Wywiad ukazał się w internetowym wydaniu Dziennika Bałtyckiego.
Do siatki mam wyjątkowy sentyment.


- W poprzednim sezonie dwóch naszych graczy - Mateusz Mika i Piotr Gacek - wystąpiło w teledysku Big Cyca do piosenki "Jesteśmy najlepsi". Powinniśmy Ci chyba podziękować, bo piosenka okazała się prorocza - po niej wygraliśmy Puchar Polski i doszliśmy do finału Plus Ligi!

Gratulacje! To Wasz zasłużony sukces! To także kolejny dowód na to, że muzyka (a szerzej sztuka) potrafi uskrzydlać i dawać nam wszystkim pozytywnego "kopa" do działania. Nieskromnie dodam, że w tym klipie obok Mateusza i Piotra wystąpiła cała elita polskich sportowców, w tym także Adam Korol mistrz świata w wioślarstwie, który kilka miesięcy po zagraniu w naszym teledysku został...ministrem sportu. To dopiero katapulta! Grasz w clipie kapeli rockowej, a potem już tylko możesz zwyciężać, albo awansować...

- Jak wspominasz spotkanie z "Mikusiem" i "Gato"?

To mistrzowie i zawodowcy nie tylko pod siatką, ale także bardzo sprawni aktorzy. Byli tak wysocy, że ledwie mieścili nam się na planie filmu. Dzięki zastosowaniu trików technicznych zmniejszyliśmy ich o metr dzięki czemu kamera mogła pokazać nie tylko ich nogi. A tak na serio to bardzo sympatyczne chłopaki i z poczuciem humoru. W trakcie kręcenia clipa opowiadali trochę o swych ciężkich treningach i wyjazdach po całym świecie.

- Dzięki temu, że w zeszłym sezonie zrealizowaliśmy motto z Waszej piosenki, w tym możemy występować wśród najlepszych drużyn Europy, w elitarnej Lidze Mistrzów. Liga Mistrzów - to brzmi nieźle, prawda?

Nie jestem specjalistą od siatkówki, ale każdy, nawet średnio zorientowany kibic wie, że Liga Mistrzów to jest coś takiego jak Leonardo da Vinci w malarstwie, jak Amadeus Mozart w muzyce, William Szekspir w literaturze czy Emmanuel Kant w filozofii. To jest po prostu liga najlepszych. Swoją drogą siatkówka to taka dyscyplina którą można śmiało namalować, nagrać o niej piosenkę, napisać poemat, a nawet stworzyć traktat filozoficzny pod tytułem: "Życie duchowe, a asy serwisowe".

- Gramy w ERGO ARENIE, jednej z najpiękniejszych hal w Polsce. Miałeś okazje bywać w tym obiekcie, ba, nawet wystąpiłeś na boisku choćby w benefisie Artura Siódmiaka. To hala stworzona do wielkich widowisk, również sportowych, nie sądzisz?

To rzeczywiście wyjątkowy obiekt. Nadający się na imprezy sportowe, muzyczne, teatralne...Byłem tu wiele razy i to nie tylko na tak wyjątkowych imprezach jak benefis Artura Siódmiaka, ale także na niezapomnianych koncertach legend rocka np. Rammstein, Ozzy Osbourna czy Iron Maiden.

- Przyznajesz, że nie jesteś wielkim, siatkarskim ekspertem i raczej nie gościsz na siatkarskich wydarzeniach. Ale chyba na mecz Ligi Mistrzów dasz się namówić? Jeśli tak, to co powiedziałbyś innym mieszkańcom Trójmiasta, którzy dotąd nie gościli na naszych spotkaniach?

Do siaty mam wyjątkowy sentyment. Mój nieżyjący już ojciec Franciszek Skiba grał całkiem nieźle w siatkówkę. Był w latach 60. zawodnikiem w studenckiej drużynie i to właśnie na meczu siatkówki wypatrzyła go moja mama. Zwróciła na niego uwagę bo nieźle serwował. Serwował tak dobrze, że wkrótce ja się urodziłem. Na mecze Ligii Mistrzów wpadnę więc z wielką przyjemnością, a wszystkich mieszkańców Trójmiasta namawiam aby oderwali się od nudnych seriali telewizyjnych i ruszyli do Ergo Areny zobaczyć coś na prawdę ekscytującego!
Październik 2015.





Z Krzysztofem Skibą rozmawia Dariusz Rekosz (wrzesień 2015)

Stadion, który bardzo chciałbyś zobaczyć na żywo, a na którym jeszcze nie byłeś, to...

O! Dobre pytanie...

Widziałeś już wszystkie?

Nie. Oczywiście, że nie. Było ich kilka, ale... Muszę bez wazeliny przyznać, że nowoczesne, polskie stadiony – Narodowy, PGE Arena i wrocławski – podobają mi się szalenie.

A taki, którego jeszcze nie widziałeś?

To chyba Santiago Bernabeu w Madrycie.

Przez wzgląd na klub, który jest jego gospodarzem?

Też. Przede wszystkim dlatego, że wiele dobrego o nim słyszałem, oglądałem zdjęcia. A klub i stadion są legendarne. O Realu Madryt zawsze się mówiło i mówi nadal. Dlatego chciałbym kiedyś poczuć gęsią skórkę właśnie na Bernabeu.

Jesteś znany z tego, że potrafisz (i potrafiłeś) zorganizować i poprowadzić niejeden happening. Najlepszym przykładem były działania w ramach Pomarańczowej Alternatywy. Czy kibic piłkarski też może zorganizować happening?

Tak. I bardzo często tak się dzieje. Na przykład, na trybunach zjawiają się tak zwani streakerzy...

Wyjaśniamy za Wikipedią: Streaking – happening polegający na wbiegnięciu nago na imprezę masową, najczęściej sportową, by zwrócić na siebie uwagę widzów, i jak najdłuższym uciekaniu przed ochroną i policją. Niekiedy streakerzy wypisują na swoim ciele różne hasła. Streaking jest nielegalny, osoby uprawiające ten rodzaj aktywności są pociągane do odpowiedzialności karnej.

Zgadza się. Wbiegają nago i są gonieni przez ochroniarzy. A już genialnym przykładem happeningu było zachowanie polskiego kibica podczas meczu... który się nie odbył, na „basenie narodowym”.

Czemu to miało służyć?

Happening, to nie tylko wygłup. To działanie, które ma zwrócić uwagę na jakiś problem, zaintrygować, pobudzić do myślenia. Jest niesamowicie celną satyrą. Oczywiście tylko wtedy, gdy inteligentni ludzie potrafią ją odebrać. W przypadku „pływania” po Stadionie Narodowym chodziło również o zaskoczenie kompletnie wszystkich i wysłanie konkretnego sygnału, który można podsumować jednym zdaniem: „organizatorze, ośmieszyłeś się”.

Ośmieszyłeś?

Oczywiście. Jak można było nie zamknąć dachu i uważać, że przy takiej ulewie da się rozegrać międzypaństwowe spotkanie? Absurd! W końcu to jedyny polski stadion, który posiada taki dach, więc dalsza część wyjaśnienia nasuwa się sama... Kompromitacja!

A „pływak”? Przecież otrzymał dwuletni zakaz wstępu na imprezy stadionowe, w zawieszeniu na rok...

To głupie, że sąd wymierzył mu jakikolwiek wyrok! Przecież kibice, zgromadzeni na Narodowym, a i chyba cała Polska (może i ludzie poza granicami) sympatią byli po jego stronie! Przepisy, przepisami, ale jeszcze raz okazało się, że odczucia społeczne są w konflikcie z wymiarem sprawiedliwości. Ciekaw jestem, dlaczego inne zachowania nie są postrzegane w podobny sposób...

Na przykład, jakie?

Od dawna obserwuję, że życie kibiców, a właściwie ich aktywność na trybunach, uległa znacznej teatralizacji. Kiedyś pozwalano sobie krzyknąć: „sędzia kalosz” albo gwizdano na palcach. Dzisiaj, po pierwsze, te okrzyki są bardziej brutalne, a po drugie korzysta się z wielu „technik”, które wybitnie wzbogacają całe widowisko.

Co to za „techniki”?

Olbrzymie transparenty, wielkie flagi, specjalni wodzireje zagrzewający do dopingu i śpiewania wspólnych kawałków oraz wywołujący tak zwaną „falę”. Jest tego naprawdę sporo! Spoglądam na to jako teatrolog z wykształcenia i muszę przyznać: jestem pod wielkim wrażeniem. Bo chociażby – do rozłożenia takiej wielkiej flagi trzeba wyjątkowej organizacji i porozumienia się ludzi, którzy przecież czasami w ogóle się nie znają.

Uczestniczyłeś w czymś takim?

Osobiście nie, ale widziałem na meczu Niemcy – Grecja, jak kibice niemieccy rozwinęli olbrzymią „koszulkę” swojej reprezentacji, która przykryła niemal cały sektor na trybunach. To było coś niesamowitego! Taka akcja, to nie tylko kapitalna organizacja, ale również cudowna pożywka dla kamery, a przecież spotkania międzypaństwowe są oglądane przez wiele setek tysięcy ludzi. Jako twórca programów telewizyjnych doceniam podobne działania.

