Z KRZYSZTOFEM SKIBĄ rozmawia Jacek Gądek.
Wirtualna Polska. Listopad 2016.

Jacek Gądek: - Boisz się?

Krzysztof Skiba: - Nie. Mam jednak obawy przed PiS, które demoluje demokrację.

Wcześniej nie miałeś żadnych związanych z Platformą Obywatelską i poprzednimi rządami?

Wtedy też nie wszystko mi sie podobało, ale nie w takim stopniu jak teraz. Od prawie 30 lat nagrywamy z Big Cycem piosenki, które się naśmiewają z aktualnie panujących. O Wałęsie śpiewaliśmy, że „Nie wierzymy elektrykom”.

A już z Donalda Tuska nie kpiłeś w piosenkach?

Nie.

Bo?

Kabaret Moralnego Niepokoju już wyczerpał temat Tuska. Za to bardzo drwiliśmy z Aleksandra Kwaśniewskiego. Big Cyc nie może się jednak cały czas zajmować polityką - śpiewamy o niej, gdy nas coś na serio wkurzy, w końcu wywodzimy się ze szlachetnego nurtu publicystycznego rocka. Teksty są ważne. John Lennon i Bob Dylan pisali polityczne piosenki. Big Cyc też.

Nigdy wcześniej nie poświęcałeś całej płyty drwinom z władzy. A teraz z PiS tak robisz.

„Czarne słońce narodu”…

…czyli tytuł płyty i opisujący Jarosława Kaczyńskiego…

…jest odreagowaniem „dobrej zmiany”.

Pół roku ci wystarczyło na podsumowanie władzy?

Przypomnę: 250 dziennikarzy wyrzuconych z mediów publicznych, w spółkach Skarbu Pastwa osoby takie jak pielęgniarka z Wejherowa i człowiek od rozwożenia pizzy, a doradcą ministra został Bartłomiej Misiewicz - osoba bez studiów, ale za to zaprawiony w noszeniu kartonów z lekami w aptece. Czasy dla satyry są świetne!
Uprzedzę Twoje pytanie: za czasów PO zdychałem z nudów.


Przypomnę tylko jedna kwestię: 23-letnia córka ministra Jacka Rostowskiego doradza ministrowi spraw zagranicznych Radosławowi Sikorskiemu.

Dzisiaj to się dzieje w skali masowej. Możemy się łapać za słówka, ale to jest myślenie typowe dla zwolenników PiS: jeśli ktoś krytykuje PiS, to znaczy, że jest za PO. Tymczasem chyba wszyscy czekaliśmy na jakąś zmianę i potrzebne było przewietrzenie warszawki, bo układy władzy zaczęły gnić.

I się wietrzy, ale jest aż tak źle, że zacząłeś grać na marszach KOD?

Tematów jest mnóstwo. Antoni Macierewicz - człowiek z obłędem w oczach - jest tu samograjem. A ta nowa komisja smoleńska? To są oszuści! Mają jakieś tytuły naukowe, ale akurat na badaniu katastrof lotniczych się nie znają, a przecież lecząc zęby nie idziesz do ginekologa.

Katastrofa smoleńska, jakiekolwiek by nie były jej przyczyny, cały czas boli wielu ludzi. Może warto ważyć słowa, gdy mowa o Smoleńsku?

To oczywiste, ale ludzie w komisji Macierewicza nie są żadnymi ekspertami. Tyle.

W bajce, którą opowiadasz na FB, są takie rymy: „W knajpie, na dworcu oraz w burdelu, apel smoleński mój przyjacielu. U chłopa na polu oraz na kupie gnoju, apel smoleński - symbolem pokoju”. Godzi się tak?

To jest protest przeciwko temu, że apel smoleński wciskano powstańcom warszawskim, co jest zupełnym mieszaniem porządków historycznych. Co powstanie z 1944 r. ma wspólnego z katastrofą smoleńską? Uwłaczające dla ofiar wypadku lotniczego i dla kombatantów jest zarządzenie Macierewicza o odczytywaniu apelu smoleńskiego.
Klip do tej bajki, którą cytujesz, oparłem na memach: na przykład facet pije wódkę, a żona mu mówi, że wcześniej czas na apel smoleński. Tak staram się ośmieszać sztuczne nadymanie PiS.


I nie miałeś nigdy obawy, że ktoś z bliskich ofiar katastrofy może się poczuć urażony?

Mój znajomy zginął w katastrofie smoleńskiej. Aram Rybicki. Wdowa po Aramie - Małgorzata Rybicka - jest w rozpaczy, bardzo jej współczuję. Jednak cała jej rodzina podpisała się pod listem z protestem przeciwko ekshumacjom.
A Kościół co? Bp Tadeusz Pieronek mówi wprost o „bezczeszczeniu grobów”, jeśli ekshumacja odbywa się wbrew woli rodziny.


A biskup Antoni Dydycz, że „z punktu widzenia moralnego nie ma żadnej przeszkody” i można. Według tego biskupa „prokuratura ma nie tylko prawo, ale i obowiązek dokonać ekshumacji, jeśli jest szansa na odnalezienie prawdy, jeśli chce dojść prawdy, nie powinno być żadnej dyskusji”.

Ja cytuję akurat bp. Pieronka, a biskupowi Dydyczowi przydałyby się rekolekcje z empatii.

Ale znajdzie się też biskup o innym poglądzie i żaden z nich nie jest wyrocznią.

Najwidoczniej tak. Niemniej - nie tylko według mnie - jeśli ktoś nie szanuje woli rodziny, to ekshumacja jest barbarzyństwem.

Przyjdzie taki moment, że znowu zachce ci się pokazać pośladki komuś z władzy?

Mam już to za sobą. Jest w życiu ludzi zbuntowanych moment, że trzeba ściągnąć gacie i pokazać komuś tyłek. Ja już to zrobiłem - w 1999 r. Nie jestem jednak pewny, czy w końcu ktoś nie pokaże tyłka na trybunie sejmowej. Słowne potyczki, krzyki „ty debilu!” czy pokazywanie środkowego palca to już się tam dzieje.

Poseł PiS Piotr Pyzik faktycznie pokazał „fucka”. A w poprzedniej kadencji zasłynął tym też Artur Dębski wybrany z listy Twojego Ruchu.

Na stadionie nikogo by to nie zdziwiło, ale w Sejmie nie wypada.

Z rockmanów jest w Sejmie Piotr Liroy-Marzec i Paweł Kukiz…

…Paweł już nie jest rockmanem.

Z charakteru wciąż jest.

Współczuję Pawłowi Kukizowi. Sam się wypisał ze świata artystów. Już się chyba nudził graniem i śpiewaniem. Wypalił się. Mówił, że nie ma pomysłów na nowe piosenki. Miał wiele przebojów, grał na wszystkich możliwych festiwalach - od Jarocina do Opola - i mu się chyba znudziło. Poszedł do polityki, a to już jest inna zabawa.

Paweł Kukiz marnuje się trochę w Sejmie?

Uważam, że głosy oddane na Kukiza były zmarnowane.

Tak? Wniósł przecież do Sejmu trochę ożywienia.

Może to zbyt surowe określenie wobec Pawła Kukiza, ale wyczytałem w Internecie, że jest dziś „kapciowym Jarosława Kaczyńskiego”. I to jest niestety prawda. Kukiz’15 jest przybudówką PiS. Gdy czytam poważne analizy na przykład prof. Aleksandra Halla, któremu trudno zarzucić, że jest lewakiem, to dochodzę do takiego właśnie wniosku. Hall jest konserwatystą z krwi i kości…

…któremu do PiS jednak bardzo daleko.

On klubu Kukiz’15 nie bierze pod uwagę jako opozycji. Osobiście doceniam jednak posła Liroya, który wykonuje bardzo pożyteczną pracę ws. marihuany leczniczej. Jeśli Liroy i Kukiz’15 doprowadzą do jej legalizacji i tym samym pomogą wielu chorym, to odwołam zdanie, że głosy na Kukiz’15 były zmarnowane.
Rozumiem, że jest potrzeba trzeciej siły, bo ludzie rzygają PO i PiS, ale ta alternatywa w postaci Kukiz’15 jest nieciekawa - to pusty bunt, bez pozytywnego programu. Jedyne czego chciał, to referendum ws. zmiany konstytucji, ale suweren olał Pawła Kukiza i nie poszedł głosować. Jest dla mnie Andrzejem Lepperem w glanach i to się cały czas potwierdza.


Dziś najpotężniejszą osobą w Polsce jest Jarosław Kaczyński - postać z Twoich koszmarów?

Nie mam koszmarów. Jestem człowiekiem z podziemia z czasów komuny. Rzucałem w ZOMO-wców kamieniami.

I przesiedziałeś trzy miesiące w areszcie.

Kilkanaście razy mnie też zatrzymywano. Wtedy może 2 proc. obywateli angażowało się w walkę z komuną. Przeżyłem Jaruzela, więc w Polsce Kaczyńskiego może nie czuję się przesadnie komfortowo, ale się nie boję. Przeszkadza mi poziom nienawiści miedzy Polakami. Martwi mnie to, że wystarczy iskra, wykorzystywanie ideowej młodzieży, hodowanie ONR-u.

Mówisz o nieco abstrakcyjnej nienawiści miedzy Polakami, a Polacy dostają po 500 zł na dzieci.

No tak, ale to jest dramat.

Pieniądze na dzieci to dramat?

To są cukierki rozdawane ludziom, żeby zdobyć wyborców. I to jeszcze na kredyt.

Niektórzy dzięki tym cukierkom mogą przeżyć od pierwszego do pierwszego.

Dobrze. Ale za chwilę te dzieci, na które idzie po 500 zł, będą musiały spłacać długi zaciągane przez PiS. Edward Gierek kiedyś też zbudował Dworzec Centralny i Spodek, ale długi po nim spłaciliśmy dopiero kilka lat temu. Tak będzie też z długami na 500+.
Trzeba pomagać rodzinom z dziećmi - to oczywiste. Ale z głową. Jeśli jednak te 500 zł zwiększy dzietność, to przyklasnę.


Czujesz się jak kwiatek do kożucha w TVP?

Czuję się wyjątkowo. Dobór prowadzących „W tyle wizji” jest prawicowy, ale dzielnie staram się te PiS-owskie bajki sprowadzić do parteru. Nie zawsze mi się udaje. Uczciwie muszę jednak powiedzieć: nikt mnie nie cenzuruje.

Po co było na antenie TVP porównywać PiS do śmierdzącej kozy wprowadzonej do domu?

Żart przyjęto w TVP z godnością. Z godnym milczeniem. Jeżeli chodzi o producentów, a Krzysztof Feusette współprowadzący szybko się odciął dowcipem o KOD.

Doisz TVP, którą masz za PiS-owską?

Nie jestem na etacie w Telewizji Polskiej.

Tylko?

Mam status gościa w programie.

Dostajesz za to pieniądze

Oczywiście. I to jest normalne. Są to zresztą niezbyt duże sumy. Od tego programu nic w moim życiu nie zależy. Po prostu pozytywnie odpowiedziałem na zaproszenie dyrektora TVP2 Marcina Wolskiego. Znam go ponad 30 lat, na jego tekstach i piosenkach się wychowałem. Nie zgadzam się z jego publicystyką w „Gazecie Polskiej” i w innych prawicowych tytułów, ale taka też była idea programu: ktoś prezentujący opozycyjny punkt widzenia też ma być w telewizji.

I jesteś ty, a Marcin Wolski żałuje, że tylko ty.

Był pomysł, aby był też Michał Ogórek.

Ale nie chciał.

Jakoś się to rozmyło i go nie ma. Dopóki nikt niczego mi się na narzuca, to ja jestem. Zresztą bardzo mnie niektórzy atakują ze środowisk PO i KOD za to, że w jestem w „TVPiS”.

Bo jesteś jednym z niewielu w kontrze do PiS. Dlatego.

Ale dojenie?!

Nie atakuję. Pytam.

Wszyscy otrzymujemy pieniądze za wykonywaną pracę. W telewizjach jestem obecny od ponad 25 lat. Miałem programy w Polsacie i w TVP. Pisałem felietony do wielu pism.

Pomysł bojkotowania TVP jest dla ciebie głupi?

To przesada. Ryszard Petru jest zapraszany do TVP. Grzegorz Schetyna - też. Bardzo dobrze, że telewizja publiczna nie idzie drogą Radia Maryja, gdzie w ogóle nie zaprasza się opozycji. Tak - ma przechył prorządowy, ale są w niej nie tylko politycy PiS.

Jak zawsze publiczne medium jest jakiś przechył.

Należy jednak korzystać z tych zaproszeń, które się otrzymuje. I uszczypliwie poddawać w wątpliwość niektóre marzenia PiS.

Taką uszczypliwością jest Twój felieton, w którym piszesz, że Jarosław Kaczyński „drapie się po jajkach”, które puchną?

To bajka Skiby.

Nie za bardzo szarżujesz?

Taka jest konwencja bajki. Zobacz, jakie rzeczy dzieją się u Monty Pythona. W bajce zdarzyć się może wszystko. Jean de La Fontaine, Hans Christian Andersen czy Ignacy Krasicki tworzyli najdziwniejsze postacie: ptak zjada bohaterów, zwierzęta mówią ludzkim głosem, a czarownice lądują w piecu.

Nie znam jednak żadnej bajki, w której szef partii rządzącej jest opisywany jako człowiek mający problem z przyrodzeniem. Serio.

Pointa mojej bajki jest jednak taka, że „ma dużą teczkę”. A „teczka” to zabawne określenie na męskie jajka oraz poważne na materiały z IPN. To gra w skojarzenia. Każdy wie, że to nie jest na serio. Tym się kraje demokratycznej różnią od Korei Północnej czy Białorusi, że u nas wciąż istnieje satyra polityczna.

Zatem wciąż żyjemy w demokracji.

Tak, choć bardzo brakuje mi takiego programu satyrycznego, jak kiedyś miał Szymon Majewski - trochę komentowania wydarzeń tygodnia, trochę skeczy politycznych.

Dlaczego nie przynosisz do którejś telewizji takiego projektu?

Nie ma na to klimatu. W żadnej z telewizji.

Bo?

Te rolę przechwycił internet, memy.

Z Lecha Wałęsy już nie żartujesz?

Krytykowałem Lecha, gdy był prezydentem. Mama mnie jednak nauczyła, że zawsze należy bronić słabszych - tych, którzy są atakowani z różnych stron. A teraz szczucie na Lecha Wałęsę jest masowe. W stanie wojennym biłem w niego, ale wtedy byłem 17-letnim radykalnym anarchistą. Teraz jestem po pięćdziesiątce i patrzę inaczej.
Do Wałęsy można mieć wiele pretensji o prezydenturę i o megalomanię. Jego zasługi są jednak nie do przecenienia. W stanie wojennym zachował się godnie. Tak - gdy był młodym stoczniowcem, popełnił błędy współpracując z esbekami, ale robotnicy byli w potrzasku i nie wiedzieli, jak z SB rozmawiać. Później jednak nie był na sznurku komunistów, ale doprowadził do zwycięstwa postania narodowego, jakim była „Solidarność”.


Gdybyś powiedział Lechowi Wałęsie, że miał epizod współpracy z SB, to wyrzuciłby cię za drzwi i nazwał kłamcą.

Wielcy ludzie nie są bez wad. Ale zostają po nich czyny. Po Lechu Wałęsie pozostanie Sierpień’80.

Na kogo głosowałeś w wyborach?

Na Platformę.

Mimo wszystko?

Tak. Zrobiłem to z rozpaczą w oczach.




Z Krzysztofem Skibą rozmawia Krzysztof Majak. Portal internetowy Na Temat. Listopad 2016.

Żałuje Pan, że nie wystąpi już "W tyle wizji?"

Krzysztof Skiba: Nie rozpatruję tego w kategoriach żalu. Spodziewałem się, że wcześniej czy później nastąpi taka sytuacja. W końcu padło już kilka moich mocnych tekstów w tym programie, po których ta katapulta mogła wystrzelić wcześniej.

Na przykład?

