Twoja Gazeta. Gazeta lokalna. Gdynia. Nr 12. 18 grudnia 2014. Z Krzysztofem Skibą rozmawia Urszula Abucewicz.

Tradycja połączona z nowoczesnością. Święta w Luwrze

Już niebawem w wielu domach zasiądziemy przy wigilijnym stole, przełamiemy się opłatkiem i będziemy się delektować rodzinną, pełną ciepła atmosferą. Jak święta Bożego Narodzenia planuje spędzić Krzysztof Skiba, lider zespołu Big Cyc?

Jak w tym roku planuje Pan spędzić święta Bożego Narodzenia?

Połączę tradycję z nowoczesnością. W Wigilię zawsze spotykamy się u mojej mamy w gronie rodzinnym. Będzie siostra z rodziną, moi synowie. Każdy przynosi coś dobrego, mama przygotowuje barszcz czerwony i kompot z suszu. Ale już pierwszego dnia świąt wylatuję z rodziną do Paryża. Lubimy to miasto, dawno nas nie było w Luwrze. Będziemy spacerować po dzielnicy łacińskiej i zwiedzać zabytki, ale przede wszystkim zamierzamy zaszyć się w muzeach. Byliśmy w Luwrze już dwa razy, ale to zawsze była trochę japońska wycieczka, zawsze mieliśmy zbyt mało czasu, żeby poobcować z dziełami sztuki. Teraz wreszcie będziemy mieli możliwość, żeby bacznym okiem i bez pośpiechu przyjrzeć się tym wszystkim dziełom.

Czy włącza się Pan w przygotowania świąteczne?

Mam dwie lewe ręce, jeżeli chodzi o kuchnię. Sam jestem wielkim smakoszem. Jeżeli już to robię tzw. podrzędne prace, jestem takim kucharzem z drugiej ligii (śmiech). Wykonuję po prostu wszystkie prace związane z mieszaniem, gdy potrzebne są prace strongmana i gdy trzeba otworzyć np. słoik, moją domeną są również prace krojcze. To są raczej prace pomocnicze i nie należy ich traktować poważnie. Ale jeśli już mam coś pokroić, to nie trzeba mnie do tego zmuszać. Wspólne gotowanie i podzielona na role praca w kuchni – jest bardzo przyjemna. Nie widzę w tym nic niemęskiego.

Co chciałby Pan znaleźć pod choinką?

Uważam, że najlepszym prezentem są dobra kultury, takie jak: filmy na DVD, dobre książki, płyty. Przy okazji świąt uaktywniają się producenci różnych kiczowatych pamiątek. Chciałbym zaapelować do wszystkich, żeby nie wydawali pieniędzy na głupoty, bo mikołaje z czekolady są najczęściej niedobre, te tzw. śmieszne prezenty bawią nas tylko przez 5 sekund, a potem niewiadomo co z nimi zrobić, zalegają w piwnicach i szufladach, kupując ubrania – również możemy nie trafić w czyjś gust i potem trafiają one na dno szafy – natomiast takie dobra kultury jak filmy, książki, płyty... to przedmioty wielokrotnego użytku. Nawet jeśli książka nam nie będzie odpowiadała to może ktoś inny z rodziny przeczyta. Z drugiej strony znamy przecież swoich bliskich, wiemy jakie filmy lubią oglądać. Dla mnie najlepszym prezentem są dobre książki, podpowiadam Mikołajowi co chcę dostać. To jest świetna okazja, żeby wzbogacić naszą płytotekę i biblioteczkę. A kupując jakąś ozdobę do domu czy inny śmieszny gadżet – pamiętajmy, że możemy kogoś wypaczyć estetycznie. Apeluję zatem, wspierajmy artystów, kupujmy dobra kultury, bo dzięki temu sami się rozwijamy!

Dziękuję za rozmowę.



Rozmawiała Urszula Abucewicz

Krzysztof Skiba, znany po prostu jako Skiba – polski muzyk, autor tekstów, satyryk, publicysta, aktor, konferansjer, artysta rozrywkowy, felietonista, autor happeningów, wokalista rockowy. Wraz z zespołem Big Cyc wystąpi w Gdyni na Sylwestrowej Nocy Przebojów. Zagra również 11 stycznia 2015 roku podczas 23. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Londynie.



Nie chcę być nawet sołtysem!




Portal internetowy Na Temat. wywiad opublikowany 13 grudnia 2015. Z Krzysztofem Skibą rozmawia Anna Dudek.

Nie wybrał się Pan na dzisiejszy organizowany przez PiS marsz.

Dylematu wielkiego, czy iść, nie miałem, ale akurat tak się złożyło, że prowadzę w Gdańsku imprezę charytatywną. Mam jednak problem z tym, że PiS w sposób jednoznaczny zawłaszcza rocznicę 13 grudnia - rocznicę historyczną, ważną dla mojego pokolenia a myślę, że i dla Polski. 13 grudnia to dowód, że komunizm był ideologicznym trupem, który chciał za wszelką cenę utrzymać się u władzy.