A czy jest coś, co ci się nie podoba?

Jasne. Petardy, olbrzymie serpentyny lub wręcz rolki papieru toaletowego, które przeszkadzają w rozgrywaniu meczu. Uważam je za element chuligaństwa stadionowego, a odpalanie rac może się kojarzyć z latami trzydziestymi ubiegłego wieku, kiedy w Niemczech były one oznaką czegoś zupełnie innego.

Bębny? Trąby?

Jestem za. Chociaż zakazano używać bardzo głośnych trąb, które po raz pierwszy na masową skalę pojawiły się na Mistrzostwach Świata w RPA – chodzi o wuwuzele – to instrumenty na trybunach stadionów uważam za coś naturalnie wzbogacającego oprawę kibicowania. Być może wuwuzele faktycznie były nieco za głośne, ale temperament południowoafrykański jest dla Europejczyków obcy, więc... Niech tak będzie.

Na wuwuzelach zrobił ktoś niezły biznes...

Bo Mistrzostwa Świata to jeden, olbrzymi biznes, a nawet show-biznes! Hymn mistrzostw, piosenka, która staje się przebojem, znany wykonawca – Shakira, Jennifer Lopez, Oceana... A przy okazji tej ostatniej wykonawczyni powstała nawet pewna anegdota...

Dawaj!

Jak pamiętasz, Oceana śpiewała piosenkę zatytułowaną „Endless summer”, czyli „Niekończące się lato”. Ponieważ zbiegło się to z zamieszaniem wokół Polskiego Związku Piłki Nożnej, którego prezesem był wówczas Grzegorz Lato, to dworowano sobie, że piosenka została napisana na jego cześć (śmiech)... Że pan Grzegorz nigdy nie opuści stołka Prezesa PZPN... (śmiech)

Dobre!

Wokół dużych imprez piłkarskich zawsze się coś dzieje. Powstaje wiele różnych utworów. Wystarczy wspomnieć chociażby Marylę Rodowicz i jej „Futbol” z roku 1974, albo Łazukę i „Entliczek-pentliczek, co zrobi Piechniczek”. A już szaleństwem było oczywiście „Ko-ko euro-spoko”, czy jakoś tak... Sam osobiście brałem udział w realizacji teledysku na stadionie PGE Arena w Gdańsku, gdzie z zespołem Big Cyc nakręciliśmy klip „Jesteśmy najlepsi!” A towarzyszyli nam różni sportowcy: Piotr Świerczewski, Otylia Jędrzejczak, Darek Michalczewski i inni. Świetna sportowa atmosfera i piosenka, która ma pewne przesłanie.

Czy w drugą stronę też to działa?

Oczywiście! Sportowcy są bardzo muzykalni. Ba! Są dyscypliny, których nie wyobrażam sobie bez muzyki. Na przykład koszykówka albo snowboard...

A cheerleadreki?

Jestem za! I to bardzo! Bo to kolejna teatralizacja sportu, która go wzbogaca. Jestem nawet za tym, żeby każdy sektor na stadionie miał swój zespół cheerleaderek... (śmiech)

Twoja recepta na chamstwo stadionowe...

Nie istnieje na to złota recepta. Proponuje się różne rozwiązania, ale ja myślę, że koniecznie należałoby zrobić to, co kiedyś w Anglii.

To znaczy?

Konsekwentne działania w stosunku do chuliganów. U nas ciągle to jeszcze szwankuje. Zadymiarze niemal oficjalnie ogłaszają swoje „ustawki” – czyli bijatyki, czasami na śmierć i życie – i nie zawsze odpowiednie służby na to reagują. Z drugiej strony – chuligani otrzymują tak zwany „zakaz stadionowy”, a po tygodniu widzimy ich na trybunach. To ewidentny brak konsekwencji. Inny przykład? Proszę bardzo. Napieprza się pięćset osób, zatrzymanych zostaje trzech, a po miesiącu zostają uniewinnieni. To kolejny sposób na ośmieszenie organizatora oraz służb porządkowych, a czasami nawet i polskiego wymiaru sprawiedliwości.

Z tego, co obserwujesz – która drużyna, według ciebie, ma najlepszych kibiców na świecie? Wyłączmy z tego Polaków...

Powrócę do Euro 2012. Pamiętam Irlandczyków. Mimo, że przegrywali wszystkie mecze, ich kibice byli fantastyczni. Kulturalni, roześmiani, rozśpiewani... Przecież i telewizja to pokazywała. Coś wspaniałego.

A Brazylijczycy? Dla nich futbol jest przecież świętością...

No właśnie, w przypadku Brazylijczyków mam mieszane odczucia. Nie powinno się jakiejkolwiek dyscypliny sportowej traktować jak religii. A oni tak robią. To wypacza zdrowe spojrzenie na rywalizację i może dochodzić do różnych nieprzyjemnych sytuacji, jak na przykład samobójstwa, czy fanatyzm. Świetni są Hiszpanie. Kibice drużyny Holandii są bardzo przyjemni – weseli, kolorowi, fantazyjnie poprzebierani. Myślę, że zyskali dzięki temu sympatię całego świata. Natomiast za antypatycznych uważam kibiców Rosyjskich.

Dlaczego?

To trzeba zobaczyć na żywo...

Wyobraźmy sobie, że musisz powołać „jedenastkę” graczy spośród znanych ci muzyków. Kto by się w niej znalazł?

O! To musiałaby być jakaś młodzież (śmiech), bo wiesz... (śmiech). Tu najpierw przytoczę pewną anegdotę, bo warta jest poznania.

Proszę bardzo!

W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia występowaliśmy w cyklu koncertów „Inwazja Mocy”. Pamiętam, że w czasie jednej z takich imprez graliśmy wspólnie z zespołem Dżem. Zaproponowaliśmy im wówczas zmierzenie się w meczu piłkarskim. Zespół przyklasnął temu pomysłowi i tak znaleźliśmy się na boisku. Oczywiście mowa tu o małym boisku, a nie o pełnowymiarowej murawie. Właśnie wróciłem z jakiejś imprezy i (w glanach!) postawiono mnie na bramce. Zanim się zorientowałem, że jestem bramkarzem, Dżem wygrywał już 3:0 (śmiech)... Ostatecznie przegraliśmy 1:9, a dopiero później okazało się, że w ich drużynie wystąpili jacyś trzecioligowcy, więc nie mieliśmy żadnych szans...

A wracając do składu...

Musi być bojowy! Więc w ataku – Janusz Panasewicz, Kobra z Kobranocki (prawdziwy twardziel)... Kto tam jeszcze?... Wziąłbym Kukiza, bo to jest pozytywnie agresywny zawodnik. Na bramce postawiłbym kogoś o dobrych warunkach fizycznych, żeby zasłonił większą jej część (śmiech)... Na przykład Staszek Sojka albo Adam Asanow z Piersi...

W obronie?

W obronie mogłyby być jakieś dziewczyny, których zadaniem byłoby rozpraszanie przeciwnika (śmiech)... Na przykład Doda i Edyta Górniak , a na pewno Agnieszka Chylińska! To na bank! Natomiast w środku pola – sami solidni zawodnicy: mój kumpel Dżej-Dżej, który na serio dobrze gra w piłkę, bracia Cugowscy, bracia Golcowie, bo to silne chłopy... .

Wymarzony skład!

Oczywiście Skiba jako kapitan... (śmiech)




Wywiad z Krzysztofem Skibą

„Kurier Zawierciański”: Polskę zna pan wzdłuż i wszerz, w Łazach też pan już był.

Krzysztof Skiba: Rzeczywiście mało jest takich miejsc, w których nie byłem, zjechałem cały kraj z zespołem Big Cyc. Na pewno pierwszy raz w Łazach jestem na spotkaniu autorskim. Być może nie każdy ma taką informację, że Skiba nie tylko śpiewa piosenki, nagrywa płyty, występuje w telewizji, ale także pisze książki. To jest moja czwarta książka pod tytułem „Komisariat naszym domem – Pomarańczowa historia”. W Łazach graliśmy z Big Cycem rok temu w czerwcu. Spaliśmy wtedy w pobliskim Zawierciu. Pamiętam, że koncert był naprawdę bardzo udany.

KZ: Widzimy się w dniu pierwszego kwietnia i to nie jest żart.

K.S.: Data dzisiejszego spotkania jest bardzo zabawna. Podobno organizatorzy spotkania od rana odbierali maile i telefony z pytaniem o to, czy to jest żart. Być może działo sie tak dlatego, że Skiba kojarzy się z Prima Aprilis? Może właśnie w ramach robienia kawałów zaproszono Skibę? Oświadczam uroczyście, że nie jestem sobowtórem Skiby, jestem prawdziwy.

KZ: O czym jest pana najnowsza książka?