Choćby wtedy, gdy powiedziałem, że PiS jest jak śmierdząca koza w ciasnym mieszkaniu, bo połączyła wszystkich skonfliktowanych członków rodziny.
Oficjalnie nie podano mi żadnych oficjalnych powodów zwolnienia.


A co Pan usłyszał?

O zwolnieniu poinformowała mnie osoba z produkcji. Powiedziała, że już mogę nie przyjeżdżać na kolejne odcinki i że jest to informacja z "samej góry". A co to oznacza i czy chodziło o Jacka Kurskiego, czy może o ludzi z ulicy Nowogrodzkiej, tego nie wiem. Chciałbym natomiast podziękować Marcinowi Wolskiemu, który mnie do tego programu zaprosił. Dzielnie mnie bronił, ale pewnie dłużej już nie mógł.

Powiedzmy wprost - nie pasował Pan do tego programu.

Czułem się tam jak rodzynek. Przeważają, a raczej przytłaczają tam publicyści o poglądach mocno prorządowych, a ja byłem jedyny krytyczny wobec PiS. Być może moje wyrzucenie wiąże się z jakąś nową koncepcją programu, według scenariusza której, teraz już wszyscy mają tam słodzić władzy? Obawiam się tylko o widzów TVP Info, czy nie nabawią się cukrzycy.

Pana obecność w tym programie dziwiła zarówno zwolenników jak i przecinków PiS.

To był ciekawy eksperyment. Wdarłem się na pole przeciwnika i nie pełniłem tam roli jeńca. Byłem jak pieprz dodawany do potrawy, a może bardziej jak cytryna, która potrafi wykrzywić uśmiech.

Kiedykolwiek Pana cenzurowano?

Nigdy! Zresztą, program był na żywo. Nie narzucano co i jak mam mówić. Pracowało mi się tam bardzo dobrze, chociaż byłem na antenie bardzo mocno krytykowany przez zwolenników PiS, bo już chyba tylko oni to oglądają. Ciężko jest stać dziś w Polsce okrakiem i mieć kolegów po jednej i drugiej stronie. Chociaż znam takich, którym się to udaje.

Na przykład?

Kazik z Kultu powiedział niedawno, że ma przyjaciół z PiS i wśród zwolenników opozycji. Ja byłem bardziej krytykowany przez zwolenników KOD i opozycji właśnie. Mówili, że daję się wykorzystywać w tym programie, że służę za zasłonę dymną i jestem kwiatkiem do kożucha i uwiarygadniam tę władzę. Usłyszałem też, że jestem kimś w rodzaju "wentyla", jak w PRL.

Różne były określenia, listek figowy...

Raz nawet w czasie podróży taksówką na Woronicza, miły taksówkarz powiedział: Panie Krzysiu, Pan taki fajny, lubię pańskie piosenki...Czy jest jeszcze sens, by pojawiał się pan w tej propagandowej telewizji?

I co Pan powiedział? Że jest?

Ja próbowałem sprowadzać te bajki PiS-u do parteru. Uważam się za satyryka i niezależnego publicystę, dlatego atakowałem absurdy PiS-owskie, które codziennie nam dostarczają. Teraz sprawa jest przynajmniej czysta. Nie mam problemu ze zwolennikami KOD, a TVP nie ma problemu ze Skibą. Nadchodzą czasy twardej propagandy. Będzie to prawica "od pługa do Odry", jak to ktoś odkreślił.
Moje wyrzucenie jest sygnałem, że teraz telewizja jeszcze bardziej skręci w prawo. Któryś z polityków napisał, że już się wyrzuca ludzi, którzy są "za mało PiSowscy". Ja nie byłem nawet w 5 proc. pisowski, choć nie byłem też apologetą opozycji. Gdy Ryszard Petru powiedział coś od rzeczy, to też się z tego śmiałem.


Jest coś na rzeczy. Z "Teleexpressu" też wyrzucono dziennikarzy, którzy uchodzili za konserwatywnych.

Gdy przyszedłem do TVP Info, ekipy techniczne były wyraźnie przygaszone. Było to po pierwszych czystkach, kiedy nie wiadomo było jeszcze, kogo zwolnią. Kiedyś nawet rzuciłem dowcip, gdy przyczepiano mi dwa mikrofony. Powiedziałem, że ten drugi jest dla Ziobry, który musi wszystko słyszeć. Zwykły żarcik sytuacyjny, z którego nikt się nie roześmiał. Wszyscy byli bladzi, ze strachu. Ale ten krótki moment niepewności minął i panuje raczej miła atmosfera - kto miał ocaleć, ocalał. Zresztą, nie można mieć do tych ludzi pretensji, bo każdy ma swoje zobowiązania, a przeżyli już kilku prezesów. Teraz ta czystka była rzeczywiście poważna.

I wreszcie dosięgnęła i Pana.

Tak, myślę że miedzy innymi przez moją aktywność internetową i współpracę z portalem "Sok z buraka", gdzie pojawiały się bajeczki Skiby. Opowiadałem tam o politycznych "babach - jagach" Ale tak naprawdę zbulwersowali się na mnie dopiero za wierszyk o ekshumacjach.

Nie ostrzegano Pana, że z tego się nie śmiejemy?

Nie, nigdy nie było żadnych instrukcji. Jasne jest, że dla strony PiS-owskiej temat Smoleńska jest drażliwy. Natomiast każdy, kto zdał maturę albo miał choćby lekcje języka polskiego w podstawówce i analizował tekst pod kątem "co poeta miał na myśli" jest w stanie odszyfrować jakie jest przesłanie tego filmu z wierszykiem.
Zalała mnie fala hejtu. Portale prawicowe uruchomiły psy gończe i szczujnia jest naprawdę bardzo mocna. Nikt już się nie zagłębia w treść tego wierszyka. Zrobiono wokół mnie historię, że "Skiba nabija się ze Smoleńska".


Oczywiście, to samo było ze Stuhrem.

Tak, i to wystarczy - już jestem "spalony" [śmiech]. A to jest wierszyk w obronie rodzin smoleńskich, które nie zgadzają się na ekshumację. W Smoleńsku zginął mój naprawdę bliski znajomy, z którym współpracowałem w latach 80-tych w czasach antykomunistycznego podziemia - Arkadiusz Rybicki. Późniejszy poseł PO, wiceminister kultury, legenda podziemia. Niewiele osób wie, ale on, prawdziwy konserwatysta był także producentem programu "Lalamido" w TVP2.

I dlatego zdecydował się Pan zająć ostre stanowisko w sprawie ekshumacji?

Znam wdowę po Arkadiuszu - Małgorzatę Rybicką, która napisała przejmujący list do ministra Zbigniewa Ziobry z prośbą o niedokonywanie ekshumacji. Jej rodzina nie chce ponownie cierpieć i przeżywać raz jeszcze tej traumy. Później był list rodzin ponad dwustu krewnych ofiar katastrofy, którzy napisali chyba do wszystkich świętych. Jedynie biskup Pieronek wykazał się empatią mówiąc, że ekshumacja bez zgody rodziny to barbarzyństwo. Mój ostry wierszyk był więc przeciw temu barbarzyństwu. Zresztą, w polskiej tradycji jest coś takiego, że ekshumacja bez zgody rodziny jest kojarzona z bezczeszczeniem zwłok. Ten taniec na smoleńskich trumnach odczytuję jako pomysł polityczny. Niestety wygląda to na robienie kariery na trupach.

PiS twierdzi, że wyjaśnia to, co nie zostało wyjaśnione.

Prawda jest smutna. Wydaje mi się, że PiS boi się prawdy smoleńskiej. A kłamstwo smoleńskie, jest tym, co wyczynia Antoni Macierewicz, którego eksperci nie uczestniczyli wcześniej w żadnych innych komisjach. To są specjaliści z innych dziedzin. Owszem, są naukowcami, ale to tak jakby z problemem z nogami iść do dentysty... Zachodni eksperci mówią wręcz, że to oszuści.

Równie ostro ocenia Pan wyciąganie ręki po milionowe odszkodowania przez niektóre rodziny smoleńskie?

Wystarczy zobaczyć zdjęcie Pani Gosiewskiej sprzed lat i teraz... Wygląda dziś jak bohaterka reality show, amerykańskich tasiemców czy gwiazda "Pudelka". Paradoksalnie ona odżyła! Przykład Pani Gosiewskiej jest najbardziej rażący, bo są osoby, które cierpią, które ciągle przeżywają traumę. Natomiast pani Gosiewska robi karierę na tym, że jest wdową smoleńską. Ona jest czymś w rodzaju nekro-celebrytki, a żądanie kolejnych pieniędzy to moim zdaniem bezczelność i kompletna hucpa. Gdybym miał żartować, powiedziałbym, że nie ma pieniędzy na Caracale, bo być może te pieniądze poszły na odszkodowanie dla Pani Gosiewskiej.

Być może my nie jesteśmy w stanie postawić się na miejscu tych osób. Mówią, że żadne pieniądze nie są w stanie zadośćuczynić utraty kogoś bliskiego. Może te żądania biorą się z żalu, poczucia niesprawiedliwości, krzywdy?

Oczywiście tak, ale ciągle mówimy o równości wobec prawa, a proszę zobaczyć, jak potraktowano rodziny ofiar wypadku CASY. Zginęła tam czołówka polskiego lotnictwa, ludzie zasłużeni, o wysokich stopniach wojskowych. Te rodziny dostały o wiele mniejsze odszkodowania - zostały inaczej potraktowane. Tam nie ma rent, a są grosiki, w porównaniu do tego, co otrzymują wdowy smoleńskie. Ja nie mówię, że pieniądze się nie należą. To strata osoby bliskiej, która była głównym źródłem dochodu dla rodziny - państwo powinno to zadośćuczynić. Ale wydaje mi się, że szczególnie pani Gosiewska reprezentuje nieprzyzwoitą pazerność w tym temacie.

Przyszedł czas rządów pawicy i zasady "redystrybucji" się zmieniły.

PiS to jest właściwie partia socjalistyczną, która jest tylko w formie prawicowa. Powinni się nazywać Partia i Socjalizm, a nie Prawo i Sprawiedliwość. To utopijne marzenie o powrocie do centralnego sterowania wszystkim, pokropione szczyptą kapitalizmu i zakryte retoryką narodową i Rydzykiem. To partia, która nie ma dobrych wiadomości dla przedsiębiorców i klasy średniej, gdyż zamierza te grupy łupić. Ta prawicowa otoczka to wszystko kamuflaż, bo pomysłem na wieczne trwanie jest rozdawanie cukierków. Fantastyczne wizje o produkcji elektrycznych samochodów, w momencie gdy na świecie kompletnie się one nie sprzedają, przypominają mi propagandę sukcesu z czasów Edwarda Gierka. Wówczas modnym hasłem było "Polak potrafi!". I ludzie w to uwierzyli tylko nic z tego nie wyszło. Tesla sprzedaje jakieś śladowe ilości, a Polska ze swoim zacofaniem technologicznym chce być producentem aut elektrycznych. To brzmi jak teorie Miczurina z lat 30.

Te cukierki, to 500+?

To nie tylko 500+. Teraz będą jeszcze rozdawać mieszkania. Powinna być w nich jeszcze zagrycha i wódka dla każdej rodziny, która je dostanie. Obawiam się, że premier Morawiecki jest mocno przereklamowany jako fachowiec. Jest historykiem, a ostatnio wypowiada się jak poeta romantyczny. Mówi, że zakochał się w budżecie i to z wzajemnością... To trochę brzmi niepoważnie. To by pasowało do Marcina Świetlickiego czy Macieja Maleńczuka, a nie do człowieka, który ma twardo stać na ziemi i dodawać te wszystkie złotówki. Na razie dodaje zera do zer i wychodzi mu jakaś wielka kasa.

Nowa płyta Big Cyca narobiła ostatnio sporo szumu...

Płyta "Czarne słońce narodu" to nasze muzyczne odreagowanie tzw. dobrej zmiany. Mimo, że jest blokowana w mediach publicznych osiągnęła już status Złotej Płyty, a piosenka o naszym wspaniałym ministrze "Antoni wzywa do broni" ma ponad milion wyświetleń na You Tube. Na okładce tej płyty jest ktoś bardzo podobny do Jarosława Kaczyńskiego z kotem, a w środku prezent dla szaradzistów - krzyżówka antyrządowa. Płyta ma bardzo surowe brzmienie. To klimat starego, dobrego Big Cyca jak z czasów Jarocina. Może to sygnał, że nasza rzeczywistość zaczyna przypominać trochę PRL?




Wywiad dla portalu sportowego Firsteleven.com
Z Krzysztofem Skibą rozmawia Łukasz Linkosz.
Październik 2016.


Oglądał pan ostatnie dwa mecze reprezentacji?

Tak, oglądałem. Myślę, że mam niezbyt oryginalne refleksje na ten temat, ale polska drużyna w moim przekonaniu jest nierówna. To znaczy w meczu z Danią – przynajmniej w pierwszej połowie – grali jak natchnieni. W drugiej odsłonie gry sprawa się posypała. Sport to raczej kwestia psychiki. Nasi piłkarze są na dobrym poziomie. Zawsze można powiedzieć, że czasem brakuje zgrania albo strategii – chociaż ufam Adamowi Nawałce, który na pewno opracowuje jakieś tajemnicze plany. Natomiast psychika to kwestia podstawowa. Chodzi o to, że jeżeli prowadzimy 3:0, to odpuszczamy i głupio tracimy pierwszą bramkę, tak samo drugą i diametralnie zmienia się obraz naszej gry. A zamiast trzech punktów – może być jeden. Tak samo było z Armenią, gdzie na wejściu nasi piłkarze zrobili sobie wakacje.

Wyszli na murawę bardzo pewni siebie. I zlekceważyli rywala.

Byli faworytem. Pewnie pomyśleli:
- Gramy u siebie, przed chwilą pokonaliśmy Danię i gramy z mającą kłopoty Armenią, która trzy razy zmieniła trenera, a drużyna jest pokłócona. Musimy wygrać.
To też jest fascynujące w sporcie. Że nie ma ciągłych pewniaków. W 1998 roku Francja była mistrzem świata, a cztery lata później nie wyszła z grupy. A Holandia, jaka ona była wspaniała! Jakie oni strzelali bramki. Grali tak pięknie, jakby dyrygowali najlepszą orkiestrą świata. A później przychodziła inna, powiedziałbym drugoligowa drużyna i ich pokonywała. Dla nas z kolei Hiszpania jest jeszcze na poziomie nieosiągalnym, ale taką Brazylię już jak najbardziej moglibyśmy pokonać.


Hiszpania nie jest już teraz taka straszna. Na ostatnich mistrzostwach Europy odpadła już w 1/8 finału, a dwa lata temu na mundialu w Brazylii nie wyszła z grupy.

Uważam, że nawet ich średni mecz jest dobry. Wracając jednak do naszych: przez długi czas funkcjonowało takie złośliwe powiedzenie, że Lewandowski dobrze gra, ale strzela tylko dla Niemców. Ale tam miał mu kto podawać! To nie jest tak, że sam „Lewy” wygrywa mecze. Jest tak, jak na wyścigach kolarskich. Jeden jedzie na mistrza, ale jego team cały czas na niego pracuje. Podobnie w reprezentacji. On sam nam nie wystarczy. Ostatnio dobrze zagrał Kuba Błaszczykowski, wcześniej dobrze prezentował się Arek Milik. Jednak nasza gra to sinusoida. W ogóle piłka nożna w Polsce jest na średnim poziomie.

Chodzi o samą reprezentację czy też ligę?

Ekstraklasą w ogóle się nie interesuje. Uważam, że jest fatalna. Zmierzam jednak do tego, że nasz kraj miał mistrzów w niszowych dziedzinach sportu. Ktoś zdobył złoty medal, jakiś judoka został mistrzem świata. Serwisy informacyjne to podawały, ale trudno było się tym jakoś przejmować.

Kiedy jeszcze skakał Adam Małysz, a Justyna Kowalczyk zwyciężała w co drugich zawodach, ludzie się jeszcze tym interesowali.