Razi wykorzystywanie tej daty do bieżącej akcji politycznej?

Nie miałbym pretensji o manifestację przeciwko nieprawidłowościom - czy fałszerstwom, jak utrzymuje PiS - wyborczym, gdyby ten pochód był zorganizowany innego dnia. Do tego mają prawo, mamy demokrację, która polega też na tym, że każdy pod swoimi sztandarami może demonstrować, co uważa. Sądzę jednak, że 13 grudnia trzeba spotkać się gdzie indziej na przykład pod bramą stoczni, przy pomniku poległych stoczniowców. Tu odbywają się uroczystości, ale one mają charakter historyczny - przychodzą tutaj ludzie związani z dawną opozycją. Wykorzystywanie tej historycznej daty dla celów czysto politycznych jest niesmaczne.

Te wybory stają się dla prawicy drugim Smoleńskiem, zręcznie rozgrywanym medialnie?

Zdecydowanie. Katastrofa Smoleńska wyeksploatowała się medialnie, paliwo się skończyło i nie wzbudza już takich emocji, do czego zresztą przyczyniły się liczne przypadki, które powodowały opadanie rąk - zespół ekspertów Macierewicza, którzy owszem, byli ekspertami, ale w innych dziedzinach niż te, które uzasadniałyby ich obecność. Jeden z nich był ekspertem od lotnictwa, bo latał samolotami jako pasażer. To się zamieniło w kabaret, ale przy okazji ujawniono polską bylejakość - kartoflisko zamiast lądowiska, źle zabezpieczone lotnisko i pilot, który nie powinien latać, bo miał coś nie tak z papierami.To był wypadek, nie zamach, który ukazał właśnie tę naszą bylejakość i nad tym, sądzę, należałoby się pochylić. Z tragicznego wydarzenia zrobiono pałę, którą bije sie przeciwników politycznych, a to wszystko z rekwizytami kabaretowymi - wybuchającymi gaśnicami i sztuczną mgłą. Ponadto zrobiono z tego sobie biznes - były książki i filmy, były gazety. Część sprytnych dziennikarzy zbudowała na Smoleńsku imperia medialne - jeśli w "Gazecie Polskiej" nie było newsa o Smoleńsku, to gazeta się nie sprzedawała. To się po czterech latach zużyło i teraz mamy kolejne przedstawienie pod hasłem "sfałszowane wybory". Ja się cały czas zastanawiam, czy oni w to wierzą, czy po prostu cynicznie wykorzystują, bo wiedzą, że - jak powiedział swego czasu Jacek Kurski - ciemny lud to kupi.

Teorie spiskowe padają na pożywną glebę.

O tak, ale tu znowu wychodzi ta nasza bylejakość - wizyty prezydenta zorganizować nie umiemy, przeprowadzić sprawnie wyborów także. Jak człowiek poszedł w deszczowy dzień do wyborów, to chciał mieć świadomość, że jego głos nie został zmarnowany. A tu po tygodniu od wyborów wciąż był chaos, będący bardzo dobrą pożywką dla nowych paranoi. Oczywiste jest, że doszło do zaniedbań, ale to nie znaczy, że wybory zostały sfałszowane. PiS zdaje się myśleć tak: Nie wgraliśmy? Niemożliwe! Wybory musiały zostać sfałszowane! To nieco taka czarodziejska działalność polegająca na zaklinaniu rzeczywistości - jak tupniemy nogą 13 grudnia i powiemy, że wygraliśmy te wybory, to tak będzie. Niestety marzenia nie zawsze się spełniają.

Polityków nie darzy Pan estymą, ale dostaje się też dziennikarzom, choćby w felietonie "Prosimy o niezadawanie pytań".

To satyryczny tekst, w którym faktycznie dziennikarze odgrywają rolę milczącego zbiorowiska, ale chodziło tu raczej o to, że wy tych oświadczeń i przemówień rządzących słuchacie z poczuciem nudy i rezygnacji. U nas intensywność, z jaką organizuje się te konferencje prasowe, zahacza o humoreskę. Po co? Jeśli nie ma się nic do powiedzenia?

Rolę dziennikarzy trochę Pan przejmuje swoją publicystyką, także tą muzyczną.

Staż felietonisty mam duży, ale ustawiam się w felietonach jako czujny obserwator naszych polskich paranoi, grzeszków i z tego staram się tkać felietony. W rolę kaznodziei się nie wcielam. Ta nasza garbata wolność jest czasem zabawna, czasem śmieszna, jak pisał Tadeusz Konwicki, tragizm chodzi o u nas pod rękę z błazenadą. Ja ten nadęty balon polskiego sztywniactwa i powagi, który objawia się zwłaszcza podczas wszelkich akademii i uroczystości ku czci, staram się nakłuwać moimi felietonami i piosenkami. Choć teraz i tak traktujemy siebie mniej poważnie niż 20 lat temu - może dlatego, że więcej podróżujemy, zobaczyliśmy, jak wygląda świat, i kompleksów mamy mniej. Gdy widzisz, jak żyją inni, to spuszczasz z tonu. Jak swój psi obowiązek traktuję naśmiewanie się z naszych przywar, tak widzę swoją rolę w kosmosie. Dla mnie to też patriotyzm - jestem Polakiem i w ten sposób dbam o swoją Polskę.

