2014




Twoja Gazeta. Gazeta lokalna. Gdynia. Nr 12. 18 grudnia 2014. Z Krzysztofem Skibą rozmawia Urszula Abucewicz.

Tradycja połączona z nowoczesnością. Święta w Luwrze

Już niebawem w wielu domach zasiądziemy przy wigilijnym stole, przełamiemy się opłatkiem i będziemy się delektować rodzinną, pełną ciepła atmosferą. Jak święta Bożego Narodzenia planuje spędzić Krzysztof Skiba, lider zespołu Big Cyc?

Jak w tym roku planuje Pan spędzić święta Bożego Narodzenia?

Połączę tradycję z nowoczesnością. W Wigilię zawsze spotykamy się u mojej mamy w gronie rodzinnym. Będzie siostra z rodziną, moi synowie. Każdy przynosi coś dobrego, mama przygotowuje barszcz czerwony i kompot z suszu. Ale już pierwszego dnia świąt wylatuję z rodziną do Paryża. Lubimy to miasto, dawno nas nie było w Luwrze. Będziemy spacerować po dzielnicy łacińskiej i zwiedzać zabytki, ale przede wszystkim zamierzamy zaszyć się w muzeach. Byliśmy w Luwrze już dwa razy, ale to zawsze była trochę japońska wycieczka, zawsze mieliśmy zbyt mało czasu, żeby poobcować z dziełami sztuki. Teraz wreszcie będziemy mieli możliwość, żeby bacznym okiem i bez pośpiechu przyjrzeć się tym wszystkim dziełom.

Czy włącza się Pan w przygotowania świąteczne?

Mam dwie lewe ręce, jeżeli chodzi o kuchnię. Sam jestem wielkim smakoszem. Jeżeli już to robię tzw. podrzędne prace, jestem takim kucharzem z drugiej ligii (śmiech). Wykonuję po prostu wszystkie prace związane z mieszaniem, gdy potrzebne są prace strongmana i gdy trzeba otworzyć np. słoik, moją domeną są również prace krojcze. To są raczej prace pomocnicze i nie należy ich traktować poważnie. Ale jeśli już mam coś pokroić, to nie trzeba mnie do tego zmuszać. Wspólne gotowanie i podzielona na role praca w kuchni – jest bardzo przyjemna. Nie widzę w tym nic niemęskiego.

Co chciałby Pan znaleźć pod choinką?

Uważam, że najlepszym prezentem są dobra kultury, takie jak: filmy na DVD, dobre książki, płyty. Przy okazji świąt uaktywniają się producenci różnych kiczowatych pamiątek. Chciałbym zaapelować do wszystkich, żeby nie wydawali pieniędzy na głupoty, bo mikołaje z czekolady są najczęściej niedobre, te tzw. śmieszne prezenty bawią nas tylko przez 5 sekund, a potem niewiadomo co z nimi zrobić, zalegają w piwnicach i szufladach, kupując ubrania – również możemy nie trafić w czyjś gust i potem trafiają one na dno szafy – natomiast takie dobra kultury jak filmy, książki, płyty... to przedmioty wielokrotnego użytku. Nawet jeśli książka nam nie będzie odpowiadała to może ktoś inny z rodziny przeczyta. Z drugiej strony znamy przecież swoich bliskich, wiemy jakie filmy lubią oglądać. Dla mnie najlepszym prezentem są dobre książki, podpowiadam Mikołajowi co chcę dostać. To jest świetna okazja, żeby wzbogacić naszą płytotekę i biblioteczkę. A kupując jakąś ozdobę do domu czy inny śmieszny gadżet – pamiętajmy, że możemy kogoś wypaczyć estetycznie. Apeluję zatem, wspierajmy artystów, kupujmy dobra kultury, bo dzięki temu sami się rozwijamy!

Dziękuję za rozmowę.



Rozmawiała Urszula Abucewicz

Krzysztof Skiba, znany po prostu jako Skiba – polski muzyk, autor tekstów, satyryk, publicysta, aktor, konferansjer, artysta rozrywkowy, felietonista, autor happeningów, wokalista rockowy. Wraz z zespołem Big Cyc wystąpi w Gdyni na Sylwestrowej Nocy Przebojów. Zagra również 11 stycznia 2015 roku podczas 23. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Londynie.



Nie chcę być nawet sołtysem!




Portal internetowy Na Temat. wywiad opublikowany 13 grudnia 2015. Z Krzysztofem Skibą rozmawia Anna Dudek.

Nie wybrał się Pan na dzisiejszy organizowany przez PiS marsz.

Dylematu wielkiego, czy iść, nie miałem, ale akurat tak się złożyło, że prowadzę w Gdańsku imprezę charytatywną. Mam jednak problem z tym, że PiS w sposób jednoznaczny zawłaszcza rocznicę 13 grudnia - rocznicę historyczną, ważną dla mojego pokolenia a myślę, że i dla Polski. 13 grudnia to dowód, że komunizm był ideologicznym trupem, który chciał za wszelką cenę utrzymać się u władzy.

Razi wykorzystywanie tej daty do bieżącej akcji politycznej?

Nie miałbym pretensji o manifestację przeciwko nieprawidłowościom - czy fałszerstwom, jak utrzymuje PiS - wyborczym, gdyby ten pochód był zorganizowany innego dnia. Do tego mają prawo, mamy demokrację, która polega też na tym, że każdy pod swoimi sztandarami może demonstrować, co uważa. Sądzę jednak, że 13 grudnia trzeba spotkać się gdzie indziej na przykład pod bramą stoczni, przy pomniku poległych stoczniowców. Tu odbywają się uroczystości, ale one mają charakter historyczny - przychodzą tutaj ludzie związani z dawną opozycją. Wykorzystywanie tej historycznej daty dla celów czysto politycznych jest niesmaczne.

Te wybory stają się dla prawicy drugim Smoleńskiem, zręcznie rozgrywanym medialnie?

Zdecydowanie. Katastrofa Smoleńska wyeksploatowała się medialnie, paliwo się skończyło i nie wzbudza już takich emocji, do czego zresztą przyczyniły się liczne przypadki, które powodowały opadanie rąk - zespół ekspertów Macierewicza, którzy owszem, byli ekspertami, ale w innych dziedzinach niż te, które uzasadniałyby ich obecność. Jeden z nich był ekspertem od lotnictwa, bo latał samolotami jako pasażer. To się zamieniło w kabaret, ale przy okazji ujawniono polską bylejakość - kartoflisko zamiast lądowiska, źle zabezpieczone lotnisko i pilot, który nie powinien latać, bo miał coś nie tak z papierami.To był wypadek, nie zamach, który ukazał właśnie tę naszą bylejakość i nad tym, sądzę, należałoby się pochylić. Z tragicznego wydarzenia zrobiono pałę, którą bije sie przeciwników politycznych, a to wszystko z rekwizytami kabaretowymi - wybuchającymi gaśnicami i sztuczną mgłą. Ponadto zrobiono z tego sobie biznes - były książki i filmy, były gazety. Część sprytnych dziennikarzy zbudowała na Smoleńsku imperia medialne - jeśli w "Gazecie Polskiej" nie było newsa o Smoleńsku, to gazeta się nie sprzedawała. To się po czterech latach zużyło i teraz mamy kolejne przedstawienie pod hasłem "sfałszowane wybory". Ja się cały czas zastanawiam, czy oni w to wierzą, czy po prostu cynicznie wykorzystują, bo wiedzą, że - jak powiedział swego czasu Jacek Kurski - ciemny lud to kupi.

Teorie spiskowe padają na pożywną glebę.

O tak, ale tu znowu wychodzi ta nasza bylejakość - wizyty prezydenta zorganizować nie umiemy, przeprowadzić sprawnie wyborów także. Jak człowiek poszedł w deszczowy dzień do wyborów, to chciał mieć świadomość, że jego głos nie został zmarnowany. A tu po tygodniu od wyborów wciąż był chaos, będący bardzo dobrą pożywką dla nowych paranoi. Oczywiste jest, że doszło do zaniedbań, ale to nie znaczy, że wybory zostały sfałszowane. PiS zdaje się myśleć tak: Nie wgraliśmy? Niemożliwe! Wybory musiały zostać sfałszowane! To nieco taka czarodziejska działalność polegająca na zaklinaniu rzeczywistości - jak tupniemy nogą 13 grudnia i powiemy, że wygraliśmy te wybory, to tak będzie. Niestety marzenia nie zawsze się spełniają.