Małysz właśnie to wszystko napędził. Pamiętam, jak śledziłem przez lata Turniej Czterech Skoczni, wtedy któryś z naszych zajmował pięćdziesiąte, sześćdziesiąte miejsce. Jak był w dziesiątce, to już w ogóle była sensacja. Był tylko Wojciech Fortuna, złoty medalista olimpijski, którego rozpili później. Jak już przyjechał do Zakopanego to wszyscy mu wódkę stawiali. Typowo polski sposób ugoszczenia. I on, biedak, stał się alkoholikiem. Na szczęście historia ma szczęśliwe zakończenie, bo jakby się odbił życiowo. Ale tam były dramaty, rozwód, pobicia, siedział w więzieniu, później uciekał do Stanów. Polski mistrz świata!
Pamiętam, jak kilkanaście lat temu graliśmy z Big Cycem koncert w Zakopanem. To była impreza która promowała organizację olimpiady zimowej na Podhalu. Na zapleczu urządzono mały piknik i obok, przy stoliku, siedział człowiek z czerwonym nosem. Wyglądał jak menel. Pomyślałem, że to jakiś pijaczek, znajomy organizatorów, wiadomo – ktoś go wpuścił. Później ktoś mi powiedział:
- To jest Wojciech Fortuna! Mistrz Olimpijski.
Był na koncercie, ale go nie oglądał. Gratuluję panu Wojtkowi, że udało mu się z tych życiowych kłopotów wygrzebać. Te przykłady przywołałem, żeby uświadomić wszystkich, że nawet jeśli przytrafiają się nam sukcesy w innych sportach, to są one dla kibiców chwilowym przebłyskiem, wątkiem pobocznym. Dla Polaków najważniejsza jest piłka nożna. I to jest nasza narodowa, sportowa religia. Mimo że oprócz orłów Kazimierza Górskiego i Zbigniewa Bońka nie mieliśmy wielkich nazwisk. Teraz oczywiście jest Lewandowski, jednak przez długi czas było pusto. Pamiętam piosenkę Kazika, który śpiewał, że przez ileś tam minut nie strzeliliśmy bramki. Przez długie okresy nasi grali jak patałachy.


Mówiono też, że ostatniego gola reprezentacji można obejrzeć na TVP Historia.

Doskonały żart, ale niestety był prawdziwy. Pamiętam jeszcze entuzjazm związany z mistrzostwami w Korei Południowej i Japonii. Wtedy przegraliśmy właśnie z Koreą, chociaż wszyscy mówili, że nie ma opcji, że oni są przy naszych tacy mali i słabi. Mali, ale szybko biegali. Drugi mecz to porażka z Portugalią. A trzeci, o honor ze Stanami Zjednoczonymi, wygraliśmy. Ówczesny selekcjoner dał szansę wielu rezerwowym i dzięki nim zwyciężyliśmy 3:1. O tym zdarzeniu piosenkę napisał Maciej Maleńczuk. Te tematy sportowe w piosenkach to też dowód tego, że piłka nożna jest w Polsce bardzo ważna. Big Cyc natomiast nagrał piosenkę „Marian – wierny kibic”, ale to bardziej o kibolach. Była też piosenka „Pechowy jak Polak”, w której zwrotkę poświęciliśmy piłkarzom.

W czasie Euro 2016 wszyscy zakochali się w Michale Pazdanie, niektórzy nawet dla niego zgolili włosy. Przypomina się teledysk do piosenki „Dres”, w której pan z resztą zespołu wchodzi do salonu fryzjerskiego i prosi o obcięcie „na łysą pałę”.

Wiąże się z tym fajna anegdota. Teraz moda na dresiarzy dawno minęła, ale lata dziewięćdziesiąte to była absolutna kultura tego stylu. Wszyscy chodzili w dresach, nawet do kościoła, na randki, do kina czy pubu. Pamiętam napisy przed wejściem do niektórych klubów: „w dresach na boisko”. Wracając do teledysku – kręciliśmy go w Nowej Hucie, bardzo chuligańskiej dzielnicy Krakowa, gdzie są ciągłe bitwy między Cracovią a Wisłą. Wybraliśmy zakład fryzjerski, zrobiliśmy teledysk w starym stylu, trochę PRL-owskim, a głównym golibrodą był naturszczyk taki trochę bez zęba, zupełnie jak z filmu Rejs. Napisałem mu jedno zdanie, które miał powiedzieć, ale on nie potrafił się jego nauczyć.
Teledysk kręciliśmy rano, natomiast wieczorem graliśmy w Nowej Hucie koncert. Pełno ludzi. Zdjęcia nam się trochę opóźniły, więc i my się trochę spóźniliśmy, a tłum już czekał. Do sceny, trzeba było przejść przez widownię. Więc my, łysi – a wtedy bycie łysym oznaczało dresiarstwo – przechodzimy. I pojawiają się pytania, dlaczego Big Cyc zmienił ideologię. Fani tacy zmieszani, bo wyszło sześciu takich Pazdanów. Na widowni konsternacja. Udało się jednak uspokoić słuchaczy, powiedziałem, że ogoliliśmy się tylko i wyłącznie na potrzeby teledysku. Wówczas wszyscy ryknęli śmiechem, a my zaczęliśmy grać i było ok.


Słyszał pan, że piłkarze po meczu z Danią i przed Armenią trochę zabalowali?

To nie jest żadna nowość, że w polskiej reprezentacji się pije.

Mówi pan o obecnej kadrze czy ogólnie? Bo wiadomo, że w poprzednich drużynach alkohol nie wychodził z mody, o czym w swoich autobiografiach pisali chociażby Wojciech Kowalczyk czy Andrzej Iwan.

W latach 80. głośno było o tym jak bramkarz Józef Młynarczyk podczas wylotu reprezentacji na ważny mecz międzypaństwowy pojawił się pijany na lotnisku. W 2007 roku, razem z Beatą Pawlikowską – wspaniałą kobietą i podróżniczką – prowadziłem program „Podróże z żartem”. Odwiedzali nas w tym programie różni ciekawi goście. W jednym odcinku byli prawie sami sportowcy, a wśród nich "człowiek, który zatrzymał Anglię" czyli Jan Tomaszewski. Po nagraniu programu był rozluźniony i opowiedział mi kilka zabawnych historyjek o alkoholu i naszych piłkarzach. Oczywiście nie do kamery. Te historie przebijały, wybryki muzyków rockowych na trasach.

Sportowcy są jednak zawodowcami, płaci im się za profesjonalizm. Chociaż jedno piwko po wygranym meczu chyba nie jest grzechem.

Wiadomo, że po meczach jest rozluźnienie. Wcześniej jest napięcie, później można odreagować. W warszawskiej „Enklawie” widziałem wielu piłkarzy, z niektórymi zdarzało mi się – że tak powiem – wspólnie przebywać przy barze. Na przykład z Tomkiem Iwanem. Chociaż już wtedy nie był czynnym piłkarzem, ale tez jeszcze nie był współpracownikiem Adama Nawałki. Bardzo towarzyski człowiek. Tak samo Jerzy Dudek, z którym kiedyś piłem dobre whisky w klubie "Maska" Michała Milowicza. Sportowcy też ludzie, każdy ma prawo się napić. Ale to, że ktoś jest w klubie nie od razu oznacza, że pije do rana. Może wypić sobie jednego, dwa drinki i tyle. Bardziej niebezpieczne jest krycie się w hotelu, gdzie posłuszny kelner zawsze przyniesie, i to w dużej ilości. W takim klubie, wiadomo, trzeba się pilnować. Paparazzi i te sprawy. Doświadczenie moje uczy, że twarde picie organizuje się w hotelu przy zamkniętych drzwiach.
Mam jednak nadzieję, że piłkarze kontrolują ilości alkoholu które w siebie wprowadzają, w końcu są profesjonalnymi sportowcami. To już nie są te czasy, gdzie dzień w dzień się pije, a później idzie się grać. W czasach PRL-u sportowcy – oprócz medali – nie mieli wiele. Mam na myśli pieniądze. Te wielkie zaczęły się dopiero chyba w latach 90. To było dla mnie przykre, kiedy dowiedziałem się, że Kazimierz Górski, legenda polskiej piłki, człowiek, który stworzył tak świetny zespół, mieszkał gdzieś w bloku w dwupokojowym mieszkaniu. Otrzymywał tytuły, medale, puchary, ale żył bardzo skromnie.


Teraz pieniądze w sporcie są szokujące. Tygodniówki w Premier League ogromne. Piłkarze są przepłacani.

Fakt. Chociaż za bardzo nie interesuje się cudzymi pieniędzmi. Nie zaglądam nikomu do portfela. Jest w narodzie jakaś taka wredna cecha, która powoduje myślenie w stylu:
- Ale jak to on ma mercedesa? Pewnie ukradł! Musiał ukraść, no bo jak inaczej!
Moje postrzeganie tych spraw jest bardziej amerykańskie. Ja nikomu nie zazdroszczę pieniędzy, a jeżeli ktoś mi bliski czy znajomy odnosi sukces to się cieszę i jest to dla mnie dopingujące. Bo to oznacza, że ja też taki sukces mogę osiągnąć. W Polsce obowiązuje tendencja do ciągnięcia wszystkiego w dół, a nie górę. Zupełnie nie robi na mnie wrażenia to, ile ktoś ma pieniędzy. Mam takich kolegów, którym brakuje na piwo oraz takich, którzy są milionerami.
Wracając do tematu zarobków sportowców. Dramat polega na tym, że młodzi piłkarze, którzy jeszcze nie są dorosłymi ludźmi, nagle otrzymują fantastyczne sumy i sobie z tym nie radzą psychicznie. To trudna sprawa. W świecie muzyki jest podobnie. Mówi się, że artysta jest jak małpa i co jakiś czas potrzebuje banana, czyli pochwały. Żebyś wiedział, że to, co robisz, ma sens. Albo, przyjmijmy, wydasz płytę, która okaże się bestsellerem. Jednego dnia masz na koncie dwa złote, a kolejnego już dwa miliony. I wtedy musisz nauczyć się przeżyć sukces. Najlepszym tego przykładem jest Kurt Cobain, chyba ostatnia tak wielka postać rocka. To był człowiek, który płytę nagrał za 500 dolarów, który nie dojadał i nosił dziurawe spodnie. Ale nie dlatego, że kupił takie, on naprawdę miał w nich dziury .I śmierdzące trampki. Po „Nevermind” dowiedział się, że jest milionerem i wszyscy nagle coś od niego chcieli. A on tak żyć nie chciał. Jeszcze miał kobietę, która upewniała go w tym, że bycie punkiem to ćpanie i ładowanie sobie w żyłę. On się tym przejął i strzelił sobie w łeb. Tak po prostu. Oczywiście do dzisiaj trwają teorie spiskowe, że go Courtney Love zamordowała, że chciał uciec przed dłużnikami…


Że jeszcze żyje w Holandii i sprzedaje kawę w małym sklepie.

Tak, razem z Michaelem Jacksonem i Elvisem Presleyem. Nie jest łatwo przeżyć własny sukces. Jak Fortuna – zostajesz mistrzem, później popadasz w alkoholizm. Pieniądze dają ci pewną siłę. A potem wchodzisz na boisko, kibice drużyny przeciwnej cię nie lubią i krzyczą twoje nazwisko dodając do tego przepiękne epitety typu „chuj”. Trzeba być silnym psychicznie, żeby to wytrzymać. Na przykład na trybunach nikt nie krzyczy „Peace and love”. W przekładzie na język polski to w ogóle nie ma rytmu. Pokój i miłość, mi-łość. Co innego wy-pier-dalaj!, wy-pier-dalaj!.

To ma rytm.

Albo wchodzisz na scenę w jakimś małym domu kultury, gdzie przychodzi dziesięciu takich, co tak krzyczą. I musisz to wytrzymać. Nie potrafisz, to się nie pchaj na afisz. Nie srasz w gacie ze strachu, tylko swoją sztuką pokonujesz przeciwnika. Tak samo w piłce nożnej, swoją grą udowadniasz wartość, którą prezentujesz.

Pana sąsiad nadal jest sędzią piłkarskim?

Już nie, bo rodzina mu się powiększyła i nie ma na to czasu. Ale mam dwóch takich sąsiadów, którzy są absolutnie fanatykami i znawcami piłki nożnej. Zdarzało mi się, że niektóre sprawy konsultowałem z nimi, kiedy szedłem na jakiś wywiad. Również kiedy zostałem ambasadorem Euro 2012. Członkami grupy Ambasadorów byli wybitni sportowcy, chociażby Adam Małysz oraz postacie ze świata kultury czy rozrywki. Zostałem tam przyjęty jako jeden z ostatnich razem z Olafem Lubaszenko, z którym zresztą bardzo sie lubimy. Był w tej grupie wspierającej Euro Muniek Staszczyk. Pamiętam, że siedząc na widowni w trakcie meczu towarzyskiego Polska – Portugalia tak się z nim zagadałem, że słabo obserwowałem mecz. W pewnym momencie mówię do Muńka:
- Ale który to jest ten Ronaldo?
- On już nie gra od piętnastu minut.
Tak obserwowałem mecz.


Skąd w ogóle przyszła propozycja, bo został pan ambasadorem Euro 2012?

To chyba rzecznik prasowy organizatorów zadzwonił do mnie i zapytał, czy zostałbym ambasadorem tych mistrzostw. Zgodziłem się. Zapytałem później, jakie będą moje obowiązki. Jeden z nich odpowiedział:
- Panie Krzysztofie, przynajmniej raz dziennie trzeba wypić pięćdziesiątkę za zdrowie naszej drużyny.
I byłem to w stanie wykonać.
Kończąc wątek Euro 2012. Gdańsk do dzisiaj jest beneficjentem tego wydarzenia. Ta impreza pod względem organizacyjnym znakomicie nam się udała. Nadal przyjeżdżają do nas Hiszpanie czy Irlandczycy. Wiedzą, że Polska to świetny kraj, gdzie są ciekawe miejsca do zwiedzenia oraz ładne dziewczęta. Są tylko pewne obawy aby ostatnie wydarzenia w kraju tego pozytywnego wrażenia nie zatarły.


Przez te cztery lata reprezentacja przeszła sporą metamorfozę.

Przede wszystkim potrzeba nam było nowego selekcjonera. Franek Smuda był trochę takim kosmitą, ale sympatycznym. I na pewno nie wiedział, kim jest Skiba. Adam Nawałka na pewno to wie, a Tomasz Iwan to już na pewno. Zmienił się także prezes PZPN-u. Z wcześniejszym, Grzegorzem Lato, uciąłem sobie kiedyś krótką pogawędkę. Znany był on z takiego biesiadnego poczucia humoru, mówiąc niedyplomatycznie – w stylu Big Cyca.
Zawsze jest tak, że drużyna potrzebuje nowego ducha. Nawałka przede wszystkim stworzył drużynę. I przejrzysty system. On rzeczywiście jeździ na te mecze i wybiera piłkarzy do swojej koncepcji. Wcześniej miałem wrażenie, że poprzednie kadry były kompletowane na zasadzie takiej, że ktoś kogoś lubi, ktoś z kimś pił wódkę. Ale tak można umówić się na imprezę, a nie na poważne mecze. Nie chcę przesadnie słodzić selekcjonerowi, ale widać, że zna się na rzeczy. Rzecz jasna w Polsce wszyscy znają się na piłce nożnej, od małego Henia z Sieradza po dużego Zbyszka z Radomia są, kurwa, super specjalistami. Więc i ja ulegnę tej modzie i podpowiem, że coś trzeba by zrobić z psychiką piłkarzy, żeby nie powtarzały się takie sytuacje jak z ostatnich meczów. Nad głową zawsze warto popracować.


Bo wiadomo, że umiejętności ci piłkarze mają. Grają w naprawdę poważnych klubach.