Dystans dystansem, ale właśnie byliśmy świadkami najnowszej odsłony polskiej obsesji na własnym punkcie i braku poczucia humoru, co pokazały histeryczne reakcja na czeską reklamę.

Ta reklama jest właściwie średnio śmieszna, ale to na pewno nie powód do oburzenia i słania not dyplomatycznych. Mamy taką potrzebę chronienia honoru Polski i wietrzenia wszędzie afer, czemu towarzyszy łatwość ustawiania się w roli ofiary, kiedy znowu ktoś tę biedną Polskę szkaluje. A przecież sami mamy grzeszki na sumieniu - nabijamy się z Niemców, Czechów, że śmiesznie mówią, były niesmaczne żarty z Ukrainek.... Tak samo, jak Anglicy śmieją się ze Szkotów, a Amerykanie z Australijczyków. To ciekawe, ze zwłaszcza sąsiedzi bywają dla siebie okrutni.

Opisuje Pan rzeczywistość, a co z działaniem pozatekstowym i pozamuzycznym? Nie kusi Pana, żeby pójść w ślady Pawła Kukiza?

Nie mam temperamentu działacza (śmiech). W stanie wojennym byłem nim z przymusu, bo chciałem robić różne rzeczy, a system mi na to nie pozwalał. A jak się młodym ludziom czegoś zabrania, to wiadomo, że będą z tym walczyć. Miałem więc epokę kamienia rzucanego i działalności podziemnej, później była Pomarańczowa Alternatywa i Ruch Wolność i Pokój. Mnie system komunistyczny dusił więc walka z nim wynikała z naturalnej potrzeby wolności. W PRL byłem działaczem z musu - można było albo uciekać, albo walczyć.
Podziwiam Kukiza, że miał energię, by się czynnie zaangażować w politykę - widocznie u niego ten temperament działacza jest duży. Mnie się wydaje, że polityka to strasznie nudne zajęcie, wolę być artystą niż prezydentem. Nie chciałbym być ani posłem, ani radnym ani nawet sołtysem. Miałem różne propozycje, ale nigdy nie myślałem, by w ten sposób zdyskontować swoją popularność. Myślę zresztą, że w moim wypadku byłaby to komedia - ja się znam na robieniu show, tak jak szewc wie, jak się robi buty. Jestem więc rzemieślnikiem sceny, a nie kimś, kto pcha się do władzy.


Nową płytą, która ukaże się w przyszłym roku, wracacie do korzeni, co pokazuje dostępny juz utwór "Lato w Afganistanie".

Fakt, popełniłem dużo politycznych piosenek - był i reportaż "Berlin Zachodni", i "Nie wierzcie elektrykom" czy "Moherowe Berety". Na nowej płycie obok antywojennego songu "Lato w Afganistanie" znajdzie się także utwór "Zegarek Putina". Jako zespół mamy potrzebę komentowania rzeczywistości, ale zdarza się nam pisać także rzeczy czysto rozrywkowe.

Zaangażowanie jest charakterystyczne dla Pańskiego pokolenia.

Czuję się członkiem tego nurtu rocka publicystycznego i czuję duchową wspólnotę zespołami takimi jak Kult, T.Love, Dezerter, Pidżama Porno czy z kolegą Maleńczukiem...Ten nurt publicystyki rockowej jest bardzo ważny - prawdziwy rock jest polityczny, przecież tacy rebelianci muzyczni jak Jimmy Hendrix czy John Lennon byli bardzo zaangażowani. Dla nas las lata 80. to bardzo ważny okres, stan wojenny to ważna data w naszych życiorysach, większość z nas brała udział w manifestacjach i nie raz dostała pałą po grzbiecie. Piosenki czysto rozrywkowe też są, jasne, nie samą polityką człowiek oddycha, ale są pewne tematy, które po prostu trzeba wyrzygać. Nawet, jeśli to dotyczy nabijania się z takich zjawisk jak gwiazdy Internetu - to też jest to opisywanie świata w którym żyjemy, komentarz do rzeczywistości, najgorsze jest śpiewanie o niczym. Słuchając polskiego rocka

Stacje radiowe niezbyt chętnie grają protest songi.

Niestety. Teraz to nie jest modny nurt, na topie są piosenki o dylematach miłosnych, a my jesteśmy starszymi panami po 50., dinozaurami tego nurtu. Ale co robić, jak czasem dzieje się tak, że żal dupę ściska i po prostu trzeba skomentować jakąś paranoję muzycznie.

A nie ma Pan wrażenia, że teraz istotniejsze od komentowania rzeczywistości stało się pozowanie na ściankach i promocje butów/zegarków/ciuchów/klinik dentystycznych?