Polityków nie darzy Pan estymą, ale dostaje się też dziennikarzom, choćby w felietonie "Prosimy o niezadawanie pytań".

To satyryczny tekst, w którym faktycznie dziennikarze odgrywają rolę milczącego zbiorowiska, ale chodziło tu raczej o to, że wy tych oświadczeń i przemówień rządzących słuchacie z poczuciem nudy i rezygnacji. U nas intensywność, z jaką organizuje się te konferencje prasowe, zahacza o humoreskę. Po co? Jeśli nie ma się nic do powiedzenia?

Rolę dziennikarzy trochę Pan przejmuje swoją publicystyką, także tą muzyczną.

Staż felietonisty mam duży, ale ustawiam się w felietonach jako czujny obserwator naszych polskich paranoi, grzeszków i z tego staram się tkać felietony. W rolę kaznodziei się nie wcielam. Ta nasza garbata wolność jest czasem zabawna, czasem śmieszna, jak pisał Tadeusz Konwicki, tragizm chodzi o u nas pod rękę z błazenadą. Ja ten nadęty balon polskiego sztywniactwa i powagi, który objawia się zwłaszcza podczas wszelkich akademii i uroczystości ku czci, staram się nakłuwać moimi felietonami i piosenkami. Choć teraz i tak traktujemy siebie mniej poważnie niż 20 lat temu - może dlatego, że więcej podróżujemy, zobaczyliśmy, jak wygląda świat, i kompleksów mamy mniej. Gdy widzisz, jak żyją inni, to spuszczasz z tonu. Jak swój psi obowiązek traktuję naśmiewanie się z naszych przywar, tak widzę swoją rolę w kosmosie. Dla mnie to też patriotyzm - jestem Polakiem i w ten sposób dbam o swoją Polskę.

Dystans dystansem, ale właśnie byliśmy świadkami najnowszej odsłony polskiej obsesji na własnym punkcie i braku poczucia humoru, co pokazały histeryczne reakcja na czeską reklamę.

Ta reklama jest właściwie średnio śmieszna, ale to na pewno nie powód do oburzenia i słania not dyplomatycznych. Mamy taką potrzebę chronienia honoru Polski i wietrzenia wszędzie afer, czemu towarzyszy łatwość ustawiania się w roli ofiary, kiedy znowu ktoś tę biedną Polskę szkaluje. A przecież sami mamy grzeszki na sumieniu - nabijamy się z Niemców, Czechów, że śmiesznie mówią, były niesmaczne żarty z Ukrainek.... Tak samo, jak Anglicy śmieją się ze Szkotów, a Amerykanie z Australijczyków. To ciekawe, ze zwłaszcza sąsiedzi bywają dla siebie okrutni.

Opisuje Pan rzeczywistość, a co z działaniem pozatekstowym i pozamuzycznym? Nie kusi Pana, żeby pójść w ślady Pawła Kukiza?

Nie mam temperamentu działacza (śmiech). W stanie wojennym byłem nim z przymusu, bo chciałem robić różne rzeczy, a system mi na to nie pozwalał. A jak się młodym ludziom czegoś zabrania, to wiadomo, że będą z tym walczyć. Miałem więc epokę kamienia rzucanego i działalności podziemnej, później była Pomarańczowa Alternatywa i Ruch Wolność i Pokój. Mnie system komunistyczny dusił więc walka z nim wynikała z naturalnej potrzeby wolności. W PRL byłem działaczem z musu - można było albo uciekać, albo walczyć.
Podziwiam Kukiza, że miał energię, by się czynnie zaangażować w politykę - widocznie u niego ten temperament działacza jest duży. Mnie się wydaje, że polityka to strasznie nudne zajęcie, wolę być artystą niż prezydentem. Nie chciałbym być ani posłem, ani radnym ani nawet sołtysem. Miałem różne propozycje, ale nigdy nie myślałem, by w ten sposób zdyskontować swoją popularność. Myślę zresztą, że w moim wypadku byłaby to komedia - ja się znam na robieniu show, tak jak szewc wie, jak się robi buty. Jestem więc rzemieślnikiem sceny, a nie kimś, kto pcha się do władzy.


Nową płytą, która ukaże się w przyszłym roku, wracacie do korzeni, co pokazuje dostępny juz utwór "Lato w Afganistanie".

Fakt, popełniłem dużo politycznych piosenek - był i reportaż "Berlin Zachodni", i "Nie wierzcie elektrykom" czy "Moherowe Berety". Na nowej płycie obok antywojennego songu "Lato w Afganistanie" znajdzie się także utwór "Zegarek Putina". Jako zespół mamy potrzebę komentowania rzeczywistości, ale zdarza się nam pisać także rzeczy czysto rozrywkowe.

Zaangażowanie jest charakterystyczne dla Pańskiego pokolenia.

Czuję się członkiem tego nurtu rocka publicystycznego i czuję duchową wspólnotę zespołami takimi jak Kult, T.Love, Dezerter, Pidżama Porno czy z kolegą Maleńczukiem...Ten nurt publicystyki rockowej jest bardzo ważny - prawdziwy rock jest polityczny, przecież tacy rebelianci muzyczni jak Jimmy Hendrix czy John Lennon byli bardzo zaangażowani. Dla nas las lata 80. to bardzo ważny okres, stan wojenny to ważna data w naszych życiorysach, większość z nas brała udział w manifestacjach i nie raz dostała pałą po grzbiecie. Piosenki czysto rozrywkowe też są, jasne, nie samą polityką człowiek oddycha, ale są pewne tematy, które po prostu trzeba wyrzygać. Nawet, jeśli to dotyczy nabijania się z takich zjawisk jak gwiazdy Internetu - to też jest to opisywanie świata w którym żyjemy, komentarz do rzeczywistości, najgorsze jest śpiewanie o niczym. Słuchając polskiego rocka

Stacje radiowe niezbyt chętnie grają protest songi.

Niestety. Teraz to nie jest modny nurt, na topie są piosenki o dylematach miłosnych, a my jesteśmy starszymi panami po 50., dinozaurami tego nurtu. Ale co robić, jak czasem dzieje się tak, że żal dupę ściska i po prostu trzeba skomentować jakąś paranoję muzycznie.

A nie ma Pan wrażenia, że teraz istotniejsze od komentowania rzeczywistości stało się pozowanie na ściankach i promocje butów/zegarków/ciuchów/klinik dentystycznych?

Nie biadolę, nie załamuję rąk. Jest wielu wartościowych artystów - jest publicystyczny nurt w hip hopie, jest Maria Peszek czy Tymon Tymański, którzy wadzą się z Polską a także ostro i celnie komentują rzeczywistość. To zależy i od temperamentu artysty, i od osobistego wyboru - gdyby wszyscy śpiewali jak Maleńczuk czy Big Cyc, mielibyśmy portal z newsami zamiast rynku muzycznego. Rozumiem też wokalistki popowe, które w wieku 19 lat śpiewają o złamanym sercu i nieudanej randce. Bo o czym ma śpiewać 19-latka?! Nie mam pretensji, że ktoś wydaje banalne płyty - ma do tego prawo, tak samo jak śpiewać nijakie piosenki. Jest demokracja. A że chodzą na bankiety? W końcu o taką Polskę walczyliśmy (śmiech).



Wywiad dla internetowego magazynu muzycznego PIMM. Marzec 2014.