W drużynie Smudy widać było, że nie mają żadnego pomysłu na grę. W ogóle kiedyś wstydziliśmy się za to, w jakim stylu oni przegrywali. Wiadomo, nie zawsze się wygrywa, ale naszym nie zawsze chciało się grać. Pamiętam jak kiedyś byłem na bankiecie z piłkarzem drugiej ligi. Tam też można całkiem nieźle zarabiać. Nieważne kto, to było wiele lat temu, ale mówił tak:
- Słuchaj, miałem propozycję z pierwszej ligi, ale, kurwa, nie chciałem tam iść, bo musiałbym tak tyrać… Tutaj spokojnie dopukam do swojej sportowej emerytury.
Podziwiałem jego filozofię. Nie myślał: kurwa, muszę być najlepszy. Nie, obrobił swoją działkę, ileś tam meczów w sezonie zagrał. I był szczęśliwy.


Zdarza się Panu zawitać na stadionie Lechii?

Byłem wielokrotnie zapraszany, ale jakoś mnie do tego nie ciągnie. Cieszy mnie, jak Lechia gra dobrze. Ostatnio dobrze jej idzie i fajnie wygląda jej pozycja w tabeli. Jestem entuzjastą Gdańska i wszystko, co jest z tego miasta – popieram. Na Lechię patrzę jednak jak na Neptuna, czyli wizytówkę. Z wykształcenia jestem teatrologiem i przyznam, że zwracam dużą uwagę na oprawy. Ale nie jakieś wulgarne, tylko pomysłowe. Bardzo często jest też tak, że jak Lechia wygra mecz, to właśnie na Neptunie jest zawiązany biało-zielony szalik. I bardzo mi się to podoba, uważam, że to sympatyczne. Tak samo jak Jezus w Świebodzinie z szalikiem Falubazu Zielona Góra.
Teatralizacja w sporcie jest fascynująca. Na przykład walki bokserskie uległy kompletnej przemianie. Wejście zawodnika na ring to cały spektakl. Zanim taki bokser dojdzie, to minie 15-20 minut. Tyle czasu w telewizji trochę kosztuje. A potem jakiś pretendent w pierwszej rundzie już ląduje na deskach. Ale show zrobił i swoje zarobił


W Polsce z kolei trudno zarobić na piłce nożnej.

Większość ludzi dokłada do interesu. Pamiętam wywiad z Mariuszem Walterem z ITI, który wspomniał kiedyś, że miesięcznie dorzuca do Legii milion złotych. Musiał bardzo kochać piłkę nożną. Mistrzowie Polski teraz mają pieniądze, ale i tak mają mnóstwo problemów. Z Realem Madryt zagrają przy pustych trybunach. Pamiętam stary stadion Lechii, na którym nikt nie chciał się reklamować. Żadnego Lotosu ani innych znanych marek. A co było? Piwo Gdańskie. I to jeszcze takie najgorsze i najtańsze.

Wspomniał pan o Legii. Niby są oni w tej Lidze Mistrzów, ale większych korzyści z tego nie odnoszą.

Coś się ruszyło, kiedy Jacek Magiera zastąpił Besnika Hasiego. Z Albańczykiem Legia grała bardzo słabo, awansowała do Ligi Mistrzów czołgając się. No i pewnie długo sobie tam nie pograją. Ale w drugim meczu, ze Sportingiem Lizbona, grali już całkiem nieźle. Widać było, że nastąpiła jakaś zmiana. Jestem co prawda z Gdańska, ale trzymam kciuki za tę Legię w Lidze Mistrzów, bo to polska drużyna. Chociaż pamiętam ustalenia przed meczem z Borussią. Mówiło się, że jak będzie 3:0 dla niemieckiej drużyny, to nie będzie wstydu. W jakim my kraju żyjemy, jak zryta jest nasza psychika. To tak, jakby cieszyć się z ósmego miejsca. Można podkreślić, że zawodnik który je zajął jest rokujący i tyle. Cieszyć można się z pierwszego, drugiego, trzeciego.
Zresztą tyle razy dostaliśmy w dupę w historii, jesteśmy małym, nieznaczącym krajem i mamy nadzieję, że przegramy tylko 0:3, ale niestety, jest 0:6. Generalnie historia Polski wygląda w skrócie tak, że nikt nas nigdy nie lubił. Bo my też nikogo nie lubimy. Rosjan, Niemców, z Czechów się naśmiewaliśmy. Nawet Szwedzi, którzy są mieszczuchami, zrobili nam Potop i nas napadli, bo ich tak wkurwialiśmy. Dopiero teraz, po latach, zrozumiałem, dlaczego były te rozbiory. My sami im wszystkim pomogliśmy swoimi kłótniami.





Wywiad dla Onet Muzyka. Z Krzysztofem Skibą rozmawia Paweł Piotrowicz. Maj 2016.

Paweł Piotrowicz: Nie dalej jak rok temu wydaliście płytę „Jesteśmy najlepsi”, pierwszą w pełni autorską od sześciu lat, a już mamy kolejną, „Czarne słońce narodu”. Rozsadza was twórczo?

Krzysztof Skiba: Sytuacja była spontaniczna. Czasem kapela dostaje niespodziewanej iluminacji czy przyśpieszenia i tak się dzieje. To jest jak z pisaniem felietonu. Kiedy mam pomysł na tekst, powstaje szybko. A bywało, że termin gonił, tylko nie bardzo było o czym pisać, więc trzeba się było umysłowo gimnastykować. Jeśli mielibyśmy nagrać płytę, bo wypada, bo minęły trzy lata, bo sezon się zbliża, bo potrzebny hit na wakacje, bo wykopki, to wyszłaby z tego kompletna cienizna. A tu wszyscy naprawdę czuli, że kapelę rozsadza energia.

Piosenki wyszły wam, co nietrudno zauważyć, wyjątkowo polityczne. Całość układa się wręcz w coś na wzór antyrządowego koncept-albumu.

Chcieliśmy odreagować tak zwaną dobrą zmianę.

Nowych fanów po stronie prawicowych wyborców raczej nie zdobędziecie.

Przeżyjemy. Zaczęło się od utworu „Antoni wzywa do broni”. Kiedy go napisałem, zespół powiedział, że jest to świetne, więc dograjmy jedną lub dwie piosenki i wypuśćmy je jako singiel, a płytę to może jesienią lub za rok, kiedy panująca władza dostarczy nam kolejnych tematów. Jak wiemy, dostarcza ich nam codziennie. Ale w efekcie tak się chłopcy rozpędzili, że zespół bardzo szybko nagrał całą płytę. Krótką bo krótką, ale jednak płytę.

Trwa niespełna pól godziny.

I dobrze. Kto ma czas na słuchanie długich płyt?

Jesteście za to po raz pierwszy wydawcami.

Zdecydował brak czasu. Wcześniej rzeczywiście wydawaliśmy się w Universalach czy Soniakach, w wielkich wytwórniach, ale chcieliśmy mieć płytę gotową na marsz 7 maja [„Jesteśmy i będziemy w Europie” – aut.], w którym wzięło udział ponad 200 tysięcy ludzi. Pobiliśmy za jego sprawą rekord, sprzedając w trakcie kończącego marsz koncertu ponad 1000 egzemplarzy „Czarnego słońca narodu”. Ustawiła się przesympatyczna kolejka, objawiająca piękny widok, jakiego nie pamiętam od lat 80., kiedy ukazywała się płyta Perfectu czy Oddziału Zamkniętego, a na Nowym Świecie przed sklepami wybuchały bójki. Po pierwszą płytę Big Cyca też trzeba było długo stać. Kolejek po płyty już dawno jednak nie było.

Do krążka dołączyliście antyrzadową krzyżówkę i podobny w wymowie plakat.

Poszliśmy za ciosem, bo na poprzedniej płycie była gra planszowa. Krzyżówkę opracowałem z szaradzistą Bohdanem Malachem. Jako że właśnie premierę ma piwo Big Cyc, które za kilka dni będzie w sklepach, w wersjach jasne pełne, pszeniczne i ciemny lager, dajemy wszystkim gotowy zestaw. Kupujesz płytę, wrzucasz do kompaktu, rozwiązujesz krzyżówkę i w tym czasie, by umysł lepiej pracował, pijesz piwo Big Cyca.

W notce prasowej piszcie, że ta płyta na najbliższe lata stanie się „orężem w walce z dyktaturą , nietolerancją, autorytaryzmem i polityczną arogancją”.

Bo każda złotówka uzyskana z tej płyty będzie przeznaczona na walkę z PiS [śmiech].

Wierzysz, że muzyka może być jeszcze dzisiaj takim orężem, jakim była choćby w latach osiemdziesiątych?

Oczywiście nie mam złudzeń, dzięki niej nie upadnie rząd Beaty Szydło.

Co więc chcecie osiągnąć, opowiadając się tak jednoznacznie po antyrządowej stronie?

Jesteśmy zespołem rozrywkowym, który od zawsze komentuje naszą rzeczywistość, choć rzecz jasna nie samą polityką człowiek żyje. Kiedy Wałęsa był prezydentem, znalazł się na okładce „Nie wierzcie elektrykom”, tylko zamiast znaczka matki Boskiej miał znaczek Playboya i słuchał muzyki z boom boxu. Za Aleksandra Kwaśniewskiego śpiewaliśmy „Kwas jest żrący i wypali, nawet bardzo tęgi mózg” [utwór „Gierek Forever” – aut.]. Od zawsze stawiamy na klimat kabaretowy, z przymrużeniem oka, choć jest to pewna maska. Można się wygłupiać, ale i przez wygłupy mówić o poważnych sprawach. Nawet jak prześledzisz tekst „Makumby”, to zobaczysz, że jest on o czymś, o polskim rasizmie.

Skoro śpiewacie, że „Antoni wzywa do broni”, to do czego wzywa Big Cyc?

Mówiąc w skrócie, ta płyta to gorący komentarz Big Cyca do aktualnej rzeczywistości. Robimy to, co robiliśmy zawsze, czyli satyrycznie ją oceniamy. Taka nasza skromna cegiełka oporu. Jest to też płyta, którą, mam nadzieję, rozrobi tę beczkę prochu. Taka jest rola satyry, muzyki czy sztuki w ogóle, żebyśmy się wszyscy wzajemnie nie pozabijali. Wydaje mi się, że lepiej śpiewać piosenki niż się tłuc na ulicy. Niech oni ułożą coś na nas, nie ma problemu. Dopóki rozmawiamy poprzez piosenki, to wszystko jest okej.

Na płycie znalazł się nawet tekst „Jestem gotowy” autorstwa anonimowego internauty. Prawdziwy?

W stu procentach. Wzięliśmy go bezpośrednio z Internetu. To piosenka o tym, ze facet wysprzątał dom z trefnych rzeczy, pozbył się prezerwatyw, pochował filmy porno, wyrzucił z Facebooka znajomych, który mają niebezpieczne poglądy, wyprasował białą koszulę i jest gotowy na nowe rządy.
Dużo jest na tej płycie mocnych numerów. „Bolek” dla przykładu to piosenka o tym, że Polak na Polaka zawsze znajdzie haka i że właściwie wszyscy mogą być Bolkami. „Czarne Słońce” za to opowiada o człowieku, którego boją się wszyscy, a i on boi się wszystkich. W domyśle jest to Jarosław Kaczyński, postać owładnięta różnymi maniami, trochę moim zdaniem psychopatyczna. Nie znosi innego zdania, jest przekonany o własnej racji, dąży do celu po trupach, bez żadnych oporów moralnych, i ma pogardliwy stosunek do osób, które, jak uważa, wiedzą mniej od niego. I tu się kłania słynne powiedzenie „cel uświęca środki”. Skoro mamy cel, który jest naszym zdaniem szlachetny, środki mogą być obrzydliwe.


Ale mówisz o kimś, kto wybrany został w wolnych wyborach.

Dlatego na płycie masz też manifest „Ja się nie zgadzam”, który mógłby być hymnem każdej osoby, uważającej, że PiS zawłaszcza przestrzeń w naszym kraju, nie tylko tę polityczną.

Jesteś o tym przekonany?

W stu procentach. Nie zdziwię się, jeśli wprowadzą prawo, że w piątki kobiety nie mogą chodzić w krótkich spódniczkach. Ci ludzie na serio chcą nam zaserwować absurdalne rozwiązania. Ja już nawet nie mówię, że coś zawłaszczają, że wprowadzają na stanowiska znajomych i rodziny, bo pewnie wszyscy tak robią. Ale sytuacje typu pani premier mówi, że poparłaby zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej? To chore, biorąc pod uwagę choćby to, że trzeba by było donosić ciążę będącą wynikiem gwałtu albo grożącą matce śmiercią. Jak tak dalej pójdzie, to niekontrolowana nocna polucja, która się młodym zdarza, uznana zostanie za morderstwo.

Tak serio - myślisz, że naprawdę przyszedł czas, kiedy mamy się czego bać?

Przesadą jest mówienie, że nie ma demokracji, natomiast nie jest przesadą mówienie, że demokracja jest zagrożona. Moim zdaniem jest zagrożona realnie. PiS nawet specjalnie nie ukrywa, że obłupia państwo, wprowadza opcję zerową, rozwalając wszystko i próbując budować od nowa. Najbardziej mnie dziwi, że oni po prostu nie rządzą, tylko cały czas podtrzymują retorykę wojenną. Jarosław Kaczyński, sam w sobie wytrawny strateg, wytwarza potężne ciśnienie zagrożenia. To wszystko zostało już opisane w „Roku 1984” roku przez Orwella.

Chyba nie chcesz powiedzieć, że grozi nam totalitaryzm?

Nie, ale i u nas cały czas musi być jakaś wojna, z obcymi, z Unią Europejską, z Rosją, z Amerykanami. Fakty są takie, że złotówka leci na łeb na szyję, a my jesteśmy pokłóceni ze wszystkimi. Zwróć uwagę na coś, co jest dla PiS-u bardzo charakterystyczne– oni otwierają fronty wszędzie. Tu rowerzyści, tam wegetarianie, a kto przeciw nam, ten gorszego sortu, komunista i złodziej. Waszczykowski obraził właściwie wszystkich partnerów w Unii. Dlaczego? Czy myśmy dzięki temu coś osiągnęli? Czy od tego atakowania Angeli Merkel coś nam przybyło, a Polska coś uzyskała? Jak można obrażać Amerykanów, na co pozwolił sobie Antonii Macierewicz, a jednocześnie starać się, by w Polsce powstały bazy wojsk NATO? To jest schizofrenia. Równie dobrze można przyjść do kogoś do domu, zeżreć mu zupę, napluć na dywan i chcieć jeszcze pożyczyć 10 złotych. Wszędzie na świecie jest tak, że partie się ze sobą dogadują, a tu mammy partię walki. Ona nie chce się dogadać z nikim.

Z czego to twoim zdaniem wynika?

Sytuacja nie jest zerojedynkowa. W tej partii są stratedzy, przekonani o swojej misji, jak Jarosław Kaczyński, który ma wizję Polski archaicznej, XIX-wiecznej, od morza do morza, rządzonej centralnie. Takie marzenie o odtworzeniu PRL-u, myślenie gospodarcze Gierkiem. A tak już nie ma, to tak już nie funkcjonuje. Myślę, że w tej partii są zarówno ideowcy, jak i polityczni cynicy. Absolutnym ideowcem, niemal wariatem, jest Antoni, ale wiesz, Adolf Hitler też był. Ludzie ogarnięci manią jakiejś idei nie są politycznymi partnerami. Oni nie idą na kompromis, a to w polityce podstawa.

A kogo zaliczyłbyś do cyników?

Choćby Joachima Brudzińskiego czy Ryszarda Czarneckiego, którzy są tam, gdzie są, przez modę, okoliczności, szanse, jakie to daje. Czarnecki przewinął się już chyba przez siedem partii i pewnie przez niejedną się jeszcze przewinie.

Rozmawiamy w chwili, kiedy nowa władza dokonuje tak zwanego audytu starych rządów. Jak je ty oceniasz?