Nie biadolę, nie załamuję rąk. Jest wielu wartościowych artystów - jest publicystyczny nurt w hip hopie, jest Maria Peszek czy Tymon Tymański, którzy wadzą się z Polską a także ostro i celnie komentują rzeczywistość. To zależy i od temperamentu artysty, i od osobistego wyboru - gdyby wszyscy śpiewali jak Maleńczuk czy Big Cyc, mielibyśmy portal z newsami zamiast rynku muzycznego. Rozumiem też wokalistki popowe, które w wieku 19 lat śpiewają o złamanym sercu i nieudanej randce. Bo o czym ma śpiewać 19-latka?! Nie mam pretensji, że ktoś wydaje banalne płyty - ma do tego prawo, tak samo jak śpiewać nijakie piosenki. Jest demokracja. A że chodzą na bankiety? W końcu o taką Polskę walczyliśmy (śmiech).



Wywiad dla internetowego magazynu muzycznego PIMM. Marzec 2014.

1. Kiedy zakochałeś się w muzyce?

Moja przygoda z muzyką zaczęła się gdy pewnego razu ojciec przywiózł mi z rejsu magnetofon kasetowy. Miałem wówczas chyba z 10 lat. Ojciec był oficerem floty handlowej i jako marynarz często wypływał w dalekie rejsy statkiem. Pamiętam, że na początku swej morskiej odysei, ojciec pływał jeszcze na parowcach. Serio! Parowiec "Dąbrowski" kursował między Gdynią, a Londynem jeszcze do końca lat 60. a potem poszedł na złom, czyli jak to się w gwarze marynarskiej mówiło "na żyletki". Magnetofon był marki Sony i był to jak na tamte czasy absolutny szczyt techniki. Po prostu totalny szpan, bo większość kolegów to miała sprzęt marki Grundig lub polskie kaseciaki na licencji Thompsona.
W tamtych czasach kaseta magnetofonowa była obok płyt winylowych głównym nośnikiem dźwięku. To był taki "środkowy Gierek" czyli połowa lat 70. W sklepach muzycznych na kasetach tylko muzyka ludowa, rosyjskie chóry i Jerzy Połomski czy Maryla Rodowicz. Był też dobry polski jazz czyli Seifert, Kosz, Namysłowski, Komeda, później także Urbaniak, Śmietana, Muniak, Olejniczak, ale tego to ja jeszcze nie rozumiałem. Ciężko było o czyste kasety. No więc kupowało się kasety z chórem Aleksandrowa i na te kasety nagrywało np. Slade, Suzie Quatro czy tego pedofila Gary Glittera. Oczywiście nikt nie miał wówczas pojęcia, że Gary ma takie upodobania! Muzyka rockowa to była w czasach Gierka rzadkość. Promowano wówczas estradowe badziewie wyprane z rockowych brzmień. Taki Niemen czy Nalepa to były wyjątki na tle powszechnego plastiku. Pamiętam, że miałem na kasecie pierwszą płytę Budki Suflera i chyba Breakout Nalepy. Ojciec miał adapter i przywoził winyle np. Santany, Hendrixa czy Bad Company. Później w domu pojawił się wypasiony magnetofon szpulowy tym razem marki Sanyo. Tam była kolekcja The Beatles i kapel w stylu Bay City Rollers. W domu często leciały też hippisowskie piosenki Joan Baez czy słynnego duetu Simon- Grafunkel.
Przegrywając muzykę popową i rockową na kasety z radzieckimi chórami nie miałem wyrobionych gustów muzycznych, bo ciężko je mieć w wieku 11-12 lat. Przegrywałem to co mieli koledzy, czasem coś z radia i to "czego się słuchało" w gronie takich szczyli jak ja. Kompletnie odleciałem gdy mój kumpel Maciek Kosycarz załatwił nam od swego taty (jego ojciec Zbigniew Kosycarz był znanym fotoreporterem na Wybrzeżu) bilety na festiwal w Sopocie. To był jakiś koncert po za głównym nurtem festiwalu, dodatkowy, nie transmitowany przez telewizję. Taka estradowa składanka. Mieliśmy po 14 lat i pierwszy raz byliśmy na koncercie. Był rok 1978. W PRL-u nie było tak wielu koncertów i imprez jak teraz. Zestaw i dobór wykonawców był kosmiczny. W pierwszej części wystąpił Andrzej Rosiewicz, a w drugiej SBB z jazzowym trębaczem Andrzejem Przybielskim. SBB dało tak odlotowy koncert, że wbiło mnie w ławkę. Pamiętam długie, zakręcone solówki Skrzeka, Apostolisa i Piotrowskiego. Sporo improwizowali, grali tak lekko i swobodnie, zachowywali się bez pozerstwa i gwiazdorstwa. Przybielski idealnie zgrał się z SBB i dosłownie malował dźwięki. To była muzyka rewolucyjna, niezależna, eksperymentalna. Wielu jej nie rozumiało. To chyba był ten moment gdy pokochałem muzykę i zacząłem bardziej świadomie jej słuchać.