1. Kiedy zakochałeś się w muzyce?

Moja przygoda z muzyką zaczęła się gdy pewnego razu ojciec przywiózł mi z rejsu magnetofon kasetowy. Miałem wówczas chyba z 10 lat. Ojciec był oficerem floty handlowej i jako marynarz często wypływał w dalekie rejsy statkiem. Pamiętam, że na początku swej morskiej odysei, ojciec pływał jeszcze na parowcach. Serio! Parowiec "Dąbrowski" kursował między Gdynią, a Londynem jeszcze do końca lat 60. a potem poszedł na złom, czyli jak to się w gwarze marynarskiej mówiło "na żyletki". Magnetofon był marki Sony i był to jak na tamte czasy absolutny szczyt techniki. Po prostu totalny szpan, bo większość kolegów to miała sprzęt marki Grundig lub polskie kaseciaki na licencji Thompsona.
W tamtych czasach kaseta magnetofonowa była obok płyt winylowych głównym nośnikiem dźwięku. To był taki "środkowy Gierek" czyli połowa lat 70. W sklepach muzycznych na kasetach tylko muzyka ludowa, rosyjskie chóry i Jerzy Połomski czy Maryla Rodowicz. Był też dobry polski jazz czyli Seifert, Kosz, Namysłowski, Komeda, później także Urbaniak, Śmietana, Muniak, Olejniczak, ale tego to ja jeszcze nie rozumiałem. Ciężko było o czyste kasety. No więc kupowało się kasety z chórem Aleksandrowa i na te kasety nagrywało np. Slade, Suzie Quatro czy tego pedofila Gary Glittera. Oczywiście nikt nie miał wówczas pojęcia, że Gary ma takie upodobania! Muzyka rockowa to była w czasach Gierka rzadkość. Promowano wówczas estradowe badziewie wyprane z rockowych brzmień. Taki Niemen czy Nalepa to były wyjątki na tle powszechnego plastiku. Pamiętam, że miałem na kasecie pierwszą płytę Budki Suflera i chyba Breakout Nalepy. Ojciec miał adapter i przywoził winyle np. Santany, Hendrixa czy Bad Company. Później w domu pojawił się wypasiony magnetofon szpulowy tym razem marki Sanyo. Tam była kolekcja The Beatles i kapel w stylu Bay City Rollers. W domu często leciały też hippisowskie piosenki Joan Baez czy słynnego duetu Simon- Grafunkel.
Przegrywając muzykę popową i rockową na kasety z radzieckimi chórami nie miałem wyrobionych gustów muzycznych, bo ciężko je mieć w wieku 11-12 lat. Przegrywałem to co mieli koledzy, czasem coś z radia i to "czego się słuchało" w gronie takich szczyli jak ja. Kompletnie odleciałem gdy mój kumpel Maciek Kosycarz załatwił nam od swego taty (jego ojciec Zbigniew Kosycarz był znanym fotoreporterem na Wybrzeżu) bilety na festiwal w Sopocie. To był jakiś koncert po za głównym nurtem festiwalu, dodatkowy, nie transmitowany przez telewizję. Taka estradowa składanka. Mieliśmy po 14 lat i pierwszy raz byliśmy na koncercie. Był rok 1978. W PRL-u nie było tak wielu koncertów i imprez jak teraz. Zestaw i dobór wykonawców był kosmiczny. W pierwszej części wystąpił Andrzej Rosiewicz, a w drugiej SBB z jazzowym trębaczem Andrzejem Przybielskim. SBB dało tak odlotowy koncert, że wbiło mnie w ławkę. Pamiętam długie, zakręcone solówki Skrzeka, Apostolisa i Piotrowskiego. Sporo improwizowali, grali tak lekko i swobodnie, zachowywali się bez pozerstwa i gwiazdorstwa. Przybielski idealnie zgrał się z SBB i dosłownie malował dźwięki. To była muzyka rewolucyjna, niezależna, eksperymentalna. Wielu jej nie rozumiało. To chyba był ten moment gdy pokochałem muzykę i zacząłem bardziej świadomie jej słuchać.


2. Wymień kilka najważniejszych płyt, które najbardziej na Ciebie wpłynęły.

Za komuny płyty były niesłychanie trudno dostępne. Płyty zachodnie w ogóle nie były obecne na rynku. W miarę normalny rynek muzyczny pojawił się w Polsce dopiero po 1989. Można było jedynie przegrać płytę z radia. Trójka robiła takie audycje - specjalnie dla tych którzy przegrywali. Bądź zdobyć z zagranicy dzięki rodzinie czy znajomym. Ja miałem to szczęście, że ojciec często wyjeżdżał w rejsy. Robiłem mu spis płyt które ma kupić. Prawdziwymi skarbami były przywiezione przez niego płyty Dylana, Deep Purple, Genesis, Black Sabbath, Led Zeppelin, The Doors, King Crimson, Free, Emerson Like and Palmer, The Who, Uriah Heep, T.Rex czy Pink Floyd. To były skarby większe niż te w Narodowym Banku Polskim. Pamiętam taką koncertówkę Deep Purple "Made in Japan", którą słuchałem na okrągło. Także pierwsze trzy płyty Led Zeppelin czy pierwszego Dylana. Z późniejszych rzeczy to wielkie wrażenie zrobiła na mnie płyta The Police "Regatta de Blanc". Z czasem zaczął mnie fascynować jazz. Dzięki muzyce Miles'a Davies'a trafiłem na...polskich jazzmenów choćby z Extra Ball. Słuchałem też kapel w stylu Sex Pistols, Ramones, Exploited, czy Sham 69, a także punkowego undergroundu np. grupy Kryzys czy Dezertera. Podobało mi się to strasznie, bo to było mocno antysystemowe. Z innych polskich rzeczy to robiły na mnie wrażenie płyty młodego Maanamu i "Helicopters" Porter Band . Tak więc rozrzut niesamowity od klasyki rocka, przez jazz po punk rock.

3. Twój ulubiony film / książka?

Jako dzieciak czytałem oczywiście książki przygodowe czyli historie o kowbojach, Indianach i piratach. Przeczytałem wszystko Karola Maya i Edmunda Niziurskiego. Zachwycałem się także Nienackim i jego "Panem Samochodzikiem". Później czytałem sporo historycznych książek o XVI wiecznych piratach, a moim wielkim bohaterem był Francis Drake. Już jednak pod koniec podstawówki przerzuciłem się na poważniejszą literaturę (opowiadania Marka Hłaski). Szczególnie podniecały mnie książki zakazane. Sporo czytałem Gombrowicza (jego "Dzienniki", Ferdydyrke i "TransAtlantyk " uważam za najwybitniejsze polskie książki). Gombrowicz nie był wówczas lekturą w szkołach, a za PRL-u nie wydawano w Polsce jego książek. Uznany był za renegata i istniał na niego (podobnie jak na Miłosza, Herlinga Grudzińskiego i wielu innych) zapis cenzury. "Ferdydurke" dziś niemiłosiernie katowane na lekcjach polskiego, ja przeczytałem w podziemnym wydaniu pod ławką w szkole i z wypiekami na twarzy. Z czasem moimi ulubionymi autorami stali sie wszyscy kaskaderzy literatury tacy jak Edward Stachura, Kazik Ratoń, Rafał Wojaczek, Andrzej Bursa. Jak wszyscy buntownicy podniecałem się wierszami Baudleaira ("Kwiaty zła") czy Artura Rimbauda. Uwielbiałem dekadentów, symbolistów, katastrofistów i oczywiście poetów z kręgów futuryzmu czy dadaizmu. Ciekawi wydali mi się polscy, rewolucyjni autorzy tacy jak Brono Jasiński i Jerzy Jankowski oraz moi koledzy z grupy metafizycznej Totart (Konnak, Brzóska, Sajnóg).
Te młodzieńcze fascynacje uległy z czasem lekturom o wiele dojrzalszym. Sporo czytałem literatury łagrowej (Szałamow, Sołżenicyn, Władimow, Czapski, Grudziński). Fascynowali mnie satyrycy i prześmiewcy tej klasy co Mrożek, Hrabal, Topor czy Wojnowicz. Sporo czytałem klasyków anarchizmu (Kropotkin, Abramowski) oraz literatury pacyfistycznej (Hans Hellmut Kirst, Jaroslav Hasek, Izaak Babel). Lubiłem też ćpunów i narkomanów takich Ken Kesey ("Lot nad kukułczym gniazdem"), Irvine Welsh ("Ślepy tor"). Za najważniejsze książki w mojej wędrówce przez literaturę uważam "Mistrza i Małgorzatę" Bułhakowa, "Szewcy" Witkacego, "Proces" Kafki, "Biesy" Dostojewskiego, "Burzę" Szekspira, "Moskwę Pietuszki" Jerofiejewa, "Norę" Ibsena, "Kęs życia" Nobokova i "Dzienniki" Gombrowicza. Istotni byli też autorzy amerykańscy, a szczególnie Kurt Vonnegut, Charles Bukowski, Henry Miller, Chuck Palahniuk, Paul Auster. Ostatnio czytam takich autorów jak Sam Sandberg, Jonathan Littell, J.M. Coetzee. Edgar Keret. Czasem (na wakacjach) sięgam po kryminały Mankella czy Nesbo. Lubię też poczytać polskich autorów z mojego pokolenia, a szczególnie poezje kolegów Świetlickiego, Podsiadły, książki Stasiuka, Gretkowskiej, Szczygła, Ziemkiewicza czy nieco starszego Pawła Huelle. Sporo czytam także książek historycznych (obszar tematów z czasów II wojny światowej) oraz reportaży (Jagielski, Hugo Bader).
Co do filmów to wiele jest takich które uważam za arcydzieła. Na pewno "Dyktator" Chaplina, "Rzym" Federico Felliniego, "Dzikość serca" Lyncha, "Powiększenie" M. Antonioniego, "Ziemia obiecana" Andrzeja Wajdy, "Pulp fiction" Tarantino, "Gorączka" Michaela Manna, "Bal" Ettore Scoli, "Matnia" Romana Polańskiego (ten film swego czasu znałem niemalże na pamięć). Do swojego subiektywnego rankingu arcydzieł kina zaliczam też "Manhattan" Woody Allena, "Ładunek 200" Balabanova, "Zezowate szczęście" Munka, i "Tańcząc w ciemnościach" Larsa von Triera.
Fascynował mnie kiedyś ekspresjonizm niemiecki z lat 20-30 (filmy Fritza Langa), stare filmy Hitchcocka i westerny na podstawie książek Elmore Leonarda. Lubię klasyki Monthy Pytona oraz stare komedie Barei. Ze współczesnych produkcji podobał mi się "Dom zły" Smarzowskiego i "Obława" Krzyształowicza. Kino (poza nielicznymi wyjątkami) niestety nie dostarcza mi dziś prawie żadnej strawy duchowej. To poletko opanowane przez tandetne filmy gangsterskie i głupkowate komedyjki romantyczne. Strach chodzić do kina, nawet na filmy w których grają świetni aktorzy (serię strasznych wpadek miał ostatnio Robert De Niro, wszystko w czym grał to gnioty), bo to na ogół niestety stracony czas. Te filmy albo kłamią, albo są o niczym.