Uważam, że doszło do zamiany jednej sitwy na drugą. Platforma, na którą mimo wszystko w ostatnich wyborach głosowałem, ewidentnie podgniła. Tyle że to, co Platforma robiła w białych rękawiczkach, PiS robi w biały dzień, na o wiele większą skalę. I na tym polega różnica. Oni nawet tego nie ukrywają. Uważają że skoro nie muszą robić koalicji, by rządzić, mają mandat od narodu. Myślą państwem totalnym.
PiS zachowuje się jak trochę chuligan na podwórku. „Jestem najsilniejszy, więc co mi zrobicie?”. Opozycja jest częścią systemu demokratycznego, więc oczywistym jest jej prawo do robienia marszów i wieców. PiS-owi udało się coś, co nie udało się nikomu – zjednoczyć opozycję. Są tam niesnaski, podziały, ale schodzą na drugi plan. Widzę wielką szansę w ożywieniu mieszczaństwa, czyli w tym, co robi KOD. Ruszyli się tak zwani normalni ludzie. Kiedyś, jak były wybory, często je olewali, bo musieli by wrócić z grilla czy wakacji. A teraz już nie oleją.


Mówisz o zjednoczeniu opozycji, ożywieniu się mieszczaństwa, skromnej cegiełce oporu. Myślisz, że coś się dzięki temu zmieni?

PiS dotrwa do końca kadencji. Słyszę co prawda głosy, że skoro po pół roku mamy takie protesty, to się za rok nie wytrzymają ciśnienia i się pożrą, ale ja tu nie mam żadnych złudzeń. Okazało się wolność jest zjawiskiem dosyć trudnym, bo wielu ludzi ma mentalność niewolników. Lubią mieć nad sobą dowódcę, jak w PRL-u czy w wojsku – kogoś, kto podejmuje za nich decyzje. Martwi mnie, że coraz więcej osób w ogóle niczym się nie interesuje, nie zagląda nawet do książek. Podobno małe dzieci, kiedy dostają książkę, robią tak [Skiba pokazuje palcem wskazującym i kciukiem gest powiększania ekraniku na tablecie – aut.] i dziwią się, że się nie rozszerza. Mamy najniższe czytelnictwo w Europie. Ludzie nie czytają książek, co powoduje, że szukają łatwych rozwiązań. Białe-białe, czarne-czarne. A szarego nie ma.

„Polska dla Polaków”?

No właśnie. A to wyśmiewane hasło „multi-kulti” nie dotyczy tylko koloru skóry, ale także otwartości, tolerancji. Polska najlepszy swój okres miała przecież wtedy, kiedy zawarła Unię z Litwą. Tłumaczyłem jednemu ze znajomych, mającemu poglądy mocno prawicowe, narodowe, typowe dla ONR, że hasło „Polska dla Polaków” jest hasłem antypolskim. I on nie mógł zrozumieć.

Co mu mówiłeś?

Po pierwsze, kastrujesz połowę historii Polski, bo Jagiełło, jeden najwybitniejszych naszych królów, był Litwinem, Stefan Batory pochodził z Siedmiogrodu, a Zygmunt III Waza urodził się w Szwecji. I tak dalej. Podawałem tego rodzaju najprostsze przykłady, z Miłosza, z Mickiewicza, z pogranicza narodów. Coś nawet zaczął kumać, ale u tych narodowców są chyba jednak zbyt ciężko zainfekowane mózgi. Posługują się sloganami i hasłami, a nie mają pojęcia, co one znaczą. Śmieszne jest, że chłop idzie w chińskich trampkach, ma na sobie amerykańskie jeansy, włoską koszulę, japoński zegarek, do tego jedzie niemieckim samochodem i krzyczy „Polska dla Polaków!”.

Podoba ci się poseł Kukiz?

To ideowiec, który moim zdaniem wypalił się muzyką, znudził. Z dawnych już czasów pamiętam, że mówił: „Kurcze, nie mam pomysłu, jaką tu płytę zrobić”. Paweł to człowiek impulsywny. Wielokrotnie wdawał się w bójki z innymi muzykami czy nawet kelnerami. O ile w przypadku rockandrollowa może to być część imege’u, u pana posła już niekoniecznie. Gdzieś w środku wierzę jednak, że to, co robi, nie jest wyrachowaną grą. On może rzeczywiście coś chce zrobić, ma poczucie misji, tylko że takie poczucie może być destrukcyjne. Nie widzę w nim w każdym razie tandetnego cwaniaczka, który chce na polityce ugrać trochę swoich spraw, a bardziej człowieka, który teraz jest sterowany. Ma różnych doradców . Zawsze fascynował go świat służb specjalnych, tajnej policji, informacji nietajnych. A że jest wiceprzewodniczącym komisji do spraw służb specjalnych, ma dostęp do tajnych dokumentów i bawi się w różne zakulisowe gry. Tylko czy wyniknie z tego coś dobrego dla Polski? Wątpię.

Ciebie nie kusiło, by wejść do parlamentu?

Strasznie nudne zajęcie. Nie mam ambicji bycia nawet sołtysem.

Propozycje były?

Nawet teraz są. Mogę zapewnić, że zostanę tym, kim jestem. Uważam, że w życiu powinno się zajmować tym, co człowiek robi najlepiej. Tak się złożyło, że jak wchodzę na scenę i mówię parę zdań do mikrofonu, ludzie albo się śmieją, albo klaszczą. I to jest moja robota. Zamienić to na jakieś narady? Nie wytrzymałbym na żadnej naradzie partyjnej. Podziwiam Pawła, który musi teraz przecież wszędzie jeździć, spotykać się z klubem i robić mnóstwo rzeczy, których nie widzimy. Ja bym oszalał.

Nie kusiło was nigdy, jako Big Cyca, by stworzyć płytę poważniejszą, mniej prześmiewczą? Taką jak „Zadzwońcie po milicję!”, na której nagraliście nowe wersje utworów kapel z podziemia lat 80., tyle że autorską?

Taki mamy styl. Czemu mielibyśmy z niego zrezygnować? W Polsce poważnych zespołów jest aż nadto. Właściwie wszyscy są poważni, a jesień trwa 12 miesięcy. Andrzej Grabowski powiedział mi kiedyś: „Człowieku, zagrasz w słabym dramacie, to wszyscy powiedzą, że trudny film, bo bohater cierpi, coś przeżywa, stracił dziecko. A jak zrobisz słabą komedię, to jest dopiero dramat”. I rzeczywiście, Polacy odkryli nowy gatunek, komedię nieśmieszną. W filmie psychologicznym możesz się wymęczyć i wynudzić, ale przynajmniej o coś chodziło, a za komedię nieśmieszną to my już dziękujemy.
Komedia jest o wiele trudniejsza niż tragedia, podobnie robienie jesiennej płyty to łatwizna. My podejmujemy trudne wyzwanie, by jakoś satyrycznie tę naszą rzeczywistość skomentować. Nie ma po naszej stronie barykady wielu takich zespołów. Były, owszem, takie, które naśladowały Big Cyca, niektóre całkiem sprytnie, jak Dzika Kiszka, ale poza tym to nisza. Kiedyś grały Piersi, trochę w tych rejonach są Elektryczne Gitary, choć się różnimy.


Może teraz znowu będzie więcej? Praktyka uczy, że im trudniejsze czasy, tym lepszy kabaret.

Coś w tym jest. W życiu nie przypuszczałem, że ja, weteran Pomarańczowej Alternatywy, będę jeszcze robił happeningi. Zrobiliśmy na przykład happening w Sopocie, że domagamy się po 100 zł za każdą próbę poczęcia dziecka. Był też marsz poparcie słońca narodu, co konweniuje z płytą, byli poprzebierani ludzie, a my mieliśmy hełmy, które chroniły nas przeciwko impulsom elektromagnetycznym, o których mówił Macierewicz.

Co Krzysztof Skiba odpowiedziałby na odwieczne pytanie: „Jak żyć?”.

Przede wszystkim poleciłbym stare hasło: „Żyj i daj żyć innym”. Wydaje się banalne, ale jakże jednak głębokie, proste i mądre.

Jak więc żyjesz, oprócz tego, że dajesz żyć innym?

Bardzo dobrze i wesoło. Mieszkamy sobie z żoną [Renatą Skibą, lektorem łaciny i greki na Uniwersytecie Gdańskim – aut.] w Gdańsku, w pięknym domu obok lasu. Mamy niedaleko do plaży i niedaleko na Kaszuby. Żyć nie umierać.





PRZESŁUCHANIE

Wywiad który ukazał sie w kwartalniku IPA FUN (czasopismo Międzynarodowego Stowarzyszenia Policji IPA). Luty 2016. Z Krzysztofem Skibą rozmawia Paweł Pasternak.

Dzisiaj do „Przesłuchania” zasiada osoba, o niezwykle barwnym życiorysie. Debiut w roli modela na pokazach odzieży dla dziatwy szkolnej, założyciel szkolnych kabaretów, potem artysta studencki, następnie showmen telewizyjny, satyryk i znany artysta wszechstronnie rozrywkowy, ale także działacz opozycji demokratycznej w czasach PRL, aktywista Pomarańczowej Alternatywy, zatrzymany za rozrzucanie ulotek antykomunistycznych podczas koncertu w Jarocinie w 1985 roku, absolwent kulturoznawstwa, odznaczony przez Prezydenta RP Krzyżem Wolności i Solidarności oraz a może przede wszystkim współzałożyciel, lider i autor większości tekstów zespołu Big Cyc Krzysztof Skiba!

Wiele wydarzeń w Pana życiorysie czy czegoś nie pominąłem?

Można dodać do tej wyliczanki jeszcze takie określenia jak felietonista, i autor scenariuszy programów telewizyjnych. Przez wiele lat miałem swoje stałe rubryki felietonowe w takich pismach jak Gazeta Wyborcza, tygodnik Wprost czy miesięcznik dla panów CKM. Pisałem także scenariusze dla programów kabaretowych w telewizji. No cóż można dodać także słowo "konferansjer". Prowadziłem największe festiwale i imprezy muzyczne w tym kraju. Festiwal w Opolu z Tomaszem Kammelem, gale festiwalu teledysków z Cezarym Pazurą, gale muzyki klasycznej z Bogusławem Kaczyńskim, liczne imprezy rockowe z Pawłem "Końjo" Konnakiem, eleganckie gale muzyczne z Moniką Richardson, a nawet koncert sylwestrowy dla TVP 2 z Grażyną Torbicką.

Od kiedy pamiętam jest Pan radosnym i uśmiechniętym człowiekiem. Jak Pan to robi w kraju gdzie ciągłe narzekanie jest standardem?

Pozytywne nastawienie do życia to podstawa sukcesu. Zawsze byłem optymistą o dosyć zawadiackim i jednocześnie radosnym usposobieniu. Moja słabość do robienia kawałów objawiła się już w czasach szkolnych. Aby rozweselić koleżanki i kolegów z klasy zjadałem w podstawówce kredę szkolną. Zwykle dokonywałem takiego wesołego sabotażu na lekcjach matematyki. Gdy sprawa się wydała tłumaczyłem, że byłem głodny i miałem niedobory wapnia w organizmie. Szybko też dostrzegłem, że osoba wesoła budzi sympatię, a ponuracy odstraszają. Z czasem te moje żarty szkolne już w formie dojrzałych występów scenicznych stały się moim zawodem. Narzekanie, stękanie, marudzenie to polska plaga. Już dawno postanowiłem z tym walczyć i tak zostałem kimś w rodzaju Partyzanta Śmiechu. Warto się uśmiechać, bo dzięki temu żyjemy dłużej. Przepona nam lepiej pracuje i serce chodzi jak szwajcarski zegarek. Epatowanie nienawiścią i wścieklizną wykańcza nasz umysł i organy wewnętrzne. Istnieje powiedzenie, że ktoś jest "zielony ze wściekłości". Zieleń to nie jest dobra barwa na naszej twarzy. Lepiej mieć rumiane policzki ze śmiechu.

Jest pan rozpoznawany przede wszystkim jako członek zespołu BIG CYC ale wiem ze zajmuje Pana też inna działalność – pisze Pan książki. Czego one dotyczą co wpłynęło na ich napisanie?

Mam na swoim koncie nie tylko 17 płyt nagranych z zespołem Big Cyc i dwie płyty solowe, ale także cztery wydane książki. Są to zbiory moich felietonów pt. "Skibą w mur" i zbiór opowiadań satyrycznych pod tytułem "Opowiadania podwodne" . To taki sarkastyczny Skiba w pigułce. Prezent dla wszystkich tych, którzy lubią moje poczucie humoru. Napisałem też dwie książki wspomnieniowe o kulturze alternatywnej w latach 80. Jedna z nich "Artyści wariaci, anarchiści" napisana wspólnie z Jarkiem Janiszewskim i Pawłem Konnakiem opowiada o gdańskim podziemiu artystycznym. Ta książka miała wiele świetnych recenzji i stała się czymś w rodzaju hitu wydawniczego kilka lat temu. Kolejna książka wydana przez szacowne wydawnictwo Narodowe Centrum Kultury ukazała się w zeszłym roku pod tytułem "Komisariat naszym domem". To historia happeningów ulicznych, które organizowałem w czasach PRL.

Trasy koncertowe zespołu BIG CYC owiane są legendą przygód i niesamowitych wydarzeń. Czy mógłby Pan przytoczyć jakieś zdarzenie w trakcie koncertu lub w ramach trasy które utkwiło w Pana pamięci?

Zabawnych historii było w Big Cycu rzeczywiście sporo. Pamiętam jak jechaliśmy jeszcze jako studenci, na pierwszy koncert do Berlina i w pociągu wzięto nas za przemytników. Jako jedyni pasażerowie jechaliśmy z gitarami i to wydało się podejrzane. Wówczas Polacy handlowali nielegalnie papierosami i alkoholem w Berlinie Zachodnim. Innym razem naszego gitarzystę wzięto za poszukiwanego terrorystę z RAF. Mnie zatrzymano kiedyś na granicy austriackiej i w pokoju przesłuchań rozebrano do naga, bo zdaniem policjantów przypominałem im poszukiwanego handlarza narkotyków. Były też bardziej radosne przygody. Po koncercie w Helsinkach fan zabrał nas do siebie. Myśleliśmy, że idziemy na imprezę tymczasem okazało się, że fan ma sklep z niesamowitymi butami i postanowił nas nimi poczęstować. Wyglądaliśmy jak włamywacze, bo w środku nocy w centrum miasta chodziliśmy po otwartym sklepie i przymierzaliśmy co się dało. W Warszawie na Placu Konstytucji podczas koncertu sylwestrowego dla Polsatu nie zauważyłem kanału dla operatora kamery i wpadłem do niego na oczach stu tysięcy widzów. Przygód mieliśmy wiele...

Prowadził Pan w TV programy rozrywkowe tj LALA MI DO, OKO NA MIASTO, PODRÓZE Z ŻARTEM i inne. Gdzie lepiej Panu się pracuje na scenie z „żywym” odbiorcom czy ze „szklanym okiem kamery”?

Koncert to zdecydowanie większa swoboda w działaniu. Tu ja jestem głównym reżyserem widowiska. Ustalam z zespołem kolejność piosenek i dyryguję publicznością. Program telewizyjny to zawsze nakreślone wyraźnie ramy i kurczowe trzymanie się scenariusza. W obu światach czuje się dobrze, ale to koncerty wyzwalają we mnie większą radość. Mimo precyzyjnego scenariusza w telewizji często zdarzają się rzeczy nieprzewidziane. Pamiętam jak podczas nagrywania pewnego programu w studiu w Krakowie, podczas jednej ze scen miałem wjechać na scenę dorożką. Na próbach wszystko wychodziło idealnie. Podczas nagrywania programu z udziałem widowni koń się spłoszył, rozwalił pół scenografii i zrobił kupę na środku sceny. Innym razem podczas nagrywania koncertu z piosenkami ludowymi na Mazurach, scena w amfiteatrze w Mrągowie była zrobiona z trawy. Ja jako prowadzący koncert miałem dla żartu dwie kozy na sznurku. Już w trakcie koncertu jedna koza mi uciekła, a druga zjadała ze smakiem trawę ze sceny. Gdy robiliśmy w Operze Leśnej w ramach festiwalu Top Trendy swój jubileusz pomysł był taki, że początek koncertu to będzie skecz z udziałem Szymona Majewskiego i psa. Bałem się, że pies jak usłyszy naszą perkusję i gitary to zwariuje. Na szczęście pies był głuchy.