2. Wymień kilka najważniejszych płyt, które najbardziej na Ciebie wpłynęły.

Za komuny płyty były niesłychanie trudno dostępne. Płyty zachodnie w ogóle nie były obecne na rynku. W miarę normalny rynek muzyczny pojawił się w Polsce dopiero po 1989. Można było jedynie przegrać płytę z radia. Trójka robiła takie audycje - specjalnie dla tych którzy przegrywali. Bądź zdobyć z zagranicy dzięki rodzinie czy znajomym. Ja miałem to szczęście, że ojciec często wyjeżdżał w rejsy. Robiłem mu spis płyt które ma kupić. Prawdziwymi skarbami były przywiezione przez niego płyty Dylana, Deep Purple, Genesis, Black Sabbath, Led Zeppelin, The Doors, King Crimson, Free, Emerson Like and Palmer, The Who, Uriah Heep, T.Rex czy Pink Floyd. To były skarby większe niż te w Narodowym Banku Polskim. Pamiętam taką koncertówkę Deep Purple "Made in Japan", którą słuchałem na okrągło. Także pierwsze trzy płyty Led Zeppelin czy pierwszego Dylana. Z późniejszych rzeczy to wielkie wrażenie zrobiła na mnie płyta The Police "Regatta de Blanc". Z czasem zaczął mnie fascynować jazz. Dzięki muzyce Miles'a Davies'a trafiłem na...polskich jazzmenów choćby z Extra Ball. Słuchałem też kapel w stylu Sex Pistols, Ramones, Exploited, czy Sham 69, a także punkowego undergroundu np. grupy Kryzys czy Dezertera. Podobało mi się to strasznie, bo to było mocno antysystemowe. Z innych polskich rzeczy to robiły na mnie wrażenie płyty młodego Maanamu i "Helicopters" Porter Band . Tak więc rozrzut niesamowity od klasyki rocka, przez jazz po punk rock.

3. Twój ulubiony film / książka?

Jako dzieciak czytałem oczywiście książki przygodowe czyli historie o kowbojach, Indianach i piratach. Przeczytałem wszystko Karola Maya i Edmunda Niziurskiego. Zachwycałem się także Nienackim i jego "Panem Samochodzikiem". Później czytałem sporo historycznych książek o XVI wiecznych piratach, a moim wielkim bohaterem był Francis Drake. Już jednak pod koniec podstawówki przerzuciłem się na poważniejszą literaturę (opowiadania Marka Hłaski). Szczególnie podniecały mnie książki zakazane. Sporo czytałem Gombrowicza (jego "Dzienniki", Ferdydyrke i "TransAtlantyk " uważam za najwybitniejsze polskie książki). Gombrowicz nie był wówczas lekturą w szkołach, a za PRL-u nie wydawano w Polsce jego książek. Uznany był za renegata i istniał na niego (podobnie jak na Miłosza, Herlinga Grudzińskiego i wielu innych) zapis cenzury. "Ferdydurke" dziś niemiłosiernie katowane na lekcjach polskiego, ja przeczytałem w podziemnym wydaniu pod ławką w szkole i z wypiekami na twarzy. Z czasem moimi ulubionymi autorami stali sie wszyscy kaskaderzy literatury tacy jak Edward Stachura, Kazik Ratoń, Rafał Wojaczek, Andrzej Bursa. Jak wszyscy buntownicy podniecałem się wierszami Baudleaira ("Kwiaty zła") czy Artura Rimbauda. Uwielbiałem dekadentów, symbolistów, katastrofistów i oczywiście poetów z kręgów futuryzmu czy dadaizmu. Ciekawi wydali mi się polscy, rewolucyjni autorzy tacy jak Brono Jasiński i Jerzy Jankowski oraz moi koledzy z grupy metafizycznej Totart (Konnak, Brzóska, Sajnóg).
Te młodzieńcze fascynacje uległy z czasem lekturom o wiele dojrzalszym. Sporo czytałem literatury łagrowej (Szałamow, Sołżenicyn, Władimow, Czapski, Grudziński). Fascynowali mnie satyrycy i prześmiewcy tej klasy co Mrożek, Hrabal, Topor czy Wojnowicz. Sporo czytałem klasyków anarchizmu (Kropotkin, Abramowski) oraz literatury pacyfistycznej (Hans Hellmut Kirst, Jaroslav Hasek, Izaak Babel). Lubiłem też ćpunów i narkomanów takich Ken Kesey ("Lot nad kukułczym gniazdem"), Irvine Welsh ("Ślepy tor"). Za najważniejsze książki w mojej wędrówce przez literaturę uważam "Mistrza i Małgorzatę" Bułhakowa, "Szewcy" Witkacego, "Proces" Kafki, "Biesy" Dostojewskiego, "Burzę" Szekspira, "Moskwę Pietuszki" Jerofiejewa, "Norę" Ibsena, "Kęs życia" Nobokova i "Dzienniki" Gombrowicza. Istotni byli też autorzy amerykańscy, a szczególnie Kurt Vonnegut, Charles Bukowski, Henry Miller, Chuck Palahniuk, Paul Auster. Ostatnio czytam takich autorów jak Sam Sandberg, Jonathan Littell, J.M. Coetzee. Edgar Keret. Czasem (na wakacjach) sięgam po kryminały Mankella czy Nesbo. Lubię też poczytać polskich autorów z mojego pokolenia, a szczególnie poezje kolegów Świetlickiego, Podsiadły, książki Stasiuka, Gretkowskiej, Szczygła, Ziemkiewicza czy nieco starszego Pawła Huelle. Sporo czytam także książek historycznych (obszar tematów z czasów II wojny światowej) oraz reportaży (Jagielski, Hugo Bader).
Co do filmów to wiele jest takich które uważam za arcydzieła. Na pewno "Dyktator" Chaplina, "Rzym" Federico Felliniego, "Dzikość serca" Lyncha, "Powiększenie" M. Antonioniego, "Ziemia obiecana" Andrzeja Wajdy, "Pulp fiction" Tarantino, "Gorączka" Michaela Manna, "Bal" Ettore Scoli, "Matnia" Romana Polańskiego (ten film swego czasu znałem niemalże na pamięć). Do swojego subiektywnego rankingu arcydzieł kina zaliczam też "Manhattan" Woody Allena, "Ładunek 200" Balabanova, "Zezowate szczęście" Munka, i "Tańcząc w ciemnościach" Larsa von Triera.
Fascynował mnie kiedyś ekspresjonizm niemiecki z lat 20-30 (filmy Fritza Langa), stare filmy Hitchcocka i westerny na podstawie książek Elmore Leonarda. Lubię klasyki Monthy Pytona oraz stare komedie Barei. Ze współczesnych produkcji podobał mi się "Dom zły" Smarzowskiego i "Obława" Krzyształowicza. Kino (poza nielicznymi wyjątkami) niestety nie dostarcza mi dziś prawie żadnej strawy duchowej. To poletko opanowane przez tandetne filmy gangsterskie i głupkowate komedyjki romantyczne. Strach chodzić do kina, nawet na filmy w których grają świetni aktorzy (serię strasznych wpadek miał ostatnio Robert De Niro, wszystko w czym grał to gnioty), bo to na ogół niestety stracony czas. Te filmy albo kłamią, albo są o niczym.