4. Jak wspominasz początki Big Cyca z perspektywy lat spędzonych na scenie? Opowiedz o Waszym pierwszym koncercie. Powstało na ten temat wiele legend a jak ty to pamiętasz?

Wymyśliłem, że pierwszy koncert zespołu, musi odbyć się z wielkim hukiem. Ponieważ nazwa Big Cyc rodziła samorzutnie różne, wesołe interpretacje, wpadłem na pomysł, aby to było coś związanego z damskim biustem. Władza w tamtym czasie odblokowała nieco tematykę erotyczną. Cenzura polityczna obowiązywała nadal, ale cenzura obyczajowa już mniej. Szukano tematów zastępczych i takim tematem stali się naturyści. Dużo pisano o ich zlotach w Chałupach na Półwyspie Helskim, prasa drukowała zdjęcia gołych bab (tygodnik Razem), a na rynku pojawił się nawet pierwszy w PRL-u miesięcznik dla facetów „Pan”, który górnolotnie był nazywany „polskim Playboyem”.
W szkole plastycznej, udało mi się nielegalnie wydrukować zaproszenia, które w możliwie akademicki sposób inwitowały na „Uroczystą Akademię z Okazji 75 rocznicy Wynalezienia Damskiego Biustonosza”. W programie akademii, głównym punktem był „Turniej Biustów”. Scenariusz imprezy przewidywał też „odsłonięcie pomnika twórcy biustonosza” oraz (dopiero na końcu) koncert „zespołu Big Cyc”.
Wszystkie te, atrakcyjne hasła, miały być rodzajem pułapki w którą wciągniemy zainteresowanych. Pomysł z rocznicą „wynalezienia biustonosza” oraz z odsłonięciem pomnika twórcy biustonosza był czystym happeningiem i nie miał nic wspólnego z prawdziwym twórcą biustonosza, amerykańskim krawcem Henrym Lesherem. Za pomnik posłużyło gipsowe popiersie naszego kumpla, zrobione przez jednego z zaprzyjaźnionych plastyków. Odsłoniłem je, tuż przed koncertem Big Cyca, twierdząc, że jest to „słynny wiedeński krawiec Johannes Fabish”, który w swej pracowni skrócił jedwabny gorset tworząc pierwszy w historii biustonosz. Były to wszystko kompletne bujdy.
Magnesem, który tego dnia przyciągnął tłumy widzów i dziennikarzy do klubu Balbina, nie był ani koncert Big Cyca (nikomu wówczas nie znanej formacji), ani pomnik twórcy biustonosza, tylko anonsowany na zaproszeniach „Turniej biustów”. Prawdę mówiąc, liczyliśmy po cichu na małe zamieszanie, ale nie na totalną histerię, która się wokół tej imprezy zrobiła.
Krytycznego dnia, w dniu pierwszego koncertu zespołu Big Cyc, do małego klubu studenckiego przy II Domu Studenta w Łodzi przy ulicy Lumumby 18/20 zawitało czterdziestu siedmiu dziennikarzy prasy lokalnej i ogólnokrajowej (rekord w historii zespołu nie pobity do dziś) , w tym dwie reporterki radiowej Trójki – Monika Olejnik i Beata Michniewicz, ekipa telewizyjna niezwykle popularnego wówczas magazynu „Telekspress”, jak również dziennikarze tygodnika ITD w osobach Piotra Tomczaka i Piotra Gadzinowskiego (późniejszego posła SLD). W oczy rzucała się szczególnie ekipa z miesięcznika „Pan”, która wyposzczona damskich widoków i obłożona ciężkim sprzętem fotograficznym, czujnie polowała oblizując wargi, na rozpoczęcie imprezy. Dokładna ilość dziennikarzy przybyłych na imprezę jest nam znana, bo kierownik klubu Balbina, Piotrek Wesołowski stemplował im wszystkim tzw. delegacje czyli wbijał pieczątki do dokumentów potwierdzających służbowy wyjazd. W ówczesnych firmach, taka forma upoważniała do „zwrotów kosztów podróży”.
Już na początku koncertu poinformowaliśmy, że żadnych biustów nie będzie , a jedyny biust jaki możemy pokazać to biust naszego owłosionego basisty. Gdy Big Cyc przystąpił do akcji i poleciały pierwsze dźwięki „Babci klozetowej” i „Kapitana Żbika”, a także takich utworów jak „Orgazm” czy „Aktywiści”, dziennikarze dali dyla. Szczególnie szybko uciekali dziennikarze z pisma hobbystycznego „Pan”. Została tylko Monika Olejnik z Beatą Michniewicz i dziennikarze ITD. W Trójce następnego dnia, ukazał się reportaż z happeningu, a w ITD po tygodniu spory materiał. Dziennikarz prowadzący w Trójce audycje, skomentował całe zajście tak: „amerykańska reklama i polski zespół podali sobie ręce”. Beata Michniewicz wyznała mi niedawno, że pamiętają ten nasz koncert z Moniką do dziś. W „Teleekspresie” rzucono migawkę z koncertu i informację, że mimo gorących apeli prowadzącego imprezę, nikt się nie rozebrał.
Tymczasem najciekawiej o koncercie napisano w ITD. Tam jakby nieco się domyślili, że cała ta historia z koncertem, miała jakieś głębsze intencje. W prosty sposób (na wiele lat przed powstanie plotkarskich portali) udało się w formie muzycznego happeningu, obnażyć tandetę mediów i pokazać miałkość wielu przedstawicieli „czwartej władzy”. Udowodniliśmy tym koncertem, że wydarzenie kulturalne, premiera teatralna, koncert zespołu, te rzeczy w minimalnym nawet stopniu, nie są interesujące dla mediów. Tymczasem, gdy obieca się im skandal w postaci „Turnieju Biustów” można liczyć, na niezawodne zainteresowanie. Ważny jest też pewien kontekst historyczny, otóż dziś, takie wydarzenie jak „Turniej Biustów” nie elektryzuje już tak bardzo mediów, ani opinii publicznej, w czasach PRL to było coś, co jednak bardzo szokowało i wzbudzało zainteresowanie.
Ten pierwszy koncert w Balbinie, przeszedł do historii jako wielki skandal. O Big Cycu zrobiło się głośno i szybko podbiliśmy serca studenckiej publiczności, najpierw staliśmy się atrakcją małych klubów studenckich, a potem także dzięki temu, że nasze nagrania takie jak „Kapitan Żbik” , „Berlin Zachodni” i „Piosenka góralska” zdobyły pierwsze miejsca na radiowych listach przebojów, staliśmy się popularni w całej Polsce. Później ukazała się nasza pierwsza płyta ("Z partyjnym pozdrowieniem" 1990), która sprzedała sie w nakładzie miliona egzemplarzy i tak zasililiśmy szeregi twórców polskiego rocka.