Znany jest Pan też z niekonwencjonalnych zachowań i z kontrowersyjnych form wyrazu artystycznego niejednokrotnie odnoszącego się do rzeczywistości społeczno-politycznej. Czy ma Pan już jakiś komentarz po ostatnich wyborach parlamentarnych?

Nowa władza (jak każda zresztą) z pewnością dostarczy nam wielu tematów do piosenek i żartów. Niezwykle zabawną postacią wydaje się nowo wybrany prezydent Duda. Jeszcze rok temu nikt go nie znał i wszyscy mylili z Piotrem Dudą z "Solidarności", a teraz to osobnik który jest wychwalany przez wyznawców jak ktoś w rodzaju półboga. Gdy pojawiają się wyznawcy prezydenta z transparentami takimi jakie widzieliśmy podczas jego pobytu w Szczecinie czyli te z cytatem z Biblii "Błogosławione łono które cię wydało i sutki które ssałeś" trudno się nie uśmiechnąć, bo automatycznie rodzi się pytanie co z innymi narządami dzięki którym powstał prezydent. Prezydent ma też manię podpisywania wszystkiego co mu rząd podsuwa. Słyszałem ostatnio, że prezes Kaczyński dał prezydentowi na chwilę kota do potrzymania i on go podpisał.

Będąc redaktorem naczelnym naszego kwartalnika IPA-FUN jestem wręcz zmuszony zapytać o najbardziej ciekawą „przygodę” jaka Pan miał z Policją czy innymi służbami mundurowymi. Czy była taka?

Policja często zabezpiecza imprezy masowe na których gramy i zawsze wzorowo wywiązuje się ze swoich zadań. Jedyne przygody jakie nam się zdarzały to urocze spotkania z policja drogową. Czasem spieszymy się na koncert i bywa, że nasz kierowca przekroczy dozwoloną prędkość. Zawsze wówczas grzecznie przepraszamy i terminowo regulujemy nałożone mandaty. Zdarzało sie, że dyskretnie byliśmy proszeni o autografy np. dla koleżanek z pracy czy dla córek. Kiedyś jadąc samochodem w centrum Warszawy zagapiłem się i odebrałem telefon. Zatrzymała mnie piękna blondynka z drogówki i powiedziała, że w zasadzie powinien być mandat, ale ponieważ rozmawiałem bardzo krótko, to będzie tylko pouczenie. I jak tu nie kochać blondynek!

Wspomniał Pan o pisaniu felietonów. Czego dotyczą Pana felietony i czym są inspirowane?

Najlepszą inspiracją dla felietonisty jest życie codzienne. Wiele zależy też od tego w jakim piśmie ukazuje się mój felieton. Przez wiele lat miałem felietony w gdańskiej mutacji Gazety Wyborczej, a potem przez jedenaście lat w tygodniku Wprost. W tych felietonach na bieżąco komentowałem polską pokręconą rzeczywistość, czasem pisząc o polityce, ale bardzo często po prostu o życiu i jego licznych pułapkach. Przez pięć lat pisałem także do magazynu dla facetów CKM. Tu moje felietony miały zupełnie inny charakter. Obserwowałem świat z punktu widzenia nienasyconego samca, który szuka dla siebie głównie przyjemności. W felietonach często posługuję się ironią. Buduję groteskowy świat, który przedrzeźnia, wyszydza i kpi z otaczającej nas rzeczywistości. Ostatnio moje felietony poświecone tematom muzycznym i zagadnieniom z dziedziny show biznesu ukazują się np. w magazynie "Osobowości i sukcesy". Szykuję też wydanie nowej książki z felietonami pod tytułem "Wszystkie drogi prowadzą do orgazmu".

Jakie Krzysztof Skiba ma plany artystyczne na najbliższy czas i gdzie można go spotkać?

Szykujemy z zespołem kilka nowych piosenek, które na pewno będą miały swoją premierę tuż przed wiosenno-letnim sezonem koncertowym. Do najlepszej z tych piosenek nakręcimy teledysk. Niebawem do Empików trafi w ramach serii "Bursztynowa kolekcja" składanka największych przebojów Big Cyca z lat 90. Warto mieć te nagrania na CD, bo wielu starych fanów ma je jeszcze na kasetach magnetofonowych. A w sezonie imprez plenerowych czyli od maja do września koncertować będziemy tradycyjnie po całym kraju. Zapraszam serdecznie na koncerty bo najlepiej oglądać Big Cyca na żywo.

Dziękuję za rozmowę




Wywiad dla Dziennik Gazeta Prawna. Styczeń 2016.

Piłka ręczna w Polsce nie cieszy się taką popularnością w jak piłka nożna. Jako ambasador Euro 2016 w tej dyscyplinie będziesz miał więc trudniejsze zadanie, by przekonać rodaków do zaangażowania się w ten turniej.

Z pewnością tak, ponieważ piłka nożna to w Polsce rodzaj narodowej religii. To fascynujące zjawisko, bo choć ostatnio mamy w tej dyscyplinie jakieś sukcesy, to przez lata byliśmy patałachami. Mimo to, emocje narodowe koncentrowały się właśnie wokół futbolu. Z drugiej strony, z Polakami jest tak, że stajemy się fanami tej dyscypliny, w której nasi rodacy odnoszą sukcesy. Najlepszym tego przykładem jest fenomen Adama Małysza i popularność skoków narciarskich. Podobne emocje wywoływała piłka ręczna, kiedy wygrywaliśmy z najlepszymi i zdobyliśmy srebrny medal i nagle część kibiców odkryła szczypiorniaka. Dodam jeszcze, że piłka ręczna to dyscyplina o bardzo ciekawych korzeniach. Ten sport wymyślili przecież żołnierze Józefa Piłsudskiego, którzy przebywając w obozie jenieckim, by nie niszczyć sobie butów, grali właśnie w piłkę ręczną. Zresztą nazwa szczypiorniak wiąże się z miejscowością, w której znajdywały się te obozy internowania. To piękna historia tej dyscypliny. Myślę też, że będziemy z wypiekami na twarzy śledzić rozrywki Euro 2016 ponieważ to jest bardzo kontaktowa i bardzo widowiskowa dyscyplina. Tam trudno grać na czas, nie zdarzają nudne mecze, w których nie pada żadna bramka.

Jesteś kibicem tak zwanym piknikowym, czy też takim, który w porywach emocji rzuca przedmiotami w telewizor?

Aż takim emocjom, żeby wykrzykiwać w stronę telewizora, czy rzucać w ekran przedmiotami, nie ulegam. Ja jako człowiek, który raczej steruje emocjami stając na scenie przed kilkoma tysiącami publiczności, mam je całkowicie pod kontrolą. W żadnej dyscyplinie nie śledzę rozgrywek ligowych, ale jestem kibicem drużyn narodowych. Jak gdzieś Polacy walczą, nawet jeśli są na z góry przegranej pozycji, to ja zakładam biało czerwony szalik i krzyczę „Polska do boju!”

Czy twoim zdaniem, Euro 2016 w piłce ręcznej ma szanse przyczynić się do pozytywnego wizerunku Polski w Europie, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Euro 2012 w piłce nożnej?

Absolutnie tak. Ten pozytywny wpływ Euro 2012 zarówno w Gdańsku, jak i w innych miastach jest bardzo widoczny, po prostu jest dużo więcej turystów. Ci wszyscy kibice z wielu krajów, którzy bawili się w Polsce, pojechali do domów z bardzo pozytywną opinią, którą przekazali swoim rodzinom i znajomym. To na pewno odbiło się pozytywnym echem poza naszymi granicami. Jestem przekonany, że podobnie będzie po Euro 2016. Przygotowania idą pełną parą, mamy wspaniałe obiekty sportowe. Trzymam kciuki żeby nie było żadnych większych wpadek organizacyjnych, bo te małe zdarzyć się mogą zawsze. Mam nadzieję na ten pozytywny bumerang w postaci kolejnej fali turystów przekonanych o tym, że Polska to kraj ludzi, którzy mają serce na dłoni i potrafią zorganizować tak dużą imprezę.

Sądzisz, że w kwestii wizerunku Polski, nasi piłkarze ręczni i nasi kibice mają szansę naprawić to, co psują politycy?

Mam nadzieję, bo niestety to jest fatalna sytuacja, w której się nagle znaleźliśmy. PiS jest u władzy od 2 miesięcy, a właściwie już rozpoczął wojnę z całym światem. Psują prawo dopuszczając się skandalicznych praktyk, jakiś nocnych akcji, które budzą zdziwienie i kpiący uśmiech. W nocy można bowiem włamać się do sklepu, ale żeby mianować sędziów Trybunału, czy zwalniać niechętnych sobie urzędników? To jest praktyka niestosowana w normalnych krajach demokratycznych. Nie trzeba być znawcą prawa, żeby wiedzieć, że mianowanie sędziów o 1 w nocy, to coś robionego chyłkiem, za plecami, jakby ci rządzący mieli coś na sumieniu. To daje fatalny obraz Polski w świecie. Polska polityka od dawna nie budziła takiego zaniepokojenia instytucji europejskich. Chyba tylko za czasów PRLu były takie protesty. To świadczy o tym, że obecnie rządzący zachowują się jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany.

Ty od zawsze podkreślasz, że nie chcesz być politykiem, ale w przeszłości byłeś aktywistą, sprzeciwiającym się komunistycznej władzy. Czy obecna sytuacja skłania cię do ponownego wyjścia na ulicę, czy aż tak źle nie jest?

W czasach PRLu, w latach 80 tych byłem związany z opozycją demokratyczną, działałem w nielegalnych, podziemnych ruchach takich, jak Ruch Społeczeństwa Alternatywnego, Wolność i Pokój czy słynna Pomarańczowa Alternatywa. To były inicjatywy poszerzające wolność w komunistycznym bagnie w którym żyliśmy. Pomarańczowa Alternatywa ośmieszała władzę za pomocą pomysłowych happeningów. Po 1989 roku zaś wypowiadam się właściwie już tylko jako satyryk i artysta rockowy, a nie działacz jakiś organizacji. Tak widzę swoją rolę w kosmosie. Komentuję i walczę o różne sprawy poprzez piosenki i swoje teksty. Zespół Big Cyc nagrał wiele utworów, będących satyrą nie tylko na nasze polskie przywary, ale także paranoje polityczne. Przykładem może być piosenka „Moherowe berety”, która powstała w 2006 roku, a po latach okazuje się wciąż aktualna.

Dlaczego uważasz, że wciąż jest aktualna?

To utwór z czasów pierwszych rządów PiS, opowiadający o formacji moherowych beretów, bezmyślnie zapatrzonych w ojca Tadeusza i Jarosława Kaczyńskiego, które chciały zrobić w Polsce rewolucję. Wówczas ta rewolucja się nie udała, ale teraz, jak widać, mamy powtórkę z rozrywki. Mam już pomysły na kolejne tego typu utwory, ale działalność artystyczna potrzebuje dystansu, więc na razie się wstrzymujemy. Trochę nas ręce świerzbią, żeby to nagrać i wypuścić, ale na razie czekamy, bo sytuacja jest tak dynamiczna, że każdy dzień przynosi jakieś happeningi ze strony rządzących.

Który z tych, jak to nazwałeś „happeningów ze strony rządzących”, zrobił na tobie ostatnio największe wrażenie?

Na przykład wypowiedź ministra Waszczykowskiego o tym, że wegetarianie i rowerzyści to lewacy i marksiści, hołdujący niepolskim tradycjom. Zastanawiam się więc, czy ministrowi chodziło o to, że prawdziwy Polak jeździ na koniu i zajada kotleta schabowego? A skoro rower uważany jest za lewacki, to co z wrotkami i rolkami? Snowboard jest także wysoce podejrzany, należałoby się więc zastanowić, jakie sporty są bardziej prawicowe, a jakie lewicowe. Rozśmieszyła mnie także wypowiedź pani Beaty Szydło, która z okazji mrozów, w telewizji powiedziała, by bezdomni nie wychodzili z domu.

Czy ta obecna rzeczywistość cię bawi, przeraża, a może jednak napawa optymizmem na przyszłość?

Jest trochę jak w rosyjskim przysłowiu, czyli i śmieszno i straszno. Z jednej strony mnie to śmieszy, a z drugiej przeraża, bo widzę, że PiS nie potrafi rządzić, jeśli nie ma pod butem mediów i wymiaru sprawiedliwości. Opanowali przecież wszystkie najważniejsze stanowiska w państwie, a mimo to nie są w stanie rządzić, póki nie złamią sądów tak, by na telefon wydawały takie wyroki, jakich życzy sobie pan prezes Kaczyński. Chcą też usłużnych sobie i lokajskich mediów. Tylko w atmosferze absolutnego braku krytyki PiS czuje się zdatny do rządzenia. To pokazuje, że oni sami nie wierzą we własne siły, jakby mieli zakodowany gen patałacha, za co się nie wezmą, to wszystko spartolą. Na razie tak to wygląda, bo za co się nie biorą, to jest cyrk i ośmieszenie Polski. Opinię w świecie mamy teraz fatalną.

Skąd ta fatalna opinia?

Choćby przez wypowiedzi współpracowników ministra Macierewicza, którzy mówią, że chcielibyśmy mieć dostęp do zasobów amerykańskiej broni nuklearnej, czyli mają jakieś marzenia o bombie atomowej. To jest sen szaleńca. Oczywiście, to jest także śmieszne i można by na przykład napisać o tym piosenkę zatytułowaną „Antoni nas obroni”. Z drugiej strony, to jest jednak niebezpieczne, bo ta niefrasobliwa wypowiedź świadczy o tym, że to są niedoświadczeni ludzie bez ogłady i bez wyrobienia politycznego. No ale jak się otacza 20-latkami, którzy znają się tylko na Harrym Potterze, albo byli kierownikami aptek i nie mieli nic wspólnego z wojskiem, to wychodzą takie kwiatki. Myślę, że kiedy w rosyjskim wywiadzie zobaczyli doradców Macierewicza, strzeliły korki od szampana.

Sugerujesz, że Antoni Macierewicz nie jest dobrym ministrem Obrony Narodowej?

Antoni obroną naszego kraju za bardzo się nie zajmuje, on w tej chwili tropi sprawców wypadku w Smoleńsku i wystawia wartę honorową na miesięcznicach smoleńskich. Nie na tym powinna polegać działalność Ministerstwa Obrony Narodowej. Armia wymaga mądrego przywódcy, który się na tym zna, niestety Antoni ze swoimi obsesjami nie jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Podsumowałbym to tak, że jego inteligencja otrzymała ostatnio status uchodźcy.

Czy jako artysta, który w uszczypliwy i prześmiewczy sposób komentujesz poczynania polityków, nie obawiasz się, że będziesz miał teraz mocno pod górkę?

Przeżyłem generała Jaruzelskiego, który zarówno mnie, jak i wielu moich kolegów wsadził do więzienia, absolutnie więc nie boję się tej, jak to powiedziała Jadwiga Staniszkis „infantylnej dyktatury”. Kiedy nacisk ze strony PiSu na wolne media, czy postawy obywatelskie będzie bardziej radykalny, wówczas ludzie wyjdą na ulicę. Ja pamiętam czasy piosenki „Moherowe berety”. Wtedy media też częściowo były opanowane przez ludzi PiSu i telewizja publiczna nie wyemitowała teledysku do tej piosenki, a radio państwowe odmówiło jej grania. Absolutnie nie liczę więc na to, że będę teraz głaskany po głowie przez władzę. Uważam jednak, że satyra i śmiech to świetna broń, zwłaszcza, że PiS nie ma poczucia humoru. Tę broń stosowaliśmy w Pomarańczowej Alternatywie i ona się sprawdziła. Mam nadzieję, że nie będzie potrzeby reaktywacji tego ruchu i ponownego przebierania się za krasnoludki, ale wszystko wskazuje na to, że zdrowa kpina to dobra droga. Satyra to jedna z podstawowych cech demokratycznego społeczeństwa. Nie ma jej w takich krajach jak Północna Korea, albo komunistyczna Kuba. Ja widzę swoją rolę w przyrodzie właśnie w ten sposób, że komentuję to co się dzieje w Polsce. Swój patriotyzm rozumiem jako patrzenie władzy na ręce i komentowanie tego, co ona robi z naszym życiem. Uważam, że to jest najbardziej skuteczna metoda, bo władca ośmieszony nie jest już taki groźny.