4. Jak wspominasz początki Big Cyca z perspektywy lat spędzonych na scenie? Opowiedz o Waszym pierwszym koncercie. Powstało na ten temat wiele legend a jak ty to pamiętasz?

Wymyśliłem, że pierwszy koncert zespołu, musi odbyć się z wielkim hukiem. Ponieważ nazwa Big Cyc rodziła samorzutnie różne, wesołe interpretacje, wpadłem na pomysł, aby to było coś związanego z damskim biustem. Władza w tamtym czasie odblokowała nieco tematykę erotyczną. Cenzura polityczna obowiązywała nadal, ale cenzura obyczajowa już mniej. Szukano tematów zastępczych i takim tematem stali się naturyści. Dużo pisano o ich zlotach w Chałupach na Półwyspie Helskim, prasa drukowała zdjęcia gołych bab (tygodnik Razem), a na rynku pojawił się nawet pierwszy w PRL-u miesięcznik dla facetów „Pan”, który górnolotnie był nazywany „polskim Playboyem”.
W szkole plastycznej, udało mi się nielegalnie wydrukować zaproszenia, które w możliwie akademicki sposób inwitowały na „Uroczystą Akademię z Okazji 75 rocznicy Wynalezienia Damskiego Biustonosza”. W programie akademii, głównym punktem był „Turniej Biustów”. Scenariusz imprezy przewidywał też „odsłonięcie pomnika twórcy biustonosza” oraz (dopiero na końcu) koncert „zespołu Big Cyc”.
Wszystkie te, atrakcyjne hasła, miały być rodzajem pułapki w którą wciągniemy zainteresowanych. Pomysł z rocznicą „wynalezienia biustonosza” oraz z odsłonięciem pomnika twórcy biustonosza był czystym happeningiem i nie miał nic wspólnego z prawdziwym twórcą biustonosza, amerykańskim krawcem Henrym Lesherem. Za pomnik posłużyło gipsowe popiersie naszego kumpla, zrobione przez jednego z zaprzyjaźnionych plastyków. Odsłoniłem je, tuż przed koncertem Big Cyca, twierdząc, że jest to „słynny wiedeński krawiec Johannes Fabish”, który w swej pracowni skrócił jedwabny gorset tworząc pierwszy w historii biustonosz. Były to wszystko kompletne bujdy.
Magnesem, który tego dnia przyciągnął tłumy widzów i dziennikarzy do klubu Balbina, nie był ani koncert Big Cyca (nikomu wówczas nie znanej formacji), ani pomnik twórcy biustonosza, tylko anonsowany na zaproszeniach „Turniej biustów”. Prawdę mówiąc, liczyliśmy po cichu na małe zamieszanie, ale nie na totalną histerię, która się wokół tej imprezy zrobiła.
Krytycznego dnia, w dniu pierwszego koncertu zespołu Big Cyc, do małego klubu studenckiego przy II Domu Studenta w Łodzi przy ulicy Lumumby 18/20 zawitało czterdziestu siedmiu dziennikarzy prasy lokalnej i ogólnokrajowej (rekord w historii zespołu nie pobity do dziś) , w tym dwie reporterki radiowej Trójki – Monika Olejnik i Beata Michniewicz, ekipa telewizyjna niezwykle popularnego wówczas magazynu „Telekspress”, jak również dziennikarze tygodnika ITD w osobach Piotra Tomczaka i Piotra Gadzinowskiego (późniejszego posła SLD). W oczy rzucała się szczególnie ekipa z miesięcznika „Pan”, która wyposzczona damskich widoków i obłożona ciężkim sprzętem fotograficznym, czujnie polowała oblizując wargi, na rozpoczęcie imprezy. Dokładna ilość dziennikarzy przybyłych na imprezę jest nam znana, bo kierownik klubu Balbina, Piotrek Wesołowski stemplował im wszystkim tzw. delegacje czyli wbijał pieczątki do dokumentów potwierdzających służbowy wyjazd. W ówczesnych firmach, taka forma upoważniała do „zwrotów kosztów podróży”.