5. Najbardziej zwariowany koncert w jakim brałeś udział?

Na początku lat 90 zagraliśmy niesamowita trasę po Niemczech i Austrii. To były na prawdę ekstremalne przeżycia, bo graliśmy w ekscentrycznych, punkowych klubach (czasem miejscach absolutnie nielegalnych jak np. squaty w Hamburgu czy kluby anarchistyczne w Berlinie). Po jednym z koncertów doszło do bójki ze skinami, po innym do awantury z feministkami. Mnie zatrzymano na granicy niemiecko austriackiej bo miałem przy sobie gram marihuany. Kazano mi się rozebrać do naga i tak byłem przesłuchiwany. Podczas tej trasy podróżowaliśmy pomalowanym w fantazyjne kolory busem. Jeździli z nami koledzy z niemieckiej grupy Memento Mori. Raz trafiliśmy przez przypadek na zebranie jakiejś mrocznej sekty i musieliśmy ratować się ucieczką. Zdarzało nam się spać na strychu ze szczurami lub na scenie klubu po koncercie.
W Polsce z takich mocnych wrażeń to graliśmy kiedyś na dachu wieżowca w Łodzi i kilka koncertów w ciężkich więzieniach jak np. zakład karny w Wołowie, Stargardzie Szczecińskim czy areszt śledczy w Siedlcach. Od strony artystycznej to niewątpliwie ciekawy był koncert Big Cyca na lotnisku pod Olsztynem w ramach Inwazji Mocy RMF FM (rok 2000). Zagraliśmy razem z brytyjskim zespołem Chumbawamba. Na ten koncert przyszło ponad trzysta tysięcy osób. Ciekawy był też nasz urodzinowy koncert na Przystanku Woodstock w zeszłym roku, który obejrzało ponad czterysta tysięcy widzów.


6. Wolisz być w studio czy na scenie?

Moim zdecydowanym żywiołem jest scena. To tu czuje się największe emocje. Uwielbiam wielkie koncerty przy ładnej pogodzie, ale nawet jak jest deszcz to dajemy radę. Mieliśmy taki koncert z grupą Scorpions we Wrocławiu gdzie deszcz i zimno nikomu nie przeszkadzało, a publiczność szalała. Dobrze czuję się także podczas telewizyjnych imprez na żywo. Praca w studio to inna bajka. To po prostu żmudna dłubanka, którą jednak trzeba solidnie wykonać.

7. Jakie nasz muzyczne marzenie, które chciał byś zrealizować w najbliższym czasie?

Marzę aby dokończyć płytę "Piosenki Zembate". To wymyślony przeze mnie ciekawy artystyczny projekt z udziałem wielu znanych wokalistów takich jak np. Marek Piekarczyk, Andrzej "Kobra" Kraiński z Kobranocki, Jarek Janiszewski z Bielizny, Dżej Dżej z Big Cyca, czy znany aktor Piotrek Gąsowski, który w tym przedsięwzięciu debiutuje jako wokalista rockowy. Jako miłośnik czarnego humoru w stylu Rolanda Topora zawsze byłem wielkim fanem szyderczej twórczości Macieja Zembatego. Nie żyjący od trzech lat Zembaty jest dziś zupełnie zapomniany, a jego piosenki z lat 70 czy 80 nadal zachowują niesamowitą świeżość. Uznałem, że taka dawka ironii, humoru i filozofii życiowej jaką reprezentował Zembaty, bardzo nam się dziś w tej dusznej i dyszącej nienawiścią Polsce przyda. Wspólnie z różnymi muzykami, na czele z gitarzystą Markiem Szajdą z Big Cyca postanowiliśmy nagrać piosenki Zembatego w nowych, zaskakujących wersjach. Sporo tam elektroniki, trochę rocka, dużo kpiny. Na razie przy wsparciu finansowym Narodowego Centrum Kultury (bo Zembaty to kawał polskiej kultury estradowej i dawny bard undergroundu) nagraliśmy sześć piosenek. Kolejne będą nagrywane niebawem. Ukazał się już maxisingel z częścią tego materiału, ale chciałbym premierę całości zrobić w Halloween tego roku. Mam nadzieję przekonać do tego projektu kilku jeszcze kolegów. Swój akces zgłosił już m.in. Tymon Tymański.

8. Wróćmy jeszcze do literatury, planujesz napisanie kolejnej książki?

W tym roku ukażą się moje dwie książki. Jedna ma charakter historyczno wspomnieniowy. Po tym jak w 2010 roku ukazała się książka "Artyści wariaci i anarchiści" napisana wspólnie z Pawłem Konnakiem i Jarkiem Janiszewskim uznałem, że warto coś jeszcze napisać o latach 80. Książka "Artyści, wariaci, anarchiści" opisująca działania ze sfery kultury i polityki alternatywnej w czasach PRL-u w miała świetne recenzje i dziś jest "białym krukiem" nie do zdobycia. Ponieważ wiedza na te tematy jest nadal znikoma, postanowiłem nieco szerzej opisać happeningi jakie organizowaliśmy w czasach PRL-u. Książka będzie się nazywała "Komisariat naszym domem. Pomarańczowa historia" i będzie to wyczerpujące studium wiedzy na temat nielegalnych happeningów w okresie komunizmu. Książkę napisałem już rok temu, ale długo szukałem zdjęć i dokumentów dotyczących tych barwnych wydarzeń. Premiera jest zapowiadana na czerwiec. Pod koniec roku planuję natomiast wydać drugi cykl swoich satyrycznych opowiadań pod tytułem "Kobiety są naiwne". Poprzedni tom "Opowiadania podwodne" ukazał się cztery lata temu i przez ten czas napisałem wiele nowych rzeczy, które mam nadzieje sprawią wielką frajdę wszystkim miłośnikom stylu Skiby.

9. Czego Ci życzyć?

Drugiej wątroby, jasności umysłu i energii do działań. Wszystko tak szybko przemija. Warto być dobrym człowiekiem i pozostawić bliźnim po sobie choć trochę dobrej poświaty, a nie tylko błoto, żółć i złe emocje. Tego się w życiu trzymam i tego możesz mi życzyć.




2013




"Słoiki nikogo nie obrażają!"

Wywiad opublikowany 08.05.2013 w Polska The Times. Z Krzysztofem Skibą rozmawia Anna J. Dudek.

Minęło 25 lat, od kiedy powstał zespół Big Cyc. Pora na podsumowania?

Każdy okrągły jubileusz to dobra pora na refleksję. My robimy to na kilka sposobów: ukazuje się płyta „Big Cyc wiecznie żywy”, jak wiecznie żywy był Lenin. Wracamy też do pewnego motywu plastycznego z naszej pierwszej płyty („Z partyjnym pozdrowieniem”), z 90. roku, na kontrowersyjnej okładce był tam wódz rewolucji z irokezem. Podobny motyw pojawi się na najnowszej składance. To będą największe hity zespołu i premierowy utwór….

..,Słoiki.

Tak jest. To prezent dla fanów Big Cyca. W środku będzie dużo zdjęć, głównie zdjęć archiwalnych, kiedy to byliśmy młodzi, piękni i szczupli- gratka dla fanów. Oprócz tego będzie dużo urodzinowych koncertów. Trasa zaczyna się już w czasie długiego weekendu, w całym kraju zagramy kilkadziesiąt koncertów do końca września. Kilka koncertów jest szczególnych, między innymi ten 12 maja w Ostrowie. To miasto, z którego wywodzą się muzycy zespołu. Już od kwietnia wiszą w mieście duże nasze zdjęcia, którymi staramy się promować Ostrów. Ważnym koncertem będzie koncert 7 czerwca w Sopocie w Operze Leśnej w pierwszym dniu festiwalu Top Trendy telewizji Polsat. Wiele nie zdradzę, ale będzie wielu gości, niektórzy na pewno, w kontekście zespołu Big Cyc, zaskoczą. Pojawimy się też na Przystanku Woodstock. Zapraszamy na wszystkie koncerty, myślę, że wszystkie będą wyjątkowe.

„Tragedia ma tu stężenie przekraczające wszelkie dopuszczalne normy. Tu rozpacz jest w modzie i wściekłość” czytam o Polsce i nastrojach Polaków w materiałach, które dostałam od Pańskiej manadżerki. Zastanawiam się, czy w ciągu 25 lat grania trochę pod ogólny trend, widzi Pan w Polakach zmianę? Polacy nabrali dystansu do siebie?