Z drugiej strony, kiedy władza ma zakusy na wolność artystyczną, to chyba wyzwala w twórcach nowe pokłady kreatywności.

Absolutnie się z tym zgadzam. W ciągu ostatnich 8 lat rządów PO, a szczególnie w ich końcówce, często brakowało mi tematów, czułem się troszkę rozleniwiony. Teraz zaś proszę bardzo, codziennie pojawia się po kilka nowych tematów. Jestem więc przekonany, że artyści dostaną wiatr w żagle. Charakterystycznym jest też to, że przez dość długi czas, nie pojawiały się nowe dowcipy polityczne. Nie było zbyt wielu żartów o Ewie Kopacz, czy Donaldzie Tusku. Teraz zaś mamy wysyp nowych dowcipów, które są zdrową reakcją na sytuację, jaką mamy.

Zostawmy politykę i porozmawiajmy o biznesie, bowiem ostatnio zostałeś producentem oranżady.

To jest standard jeśli chodzi o świat show biznesu. Zespół AC/DC ma swoje piwo i wino, Iron Maiden mają piwo, a ja mam swoją oranżadę. Moja ciocia, Gertruda Wilczopolska, pani plastyk, w czasach PRLu była projektantką tych wszystkich słynnych etykiet do oranżady, także tej w proszku. Teraz zaś jest estetyczny i kulturowy sentyment do czasów PRLu. Oczywiście nie do komunizmu, ale do przedmiotów pochodzących z tamtego okresu. Na tej fali pojawiła się oranżada. Przepiła nam się już Coca Cola i Fanta i przypomnieliśmy sobie o swojskiej oranżadzie. Mnie również jej brakowało, bowiem w moim rodzinnym domu zawsze było jej pełno, gdyż ciocia jako projektantka etykiet dostawała od fabryki przydziały. Stąd taki smak dzieciństwa i sentyment. Stwierdziłem jednak, że ta oranżada która ostatnio pojawiła się w sklepach, smakiem nie przypomina tej z czasów PRL. Stąd znalazłem partnerów biznesowych, z którymi postanowiliśmy zrobić napój z tamtych lat. Tak powstała Oranżada PRL, firmowana przez mnie reklamowych hasłem „Towarzysz Skiba i Komitet Centralny polecają”. Sam opracowywałem jej smak, kilka razy przedstawiano mi próbki, które nie spełniały warunków smakowych i zapachowych. W końcu jednak udało się uzyskać napój o walorach oranżady z czasów PRL. Jesteśmy nowym produktem i bijemy się o mocno zatłoczony rynek napojów gazowanych.

Co do tego, że będziesz świetny w akcjach marketingowych nie mam wątpliwości, ale jak radzisz sobie z pozostałymi obowiązkami jakie wiążą się z byciem przedsiębiorcą? Czy prowadzenie takiego biznesu to łatwa sprawa?

Dla mnie to fascynująca przygoda, dopiero się tego uczę. Całe życie byłem człowiekiem sceny, natomiast teraz poruszam się po terenie nie do końca sobie znanym. Na szczęście nie robię tej oranżady sam, bo gdybym to robił sam, poległbym po 5 minutach. Mam partnerów biznesowych, którzy są moimi dobrymi kolegami, lubimy się i działamy wspólnie ku chwale oranżady. Dla mnie to jest coś nowego i ciekawego. Uczę się zasad, jakie rządzą rynkiem napojów gazowanych. Na razie mi się to nie nudzi, wręcz przeciwnie, sprawia mi sporo frajdy. Bywa jednak zabawnie, bo kiedyś ludzie pytali mnie głównie o płyty Big Cyca, a teraz na stronie internetowej mam sporo zapytań o to, gdzie można kupić tę oranżadę.

Życzę więc powodzenia z nowym biznesem. Na koniec zaś zapytam, jakie jest noworoczne postanowienie Krzysztofa Skiby?

Ja co roku mam podobne postanowienia. Mówią one o tym, żeby żyć bardziej zdrowo, więcej czasu poświęcać na sport, lepiej jeść, odrzucić tłuste potrawy, ograniczyć napoje wyskokowe. Jestem po 50-tce i to jest czas na to, by zastanowić się nad swoim organizmem, który już daje różne sygnały, że może zbliżać się jakaś awaria. Ktoś kiedyś powiedział, że wszystko co smaczne i podniecające jest szkodliwe i niestety to prawda. Bardzo lubię czekoladę, słodycze, niezdrowe potrawy. Teraz będę musiał przerzucić się na rukolę, pomidorki i sałatki, a mój ulubiony Jack Daniels tylko przy wyjątkowej okazji, a nie okazji każdej, bo zawsze znajdzie się jakiś pretekst, żeby wypić z kolegami. Ja spożywam alkohol tylko w towarzystwie, więc może jakimś sposobem na unikanie będzie uciekanie z imprez, mniej bankietów, a po koncertach grzecznie do hotelu, książka i spanie, rano zaś pobudka i gimnastyka. Zdrowy styl życia to moje postanowienie noworoczne, ale jak długo wytrzymam, to wielka niewiadoma. Będę się starał.

Trzymam zatem kciuki, aby udało się wytrzymać jak najdłużej i dziękuję za rozmowę.

Dzięki.




Gazeta Wyborcza Trójmiasto styczeń 2016

Aleksandra Kozłowska: - Gracie w tegorocznej Orkiestrze?

Krzysztof Skiba, muzyk i wokalista rockowy, autor tekstów, satyryk, felietonista, konferansjer, członek zespołu Big Cyc: - No, jasne! Jak co roku zresztą. Big Cyc z Orkiestrą jest od początku. Dobrze pamiętam nasz pierwszy koncert w ramach WOŚP: styczeń 1993 r., poznańska Arena wypełniona po brzegi - jakieś 5-6 tys. ludzi i doskonały skład na scenie: Dezerter, Edyta Bartosiewicz, Acid Drinkers, Hey i my. Niesamowita przygoda.

To była pierwsza w Polsce akcja charytatywna na wielką skalę. Co więcej - pełna życia, kolorów, młodości, świetnej muzyki. Akcja daleka od atmosfery smutku czy beznadziei, jaka nieraz kojarzy się z takimi działaniami. To było coś zupełnie nowego - każdy chciał być wolontariuszem, każdy bez względu na mróz był na finałowym koncercie. Jak ty się wtedy czułeś? Co o tym myślałeś?

- Byłem tego dnia na scenie i to w doborowym towarzystwie. Wszystkie zespoły zostały świetnie przyjęte przez publiczność. Czuło się wyjątkową atmosferę. Co jakiś czas podawano w ogłoszeniach zebraną sumę i nam wszystkim wydawała się ona jakaś taka bardzo duża, a później okazała się wręcz rekordowa, bo nikt nie spodziewał się takiego sukcesu. Jak wiadomo ten rekord co roku był potem przy kolejnych finałach Orkiestry mocno przekraczany. Wszyscy wówczas byliśmy razem bez względu na przekonania i poglądy

W działaniach Orkiestry co roku brały też udział wojsko, straż pożarna, policja. Można było wylicytować przejażdżkę czołgiem albo lot śmigłowcem. A teraz Stanisław Pięta, poseł PiS grozi na Twitterze: „ „Jeżeli funkcjonariusz publiczny zaangażuje się w hecę WOŚP, niech nazajutrz składa raport o zwolnienie ze służby”. Część więc rezygnuje. U nas nie będą np. kwestować marynarze, choć rok temu zbierali do puszek z czerwonym serduszkiem.

- Fatalne jest to obrzygiwanie Orkiestry. Dzieje się tak od kilku lat. Kiedy zaczęły się te ataki prawicowych mediów i polityków, byłem u Tomasza Lisa na Żywo. Moim przeciwnikiem w dyskusji był Łukasz Warzecha, prawicowy dziennikarz. Ja byłem za WOŚP, on przeciwko. Zarzucał Owsiakowi - tak jak i dziś m.in. Pięta - że ten pokrzykuje, robi tylko szum wokół siebie, a na dodatek nosi czerwone spodnie. Powiedziałem wtedy Warzesze: Nic nie stoi na przeszkodzie żebyście stworzyli własną Orkiestrę, którą będzie prowadził nobliwy pan w smokingu i muszce, z nienaganną dykcją i manierami hrabiego. Dziwne, że do tej pory tego nie zrobili.

Nie wkurza cię to opluwanie Owsiaka? Nie masz ochoty wrzasnąć: „Odwalcie się od niego!” ?

- Wkurza mnie i dlatego zawsze bronię Orkiestry i Jurka. To jest chyba zazdrość o sukces jaki ma Orkiestra i to jest nasz narodowy dramat, że my jako Polacy każdego ściągamy w dół. W Polsce nawet Robert Lewandowski który jest idolem i bożyszczem tłumów, wbija gol za golem i nie zajmuje się polityką jest poddawany ciągłej krytyce i nie brakuje w necie zawistnych komentarzy na jego temat. Forsa, pieniądze to rozpala wyobraźnię wielu. Są tacy, którym się życie nie udało i za wszelką cenę pragną odegrać się na kimś znanym. Na tej samej zasadzie hejterzy próbują pomniejszyć sukces Orkiestry, bo sami nigdy w życiu nic pozytywnego nie zbudowali.
Dla wielu Jurek jest niebezpieczny, bo łamie monopol na miłość bliźniego. To facet z niezwykłą charyzmą. Tylko tacy ludzie mogą być w akcjach charytatywnych skuteczni. Taki był też ks. Jan Góra, dominikanin, który rozkręcił Ogólnopolskie Spotkania Młodzieży w Lednicy. Gdy zaczynał, wszyscy księża pukali się w czoło. Ks. Góra nie nosił czerwonych spodni, ale umiał dotrzeć do ludzi, i Owsiak też to potrafi. I ten jego rozkrzyczany styl najwyraźniej mu w tym pomaga. Znam Jurka prywatnie, wiem że on naprawdę taki jest - taki sam przed kamerami, jak w codziennym życiu. Nikogo nie gra, nie udaje. W tym jest jego siła. A te jego czerwone gacie i okulary też mi się podobają, mam duży sentyment do takich rzeczy. W szarych czasach PRL-u, kiedy wszyscy faceci chodzili w ortalionowych płaszczach, taki dziki strój był wyzwaniem. Sam nosiłem żółte kalesony podczas happeningów Pomarańczowej Alternatywy. Jeśli więc dziś komuś to przeszkadza, widać, że PRL powrócił. A wydawało mi się, że te czasy minęły.


Prawicowe media mają też pretensje do TVP, że poświęca Orkiestrze za dużo czasu antenowego, a to wszystko rzecz jasna z kieszeni podatników. Według nich WOŚP działa tylko na pokaz, co gorsza część zebranych funduszy przeznacza na organizację Przystanku Woodstock, Sodomy i Gomory w czystej postaci.

- To ciekawe - bo Orkiestra zbiera na leczenie wszystkich, a prawicowe media zbierają tylko na siebie. Tak przecież robi Radio Maryja, „Gazeta Polska” miała akcję pod hasłem: Weź dwa egzemplarze, jeden dla siebie, jeden dla sąsiada. Jeśli ktoś nie chce działać dla Owsiaka, nie musi - może wesprzeć Caritas, Szlachetną Paczkę albo setkę innych fundacji pomocowych. Ale niech nie przeszkadza tym, którzy to robią. Żaden poseł PiS nie zrobił dla Polski tyle co Owsiak.
Boję się, że efekt tych działań przeciw WOŚP, będzie taki, że wiele osób wycofa się na emigrację wewnętrzną, tak jak to było w stanie wojennym. No bo popatrz - nigdzie na świecie nie ma tak, że władze cieszą się z tego, że jakaś akcja charytatywna zebrała mniej funduszy niż rok temu. A u nas tak było. Albo mają wielki powód do radości, że Szlachetna Paczka zebrała więcej niż Orkiestra. To jakiś obłęd! Sygnał, że naprawdę coś złego dzieje się ze społeczeństwem.
Nie ważne jest pod jakim szyldem się zbiera kasę na leczenie dzieci, na leczenie seniorów, na walkę z rakiem. Big Cyc wspiera nie tylko WOŚP, ale i małą fundację z Wrocławia - Orator, która zbiera na leczenie słuchu u dzieci. Wystąpiłem w ich teledysku.
Liczy się zaangażowanie i efekt. I współdziałanie. Przypomnę co powiedział Jan Paweł II - że solidarność to jeden z drugim, nie jeden przeciw drugiemu. To, co od początku jest fantastyczne w Orkiestrze to fakt, że ona łączy. Łączy pokolenia, łączy gatunki muzyki - przecież grają tam zarówno kapele punkowe, jak i zespoły popowe, obok koncertów organizowane są dyskoteki, ale i imprezy dla dzieci. Wielką zaletą WOŚP jest to, że od razu wciągnęła w swe działania środowiska przez wiele osób uważane za społeczny margines: punków, freaków, po których nikt z tzw. porządnych obywateli nie spodziewałby się charytatywnego zaangażowania. Pojawiła się szlachetna rywalizacja - które miasto zebrało więcej, każdy z dumą nosił przyklejone do kurtki czerwone serduszko...
Tymczasem PiS, odkąd zdobył pełnię władzy robi wszystko by nas podzielić. Jest pierwszy i najgorszy sort Polaków, są Polacy prawdziwi i udawani...


Ostatnio dzięki ministrowi Waszczykowskiemu polscy rowerzyści dowiedzieli się nawet, że cały czas byli i są marksistami, pewnie w przeciwieństwie do kierowców samochodów.

- Jemu chyba poseł Liroy dał zapalić skręta z marihuaną! Ta wypowiedź ministra to czysty idiotyzm. Skoro jazda na rowerze i wegetarianizm to jest postawa niezgodna z polską tradycją, to oznacza, że została nam już tylko jazda konna i jedzenie kotletów. To jest wojna światów, wojna cywilizacji rodem z XIX wieku, ze współczesnością, której PiS najwyraźniej nie rozumie. A były przecież takie momenty w naszej historii, kiedy następowało porozumienie ponad podziałami, jak choćby w sprawie stadionowej chuliganerii. Ale w końcu PiS się z tego wycofał, kombinując jak tu kibiców wykorzystać politycznie. I wykorzystali ich do swoich celów jak mięso armatnie. Teraz rozwala się ostatnią chyba wspólną płaszczyznę Polaków - akcje charytatywne. Takie rzeczy możliwe są tylko u nas. W Niemczech, Skandynawii też ludzie mają różne poglądy, należą do różnych partii ale tam nikt z tego powodu nie powie: „Nie jesteś Niemcem”, „Nie jesteś Szwedem”. Tam ludzie rozumieją, że jest coś takiego jak dobro wspólne i dla tego dobra robi się naprawdę dużo. Dlatego apeluję żeby przestać wreszcie jątrzyć. Choć z drugiej strony nie wiem na ile to możliwe, dopóki rządzi partia Jarosława Kaczyńskiego. Mam kolegę muzyka z Warszawy, który chodził z braćmi Kaczyńskimi do szkoły. Opowiadał, że zabawa na boisku szkolnym była super, dopóki nie pojawili się Kaczyńscy. Momentalnie potrafili wszystkich skłócić.

Orkiestra gra nie tylko w Polsce, ale i w wielu zagranicznych miastach. Big Cyc na przykład w tym roku wystąpi w Dublinie.