K.S.: Jest to książka wspomnieniowa obejmująca lata PRL-u. Być może nie każdy spośród osób kojarzących mnie z telewizji, czy z piosenek takich, jak „Makumba” i „Świat według Kiepskich” wie, że w czasach młodości, w czasach studenckich byłem dość mocno zaangażowany w działalność podziemną, antykomunistyczną, antysystemową. Działałem m.in. w takim ruchu jak „Pomarańczowa Alternatywa” i organizowałem różne uliczne happeningi, które były wymierzone w system i dość zabawnie przedrzeźniały ówczesne hasła propagandowe, wprowadzały władzę w dezorientację. To była artystyczna forma sprzeciwu wobec rzeczywistości, systemowi, który wówczas panował. W książce jest opisywanych wiele zabawnych przygód i historii. To jednak nie tylko opis happeningów, ale także sporo materiałów pozyskanych z zasobów archiwalnych Instytutu Pamięci Narodowej, czyli materiałów wytworzonych przez dawną Służbę Bezpieczeństwa, na przykład meldunki ze zdarzeń, donosy, raporty milicyjne.

KZ: Dla kogo jest to książka?

K.S.: Myślę, że to lektura ciekawa nie tylko dla tych, którzy interesują się historią, ale dla wszystkich, którzy nie znają tamtej epoki. Dla młodzieży to jest książka, która pozwoli im przybliżyć ten okres i jego paranoje, a dla mojego pokolenia to będzie z kolei trochę sentymentalna podróż do tamtej epoki. Opisuję w niej różne historie związane ze sferą obyczajową, na przykład z życiem studentów, jak wyglądały imprezy, jak kupowano alkohol, jak się bawiono, jak organizowano koncerty. To był zupełnie inny świat. Z dzisiejszego punktu widzenia bardzo egzotyczny. Wcześniej nie było na przykład sklepów nocnych, nie było alkoholu na stacjach benzynowych. Były natomiast meliny, w których zaopatrywano się w alkohol. Oczywiście to jest napisane w mocno ironicznym stylu. Każdy, kto zna piosenki Big Cyca, czytał moje felietony, będzie wiedział, czego się można spodziewać. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że to nie jest żadna fikcja literacka, wszystkie zabawne wydarzenia opisane w tej książce wydarzyły się naprawdę.

KZ: Jakich pytań pan nie lubi, a jakie lubi – od dziennikarzy i prywatnie: o muzyce, czy o polityce? Bo i o tym i o tym miałby pan dużo do powiedzenia.

K.S.: Nie lubię pytań niemądrych, banalnych, lubię jak dziennikarz jest przygotowany do spotkania z artystą, lubię jak zna jego twórczość i wie, o co pytać. Nie będę oryginalny, jeśli powiem, że nikt z nas, osób publicznych, nie lubi pytań takich, jak „skąd nazwa zespołu”, „dlaczego zaśpiewał pan taką piosenkę, a nie inną”. Po takich pytaniach można się od razu zorientować, że osoba pytająca nie zna twórczości swojego interlokutora i po prostu kombinuje zadając najbardziej wyświechtane. Aczkolwiek ja należę do tych bardziej spolegliwych, nie zdarzyło mi się nigdy przerwać wywiadu, czy zachowywać się w sposób nieprzyjemny pokazujący moje zdenerwowanie, znudzenie, wkurzenie. Są tacy artyści, którzy zachowują się w ten sposób, ja zawsze cierpliwie tłumaczę. Zdarzało mi się, nie mówię, że ma to miejsce teraz, na przykład udzielać wywiadów do różnych portali internetowych, telewizji kablowych, gdzie wywiad przeprowadzała ze mną tak zwana, nie wiem, czy nie narażę się tu na jakąś niepoprawność polityczną, przysłowiowa blondynka, która nic nie wiedziała nie tylko o mnie, ale i o świecie. Ja wówczas z uśmiechem na ustach, cierpliwie tłumaczyłem, odpowiadałem na pytania i dzięki temu ten wywiad miał ręce i nogi.

KZ: Bardziej pan lubi mówić o polityce, czy o muzyce? Nie tylko dziennikarzom, również prywatnie. Czy bliższa jest panu polityka, czy muzyka?

K.S.: Ja nie jestem Kukizem i zdecydowanie bardziej wolę opowiadać o muzyce, o literaturze, o sztuce, o teatrze, o happeningach, bo to jest mój żywioł i tym zajmuję się od 27 lat. Polityka jest gdzieś z boku, na politykę patrzę jak czujny obserwator życia politycznego. Żywię się także polityką, różnymi paranojami, które mamy w naszym kraju, bo one są świetną inspiracją, świetnym tematem dla satyryka. Pewnie gdyby nie polityka nie byłoby kilku piosenek Big Cyca, chociażby takich jak „Zegarek Putina”, „Kapitan Żbik”, „Moherowe berety”, „Warto rozmawiać” i wielu, wielu innych. Mówi pan o polityce… to ciekawe, że dosłownie kilka dni temu przyszedł list od pewnej studentki, która przysłała mi pracę dyplomową na temat moich felietonów. To już chyba czwarta taka praca dyplomowa. Wszystkie cztery napisały dziewczyny. To zabawne, może jestem dobrym tematem do badań dla dziewcząt, może to coś znaczy, łudzę się. A może nic nie znaczy. Cieszy mnie, że moja działalność pozamuzyczna, pozaestradowa też jest jakąś rzeczywistością, która inspiruje studentów do napisania pracy dyplomowej.

KZ: Czy myślał pan kiedyś o tym, żeby kandydować na prezydenta Polski, jak chociażby Paweł Kukiz?

K.S.: Ja już kandyduję, kandyduję na prezydenta kosmosu i jeszcze nie wiem, czy być od razu prezydentem kosmosu, czy tylko drogi mlecznej. Na pewno mam jednak najlepsze hasło, które przebija hasła wszystkich moich konkurentów: Skiba zrobi wam dobrze.

Kwiecień 2015.





Dziennik Bałtycki. Marzec 2015.

Z Krzysztofem Skibą rozmawia Ryszarda Wojciechowska

Śledzisz polityczną karierę Pawła Kukiza?

Z pewnym zaskoczeniem i z ironiczną dumą przyjąłem fakt, że Paweł Kukiz znalazł się na trzecim miejscu w prezydenckim sondażu przedwyborczym. Wydawało się, że o to miejsce powalczą kandydatka z SLD czy kandydat z PSL, z partii dotowanych przez państwo, które mają swoje biura w regionach i tysiące działaczy. Okazało się jednak, że to jakieś wydmuszki. Co prawda PSL w wyborach lokalnych uzyskało niezły wynik, ale już kandydat Adam Jarubas w prezydenckim wyścigu ma minimalne poparcie. Mimo, że próbuje mówić po węgiersku czy śpiewać nieudolnie Grechutę.

Takie czasy, że polityk śpiewa, a muzyk bierze się za politykę.

Być może po tym, jak Jarubas "skaleczył" muzycznie Grechutę, stracił szansę na głosy jego fanów.

Kukiz cię nie dziwi?

To nic nowego w polskiej polityce.Tę ścieżkę przetarli mu wcześniej Janusz Korwin-Mikke i Janusz Palikot. W społeczeństwie jest grupa wyborców, która chce głosować na kogoś spoza establishmentowego układu, na kogoś, kto obiecuje walkę ze skostniałym, betonowym systemem. Paweł jest w grupie takich kandydatów, niestety. jak Stan Tymiński. Człowiek, który zjawił się znikąd, z czarną teczką, obiecując, że zniszczy system. I my co pewien czas, często z przekory albo naiwności na takich ludzi głosujemy. Też dlatego, że politycy mainstreamowych partii nas lekceważą, a nawet uważają nas za głupich, że robią różne geszefty z dietami poselskimi i kilometrówkami. To powoduje niechęć do partyjnego mainstreamu i rzucanie się na egzotycznych kandydatów.

Kukiz jest egzotyczny?

Na tle tej całej egzotyki, on się jednak wyróżnia. Stan Tymiński to była postać z amazońskiej dżungli, Janusz Palikot to ewidentny cynik. Wierzę, że Kukiz jest ideowcem. Że on nie robi tego dla apanaży czy stanowiska. Że jest człowiekiem głęboko przejętym losem ojczyzny.

Zebrał 200 tysięcy podpisów, chociaż sam nie był pewny, czy mu się uda zebrać 100 tysięcy. Myślisz, że to jego fani podpisywali się?

Kukiz sprzedał kilka milionów płyt. Więc, mówiąc żartobliwie, każdy kto kupił jego płytę mógł się na tej liście znaleźć. Paweł to nie jest ktoś, kto musi walczyć o rozpoznawalność. Te 200 tysięcy podpisów, to także dowód na to, że ruch Zmieleni.pl jest silny w Internecie. Że to nie było tylko wańkowiczowe "chciejstwo". A sam kandydat nie jest kimś w rodzaju producenta haków czy wkładek zdrowotnych, którzy w latach 90. chcieli kandydować na urząd prezydenta. Ten od haków miałby dzisiaj niezłe hasło: Mam haki na każdego.

Poglądy Kukiza jednak ewoluowały przez lata.