Oczywiście publiczność się zmienia i Polacy się zmieniają. Jeszcze do niedawna żyliśmy w świecie bez facebooka, telefonów komórkowych, etc. Te zmiany powodują też zmiany w świadomości ludzi. Pamiętam jak kiedyś, na początku lat 80. czy 90. wyglądały koncerty. Często nie było żadnego zadaszenia nad sceną, bo nikt nie wpadł na to, że może być potrzebne. Sprzęt był często ledwo grający. Dziś to wszystko nabrało wszelkich znamion profesjonalizmu. Dziś wszystko ma charakter, powiedziałbym, wyrafinowany, nie ma już tak, że gra się na przyczepie od ciągnika- a tak bywało. Też publiczność się ucywilizowała, nie ma bójek na koncertach, ludzie nauczyli się bawić, oswoili się z sytuacją, że piwa nie zabraknie. Teraz wszystkie festiwale są bardzo profesjonalne, nikt nie wpadnie na to, żeby wprowadzać prohibicję, jak to było przez dekadę w Jarocinie. Bramkarze też się nauczyli pracować, kiedyś bramka była wrogo nastawiona do publiczności. Dziś ochrona nie jest agresywna, to i ludzie nie są agresywni. To wszystko – dobre nagłośnienie, wyedukowana ochrona, dobra organizacja- powoduje, że publiczność nie ma powodu do agresji. Nie ma już też rywalizacji i bójek między fanami jak to bywało w "starym" Jarocinie. Gorzej jest z tym poczuciem humoru i dystansem do siebie. Powoli uczymy się tego, ale trudno nam się śmiać z samych siebie. Fajnie się pośmiać z kogoś innego, ale kiedy to zaczyna dotykać nas, obruszamy się. W Polsce najgłupsze sprawy traktuje się śmiertelnie poważnie. Powoli też zaczynamy rozumieć, że nie jesteśmy jako kraj pępkiem świata.

Nie boi się Pan, że za singiel „Słoiki” połowa Warszawy obrazi się na Pana?

(śmiech) Wie pani co, Big Cyc zawsze opisywał to, co się dzieje wokół. Tutaj autorem tekstu jest akurat Jacek Jędrzejak, ale ja i tak się absolutnie podpisuję pod tym przesłaniem. Pojawiła się nowa grupa społeczna, którą ktoś nazwał "słoikami". Uważam, że w tej nazwie nie ma nic obraźliwego. My jako społeczeństwo mamy tendencję do obrażania się. Parę lat temu była nasza piosenka „Moherowe berety”, gdzie tam nie było nic obraźliwego, bo te berety nawiązywały do formacji wojskowych – niebieskich beretów, czerwonych beretów….Ja bym tu dostrzegł nawet pozytywny wydźwięk- nikt nie nazwie czerwonych beretów jakimiś rozlazłymi ciamajdami. Więc skoro nazywamy kogoś moherowymi beretami, to znaczy, że tam panuje dyscyplina, zwartość oddziałów, itd. Uprawiamy muzyczną publicystykę. To jest ironiczne. Może trochę złośliwe. Polacy mają problem z rozróżnianiem, co jest ironią, a co nie. My nigdy nie staraliśmy się robić takiego prymitywnego zabiegu, że na scenie mrugaliśmy okiem i dawaliśmy sygnały „O, teraz będziemy mówili dla żartu, a ta druga piosenka to jest bardziej serio”. Liczyliśmy na to, że nasz odbiorca jest inteligentny i wrażliwy i sam potrafi odróżnić, co jest żartem, a co nie. Niestety wciąż jest tak, że konwencję ironiczną wychwytuje 1/3 odbiorców, a pozostali potrafią się obrazić. Widać to zwłaszcza w Internecie. To smutne, bo poczucie humoru jest cechą człowieka inteligentnego. Piosenka Słoiki to jest taki muzyczny reportaż o wielkomiejskim tyglu w dzisiejszej Polsce.

W stylu Jacka Kleyffa?

Ha! Big Cyc robi to jednak nieco inaczej i po swojemu, a Jacek Kleyff to mój wielki mistrz z czasów gdy chodziłem jeszcze do liceum.

Powiedział Pan wcześniej o publicystyce, muszę zapytać o odejście z „Wprost”. Będzie Pan publikował gdzieś poza blogiem?

Ja nie jestem klasycznym blogerem, który opisuje, że rano wstał i kawy się napił. Od siedmiu lat mam blog na wirtualnej Polsce „Skibą w łeb”, bardzo dużo komentarzy, miliony wejść. Tam umieszczam felietony. To znak czasu, prasa papierowa jest w trudnej sytuacji, bo zmienia się obieg informacji. Kiedyś chodziliśmy do kiosku i kupowaliśmy gazety- ja jeszcze mam taki nawyk, że kupuję drukowane- ale myślę, że powoli staję się mniejszością. Bo większość czytelników szuka wszystkiego w Internecie. Papier pada. Co do Wprost to po prostu nowy naczelny ma inny pomysł na pismo i nie widzi w nim miejsca ani dla satyry, ani dla felietonistów. Ja byłem najdłużej piszącym autorem, jeśli chodzi o ten tygodnik, przeżyłem tam sześciu naczelnych, całą masę karuzeli personalnych. Zawsze jakoś uważano, że Skiba z tym swoim felietonem powinien zostać. Felieton jest szlachetną formą, felietonista może pisać o czym się mu żywnie podoba, o temacie zupełnie abstrakcyjnym, wymyślonym przez siebie. To wszystko składa się na sztukę felietonu, a teraz niektórzy widocznie dochodzą do wniosku, że taka inteligencka zabawa nie jest nikomu już potrzebna. Dzisiaj potrzebna jest maczuga, którą czytelnika wali się w łeb tak, żeby krew pojawiła się na pierwszej stronie.

Media schodzą na psy?

Jest prymat sensacji nad refleksją. Dawniej tygodniki kupowano dla autorów, dostawałem wiele sygnałów, że także Wprost kupowano m.in. dla Skiby. Niektórzy zaczynali od ostatniej strony gdzie przez lata był mój felieton, inni zostawiali go sobie na deser. Na temat moich felietonów powstały trzy prace magisterskie. To miłe, że moja pisanina ułatwiła komuś zostanie magistrem (śmiech). Wybór moich felietonów z Wprost ukazał się dwukrotnie w formie książkowej pod tytułem „Skibą w Mur” oraz "Opowiadania podwodne".

A tak po ludzku – szkoda Panu Wprost?

Szkoda mi kontaktu czytelnikami. Ale z drugiej strony ten kontakt będzie podtrzymany, bo cały czas można mnie znaleźć na łamach Wirtualnej Polski. Mogę powiedzieć, że będę miał teraz więcej czasu na pisanie piosenek dla zespołu

Od Pańskiej koleżanki ze studiów wiem, że zawsze lubił Pan na sobie skupiać uwagę i być w centrum zainteresowania.

Każdy, kto wchodzi na scenę, obojętnie, czy jest tancerzem, aktorem czy piosenkarzem, musi mieć w sobie element potrzeby zwracania na siebie uwagi. Na tym to polega – wchodzimy na scenę i musimy tę publiczność zaczarować. Taki miałem temperament, odkryłem to o wiele wcześniej, niż na studiach, to było pewnie gdzieś w szkole podstawowej, byłem typowym dowcipnisiem klasowym, zjadłem kiedyś kredę na lekcji matematyki, żeby nauczyciel nie mógł prowadzić zajęć. To była biedna szkoła czasów PRL-u, a tu Skiba zjadł ostatni zapas kredy. Tłumaczyłem się zresztą wtedy, że po prostu mam niedobory wapnia w organizmie. Wezwano rodziców, był skandal. Takie happeningi robiłem już jako berbeć w szkole. Sprawiało mi przyjemność, że miałem klasową widownię. Ja zresztą dość szybko zacząłem zawodowo występować. Może teraz trudno w to uwierzyć ze względu na moją figurę, ale debiutowałem jako model. Prezentowałem nowe mundurki szkolne i tornistry. Dostawaliśmy za to pieniądze jak zawodowi modele.

Często jest tak, że komicy, kabareciarze, osoby żyjące z rozbawiania innych poza sceną są skryci i wcale nie tryskają dobrym humorem. Jak to jest u Pana?

