rodzinę. Nie jest to dla mnie droga do robienia sobie nazwiska. Drogą do tego jest fajny koncert, napisanie fajnej książki- właśnie kończę książkę o Pomarańczowej Alternatywie. Daleko posunięta ironia, tak bym nazwał mój stosunek do całego tego celebryckiego piekiełka.



Wywiad jaki ukazał się w Magazynie Przeglądu Sportowego w dniu 13.01.2013. Z Krzysztofem Skibą rozmawia Janusz Schwertner.


Kilka lat temu mówił Pan, że nie zna się na piłce. A dziennikarze i tak dzwonili, i pytali kto wygra mecz...

W Polsce panuje powszechna miłość do futbolu. Przyjęło się, że każdy facet po pierwsze powinien ją kochać, a po drugie - doskonale się na niej znać. To podobnie jak z polityką, wszyscy jesteśmy specjalistami. Gdy proszono mnie o opinie, od razu zaznaczałem: jestem miernym znawcą i średnim entuzjastą. Tylko wie pan co? Z czasem uległem. Bo dziennikarze albo wybuchali śmiechem, albo mi nie wierzyli. Myśleli, że kokietuję i podbijam swoją stawkę jako trudno dostępnego artysty. Inni widzieli w tym jakiś żart – na zasadzie: Skiba znowu coś wymyślił. No i ja przestałem walczyć. Stałem się znawcą piłki nożnej.

I dobrze się Pan w tej roli odnajduje?

Tak się szczęśliwie składa, że mój sąsiad jest sędzia piłkarskim. Czasem, gdy mam przed sobą jakąś wizytę w studiu, gdzie będzie się rozmawiać o sporcie, konsultuję się z nim. On udziela mi kompetentnych informacji, a ja idę naładowany wiedzą niczym Tomasz Hopfer albo Jerzy Ciszewski. Tak to już jest, facet to futbol i nie ma od tego odstępstw. Ale mój związek z piłką zacieśnił się w ostatnim czasie. Tej gorączce towarzyszącej EURO 2012 nie można było nie ulec

EURO trochę zmieniło Pana podejście do piłki?

Przede wszystkim byłem dumny, że ta impreza odbywa się u nas. Z wielką przyjemnością przyjąłem zaproszenie do klubu przyjaciół EURO, gdzie znajdowali się wybitni sportowcy i artyści. Mówiąc na marginesie, zapytałem ówczesnych działaczy PZPN na czym to członkostwo ma polegać. Powiedziano mi, że muszę przynajmniej dwa razy w tygodniu wypić dobry alkohol za powodzenie naszej reprezentacji. Bez problemu byłem w stanie wykonać to polecenie. (śmiech)

Należy Pan do grona osób, u których entuzjazm nie upadł nawet po nieudanym spotkaniu z Czechami, które pogrzebało nasze nadzieje na sukces.

Bo to, że chłopcy Franka Smudy dali plamę, nie miało największego znaczenia. Liczą się te piękne stadiony, nowe drogi. U mnie w Gdańsku wybudowano kapitalny obiekt. Wcześniej w tym miejscu była zaniedbana dzielnica, pełna melin, kryminalistów. A teraz? Mamy stadion, biurowce, hotele, restauracje. Albo Stadion Narodowy, który zastąpił wielkie targowisko z pirackimi płytami. A przy tym w końcu bez wstydu możemy zapraszać na koncerty Madonnę, Bryana Adamsa, Roling Stonesów. EURO zmieniło Polskę.

Ja bym upierał się, że wpłynęło także na Krzysztofa Skibę. Kiedyś zarzekał się pan, że na mecz nigdy nie pójdzie, a teraz...

Nigdy nie mów nigdy! Jest wiele rzeczy, które mi się nie podobają w futbolu. Te bójki, chamskie okrzyki. To mnie od piłki odciągało. Rzeczywiście napisałem kiedyś w felietonie, że nie zamierzam pójść na stadion. Podałem kilka poważnych powodów. To moje prawo jako felietonisty – trochę przejaskrawiać. Zawsze byłem indywidualistą, więc gdy wszyscy mówili „tak”, ja starałem się szukać jakichś własnych ścieżek. A przy tym, dobrze znałem atmosferę oglądania transmisji meczu w telewizji. W Polsce wygląda to tak: fotel, wódka i meczyk... (śmiech)

Patrząc na grupę facetów namiętnie oglądających mecz nadal widzi w nich Pan uczniów profesora Pimko z „Ferdydurke”, którzy tak łatwo dają się... upupiać?