To artysta. A artyści co pewien czas potrzebują mocnych inspiracji. Bob Dylan cztery razy zmieniał religię. Był ortodoksyjnym buddystą, baptystą, protestantem i wyznawcą religii mojżeszowej. Artyści częściej ulegają niekonwencjonalnym pomysłom na życie. Jeden chce jak Leonard Cohen siedzieć w górach i medytować, inny jak Angelina Jolie chętnie adoptowałaby wszystkie biedne dzieci świata, a trzeci pójdzie w politykę. Paweł jako artysta estradowy ma wiele twarzy. Śpiewał piosenki o piciu wódki i podrywaniu panienek, były piosenki rockowe, punkowe, discopolowe i polityczne. Ale to nie jest anarchista. To raczej propaństwowiec, który w wywiadach często podkreśla, że jego dziadek był przed wojną polskim policjantem i zginął w Katyniu.

Miło już było, to teraz porozmawiajmy poważnie. Czujesz wojenną histerię w naszym kraju?

Wiem jedno, że ulegliśmy złudzeniu, że pokój na świecie będzie już zawsze i że Putin to normalny, demokratyczny przywódca. Okazuje się jednak, że nie każdy, kto ma na ręce zegarek wart 300 tysięcy dolarów i garnitur skrojony przez Armaniego jest obliczalny. Że to może być strój gangstera. O Putinie ukazało się wiele książek, o jego młodości, majątku, polityce. Przeczytałem z nich dziesięć i jestem przerażony, że tak łatwo daliśmy się uśpić. Bo to osoba z kręgów szpiegowsko-kryminalnych, która myśli zupełnie inaczej, niż politycy w innych krajach, którzy obojętnie z jakiej są partii, to jednak kierują się kodeksem ładu społecznego i bezpieczeństwa narodowego. Nas uśpił dobrobyt. Te hasła - bogaćcie się. te rozmowy w stylu uprawiać sado-maso, czy być gejem albo lesbijką, czy mieć jedną żonę czy może pięć, gender nie gender. To stało się dla nas ważne. A tu nagle okazało się, że za miedzą jest facet, który ostrzy nóż, żeby nam poderżnąć gardła.

Naprawdę w to wierzysz?

Wierzę, że w ciągu kilku lat dojdzie do wojny. Ale jaki ona będzie miała wymiar, to inna sprawa. Ten konflikt będzie na rękę Putinowi. Bo cała władza w Rosji i służby z nim związane nakradli już tyle, że Putin musi być prezydentem do końca. Wojna będzie mu potrzebna jako przykrywka do tego, żeby nie robić żadnych, demokratycznych wyborów. Myślę, że Putin przestraszył się arabskiej wiosny w północnej Afryce. Przestraszył się, kiedy zobaczył, że Kadafi ginie zastrzelony jak pies na ulicy, po tym jak wściekły tłum wyciągnął go z jakiejś nory, w której się ukrywał. Kiedy zobaczył jak inni dyktatorzy uciekają jak szczury ostatnim samolotem, kiedy widział Majdan i ucieczkę Janukowycza. Ten strach może być przyczyną wojny.

Nie masz nadziei?

Kiedy kilka lat temu na ulice Moskwy wychodziło 50 tysięcy ludzi, żeby po wodzą Niemcowa i Nawalnego protestować przeciwko Putinowi. Wtedy można było ulec złudzeniu, że opozycja demokratyczna zjednoczyła się, że jest to zalążek jakiejś opozycyjnej siły. Nawet Ksenia Sobczak, córka byłego mera Moskwy, która wcześniej była tylko celebrytką w stylu Dody, zainteresowaną głównie tym czy kupić buty za 5 tysięcy dolarów czy może za 10, włączyła się do tego opozycyjnego nurtu. Byłem wtedy przekonany, że bycie w opozycji stało się już na tyle modne, że ona będzie rosła w siłę. Ale wystarczyło Rosjanom, którzy tęsknią do mocarstwowości, dać w prezencie kilka plaż na Krymie, zrobić z tego wielki fajerwerk, że oto Krym wraca do matuszki Rosji i już jest po wszystkim.

Propaganda jest tam bardzo ostra.

Daniel Olbrychski, który zna Rosjan i tamtejszą mentalność, odmawia występów w tym kraju, bo widzi jak wielu jego przyjaciół artystów, erudytów ulega tej proputinowskiej propagandzie. I jest tym przerażony.

Czy ta nasza mobilizacja wojskowa to dobra droga?

Nie śmiałbym się z tego.

I mówi to dawny pacyfista.

Byłem nim w latach 80., w stanie wojennym, kiedy rządziła nami junta wojskowa. Kiedy była Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, której istnienia nie przewidywała konstytucja PRL. Nikt z nas nie chciał iść do wojska generała Jaruzelskiego, nikt nie chciał składać przysięgi na wierność sojuszowi ze Związkiem Radzieckim. Dziś, jak sądzę, odstraszyć naszych wrogów może tylko silna, zawodowa armia. My się musimy zbroić. Niestety, zamiast wydawać pieniądze na edukację, kulturę, będziemy je tracić na zbrojenia. Ale to koszt, który trzeba ponieść. Może jak na pacyfistę to dziwne słowa. Ale chyba nie mamy wyjścia. Ulegliśmy jednak jakiemuś złudzeniu, że ta III wojna światowa, jeśli wybuchnie, będzie wojną nuklearną. Ale są teorie mówiące o tym, że to niemożliwe, bo wtedy byłby już koniec świata. Albert Einstein powiedział, że po III wojnie światowej wrócimy do jaskiń, a potem do wojny na maczugi. My z Pawłem Konnakiem, w 2009 roku w Warszawie zrobiliśmy happening pod hasłem: budujemy muzeum III wojny światowej. Głównymi eksponatami w naszym muzeum były słoiki różnej wielkości, wypełnione popiołem z mojego kominka. Każdy słoik miał swój napis: Paryż, Tokio, Rzym, Nowy Jork, Sydney.

Straszysz mocno.

Muzeum III wojny światowej można otworzyć teraz, bo po takiej wojnie nie będzie już komu tego zrobić. Ale ta wojna nie musi tak wyglądać. Może być tak jak na Ukrainie, z zielonymi ludzikami, którzy marzą o tym, żeby zabijać i kraść. Tacy ludzi w Rosji zawsze się znajdą. Więc kraje typu Litwa, Estonia są naprawdę zagrożone. Polska może mniej.

Więc jeśliby ojczyzna wzywała, to po której stronie stajesz? Bo z sondażu wynika, że 27 procent Polaków chwyciłoby za broń.

To są ohydne i głupie pytania. Bo przecież wiadomo, że w takiej sytuacji wszyscy poszlibyśmy na wojnę. Po co o tym pier...ć. Kiedy słyszę, jak dziennikarz pyta celebrytę - czy wziąłbyś udział w Powstaniu Warszawskim, to myślę sobie, a co on k...wa może o tym wiedzieć. W 1944 roku nie miałby żadnego wyboru. Więc rozważanie teraz przy sushi - czy ktoś walczyłby w powstaniu, to czyste kretyństwo. Jeżeli wybuchnie wojna, to nie ma o czym gadać - czy posłałbyś synów. Nikt mnie o to nie będzie pytać. Ja mam w d...ie jakieś prawa i obowiązki obywatelskie. Ale jeżeli tu przyjdą Rosjanie, to ja kupię broń i będę strzelał. Mimo, że jestem pacyfistą. Pewnie bym się posrał w gacie, ale strzelałbym. Ludzie myślą, że jak wojna wybuchnie, to uciekną do Anglii czy do innego innego zakątka świata. Nie zdążą, bo zbombardują lotniska. Nie uciekniecie tanimi liniami lotniczymi do Irlandii. Zresztą nikt z nas nie wie, jak się w takiej sytuacji zachowai. Robienie z siebie bohatera na papierze jest śmieszne.

Coraz straszniej się robi, jak ciebie słucham. Może pójdziesz w politykę jak Kukiz?

Tam jest strasznie nudno. Nie chcę być ani posłem, ani sołtysem. Kilka razy już mnie namawiano do startu, ale nie. Co prawda Kukiz wygłosił pogląd, ze to moje pokolenie, pokolenia Jarocina, się sprzedało, że wyzbyło się pewnych ideałów. Tylko on nie rozumie, że nie każdy chce być politykiem. Ja uważam, że moi koledzy tacy jak Kazik, Muniek, czy Artur Rojek, ci których on personalnie zaatakował, są muzykami jedynie muzykami i robią to, na czym się znają. Kukiz ma inny pomysł na życie i proszę bardzo. Ale to jest tak, jakby mieć pretensje do Bronisława Komorowskiego czy Andrzeja Dudy o to, że nie śpiewają i nie nagrywają płyt.

Ryszarda Wojciechowska




Gazeta Krotoszyńska. Marzec 2015 „Wchodziliśmy w kalesonach na kioski ruchu i rzucaliśmy w milicjantów cukierkami”

Jego opowieść o Polakach wałęsających się po Berlinie Zachodnim czy skinie nakładającym na „świecącą glacę” czapkę w latach 90-tych śpiewały tłumy. Do dziś znany jest z sarkastycznego komentowania rzeczywistości. Z Krzysztofem Skibą, liderem zespołu Big Cyc i współtwórcą ruchu happeningowego Pomarańczowa Alternatywa, o świętach, polityce i czasach PRL-u rozmawia Adrian Femiak

Wokalista zespołu rockowego, radiowiec, satyryk, prowadzący program telewizyjny. Posiada pan tak wiele wcieleń, że ciężko pana zaszufladkować.