Mam nadzieję, że nie za bardzo różnię się na scenie od tego, jaki jestem poza sceną. Chociaż to prawda, oczywiście, że artysta udaje, wciela się w role. Trudno być też cały czas wesołym, dowcipnym i podrygującym na przykład zmywając talerze. Nadchodzi moment, kiedy klaun w cyrku ściąga perukę, zmywa makijaż, zdejmuje te o trzy numery za wielkie buciory i idzie do banku, na pocztę, do domu. W końcu jest normalnym człowiekiem. Ja jestem raczej optymistą, ekstrawertykiem, niektórzy nawet twierdzą, że mam ADHD- taką diagnozę postawił jakiś lekarz na podstawie analizy moich wystąpień telewizyjnych. Raczej spotykam się z opiniami, że na co dzień jestem taki, jak na scenie. Oczywiście na scenie tej energii trzeba mieć troszkę więcej. Stojąc w kolejce do kasy w supermarkecie nie zacznę przecież tańczyć, ani nie zjem masła po to, żeby pokazać, że ten Skiba to beczka śmiechu jest.

Nie ciągnie Pana do celebryckiego światka, ścianek, ustawek i pozowania z nowymi modelami butów?

W Polsce myli się te pojęcia. Kto jest celebrytą, a kto jest artystą? Ja z niechęcią przyjmuję, kiedy określa się mnie mianem „celebryty”. Istnieje dość poważna różnica między artystą a celebrytą. Celebryta jest znany z tego, że jest znany- wystąpił w jakimś durnym tokszole albo programie w telewizji, ale nie stoi za nim żaden dorobek artystyczny. A dorobek artystyczny to realizacja filmu, nagrane płyty, wydane książki, etc. A celebryta takiego dorobku nie ma, jego dorobkiem jest liczba pojawień się na bankiecie w kusym stroju. Niestety takie "występy" podobają sie mediom, zwłaszcza tym o charakterze plotkarskim. Ostatnio ktoś z przejęciem mi opowiadał o jakiejś osobie, która robi teraz niby karierę na „salonach”, bo jest synem kogoś znanego. Żywot takich ludzi jest do przewidzenia. My ich nazywamy hamburgerami. Hamburger jest dobry świeżo podany, gorący- próba zjedzenia go później, za godzinę czy następnego dnia, jest skazana na porażkę. Tak samo jest z takimi ludźmi. Gdzie jest dzisiaj Jola Rutowicz czy wyblakłe gwiazdy z Big Brothera? W pamięci widzów zostaną ludzie, którzy mają coś do powiedzenia przez swoje książki, muzykę czy inne artystyczne działania.

Pana to bardziej śmieszy czy może zasmuca?

Mnie to nawet bawi. Daleki jestem od postaw bardzo pryncypialnych, polskiego stawiania wszystkiego na ostrzu noża. Na podwórku showbiznesowym mówi się, że ten jest sprzedawczykiem, a tamtem szmatą. Ja bym tego w takim kategoriach nie rozpatrywał. Ja bym nie chciał być nazywanym celebrytą, ale setki osób są dumne, kiedy się je tak nazywa. Są dumni, zachwyceni i uznają to za ogromne osiągnięcie. Ja dorobek artystyczny mam, celebrytą więc nie jestem. W końcu nie chodzę na premiery filmowe ubrany w prześwitujący biustonosz. Nie pojawiam się z cycatymi narzeczonymi na bankietach, bo mam żonę i normalną rodzinę. Nie jest to dla mnie droga do robienia sobie nazwiska. Drogą do tego jest fajny koncert, napisanie fajnej książki- właśnie kończę książkę o Pomarańczowej Alternatywie. Daleko posunięta ironia, tak bym nazwał mój stosunek do całego tego celebryckiego piekiełka.



Wywiad jaki ukazał się w Magazynie Przeglądu Sportowego w dniu 13.01.2013. Z Krzysztofem Skibą rozmawia Janusz Schwertner.


Kilka lat temu mówił Pan, że nie zna się na piłce. A dziennikarze i tak dzwonili, i pytali kto wygra mecz...

W Polsce panuje powszechna miłość do futbolu. Przyjęło się, że każdy facet po pierwsze powinien ją kochać, a po drugie - doskonale się na niej znać. To podobnie jak z polityką, wszyscy jesteśmy specjalistami. Gdy proszono mnie o opinie, od razu zaznaczałem: jestem miernym znawcą i średnim entuzjastą. Tylko wie pan co? Z czasem uległem. Bo dziennikarze albo wybuchali śmiechem, albo mi nie wierzyli. Myśleli, że kokietuję i podbijam swoją stawkę jako trudno dostępnego artysty. Inni widzieli w tym jakiś żart – na zasadzie: Skiba znowu coś wymyślił. No i ja przestałem walczyć. Stałem się znawcą piłki nożnej.

I dobrze się Pan w tej roli odnajduje?

Tak się szczęśliwie składa, że mój sąsiad jest sędzia piłkarskim. Czasem, gdy mam przed sobą jakąś wizytę w studiu, gdzie będzie się rozmawiać o sporcie, konsultuję się z nim. On udziela mi kompetentnych informacji, a ja idę naładowany wiedzą niczym Tomasz Hopfer albo Jerzy Ciszewski. Tak to już jest, facet to futbol i nie ma od tego odstępstw. Ale mój związek z piłką zacieśnił się w ostatnim czasie. Tej gorączce towarzyszącej EURO 2012 nie można było nie ulec

EURO trochę zmieniło Pana podejście do piłki?

Przede wszystkim byłem dumny, że ta impreza odbywa się u nas. Z wielką przyjemnością przyjąłem zaproszenie do klubu przyjaciół EURO, gdzie znajdowali się wybitni sportowcy i artyści. Mówiąc na marginesie, zapytałem ówczesnych działaczy PZPN na czym to członkostwo ma polegać. Powiedziano mi, że muszę przynajmniej dwa razy w tygodniu wypić dobry alkohol za powodzenie naszej reprezentacji. Bez problemu byłem w stanie wykonać to polecenie. (śmiech)

Należy Pan do grona osób, u których entuzjazm nie upadł nawet po nieudanym spotkaniu z Czechami, które pogrzebało nasze nadzieje na sukces.

Bo to, że chłopcy Franka Smudy dali plamę, nie miało największego znaczenia. Liczą się te piękne stadiony, nowe drogi. U mnie w Gdańsku wybudowano kapitalny obiekt. Wcześniej w tym miejscu była zaniedbana dzielnica, pełna melin, kryminalistów. A teraz? Mamy stadion, biurowce, hotele, restauracje. Albo Stadion Narodowy, który zastąpił wielkie targowisko z pirackimi płytami. A przy tym w końcu bez wstydu możemy zapraszać na koncerty Madonnę, Bryana Adamsa, Roling Stonesów. EURO zmieniło Polskę.

Ja bym upierał się, że wpłynęło także na Krzysztofa Skibę. Kiedyś zarzekał się pan, że na mecz nigdy nie pójdzie, a teraz...

Nigdy nie mów nigdy! Jest wiele rzeczy, które mi się nie podobają w futbolu. Te bójki, chamskie okrzyki. To mnie od piłki odciągało. Rzeczywiście napisałem kiedyś w felietonie, że nie zamierzam pójść na stadion. Podałem kilka poważnych powodów. To moje prawo jako felietonisty – trochę przejaskrawiać. Zawsze byłem indywidualistą, więc gdy wszyscy mówili „tak”, ja starałem się szukać jakichś własnych ścieżek. A przy tym, dobrze znałem atmosferę oglądania transmisji meczu w telewizji. W Polsce wygląda to tak: fotel, wódka i meczyk... (śmiech)

Patrząc na grupę facetów namiętnie oglądających mecz nadal widzi w nich Pan uczniów profesora Pimko z „Ferdydurke”, którzy tak łatwo dają się... upupiać?

Każdy kto zna historię piłki nożnej wie, że wymyślono ją po to, by zająć czymś prostych robotników. Po rewolucji przemysłowej pojawiło się w ich życiu coś takiego jak „czas wolny”, więc oni musieli coś z nim zrobić. Elita miała łatwiej: mogła zamówić sobie występ Chopina albo udać się na jazdę konną... Z robotnikami był problem, bo oni czas wolny wykorzystywali na spożywaniu alkoholu. W poniedziałek przychodzili do pracy albo popici, albo pobici. I nagle wymyślono futbol. Dano im piłeczkę, niczym profesor Pimko swoim uczniom w „Ferdudurke” Gombrowicza. A po latach okazało się, że ten sport jest fantastycznym widowiskiem. Niesamowitym spektaklem.