- Tak. Co roku zgłaszają się do nas różne sztaby, pojawiają się propozycje grania w wielu miejscach. Wystąpiliśmy już m.in. w Londynie, Brukseli, Berlinie, Limerick, Edynburgu i Dundee. W Dublinie będziemy z Orkiestrą po raz pierwszy. Gramy w klubie D Two, w sumie impreza trwa trzy dni - będzie osobna część dla dzieci, będzie dyskoteka. Wystąpi też Stanisław Tym. Big Cyc i Czarno-Czarni grają w finale, przed nami trzy polsko-irlandzkie supporty. Rok temu graliśmy w Londynie. Wielka impreza, mnóstwo ludzi. Tak jak i u nas, zawsze są też licytacje. W zeszłym roku licytowano tort zrobiony przez polską piekarnię. Gigantyczne ciasto, oczywiście z dekoracją w kształcie serduszka. Kupił go Polak, kierowca autobusu za jakieś kosmiczne pieniądze - jakieś dwa tysiące funtów. Powiedział, że przez miesiąc będzie jadł pewnie tylko ten tort, na nic więcej nie będzie go stać, ale że było warto. Z kolei w Brukseli tamtejsza grupa kobiet polonijnych zrzeszona w czymś w rodzaju Koła Gospodyń Wiejskich upiekła na licytację różne polskie ciasta - jakieś placki drożdżowe i tym podobne słodkości udekorowane flagą i serduszkami. Wystąpiły przy tym w strojach łowickich, super to wyglądało. To fajne, że pieniądze wpływają nie tylko dzięki zbiórkom, ale i przez licytacje. Wielokrotnie na ten cel dawałem nasze „złote płyty”, przeróżne gadżety związane z zespołem - standardowy zestaw to: koszulka, płyta, plakat z autografami. Na aukcji poszła też moja skórzana kurtka.

Czego spodziewasz się po tegorocznym koncercie?

- Wielu ludzi i gorącej atmosfery. Orkiestra niesamowicie integruje polonię, na koncerty przychodzą młodzi i starzy. Podobnie jest na scenie. Pamiętam jak na jednym z koncertów w Londynie wystąpił Big Cyc, Elektryczne Gitary i Trubadurzy. Potem była fajna impreza integracyjna w hotelowym lobby z udziałem m.in. jednej z fanek Trubadurów, zakochanej w zespole od jego początków - pani jest więc teraz w wieku mocno już zaawansowanym. Impreza trwała w najlepsze do późnych godzin nocnych, aż ktoś z obsługi przyszedł nas uciszyć. A wtedy ta fanka, Polka mieszkająca w Londynie od kilku dekad, wstała i nienaganną angielszczyzną wygłosiła płomienną mowę obrończą podkreślając, że tu oto siedzi legenda polskiej muzyki i absolutnie nie można jej przeszkadzać.
A wracając do tegorocznego finału WOŚP - chcę powiedzieć, że nie możemy dać sobie zabrać Orkiestry i Owsiaka. Jeżeli część społeczeństwa od niego się odwróci, będzie to znaczyć, że mamy w sobie nie tyle gen zdrady, co gen żółci. Jarosław Kaczyński i inni politycy PiS-u zyskaliby sobie wiele sympatii, wrzucając datek do puszki z serduszkiem. Pokazaliby klasę i dowód na to, że w ważnych sprawach nadal potrafimy być razem.


*24. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - niedziela, 10 stycznia. W tym roku zebrane fundusze przeznaczone będą na zakup urządzeń medycznych dla oddziałów pediatrycznych oraz dla zapewnienia godnej opieki medycznej seniorów. Przez 23 lata działalności Fundacja WOŚP zakupiła sprzęt medyczny wydając blisko 650 mln zł zebranych w corocznych Finałach.





Tekst opublikowany w grudniu 2015 na stronach internetowych Związku Piłki Ręcznej w Polsce

Z Krzysztofem Skibą rozmawia Monika Litwin
To będzie wielkie święto sportu


W Polsce krąży stereotyp Polaka-malkontenta, który lubi narzekać na wszystkich i wszystko. Ten szablon kompletnie łamie jeden z Ambasadorów EHF EURO 2016, Krzysztof Skiba, który do życia podchodzi optymistycznie, bo jak sam mówi, jest ono żartem. Wspólnie z muzykiem wracamy do jego początków, rozmawiamy o obecnych projektach, a także odkrywamy jego punkt widzenia na sport i zbliżające się mistrzostwa Europy.

Wyrwałam Pana ze studia, zatem co nowego Pan tworzy?

Co jakiś czas nagrywamy nowe piosenki, właśnie teraz, zimą. Śnieg spadł, zimno się zrobiło, więc ogrzewamy się w studiach. Ogrzewamy się muzyką. Szykujemy nowe kawałki na wiosnę i lato. To jest okres, w którym mniej się gra, a więcej nagrywa. Na razie to przymiarki dopiero, ale coś się z tego wykluje na pewno. Nakręcimy jakiś wakacyjny teledysk, ale oczywiście nie teraz (śmiech).

Z Pana to trochę człowiek orkiestra: muzyk, aktor, konferansjer, satyryk. Prowadzi Pan całkiem rozrywkowe życie.

Rozrywka do część mojej pracy de facto. Idąc na imprezę do klubu, bardzo często idę tam nie bawić się, lecz pracować. Taka sytuacja powoduje , że mam trochę inny rytm życia niż większość społeczeństwa, bo w weekendy pracuję, a bawić się mogę dopiero w tygodniu. Środek tygodnia to dni, w których mogę odpocząć, chociaż ja swoją pracę kocham.

Zaintrygował mnie jeden aspekt Pana przeszłości. Co to za przygoda z modelingiem sprzed lat?

To była bardzo poważna sprawa. Miałem wtedy może 10 lat i wraz z Maćkiem Kosycarzem, znanym na Wybrzeżu fotoreporterem, z których chodziliśmy razem do podstawówki, poszliśmy na casting do dziecięcych pokazów mody, o których dowiedział się Maciek. Patrząc na moją figurę obecnie to ta informacja, o mnie jako modelu, musi być naprawdę kuriozalna (śmiech). Ale to prawda, debiutowałem jako model, prezentując modę szkolną. I mam na myśli poważny debiut już za pieniądze, bo dostaliśmy za te dwa tygodnie pokazu całkiem niezłą sumkę.

Z jakiej okazji odbywały się takie pokazy?

Wydarzenie miało miejsce podczas Jarmarku Dominikańskiego, największej plenerowej imprezy handlowej tutaj w Gdańsku. Podczas, gdy Jarmark się kończył, pod koniec sierpnia, rozpoczynały się akcje „Witaj Szkoło”. To właściwie było chyba nawet po Jarmarku, na takim kiermaszu z tym hasłem. Czyli zakupy wszystkich przyborów szkolnych, a także mundurków i odzieży szkolnej. Razem z Maćkiem ten casting wygraliśmy i to była wielka frajda. Dwa pokazy dziennie, a nasze występy uatrakcyjniał pokaz iluzjonisty. Nawet zakradliśmy się do jego garderoby, żeby podpatrzeć jakieś sztuczki. Pokazał nam tylko jakiś trik z gumką, a potem popisywaliśmy się tym w szkole.

Oprócz tego wydał Pan kilka książek, co skłoniło Pana do pisania?

Pisanie jest jedną z form wyrażania siebie, a ja nie lubię ograniczać się tylko do jednej z form aktywności. Mogę przemycić trochę swoich refleksji, przemyśleń, chociaż wszystko w formie satyrycznej. Przez lata byłem publicystą tygodnika „Wprost”, gdzie pisałem felietony. Przez wiele lat zamieszczałem także felietony w Gazecie Wyborczej. Zbiór tych najciekawszych wyszedł w książce pt. „Skibą w mur”, która osiągnęła całkiem dobry nakład. Druga książka to były opowiada satyryczne. Ja czasem na scenie opowiadam takie krótkie historyjki, śmieszne lub nie, a tutaj były one bardziej rozbudowane. A w 2014 ukazała się książka o latach 80-tych pod tytułem "Komisariat naszym domem. Pomarańczowa historia". Narodowe Centrum Kultury wydało książkę o happeningach antysystemowych w PRL-u, jest tam trochę o początkach Big Cyca i o czasach kiedy działałem w Pomarańczowej Alternatywie. Wydawca uznał, że barwny życiorys Skiby jest częścią dziedzictwa narodowego.

Chyba w ogóle Pana podejście do życia jest takie dość satyryczne, na luzie.

Moja rola w kosmosie to patrzenie z przymrużeniem oka na świat, który nas otacza. Życie jest jednym wielkim żartem, kawałem, który nam ktoś zrobił. Wystarczy spojrzeć na polityków, od razu widać, że to kpina, bo trudno traktować to co mówią na serio. Gdybyśmy to wszystko traktowali na poważnie to byśmy zwariowali. Stąd są tacy ludzie jak ja, którzy opisują ten świat trochę złośliwie i prześmiewczo. A te moje refleksje mają służyć temu , żeby nam się lepiej żyło, a samego życia żebyśmy nie łykali jak gorzkiej pigułki za karę. Także sport to nic innego jak forma rozrywki , bo jakby na to nie patrzeć, przecież sport ma nam przynosić radość. Ktoś tam zdobywa bramkę i się wszyscy cieszą, są emocje i adrenalina jak na koncercie.

Jeśli chodzi o sport to ma Pan trochę powiązań z tą dziedziną, chociażby niedawno mecz gwiazd na zakończenie kariery Artura Siódmiaka. Ciągnie coś Pana w kierunku sportu?

W dzisiejszych czasach sport ma wiele wspólnego z muzyką. Mecz i koncert to widowiska. bywa, że piłkarze grają koncertowo i jak z nut (śmiech). Sport, podobnie jak muzyka oprócz tego, że służą rozrywce, kształtują pewne postawy. Na przykład sport powinien kształtować zasady szlachetnej rywalizacji, fair play, tego że wygrywa lepszy. Niestety przykre jest kiedy słyszymy o masowym dopingu czy jakiejś korupcji. Jasne, że sport to jest również biznes, ale naprawdę życzyłbym sobie takiego czystego sportu. Może to utopia, ale jestem idealistą.

W nawiązaniu do tego, został pan Ambasadorem EURO 2016, ale to nie jest Pana debiut?

Nie. Byłem Ambasadorem podczas mistrzostw Europy 2012 w piłce nożnej, w całkiem fajnym gronie. Byłem przyjmowany na Ambasadora z Olafem Lubaszenką, wielkim fanem nożnej. No i teraz jest mi ogromnie miło, że organizatorzy EURO 2016 w piłce ręcznej, zwrócili się do mnie czy mógłbym być jednym Ambasadorów tego wydarzenia. Bez wahania zgodziłem się i znów byłem w doborowym gronie, z Sebastianem Milą czy Darkiem Michalczewskim.

W naszym kraju futbol, choć nie odnosi takich sukcesów jak na przykład piłka ręczna, wciąż jest na pierwszym planie. A przecież to w piłce ręcznej mamy dwa zespoły, które regularnie występują Lidze Mistrzów. Dlaczego nie jest to tak popularne jak piłka nożna?

Sokrates twierdził, że miłość jest ślepa. I właśnie miłość Polaków do piłki nożnej jest ślepa. Miliony kibiców wspierało drużynę jak naprawdę działo się źle, teraz na szczęście zaczyna to wyglądać lepiej. Szkoda tylko, że piłkę nożną wypaczają te wszystkie afery korupcyjne. Jak można jeszcze wierzyć, że tam cokolwiek odbywa się uczciwie? Sam jestem umiarkowanym kibicem piłki nożnej, polska liga mnie nie interesuje, choć oczywiście wiem, kto jak sie miewa w sezonie. Z reguły jednak, gdy gra reprezentacja to dopinguję i wspieram jak mogę.

I chyba też trochę sukcesy naszych piłkarzy w klubach zagranicą zwiększają to zainteresowanie.

Oczywiście teraz jeszcze pozytywnie nakręca ten entuzjazm fantastyczna kariera Roberta Lewandowskiego. Myślę, że to też powoduje to pozytywne wariactwo. Mamy mistrza, można powiedzieć. Tak jak kiedyś był Adam Małysz. Cały naród interesował się wtedy skokami, a teraz jest Robert, nasz boiskowy rewolwerowiec. Sympatia do niego może przekładać się na sympatię do całej dyscypliny.

Sportowcy niewątpliwie nas w Europie reklamują, a czy to nadchodzące EURO będzie wizerunkowo wpływać na nasz kraj? Oczywiście dużo zależy od tego jak wypadnie organizacja.

Mam nadzieję, że tak. To będzie wielkie święto sportu, a o tym, że organizacja będzie znakomita, jestem przekonany, bo widziałem jak wszystko było przygotowane pod towarzyski mecz Polska – Hiszpania. Mamy piękne hale, piękne miejsca i doskonałą publiczność. Transmisje telewizyjne zgromadzą miliony przed odbiornikami na pewno, a bilety na mecze będą wyprzedane.

A propos pięknych miejsc i hal, Pan pochodzi z Gdańska, Ergo Arena jest sportowym przyczółkiem. Czy w mieście widać pierwsze oznaki mistrzostw?

Dużo się mówi o tym w Internecie. Wielkich reklam w mieście nie ma, ale na to jest jeszcze czas. Za to jest pełne sympatycznego niepokoju oczekiwanie. Niepokój, czyli mam na myśli takie szlachetne podniecenie, że oto po raz kolejny dzieje się u nas coś ważnego.

Polacy swoje mecze będą grali w Krakowie, więc czy nie ma takich obaw, że kibice w Gdańsku nie dopiszą?

Chyba nie. W końcu przyjeżdżają do nas zespoły Węgier, Danii i Rosji, więc będzie na kogo popatrzeć. Może okaże się to weryfikacją ilu naprawdę jest kibiców piłki ręcznej w Polsce. Wiadomo, że emocjonalnie jesteśmy za naszymi, ale to są mistrzostwa Europy, przyjeżdżają najlepsi piłkarze z całego kontynentu i na pewno będzie wiele pasjonujących meczów, gromadzących sporą widownię.

Ma Pan wśród swoich znajomych sporo piłkarzy ręcznych, rozmawiacie o tym zbliżającym się wydarzeniu?

Okazji do kontaktów dużo nie mamy, bo ludzie aktywni nie mają czasu na pogaduszki (śmiech). Ale jedną z takich możliwości był plan teledysku, który kręciliśmy na stadionie PGE Arena Gdańsku, w tym roku w maju. Piosenka nosi tytuł „Jesteśmy najlepsi”. Mam nadzieję, że będzie ona rozgrzewała piłkarzy ręcznych i kibiców podczas mistrzostw. W tym teledysku wzięło udział wielu wybitnych sportowców, między innymi Marcin Lijewski czy Artur Siódmiak z całą swoją Akademią, ale też inni nie związani z piłką ręczną. Przy okazji tego teledysku rozmawialiśmy też ogólnie o życiu sportowca, jakie ono jest. I jest ono strasznie stresujące, bo wygląda mniej więcej tak: trening, trening, zawody, chwila przerwy i od nowa. Także do rozmowy mamy mało sposobności, głównie dzieje się to przy okazji takich wydarzeniach muzyczno-sportowych lub akcji charytatywnych na których się wspólnie pojawiamy.

Zaintrygował mnie Pan tym kawałkiem „Jesteśmy najlepsi”, co to jest za piosenka?

To jest utwór z bardzo prostym przekazem i nie jest związana z żadną konkretną dyscypliną, ale ze sportem ogólnie. Dlatego też biorą w tym udział sportowcy z różnych dyscyplin m.in. Otylia Jędrzejczak, Iwona Guzowska, Szymon Kołecki, Mateusza Mika czy Darek Michalczewski. W związku z tym może być hymnem każdej dyscypliny sportowej. Staramy się zachęcać ludzi od oprawy muzycznej, żeby puszczali to przed meczami dla rozkręcenia publiczności. Jest to kawałek o rywalizacji, tekst jest bardzo prosty, wpadający w ucho. Pozytywna piosenka, optymistyczna o tym, że nawet jak się przegrywa, to trzeba wstać i walczyć. Może dać kopa i piłkarzom ręcznym, i nożnym, więc jest naprawdę uniwersalna i niezwykle pobudzająca wolę walki. Polecam teledysk który można zobaczyć w Internecie.