Każdy kto zna historię piłki nożnej wie, że wymyślono ją po to, by zająć czymś prostych robotników. Po rewolucji przemysłowej pojawiło się w ich życiu coś takiego jak „czas wolny”, więc oni musieli coś z nim zrobić. Elita miała łatwiej: mogła zamówić sobie występ Chopina albo udać się na jazdę konną... Z robotnikami był problem, bo oni czas wolny wykorzystywali na spożywaniu alkoholu. W poniedziałek przychodzili do pracy albo popici, albo pobici. I nagle wymyślono futbol. Dano im piłeczkę, niczym profesor Pimko swoim uczniom w „Ferdudurke” Gombrowicza. A po latach okazało się, że ten sport jest fantastycznym widowiskiem. Niesamowitym spektaklem.

W którym każdy starannie odgrywa swoje własne role.

No tak, przecież kobiety często przychodzą na stadion nie po to, by zobaczyć gola, tylko raczej dla tych przystojnych piłkarzy. Z drugiej strony futbol to biznes. Niby czemu ci uwielbiani zawodnicy więcej czasu spędzają nieraz przed lustrem niż na treningu? Bo właściciele napoju energetycznego któregoś dnia popatrzą i powiedzą: weźmy tego chłopca – wbija bramki, a do tego ładnie wygląda. W takich czasach niektórzy mają trudniej, bo czy potrafi sobie pan wyobrazić Wayna Rooneya reklamującego jakiś szampon albo żel do włosów? Za to gdy patrzymy czasem na mecz i widzimy, że po boisku biega Beckham, to można się zastanowić: czemu on wykonuje ten wślizg?! Jeszcze coś mu się stanie!

Futbol to więc teatr, choć dla Pana sam mecz to raczej niezła komedia niż wzniosły dramat.

Zdecydowanie. Tak się składa, że jestem teatrologiem z wykształcenia i coś mogę na ten temat powiedzieć. Te starogreckie dramaty polegały na tym, że ktoś popełniał jakiś drobny błąd, za który musiał zapłacić życiem. Chodziło o nieuchronność losu. Tego typu relacji na boisku nie widzę. Choć zdarzają się dramaty. Tylko czy można takim mianem nazwać np. nieuznanie prawidłowo zdobytego gola? Nie, zdecydowanie mecz piłkarski to czysta komedia. Te udawane faule, gra na czas, kłótnie z sędziami. Widzimy, że ktoś ewidentnie sfaulował, ale jakże on potrafi grać niewinnego! Podbiega do sędziego, robi dziwne miny, bo przecież jest wspaniałym piłkarzem i zawsze gra fair. A my jako widzowie widzimy w powtórce, jak przed chwilą podłożył rywalowi nogę. To świetny serial komediowy. (śmiech)

Towarzyszą mu jednak niesamowite emocje. Ludzie za piłkę potrafią oddać życie. I dotyczy to wszystkich: robotników, ale i wybitnych intelektualistów.



I ten fanatyzm jest czasami niebezpieczny. A według mnie nie warto traktować meczów serio. Przecież to zabawa, w dodatku nieraz te spotkania są ustawione, bo ktoś kogoś przekupił. Oberwie mi się od niektórych intelektualistów, a przy tym fanatyków piłki, ale odbieranie futbolu jako jakiejś poważnej dziedziny życia jest infantylne. Świadczy raczej o niedojrzałości albo naiwności. Kibice to niestety często frajerzy, którzy dali się nabrać. Sportowcy sami wymyślili hasło: sport to tylko sport. Oglądamy oczywiście piękne widowiska, emocje, bramki. Ale ten wielki fanatyzm, który opisywał m.in. Ryszard Kapuściński w „Wojnie futbolowej”, jest zadziwiający.

Pan fanatykiem raczej nie zostanie, ale znawcą futbolu – jak najbardziej. Niedawno poproszono Pana o analizę meczu z Anglią. Nie było z tym najmniejszych problemów.



Kiedyś nawet udało mi się wytypować wynik meczu, choć nie do końca wiedziałem, kto z kim gra! (śmiech) To było w słynnym lokalu „Maska” Michała Milowicza. Przyszedłem na wódeczkę, ale akurat zaczynało się jakieś spotkanie. Dookoła wielcy fani piłki, a przed nami mecz dwóch znakomitych drużyn. Już nawet nie pamiętam, czy był to Manchester United, AC Milan czy może Barcelona. W każdym razie zrobiliśmy sobie zakłady. Trzeba było wytypować końcowy wynik. Nie wiedziałem, który zespół jest lepszy, ale niczym Nikodem Dyzma obstawiający wyścigi konne rzuciłem jakiś rezultat, którego nikt nie obstawił. Jakiś wysoki, w stylu 3:2 czy 3:3... Nikt tego nie brał pod uwagę, bo chodziło o zespoły wysokiej klasy, ze świetnymi bramkarzami i solidnymi liniami obrony. Wszyscy typowali ostrożnie, tylko ja tak odważnie. Śmiali się ze mnie, że to zupełnie niemożliwe. A jednak to ja miałem rację! To był hazard, nie odprowadziłem podatku z wygranej, za to wszystkim postawiłem alkohol. Znawcy futbolu zgrzytali zębami. Oni wszystko dokładnie analizowali, rzeczowo oceniali, ale to ten ignorant Skiba miał rację! (śmiech)