Taka karma. Lubię być aktywnym na wielu polach.

W swoim cv może pan również ująć przygodę z modelingiem.

To był mój debiut sceniczny. Miałem wtedy 10 lat. Może moja obecna figura na to nie wskazuje, ale występowałem zawodowo za pieniądze jako model, bo to nie był występ u cioci na imieninach. Prezentowałem modę szkolną, czyli nowe mundurki, wiatrówki, kurtki czy tornistry. Razem z kolegą Maćkiem, synem fotoreportera, wygraliśmy casting w ramach kiermaszu szkolnego, który odbywał się tuż po słynnym Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku. Byliśmy wtedy pięknymi, młodymi i szczupłymi chłopcami (śmiech). Nasze pokazy były przeplatane popisami iluzjonisty, facet wyciągał m.in. królika z kapelusza i dmuchane piłki z nosa. No cóż...pewnie wówczas właśnie łyknąłem coś co się popularnie nazywa "magią sceny".

Próbował pan sił w kabarecie.

Pierwsze próby były już w podstawówce, ale poważniejsze występy dopiero w liceum. Uczestniczyliśmy w różnych przeglądach młodzieżowych kabaretów czy festiwalach. Graliśmy wtedy na festiwalu harcerskim w Kielcach i dostaliśmy nagrodę publiczności. To było w 1980r. Uczestniczyliśmy też w warsztatach kabaretowych, gdzie poznaliśmy ówczesne gwiazdy kabaretu m.in. Marcina Wolskiego czy Jacka Fedorowicza.

Nie miał pan ochoty pójść za ciosem i związać się z kabaretem?

Nagle wybuchł stan wojenny. Po ulicach jeździły czołgi i nie chciało nam się już robić kabaretu. Szczególnie po tym, jak nasz pianista został zatrzymany za roznoszenie ulotek. Kiedy pianista siedział w więzieniu, to myśmy chcieli podpalać komitety i walczyć z systemem, ale nie przy pomocy wierszyków, tylko czynów. Oczywiście dusza satyryka i prześmiewcy jest we mnie cały czas, co widać w moich felietonach. Często koledzy z kabaretów zapraszają mnie do siebie na gościnne występy.

Samodzielnie pan w tym kierunku nie działa?

Debiutuję w klubach, jako standuper. Mam program złożony z monologów, w którym startuję na „prezydenta kosmosu”. Nosi nazwę „Skiba zrobi wam dobrze”. To jest ostry program satyryczny bez cenzury, który można obejrzeć wyłącznie w klubach.

A propos prezydentury. Nie kisiło pana, by podobnie jak Paweł Kukiz spróbować sił w prawdziwym życiu politycznym?

Moim zdaniem życie polityka jest bardzo nudne no i niestety cały czas trzeba kłamać wyborcom. Nie wytrzymałbym zbyt długo w takiej atmosferze. Prędzej wyskoczyłbym przez okno. A tak poważnie to uważam, że każdy powinien robić to, na czym się zna. Od lat piszę piosenki, felietony i komentuję rzeczywistość, ale jestem daleki od tego, by startować nie tylko na prezydenta, ale także na posła, radnego, a nawet sołtysa. Ode mnie oczekuje się jakiejś sensownej satyrycznej refleksji nad światem, który nas otacza. Politycy to ludzie którzy zbyt często używają wielkich słów takich jak Polska, Ojczyzna czy Naród. Natomiast za tym kryją się małe słowa takie jak własny interes, kasa czy cwaniactwo. Ostatnimi osobami, którym jeszcze zależy na tym kraju są bezkompromisowi prześmiewcy.

Jest coś, co pana szczególnie mierzi i wkurza w polityce?

Politycy są winni temu, że toniemy w biurokracji. Uważa się, że biurokratyczne, to były czasy Edwarda Gierka. Natomiast ktoś ostatnio zrobił badania i wyszło, że w porównaniu z tamtymi czasami dzisiejsza biurokracja w Polsce rozwinęła się przynajmniej o 300%. Na każdą bzdurę potrzeba 150 pieczątek. Prezydent Warszawy zatrudnia około 7 tys. pracowników. Hitem najnowszym jest oczywiście miałkość kandydatów na prezydenta. Jako obywatel dziwię się, że część ludzi ma w ogóle czelność ubiegania się o ten urząd. Fotel prezydenta to miejsce, gdzie winni zasiadać doświadczeni politycy. Wiadomo jaka jest sytuacja międzynarodowa. Niebawem wybuchnie poważny konflikt między Rosją a Europą. Mamy konflikty na płaszczyźnie religijnej związanej z islamem. Do tego zawirowania finansowe. Takie niepewne czasy wymagają znakomitych polityków.

Czyli żaden z kandydatów sobie z tym nie poradzi?

Nie sądzę. Do wyboru mamy bramkarza bez matury i blondynkę z doktoratem ale bez doświadczenia. Pan Jarubas wyróżnia się tylko swoją siwą grzywką i zna trzy słowa po węgiersku. Kandydat Duda, który przypomina mi Miedwiediewa, jako odbicie Putina, ewidentnie człowiek pacynka kierowany przez Jarosława, mający twarz jakby rozwiązywał krzyżówkę dla dziewięciolatków. No i zastany prezydent Bronisław Komorowski, który wydaje się być chyba najlepszym kandydatem. Choć jest postacią, która cały czas kojarzy nam się z osobą, która wiecznie zasypia na zebraniach i która chętniej poszłaby polować na króliki do lasu niż do swojego gabinetu. To jest dramat.

A co robi w tym towarzystwie pana kolega po fachu Paweł Kukiz?

Mój dawny kolega postanowił zostać politykiem. Bywali tacy ludzie którzy najpierw byli artystami, a potem zostali politykami, jak choćby Ronald Regan, który grał w westernach a później został prezydentem USA, czy wokalista australijskiego zespołu Midnight Oil, który piastował stanowisko ministra ochrony środowiska. Artyści miewają epizody polityczne. To są ludzie, który wiedzą jak występować na scenie. Jak trzymać mikrofon. Prezentować się publicznie. Dlatego doświadczenie estradowe pomaga Pawłowi robić karierę polityczną. Za to program, który ogłosił jest dość populistyczny i demagogiczny, z którym się nie do końca zgadzam. Jako artysta widocznie osiągnął już wszystko i szuka nowych podniet. Bawi się w rewolucjonistę. Dobrodziejstwem demokracji jest natomiast to, że każdy może startować na prezydenta.

Władza w pewnym momencie jednak doceniła pana dotychczasową działalność. Prezydent Komorowski odznaczył pana za nią Krzyżem Wolności i Solidarności.

Ten medal otrzymało do tej pory około 1000 osób zaangażowanych w działalność opozycyjną w czasach PRL. To tylko symboliczne podziękowanie w imieniu wolnej Polski dla tych którzy walczyli z systemem komunistycznym. Za głoszenie poglądów przeciwnych ówczesnej władzy można było być zatrzymanym, aresztowanym, ściganym przez służby bezpieczeństwa, pałowanym przez Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej, a także wyrzuconym z pracy czy z uczelni.

Właśnie o tamtych czasach pisze pan w swojej najnowszej książce „Komisariat naszym domem. Pomarańczowa historia”.

To jest książka wspominkowa wydana w formie albumu. Zawiera dokumenty z tamtych czasów, donosy, meldunki służb bezpieczeństwa czy unikalne zdjęcia. Są też opisy happeningów, które wtedy organizowałem. Oczywiście nie ograniczam się tylko do opisywania kolejnych akcji , kiedy to przebieraliśmy się za krasnoludki i biegaliśmy po ulicach czy wchodziliśmy w żółtych kalesonach na kioski ruchu i rzucaliśmy w milicjantów cukierkami. Dla wszystkich, którzy interesują się czasami PRL-u, opis ówczesnych obyczajów może być interesujący. Z książki można się dowiedzieć jak wyglądało życie studenckie czy koncerty. W jaki sposób zdobywało się alkohol, bo przecież nie było sklepów 24h, więc alkohol nabywało się w tzw. prywatnych nielegalnych sklepach, czyli melinach, prowadzonych przez przedsiębiorcze babcie. A tytuł książki jest okrzykiem z jednego z happeningów.

Kiedy się patrzy na dzisiejszą ulicę, można odnieść wrażenie, że taki happening obecnie mógłby zakończyć się jedną wielką bijatyką.

Bijatyką może nie, choć bywają one u nas często. Pomarańczowa Alternatywa była organizacją, która wyznawała zasadę „non violence”, czyli bez przemocy. Stosowaliśmy bierny opór. Nikt nie bił się z milicją. Choć miałem swój heroiczny epizod, kiedy rzucałem kamieniami w zomowców w czasie stanu wojennego. Wtedy byliśmy czynnie zaangażowani w walkę z systemem, chcąc nawet podpalać komitety. Jednak zdaliśmy sobie sprawę, że rzucanie kamieniami nie rozwiązuje żadnego problemu, a siła ognia leży po stronie władzy. Pomarańczowa Alternatywa była ruchem, który metodami pokojowymi zwalczał system i absurd w którym żyliśmy.