Już na początku koncertu poinformowaliśmy, że żadnych biustów nie będzie , a jedyny biust jaki możemy pokazać to biust naszego owłosionego basisty. Gdy Big Cyc przystąpił do akcji i poleciały pierwsze dźwięki „Babci klozetowej” i „Kapitana Żbika”, a także takich utworów jak „Orgazm” czy „Aktywiści”, dziennikarze dali dyla. Szczególnie szybko uciekali dziennikarze z pisma hobbystycznego „Pan”. Została tylko Monika Olejnik z Beatą Michniewicz i dziennikarze ITD. W Trójce następnego dnia, ukazał się reportaż z happeningu, a w ITD po tygodniu spory materiał. Dziennikarz prowadzący w Trójce audycje, skomentował całe zajście tak: „amerykańska reklama i polski zespół podali sobie ręce”. Beata Michniewicz wyznała mi niedawno, że pamiętają ten nasz koncert z Moniką do dziś. W „Teleekspresie” rzucono migawkę z koncertu i informację, że mimo gorących apeli prowadzącego imprezę, nikt się nie rozebrał.
Tymczasem najciekawiej o koncercie napisano w ITD. Tam jakby nieco się domyślili, że cała ta historia z koncertem, miała jakieś głębsze intencje. W prosty sposób (na wiele lat przed powstanie plotkarskich portali) udało się w formie muzycznego happeningu, obnażyć tandetę mediów i pokazać miałkość wielu przedstawicieli „czwartej władzy”. Udowodniliśmy tym koncertem, że wydarzenie kulturalne, premiera teatralna, koncert zespołu, te rzeczy w minimalnym nawet stopniu, nie są interesujące dla mediów. Tymczasem, gdy obieca się im skandal w postaci „Turnieju Biustów” można liczyć, na niezawodne zainteresowanie. Ważny jest też pewien kontekst historyczny, otóż dziś, takie wydarzenie jak „Turniej Biustów” nie elektryzuje już tak bardzo mediów, ani opinii publicznej, w czasach PRL to było coś, co jednak bardzo szokowało i wzbudzało zainteresowanie.
Ten pierwszy koncert w Balbinie, przeszedł do historii jako wielki skandal. O Big Cycu zrobiło się głośno i szybko podbiliśmy serca studenckiej publiczności, najpierw staliśmy się atrakcją małych klubów studenckich, a potem także dzięki temu, że nasze nagrania takie jak „Kapitan Żbik” , „Berlin Zachodni” i „Piosenka góralska” zdobyły pierwsze miejsca na radiowych listach przebojów, staliśmy się popularni w całej Polsce. Później ukazała się nasza pierwsza płyta ("Z partyjnym pozdrowieniem" 1990), która sprzedała sie w nakładzie miliona egzemplarzy i tak zasililiśmy szeregi twórców polskiego rocka.


5. Najbardziej zwariowany koncert w jakim brałeś udział?

Na początku lat 90 zagraliśmy niesamowita trasę po Niemczech i Austrii. To były na prawdę ekstremalne przeżycia, bo graliśmy w ekscentrycznych, punkowych klubach (czasem miejscach absolutnie nielegalnych jak np. squaty w Hamburgu czy kluby anarchistyczne w Berlinie). Po jednym z koncertów doszło do bójki ze skinami, po innym do awantury z feministkami. Mnie zatrzymano na granicy niemiecko austriackiej bo miałem przy sobie gram marihuany. Kazano mi się rozebrać do naga i tak byłem przesłuchiwany. Podczas tej trasy podróżowaliśmy pomalowanym w fantazyjne kolory busem. Jeździli z nami koledzy z niemieckiej grupy Memento Mori. Raz trafiliśmy przez przypadek na zebranie jakiejś mrocznej sekty i musieliśmy ratować się ucieczką. Zdarzało nam się spać na strychu ze szczurami lub na scenie klubu po koncercie.
W Polsce z takich mocnych wrażeń to graliśmy kiedyś na dachu wieżowca w Łodzi i kilka koncertów w ciężkich więzieniach jak np. zakład karny w Wołowie, Stargardzie Szczecińskim czy areszt śledczy w Siedlcach. Od strony artystycznej to niewątpliwie ciekawy był koncert Big Cyca na lotnisku pod Olsztynem w ramach Inwazji Mocy RMF FM (rok 2000). Zagraliśmy razem z brytyjskim zespołem Chumbawamba. Na ten koncert przyszło ponad trzysta tysięcy osób. Ciekawy był też nasz urodzinowy koncert na Przystanku Woodstock w zeszłym roku, który obejrzało ponad czterysta tysięcy widzów.