SYLWESTER WEDŁUG SKIBY

Wywiad jaki ukazał się w gdańskim dodatku do gazety Wyborczej w dniu 28 grudnia 2012



Maciej Sandecki: Ile się zarabia na prowadzeniu imprez sylwestrowych? Czy kryzys odbił się na zarobkach konferansjerów?

Krzysztof Skiba: Zarobki są bardzo rożne, to zależy kim jest prowadzący imprezę, jaką ma pozycję w branży oraz kto jest organizatorem Sylwestra. Jeden DJ weźmie tysiąc złotych, a inny bardziej znany pięć tysięcy. Najwyższe stawki dostają profesjonalni konferansjerzy za prowadzenie dużych imprez sylwestrowych, które organizują miasta albo telewizje. Na nich zarabia się najwięcej, zazwyczaj między 10 a 30 tysięcy złotych. Ale z racji kryzysu rzeczywiście stawki poszły w dół. Znam przypadek legendarnego zespołu z lat 80-tych, którego menadżer za występ na tegorocznym Sylwestrze, zażądał od organizatora 100 tysięcy złotych. Organizator podniósł więc ceny biletów, ale okazały się za wysokie, ludzie nie kupili zaproszeń i trzeba było rozwiązać umowę. Zespół więc w tym roku spędzi Sylwestra przed telewizorem. Sprawdziło się stare porzekadło, że chytry dwa razy traci.

Od lat występujesz na sylwestrowych koncertach telewizyjnych, w tym roku w Polsacie. Jak wygląda organizacja takich wielkich show?

- Dwie stacje od lat toczą bitwę na oglądalność swoich koncertów sylwestrowych - TVP2 i Polsat. Ja trzykrotnie uczestniczyłem w koncertach dla „Dwójki” i trzy razy dla Polsatu więc u mnie jest remis (śmiech!). To są ogromne przedsięwzięcia telewizyjne. Sceny buduje się z wielotygodniowym wyprzedzeniem, bo scenografia na takich imprezach jest niezwykle bogata. Wielkie ekrany diodowe, na których można wyświetlać cuda, długie wybiegi dla artystów w głąb publiczności - to naprawdę robi wrażenie. Artyści i konferansjerzy też muszą się specjalnie przygotować do występu na takiej scenie. Pamiętam, że trzy lata temu przed sylwestrowym koncertem dla Polsatu w Warszawie, Edyta Górniak bardzo przedłużyła swoją próbę, mieliśmy jakąś dwugodzinną obsuwę. Jako, że byłem w tym czasie zaproszony do radia, to nie czekając na kolej Big Cyca, pojechałem na audycję, prosząc, aby ktoś mnie zastąpił. W trakcie prób telewizyjnych chodzi o to, aby realizator się odpowiednio przygotował - wiedział, że ten a ten zespół ma dwóch gitarzystów, więc kamery muszą ich filmować z tej i z tej strony. Chodzi też o oswojenie się ze sceną, z wybiegiem, światłami. Nie było mnie więc na tej próbie i w trakcie naszego występu to się zemściło. Nikt mnie bowiem nie ostrzegł, że na jednym z dwóch długich wybiegów znajduje się nieoświetlony kanał dla kamerzystów. Jest więc godzina 23, przed sceną jakieś 100 tysięcy rozbawionych ludzi, a przed telewizorami kilka milionów, wybiegam z zespołem, biegnę przez pół sceny i sruuu, wpadam w ten kanał. To było bardzo groźne, bo kanał miał jakieś półtora metra głębokości, mogłem się więc nieźle połamać. Na szczęście jednak adrenalina była tak duża, że nie namyślając się wiele, niczym Rambo, wskoczyłem na plecy jakiemuś kamerzyście i wydostałem się na scenę. Dostałem gromkie brawa, że żyję. W trakcie koncertu nie czułem żadnego bólu, dopiero później okazało się, że mam spore stłuczenie, wielkiego siniaka, ale bez złamań. Ta pułapka scenografa jeszcze kilka razy w trakcie tego wieczoru dawała się artystom we znaki. Wpadł do niej jeden z dziennikarzy Radia Zet, dwóch tancerzy i Alicja Węgorzewska, słynna śpiewaczka operowa. Na Youtube są nawet filmy jak wpada do kanału, ale ani na moment nie przestaje śpiewać. Krzysztof Ibisz dzielnie pomagał się jej stamtąd wydostać.