Dałoby się dzisiaj zorganizować happening, by miał taką samą moc odbioru jak w latach 80-tych?

Teraz happeningi Pomarańczowej Alternatywy najprawdopodobniej spotkałyby się z obojętnością. Kiedy były organizowane zupełnie inaczej wyglądała ulica. Była beznadziejnie szara. Dzisiaj raczej potraktowano by nas jako akcję reklamową jakiejś pizzerii lub sieci telefonii komórkowej.

Nie da się ukryć, że najbardziej znany jest pan z działalności Big Cyca. Ostatnią waszą propozycją była płyta urodzinowa. Co teraz dzieje się w kapeli? Jakie macie plany?

To była klasyczna składanka zawierająca najlepsze i najbardziej znane utwory, plus premierowa piosenka „Słoiki”, która dość mocno namieszała i zaowocowała nawet serialem telewizyjnym w Polsacie. Natomiast teraz zebrało nam się trochę nowego materiału i nagraliśmy płytę „Jesteśmy najlepsi”, która będzie miała swoją premierę w maju. Zawiera piosenki mocno rozrywkowe, ale także refleksyjne i ostre politycznie. Szczególnie polecam „Gender song” czy „Zegarek Putina”, którą napisałem kiedy dowiedziałem się, że Putin nosi zegarek wart 300 tys. dolarów a Obama tylko 300 dolarów.

Jak pan świętuje Wielkanoc? Gdzie spędzi pan święta?

To święta idealnie pasujące do Skiby, choćby z tego względu, że moja głowa coraz bardziej przypomina wielkanocne jajo, a moje życie kolorową pisankę. Wielkanoc spędzę w Mediolanie. Od lat mamy taki sposób spędzania świąt, że wyruszamy do różnych ciekawych miast europejskich i intensywnie je zwiedzamy. Jeden dzień świąteczny spędzamy w Polsce, ale na drugi wyruszamy już w podróż, żeby uniknąć tego siedzenia przed telewizorem i obżarstwa. Przede wszystkim jest to czas, który mogę poświęcić rodzinie, bo na co dzień ciągle jestem w trasach, rozjazdach i ojcem takim trochę „dochodzącym”. Oczywiście odbywa się malowanie pisanek, pieczenie mazurka, bo sprawia nam to frajdę. Zwykle w kuchni przydziela mi się podrzędne role kucharskie. Jestem jakimś wielkim krojczym albo mieszam ciasto. Między garnkami, a piekarnikiem nie mam ambicji być liderem.




Cykl „Bliżej Gwiazd” blog Jakuba Rohde. Styczeń 2015.

Wywiad z Krzysztofem Skibą – artystą, satyrykiem, felietonistą, frontmenem i autor tekstów zespołu BIG CYC.
Jakub Rohde: Już od najmłodszych lat występowałeś na scenie. Najpierw jako model, a następnie w założonym przez siebie Kabarecie „Tapeta”. Jak wspominasz tamten czas?

Krzysztof Skiba: Z tym modelem, to był raczej taki zabawny incydent. Coś w rodzaju dziecięcej drakfi, ale prawdą jest, że wówczas po raz pierwszy łyknąłem bakcyla sceny. Po prostu wygrałem casting, miałem wtedy chyba z 10 lat. Wiadomość o castingu do naszej paczki przyniósł Maciek Kosycarz, chłopak który był moim przyjacielem w podstawówce, a także w liceum. Postanowiliśmy się zgłosić, a przy okazji była okazja coś dorobić. Uznaliśmy, że może być zabawnie. Pokazy miały miejsce na kiermaszu szkolnym, który obywał się tuż po słynnym Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku. Była to największa impreza handlowa w tamtych czasach. To były lata 70. Przez dwa tygodnie chodziliśmy po wybiegu prezentując mundurki szkolne, kurtki, dresy i tornistry. Bardzo nam się to podobało. Tym większa była nasza radość, że w przerwach między występami, prezentował się iluzjonista, który "czarował". Wyciągał na przykład piłeczkę pingpongową z ucha czy bukiet kwiatów z kapelusza. Oczywiście, to wszystko były triki. Myśmy nawet zakradli się do jego garderoby, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście to są czary. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że nie ma tu żadnej nadprzyrodzonej mocy, a jego spektakl opiera się na prostych urządzeniach, które wspomagają show. A on tylko to wszystko sprytnie kamufluje. Żaden magik nie lubi jak podgląda się jego kuchnię. Aby pozbyć się wścibskich dzieciaków iluzjonista pokazał nam na odczepnego, najprostszą sztuczkę. Sztuczka polegała na tym, że gumka z jednego palca przeskakiwała na drugi, złudzenie absolutne. Oczywiście, na przerwach w szkole szpanowaliśmy tą sztuczką przed kolegami, a także dziewczynami. Praca modela miała też i ten pozytywny wymiar, że nieźle nam zapłacili. Przez dwa tygodnie zarobiłem tyle, co moja mama przez dwa miesiące jako architekt.
Natomiast kabaret szkolny, było to coś znacznie poważniejszego. Zaczęło się od tego, że w szkole chcieliśmy zrobić naszym dziewczynom z klasy niebanalny prezent na Dzień Kobiet i zamiast wręczania kwiatów czy słodyczy, zrobiliśmy dla nich przedstawienie, które z resztą bardzo się podobało. Debiut kabaretowy odbył się w klasie i trudno wtedy było to nazwać kabaretem. Raczej były to takie szkolne wygłupy. Z czasem te wygłupy urosły do znacznie większej formy. W ostatniej klasie podstawówki doszło nawet do występu na sali gimnastycznej przed całą szkołą. Podczas prezentacji, zrobiliśmy sobie żarty z nauczycieli, co oczywiście nie do końca im się podobało. Po tym jednym występie „Kabaret Tapeta”, bo taką przybraliśmy nazwę, otrzymał zakaz występowania. Nie wiele nas to wtedy interesowało, bo szykowaliśmy się już do liceum (wtedy jeszcze obowiązało osiem klas podstawówki i cztery liceum). Więc dalej robiliśmy tę Tapetę lecz w trochę innym składzie i już jako kabaret licealny. Ponieważ wygraliśmy jakieś przegląd kabaretowy udało nam się osiągnąć lokalną sławę. Pojechaliśmy nawet na Festiwal Kabaretowy do Kielc, był to festiwal harcerski, u nas w grupie niektórzy byli harcerzami. Okazało się, że Komenda Hufca, nie miała kogo wysłać, bo nie mieli wśród swego grona artystycznych dusz. Dzięki wyjazdowi na Festiwal mogliśmy spotkać prawdziwych artystów kabaretowych, takich jak: Marcin Wolski, czy Jacek Federowicz, którzy byli tam wtedy wykładowcami. Oni tak na prawdę otworzyli nam głowy i podpowiedzieli jak taki kabaret się robi. My cały czas byliśmy bardzo młodymi ludźmi, mieliśmy wielki zapał, ale byliśmy totalnie nieopierzeni i niedoświadczeni. Na festiwalu w Kielcach zdobyliśmy Nagrodę Publiczności, braliśmy też udział w pokazach kabaretowych w Klubie „Kosmos”. Po powrocie do Gdańska, postanowiliśmy zrobić Przegląd Kabaretów Szkolnych, nazywał się „Błazenada 81” i odbył się w Domu Harcerza. Zaprosiliśmy zaprzyjaźnione kabarety z Kielc, Lublina, Gdyni, ale niestety wybuchł stan wojenny w skutek czego przygoda z kabaretem została praktycznie zakończona. W stanie wojennym zrobiliśmy jeden spektakl bez cenzury, udając że są to jakieś warsztaty artystyczne w Pałacu Młodzieży. Przed wprowadzeniem stanu wojennego w liceum nr 1 w Gdańsku wydawaliśmy swoje pismo szkolne o nazwie „Gilotyna”. Nie było wówczas Internetu i nie było wtedy mowy o stronie internetowej. Przy czym „Gilotyna” nie była pismem oficjalnym szkoły, tylko gazetą niezależną uczniów i robioną przez uczniów. Najpierw była odbijana na ksero, potem na offsecie w finale miała być wydana w prawdziwej drukarni, ale generał Jaruzelski wprowadził czołgi na ulicę i już nie było na to szansy. J.R: Jakbyś miał dziś podjąć decyzję, powróciłbyś do kabaretu?