6. Wolisz być w studio czy na scenie?

Moim zdecydowanym żywiołem jest scena. To tu czuje się największe emocje. Uwielbiam wielkie koncerty przy ładnej pogodzie, ale nawet jak jest deszcz to dajemy radę. Mieliśmy taki koncert z grupą Scorpions we Wrocławiu gdzie deszcz i zimno nikomu nie przeszkadzało, a publiczność szalała. Dobrze czuję się także podczas telewizyjnych imprez na żywo. Praca w studio to inna bajka. To po prostu żmudna dłubanka, którą jednak trzeba solidnie wykonać.

7. Jakie nasz muzyczne marzenie, które chciał byś zrealizować w najbliższym czasie?

Marzę aby dokończyć płytę "Piosenki Zembate". To wymyślony przeze mnie ciekawy artystyczny projekt z udziałem wielu znanych wokalistów takich jak np. Marek Piekarczyk, Andrzej "Kobra" Kraiński z Kobranocki, Jarek Janiszewski z Bielizny, Dżej Dżej z Big Cyca, czy znany aktor Piotrek Gąsowski, który w tym przedsięwzięciu debiutuje jako wokalista rockowy. Jako miłośnik czarnego humoru w stylu Rolanda Topora zawsze byłem wielkim fanem szyderczej twórczości Macieja Zembatego. Nie żyjący od trzech lat Zembaty jest dziś zupełnie zapomniany, a jego piosenki z lat 70 czy 80 nadal zachowują niesamowitą świeżość. Uznałem, że taka dawka ironii, humoru i filozofii życiowej jaką reprezentował Zembaty, bardzo nam się dziś w tej dusznej i dyszącej nienawiścią Polsce przyda. Wspólnie z różnymi muzykami, na czele z gitarzystą Markiem Szajdą z Big Cyca postanowiliśmy nagrać piosenki Zembatego w nowych, zaskakujących wersjach. Sporo tam elektroniki, trochę rocka, dużo kpiny. Na razie przy wsparciu finansowym Narodowego Centrum Kultury (bo Zembaty to kawał polskiej kultury estradowej i dawny bard undergroundu) nagraliśmy sześć piosenek. Kolejne będą nagrywane niebawem. Ukazał się już maxisingel z częścią tego materiału, ale chciałbym premierę całości zrobić w Halloween tego roku. Mam nadzieję przekonać do tego projektu kilku jeszcze kolegów. Swój akces zgłosił już m.in. Tymon Tymański.

8. Wróćmy jeszcze do literatury, planujesz napisanie kolejnej książki?

W tym roku ukażą się moje dwie książki. Jedna ma charakter historyczno wspomnieniowy. Po tym jak w 2010 roku ukazała się książka "Artyści wariaci i anarchiści" napisana wspólnie z Pawłem Konnakiem i Jarkiem Janiszewskim uznałem, że warto coś jeszcze napisać o latach 80. Książka "Artyści, wariaci, anarchiści" opisująca działania ze sfery kultury i polityki alternatywnej w czasach PRL-u w miała świetne recenzje i dziś jest "białym krukiem" nie do zdobycia. Ponieważ wiedza na te tematy jest nadal znikoma, postanowiłem nieco szerzej opisać happeningi jakie organizowaliśmy w czasach PRL-u. Książka będzie się nazywała "Komisariat naszym domem. Pomarańczowa historia" i będzie to wyczerpujące studium wiedzy na temat nielegalnych happeningów w okresie komunizmu. Książkę napisałem już rok temu, ale długo szukałem zdjęć i dokumentów dotyczących tych barwnych wydarzeń. Premiera jest zapowiadana na czerwiec. Pod koniec roku planuję natomiast wydać drugi cykl swoich satyrycznych opowiadań pod tytułem "Kobiety są naiwne". Poprzedni tom "Opowiadania podwodne" ukazał się cztery lata temu i przez ten czas napisałem wiele nowych rzeczy, które mam nadzieje sprawią wielką frajdę wszystkim miłośnikom stylu Skiby.

9. Czego Ci życzyć?

Drugiej wątroby, jasności umysłu i energii do działań. Wszystko tak szybko przemija. Warto być dobrym człowiekiem i pozostawić bliźnim po sobie choć trochę dobrej poświaty, a nie tylko błoto, żółć i złe emocje. Tego się w życiu trzymam i tego możesz mi życzyć.