Wyobrażam sobie, że w trakcie takich imprez, transmitowanych na żywo w telewizji, niejednokrotnie dochodzi do różnych mniejszych lub większych wpadek. Pamiętasz jakieś inne, które zapadły Ci w pamięć?

- Wiele lat temu graliśmy z Big Cycem dwa koncerty sylwestrowe na Śląsku w Katowicach i Dąbrowie Górniczej, jeden przed dwunastą, drugi po dwunastej. Panował wtedy straszliwie siarczysty mróz, jakieś minus 25 stopni. Pytanie jak grać przy takiej temperaturze? Palce muzykom odmawiają posłuszeństwa, a co najważniejsze także instrumenty, bo na przykład gitary rozstrajają się przy takich różnicach temperatur. Organizator radzi: grajcie z playbacku. Dla nas rockmenów granie z playbacku to hańba, a poza tym strasznie tego nie lubimy, bo to prawdziwa męczarnia. My wolimy grać na żywo. No, ale w tej sytuacji nie było wyjścia. Ustaliliśmy z menadżerem kolejność utworów z różnych płyt, które on będzie puszczał, a my będziemy udawać, że gramy. Wychodzimy, przed nami jakieś 20 tysięcy pijanych ludzi i na początku idzie nam całkiem dobrze, nikt nie orientuje się, że gramy playback. I nagle przyszła kolej na utwór „Jak zostać świrem”. Gdy zaczyna lecieć wszyscy w zespole orientujemy się natychmiast, że to wersja studyjna tego utworu, w której pojawia się harmonijka ustna. Przerażenie, bo nie mamy na scenie żadnej harmonijki, ani tego muzyka, który zagrał nam na płycie. Co robić? Trzeba było improwizować. Gdy przyszła kolej na partię harmonijki, przyłożyłem ręce do ust, tak jak bym ją trzymał i zacząłem udawać, że gram. Wyszło całkiem nieźle, bo ludzie zaczęli bić brawo, a w świat poszła fama, że Skiba zajebiście gra a harmonijce ustnej (śmiech). Zastanawiam się tylko co by było, gdybyśmy zamiast harmonijki, nagrali w studiu partię saksofonu. Tego nie dałbym rady zamarkować (śmiech).

To taka lajtowa anegdota, a może pamiętasz jakieś bardziej hard corowe przygody?

- Pamiętam Sylwester w Gdyni, w połowie lat 90-tych. Odbywał się w bardzo eleganckiej i bardzo drogiej restauracji, a pomysł na zabawę był taki, że sylwester odbywał sie w klimacie Ameryki lat 20 i 30 czyli w konwencji gangsterskiej. Ludzie przyszli poprzebierani za Al Capone, Ojca Chrzestnego, a ja w trakcie imprezy przeprowadzałem różne, śmieszne konkursy, typu pranie brudnych pieniędzy w bali z wodą czy podpalanie cygar banknotami. Wszyscy świetnie się bawili, aż przyszła północ. W tym momencie okazało się, że przy jednym z dalszych stolików siedzą panowie, którzy nie przyszli tu przebrani za gangsterów, ale naprawdę nimi byli. Wyciągnęli bowiem pistolety, karabiny i zaczęli walić z nich w powietrze na wiwat. Na sali wybuchła panika, bo zrobiła się taka strzelanina, jak na obrazkach z wojny w byłej Jugosławii. Bal gangstera okazał się być prawdziwym balem gangstera, a obsługa miała kłopot, bo musiała dbać, żeby panowie za bardzo się nie popili i nie zaczęli strzelać do ludzi.

To na koniec jeszcze pytanie - jak to jest z piciem na sylwestrowych imprezach. Artyści i konferansjerzy piją?

- Ja osobiście trzymam się zasady, że w pracy nie piję. Bełkoczący konferansjer nie wygląda dobrze. Ale jak już jest po wszystkim, to czemu nie. Pamiętam Sylwester z Dwójką we Wrocławiu, który prowadziłem razem z Grażyną Torbicką i Anną Popek. Do zakończenia show, czyli gdzieś do godziny 4 nad ranem, nie tknęliśmy alkoholu mimo, że ja byłem przebrany za kosmitę i teoretycznie mogłem wydawać dziwne dźwięki. Ale jak już zeszliśmy ze sceny zrobiła się świetna impreza, która potrwała do południa. Późno zaczęliśmy i późno skończyliśmy. Alkoholowych historii można by opowiedzieć mnóstwo, ale to temat na inną rozmowę.

Rozmawiał Maciej Sandecki