K.S: Cały czas mam sentyment do kabaretu, a BIG CYC przez niektórych zwany jest "rockowym kabaretem". To jednak tylko szyldy, a tak na prawdę to jest to jednak rasowa kapela rockowa. Natomiast ja jestem bardzo często zapraszany przez kabarety, jako ich gość specjalny. Z przyjemnością z tego korzystam. Występowałem z Kabaretem Ani Mru-Mru w skeczu o aniele, gdzie ja byłem aniołem a Michał diabłem, było to w Kabaretowej Lidze Dwójki. Następnie występowałem w skeczach Kabaretu Koń Polski w ich telewizyjnym programie kabaretowym „Kraj się śmieje”. Gościnnie występowałem w programie urodzinowym Kabaretu Skeczów Męczących z Kielc podczas uroczystej gali kabaretowej transmitowanej przez Polsat. Grałem tam siebie więc było zabawnie. Jako postać ze świata rocka jestem czasem do takich programów zapraszany gościnnie. Wspólnie z moim kolegą Maćkiem Kraszewskim występowałem w programie kabaretowym Górala i Jabbara, a także prowadziłem pewną galę kabaretową razem z Mariuszem Kałamagą z kabaretu Łowcy.B. Występuję również jako konferansjer, mam też swój muzyczny kabaret, gdzie moi muzycy parodiują znanych wykonawców np. Elvisa Presleya albo Freddiego Mercurego z zespołu Queen. Moi współpracownicy mają świetne stroje wyglądają rzeczywiście jak Presley i Mercury, są zresztą troszkę do nich podobni. Ja do tego wszystkiego dokładam żarty, zabawne komentarze, monologi i show się kręci. Nie jeździmy zbyt często na występy, tylko jesteśmy z tym programem zapraszani na specjalne okazje. To jest dla mnie istotna, ale jednak dodatkowa działalność. J.R: Według Ciebie Polska, Polacy to kraj który ma poczucie humoru i potrafi śmiać się sam z siebie? Czy może jest wręcz odwrotnie?

K.S: Z naszym humorem jest tak, że najlepiej oczywiście śmiejemy z kogoś. Generalnie ten wariat, który jest na scenie, błaznuje i opowiada jakieś niestworzone historie na swój temat, to jest dla nas (widzów) jakoś tam śmieszny. Natomiast my siedząc na widowni, nie wierzymy i nie dopuszczamy nawet cienia myśli, że to może być choć trochę o nas. My zawsze wierzymy, że to jest o sąsiadach lub kolegach z pracy. Ambitny kabaret powinien obok śmiechu dostarczać też pewną refleksję dotyczącą otaczającego nas świata. Obok zabawiania powinien moim zdaniem przemycać także treści społeczne. Tego jest trochę w kabarecie, ale nie za dużo. Zwykle są to dowcipy o służbie zdrowia, czy skecze o policjantach, politykach i księżach. Te branże zawodowe "od zawsze' były wdzięcznym tematem żartów, ale szkoda, że kabarety nie szukają nieco głębiej. Wiadomo, że jak zrobimy na scenie kretyna policjanta w skeczu o drogówce, to wszyscy będą się śmiać, bo każdy z tych śmiejących się dostał kiedyś mandat. Żarty o mundurowych zawsze śmieszyły, tak samo jak o blondynkach. Przyjął się taki stereotyp, że właśnie to blondynka jest ta najgłupsza i nic nie rozumie. Pewnie jest to krzywdzące, ale kabaret często opiera się na stereotypach. A tymczasem kabaret powinien być rodzajem sztuki obśmiewania i wyśmiewania różnych stereotypów. Zwróć uwagę na taki schemat. W skeczu stoi trzech Polaków w parku i nagle pojawia się Eskimos. Oczywiście źle mówiący po polsku, bo jak ma mówić? To zawsze będzie u nas wzbudzało śmiech. Ja bym ten schemat odwrócił. Polacy powinni źle mówić po polsku, a Eskimos idealnie. Dla mnie to byłoby śmieszne, ale nie jestem pewien czy dla reszty także.
Często jako widownia nie przyjmujemy, że niektóre żarty mogą być o nas. Ale ogólnie to Polacy oczywiście uwielbiają się śmiać i kochają kabarety. Swoją drogą uważam, że nastąpiło mocne przeludnienie kabaretów na scenie i w telewizji. Kiedyś na ten kabaret się czekało w latach 80/90tych tych kabaretów nie było tak wiele jak teraz i ludzie tęsknili za takimi widowiskami. Wiadomo np. że będzie Festiwal w Opolu, a także Koncert Debiutów, Koncert Premier. W ciągu tych paru festiwalowych dni, jest zawsze jeden wieczór poświęcony kabaretom. Słynny Kabareton w Opolu to było święto, na które czekało się cały rok. Natomiast dzisiaj masz codziennie kabarety, albo ich powtórki z jakieś poprzednich gal, właściwie co dzień leci coś kabaretowego. Siłą rzeczy nie ma takiego napięcia jak dawniej, kabarety spowszechniały. Owszem lubimy je oglądać i dalej się z nich śmiejemy, ale nie są już taką atrakcją jak były kiedyś. Pojawił się zdecydowany przesyt kabaretowy. Wielu widzów kabarety już nie śmieszą, a irytują. Są już nawet tacy, którzy nie cierpią ich oglądać. Aby czerpać przyjemność z kabaretu, zalecam rozsądne dozowanie. J.R: Jak oceniasz obecny Polski rynek muzyczny?

K.S: Kluczem do zrozumienia i rozpoznania rynku muzycznego w Polsce są media. Stacje radiowe zdecydowanie promują pop, muzykę środka i zachodnich wykonawców. Właściwie trudno rozróżnić stacje muzyczne od siebie, ponieważ 80% z nich gra tak samo. Zalew takiej samej muzyki w wielu stacjach nie jest dobrym zjawiskiem, ponieważ powinny być stacje grające w różnych stylach, tak jak w telewizji z powodzeniem sprawdzają się kanały tematyczne. Są np. kanały historyczne, rozrywkowe, kulinarne lub informacyjne. Jeśli chodzi o stacje radiowe, to w niewielkim stopniu też występuje zróżnicowanie stylów, ale te największe, które kształtują gust muzyczny grają tak samo i niestety zwykle jest to papka muzyki anglosaskiej. Mam wrażenie, iż kiedyś z większą ostrożnością dobierano piosenki, preferowano też piosenki polskie. Natomiast dzisiaj polscy wykonawcy zdaniem pryncypialnych decydentów nie wnoszą żadnych wartości, tylko są wartościowi na tyle, na ile naśladują zachodnich wykonawców. Prawdę mówiąc zakładamy sobie sami jakieś kaganiec może nie polityczny, a kulturowy. Mamy naprawdę wspaniałych swoich wykonawców Czesław Niemen, Marek Grechuta, Jan Kanty-Pawluśkiewicz, Ewa Demarczyk, Anna Maria Jopek, Edyta Bartosiewicz, Maria Peszek, Kayah i wielu, wielu innych. Mamy wybitnych, wspaniałych artystów tekściarzy jak: Wojciech Młynarski, Jacek Cygan, piosenki nieżyjącej Agnieszki Osieckiej czy jaremiego Przybory to prawdziwe perełki poetyckie. Także stary rock jest to wartościowa rzecz, tak jak SBB, Beakout, Tadeusz Nalepa, Republika, Maanam, Lady Pank z lat 80-tych, Perfect, Oddział Zamknięty. Także te zespoły bardziej radykalne KSU, Dezerter, TZN Xenna, Kolaboranci tego nigdzie nie ma. Dawno nie słyszałem nowej piosenki Kobranocki, TSA, Kultu, Maanamu czy Lady Pank. Ostatnio słyszałem tylko nową piosenkę Perfectu, a to za sprawą tego że wydali nową płytę. Nie słyszałem innych, bo ich się nie gra. Lecą co najwyżej ich stare hity, ale też nie za często. Musimy pamiętać, że nasza narodowość objawia się w języku i jeżeli nie będziemy puszczać polskich wykonawców, to przestaniemy nie tylko myśleć po polsku, ale za dwadzieścia lat także mówić po polsku, bo zaleje nas zachodnia pop kultura. Musimy uczyć młodych, że byli tacy artyści jak Grechuta i Niemen i również tego, że świat współczesnej muzyki pop nie zaczynał się od Beyonce. W radiu na okrągło leci Beyonce, Christina Aguilera, Shakira i Jennifer Lopez. Na tego typu piosenkarki mówi się „wokalistki gołego pępka”, ponieważ one na wszystkich teledyskach pokazują goły pępek, cycki i tyłek. Nie mam nic przeciwko machaniu pępkiem, ale domagam się aby pokazywać też coś bardziej wartościowego. Pokolenie gołego pępka ma fajne teledyski, bo fajne dziewczyny tam grają i tańczą. Nasza niezbyt wymagająca publiczność to lubi. Niech to też będzie, ale problem w tym, że w mediach jest tylko to i nie ma prawie żadnej alternatywy, nie ma inności w radiu.
Jeżeli chodzi o rynek muzyczny, to uważam, że jest teraz bardzo dużo zdolnej utalentowanej młodzieży i to niekonieczni tej, która męczy się w programach typu "X-factor". To jest młodzież, która świetnie gra, a przede wszystkim wartościowe jest to, że można wybierać wśród wielu różnych propozycji. Nie ma tak, że wszyscy grają na jedno kopyto. Nie ma już dominującego nurtu muzycznego. Wszystkie są jakby równoległe. Zwróć uwagę są zespoły folkowe, metalowe, elektroniczne, hip hopowe, hard rockowe, punkowe, grające przeróżne odmiany muzyki tanecznej, naprawdę jest cały zestaw i można pysznie wybierać, co kto lubi, nie ma jakiś dominujących zjawisk w muzyce. Kiedyś w latach 80. takim dominującym nurtem była muzyka rockowa. Później w latach 90. takim dominującym była muzyka hip-hop. Wszystko to teraz moim zdaniem działa równolegle. Oczywiście, ktoś słucha metalu, a drugi disco polo i ma do tego prawo. Obawiałbym się tylko, że media zbyt nachalnie i ze szkodą dla tkanki społecznej, a tylko z chęci zysku czyli dla mamony lansują płaski, tandetny pop. Ta muzyka jest łatwa i dlatego się podoba. Pytanie tylko, czy ona coś wnosi w sensie wartości. Czy nas uszlachetnia? Wątpię. To jest jak hamburger czy papier toaletowy. Czyli coś co szybko się konsumuje i zużywa, a potem o tym równie szybko zapomina. J.R: Twoim zdaniem. Dzisiejsza publiczność jest bardziej wymagająca, niżeli kiedyś?

K.S: Dzisiejsza publiczność jest z mocno zblazowana. Dlaczego? Bo wszystko dostępne jest w Internecie. Kiedyś jak przyjeżdżał zespół z Zachodu, to naprawdę było to wielkie święto. Wtedy ten artysta był mniej dostępny, a dzisiaj dzięki Internetowi możesz wejść na stronę zupełnie nikomu nieznanego ciekawego zespołu np. z Nowej Zelandii czy USA. Kiedyś nie było tej możliwości, to jest oczywiście plus bo dawniej trzeba było mieć znajomych za granicą , aby nam płyty przesyłali. Słuchaliśmy radia, jakie nurty? jacy wykonawcy są teraz modni?, wszystko to docierało do nas z opóźnieniem. Obecnie tak nie jest i dobrze, bo sami otworzyliśmy się na świat, jesteśmy członkami NATO i Unii Europejskiej. Jeśli chodzi natomiast o Internet, to tam wszystko jest i ten rozwój cywilizacji technicznej trochę nam ułatwił połykanie świata także muzycznie. Uważam, że nie ma szacunku do muzyki, to znaczy że w każdej chwili możemy zobaczyć każdy teledysk w Internecie przez dostępność wszystkiego na portalach. Dzisiaj recenzentem może być każdy, nawet ten co jest głuchy i nie ma pojęcia ani wiedzy muzycznej. Kiedyś recenzje pisali znani dziennikarze np. Wojciech Mann, Wiesław Królikowski, Marek Wiernik czy Marek Niedźwiedzki. Jeżeli oni się podpisali pod jakąś recenzją, to było coś. To dla melomanów była cenna wskazówka. Dzisiaj takich przewodników nie ma, bo każdy jest sobie sterem i okrętem. Z jednej strony są plusy, ale także minusy takiej sytuacji. pytanie brzmi: kto ma wychować to młode pokolenie i pokazać im jaka jest tradycja i kto grał wcześniej? Oczywiście, są tacy co sami do tego dojdą, ale z pewnością brakuje nam autorytetów muzycznych, a nawet jak gdzieś są to ich głosy nikną we wrzasku i tyglu internetowego kotła. Muzyka jest świetną sprawą, pozwala rozwijać wrażliwość i wyobraźnię, jeśli stanie się pasją, to może być nawet przygodą życia. Natomiast większość nastawia się nie na przeżywanie muzyki, ale na bezrefleksyjne konsumowanie obrazków czyli płaskie ślizganie się po YouTube. J.R: Jesteś znany z bardzo odważnych wypowiedzi, na które ludzie różnie reagują. Nie obawiasz się późniejszych konsekwencji?

K.S: Udzieliłem już setki bardzo ciekawych i mniej ciekawych wywiadów. Większość z nich nie mam nawet z archiwizowanych. Natomiast jeśli jakaś znana osoba wypowiada się na kontrowersyjne tematy, to trzeba się uzbroić w naprawdę gruby pancerz i liczyć z atakami. Ja mam jedną zasadę dotyczącą zaczepek internetowych: po prostu staram się tym nie przejmować. Oczywiście w morzu komentarzy zawsze należy spodziewać się sporej ilości błota i bełkotu, zwłaszcza wówczas, gdy mówi się rzeczy niepopularne. Powiem tak: dla wielu internautów komentowanie bez dowalenia nie daje przyjemności. Nawet jeżeli nie ma do czego się przyczepić w danym wywiadzie, to znajdzie się taki, który przyczepi się do twojej płyty z przed 10 lat. Najgorsze jednak jest wyciąganie wad fizycznych, to jest rozpaczliwe i żałosne ponieważ w tej sytuacji jest brak argumentów. My, faceci jakoś sobie z tym poradzimy, ale gorzej z dziewczynami. Taka sytuacja: jest w sieci zdjęcie ładnej dziewczyny, która gra w filmie lub nagrała płytę. Wiele ataków nie dotyczy jej gry aktorskiej czy śpiewu, ale tego jak się ubrała i jak wygląda. Tacy jesteśmy. To przykre. J.R: Co myślisz o dzisiejszej scenie politycznej?

K.S: Myślę, że w tej kwestii nie dokonam żadnego odkrycia, jest zabetonowana. Widać ten męczący podział Polska Platformy Obywatelskiej (PO) i Polska Prawa i Sprawiedliwości (PIS). W tych wyborach nadspodziewany dobry wynik Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL) i całkowita, wręcz zaskakująca klęska lewicy spod znaku SLD. Małe partie od dłuższego czasu mają problem z przebiciem się, ale jeżeli komuś znudziła się PO, a komuś PIS, a takich ludzi który mają dość obu głównych partii jest wielu, może nie są większością, ale jest ich sporo, szczerze mówiąc, tak naprawdę ci ludzie nie mają na kogo głosować. Próbował Palikot. Podlizywał się młodzieży, atakował Kościół, usiłował być bardzo nowoczesny i zdechł. Jego partia to trup. Później chwilowym fenomenem był Janusz Korwin Mikke. Jego gwiazda zgasła jeszcze szybciej. Teraz pewnie znowu wyskoczy jakiś nowy uzdrowiciel i obawiam się, że też marnie skończy. Daleki jestem od popadania w histerie w stylu PIS, gdzie wieszczy się upadek Polski i absolutny dramat kraju. Rozumiem też znudzenie Platformą, wkurzenie na ich liczne wpadki i blamaże, ale jakoś nie potrafię uwierzyć, że nadciąga wielka katastrofa, bo jej po prostu nie widzę. Ja wręcz widzę ludzi uśmiechniętych, widzę obywateli świetnie radzących sobie zawodowo, jeżdżących na dobre zagraniczne wakacje, mających ładne samochody, ludzi, którym żyje się wygodnie. Nie brakuje też biedy i patologii, problemem jest bezrobocie, potworna biurokracja, niewydolność służby zdrowia, ludzie wykluczeni, ale to tylko część prawdy o nas i naszym kraju. Przykre jest też to, że mało mamy polityków z klasą, o wysokiej kulturze i etyce. Ostatnie afery dotyczące nieuczciwych rozliczeń posłów za wyjazdy służbowe czyli tzw. kilometrówki dowiodły, że nasi politycy to w dużej mierze krętacze i mali kombinatorzy. Straszne! Zamiast przywódców mamy grupy beznadziejnych cwaniaczków. J.R: Jak można byłoby cofnąć czas. Do jakiego etapu swojego życia powróciłbyś najchętniej?

K.S: Jak każdy w moim wieku chciałbym być młodszy! Na pewno chciałbym mieć mniej lat, niż mam. Do czasów PRL-u to nie za bardzo, ponieważ były to straszne i okropne czasy, ale gdyby była taka maszynka do przenoszenia się w czasie, to ja przeniósłbym się w okolicach swojej 30-stki. Ale tak na serio to świetnie czuję się ze sobą i swoimi latami. Mam ambitne plany i jeszcze wiele przede mną! J.R: Mamy XXI wiek. Co Ciebie denerwuje? I co zmieniłbyś w obecnym świecie?

K.S: Denerwuje mnie to, że wciąż jest w stosunkach międzypaństwowych w Europie używany argument siły i straszenie przewagą militarną. Jest to przerażające. Okazuje się, że po latach względnego spokoju wróciliśmy do zasad znanych z okresu zimnej wojny. Wszyscy myśleliśmy naiwnie, że te czasy bezpowrotnie minęły. Przespaliśmy trochę w błogostanie czas, kiedy za wschodnią granicą udając normalnego, demokratycznego przywódcę wyrósł nam polityczny potwór czyli Władimir Putin. Osoba niebezpieczna, nieobliczalna, łamiąca prawa człowieka oraz wszelkie demokratyczne procedury, nastawiona na rozwiązania siłowe oraz ekspansję. Potęga i pazerność Putina to zły znak dla świata i Europy.