W którym każdy starannie odgrywa swoje własne role.

No tak, przecież kobiety często przychodzą na stadion nie po to, by zobaczyć gola, tylko raczej dla tych przystojnych piłkarzy. Z drugiej strony futbol to biznes. Niby czemu ci uwielbiani zawodnicy więcej czasu spędzają nieraz przed lustrem niż na treningu? Bo właściciele napoju energetycznego któregoś dnia popatrzą i powiedzą: weźmy tego chłopca – wbija bramki, a do tego ładnie wygląda. W takich czasach niektórzy mają trudniej, bo czy potrafi sobie pan wyobrazić Wayna Rooneya reklamującego jakiś szampon albo żel do włosów? Za to gdy patrzymy czasem na mecz i widzimy, że po boisku biega Beckham, to można się zastanowić: czemu on wykonuje ten wślizg?! Jeszcze coś mu się stanie!

Futbol to więc teatr, choć dla Pana sam mecz to raczej niezła komedia niż wzniosły dramat.

Zdecydowanie. Tak się składa, że jestem teatrologiem z wykształcenia i coś mogę na ten temat powiedzieć. Te starogreckie dramaty polegały na tym, że ktoś popełniał jakiś drobny błąd, za który musiał zapłacić życiem. Chodziło o nieuchronność losu. Tego typu relacji na boisku nie widzę. Choć zdarzają się dramaty. Tylko czy można takim mianem nazwać np. nieuznanie prawidłowo zdobytego gola? Nie, zdecydowanie mecz piłkarski to czysta komedia. Te udawane faule, gra na czas, kłótnie z sędziami. Widzimy, że ktoś ewidentnie sfaulował, ale jakże on potrafi grać niewinnego! Podbiega do sędziego, robi dziwne miny, bo przecież jest wspaniałym piłkarzem i zawsze gra fair. A my jako widzowie widzimy w powtórce, jak przed chwilą podłożył rywalowi nogę. To świetny serial komediowy. (śmiech)

Towarzyszą mu jednak niesamowite emocje. Ludzie za piłkę potrafią oddać życie. I dotyczy to wszystkich: robotników, ale i wybitnych intelektualistów.



I ten fanatyzm jest czasami niebezpieczny. A według mnie nie warto traktować meczów serio. Przecież to zabawa, w dodatku nieraz te spotkania są ustawione, bo ktoś kogoś przekupił. Oberwie mi się od niektórych intelektualistów, a przy tym fanatyków piłki, ale odbieranie futbolu jako jakiejś poważnej dziedziny życia jest infantylne. Świadczy raczej o niedojrzałości albo naiwności. Kibice to niestety często frajerzy, którzy dali się nabrać. Sportowcy sami wymyślili hasło: sport to tylko sport. Oglądamy oczywiście piękne widowiska, emocje, bramki. Ale ten wielki fanatyzm, który opisywał m.in. Ryszard Kapuściński w „Wojnie futbolowej”, jest zadziwiający.

Pan fanatykiem raczej nie zostanie, ale znawcą futbolu – jak najbardziej. Niedawno poproszono Pana o analizę meczu z Anglią. Nie było z tym najmniejszych problemów.



Kiedyś nawet udało mi się wytypować wynik meczu, choć nie do końca wiedziałem, kto z kim gra! (śmiech) To było w słynnym lokalu „Maska” Michała Milowicza. Przyszedłem na wódeczkę, ale akurat zaczynało się jakieś spotkanie. Dookoła wielcy fani piłki, a przed nami mecz dwóch znakomitych drużyn. Już nawet nie pamiętam, czy był to Manchester United, AC Milan czy może Barcelona. W każdym razie zrobiliśmy sobie zakłady. Trzeba było wytypować końcowy wynik. Nie wiedziałem, który zespół jest lepszy, ale niczym Nikodem Dyzma obstawiający wyścigi konne rzuciłem jakiś rezultat, którego nikt nie obstawił. Jakiś wysoki, w stylu 3:2 czy 3:3... Nikt tego nie brał pod uwagę, bo chodziło o zespoły wysokiej klasy, ze świetnymi bramkarzami i solidnymi liniami obrony. Wszyscy typowali ostrożnie, tylko ja tak odważnie. Śmiali się ze mnie, że to zupełnie niemożliwe. A jednak to ja miałem rację! To był hazard, nie odprowadziłem podatku z wygranej, za to wszystkim postawiłem alkohol. Znawcy futbolu zgrzytali zębami. Oni wszystko dokładnie analizowali, rzeczowo oceniali, ale to ten ignorant Skiba miał rację! (śmiech)



SYLWESTER WEDŁUG SKIBY


Wywiad jaki ukazał się w gdańskim dodatku do gazety Wyborczej w dniu 28 grudnia 2012



Maciej Sandecki: Ile się zarabia na prowadzeniu imprez sylwestrowych? Czy kryzys odbił się na zarobkach konferansjerów?

Krzysztof Skiba: Zarobki są bardzo rożne, to zależy kim jest prowadzący imprezę, jaką ma pozycję w branży oraz kto jest organizatorem Sylwestra. Jeden DJ weźmie tysiąc złotych, a inny bardziej znany pięć tysięcy. Najwyższe stawki dostają profesjonalni konferansjerzy za prowadzenie dużych imprez sylwestrowych, które organizują miasta albo telewizje. Na nich zarabia się najwięcej, zazwyczaj między 10 a 30 tysięcy złotych. Ale z racji kryzysu rzeczywiście stawki poszły w dół. Znam przypadek legendarnego zespołu z lat 80-tych, którego menadżer za występ na tegorocznym Sylwestrze, zażądał od organizatora 100 tysięcy złotych. Organizator podniósł więc ceny biletów, ale okazały się za wysokie, ludzie nie kupili zaproszeń i trzeba było rozwiązać umowę. Zespół więc w tym roku spędzi Sylwestra przed telewizorem. Sprawdziło się stare porzekadło, że chytry dwa razy traci.

Od lat występujesz na sylwestrowych koncertach telewizyjnych, w tym roku w Polsacie. Jak wygląda organizacja takich wielkich show?

- Dwie stacje od lat toczą bitwę na oglądalność swoich koncertów sylwestrowych - TVP2 i Polsat. Ja trzykrotnie uczestniczyłem w koncertach dla „Dwójki” i trzy razy dla Polsatu więc u mnie jest remis (śmiech!). To są ogromne przedsięwzięcia telewizyjne. Sceny buduje się z wielotygodniowym wyprzedzeniem, bo scenografia na takich imprezach jest niezwykle bogata. Wielkie ekrany diodowe, na których można wyświetlać cuda, długie wybiegi dla artystów w głąb publiczności - to naprawdę robi wrażenie. Artyści i konferansjerzy też muszą się specjalnie przygotować do występu na takiej scenie. Pamiętam, że trzy lata temu przed sylwestrowym koncertem dla Polsatu w Warszawie, Edyta Górniak bardzo przedłużyła swoją próbę, mieliśmy jakąś dwugodzinną obsuwę. Jako, że byłem w tym czasie zaproszony do radia, to nie czekając na kolej Big Cyca, pojechałem na audycję, prosząc, aby ktoś mnie zastąpił. W trakcie prób telewizyjnych chodzi o to, aby realizator się odpowiednio przygotował - wiedział, że ten a ten zespół ma dwóch gitarzystów, więc kamery muszą ich filmować z tej i z tej strony. Chodzi też o oswojenie się ze sceną, z wybiegiem, światłami. Nie było mnie więc na tej próbie i w trakcie naszego występu to się zemściło. Nikt mnie bowiem nie ostrzegł, że na jednym z dwóch długich wybiegów znajduje się nieoświetlony kanał dla kamerzystów. Jest więc godzina 23, przed sceną jakieś 100 tysięcy rozbawionych ludzi, a przed telewizorami kilka milionów, wybiegam z zespołem, biegnę przez pół sceny i sruuu, wpadam w ten kanał. To było bardzo groźne, bo kanał miał jakieś półtora metra głębokości, mogłem się więc nieźle połamać. Na szczęście jednak adrenalina była tak duża, że nie namyślając się wiele, niczym Rambo, wskoczyłem na plecy jakiemuś kamerzyście i wydostałem się na scenę. Dostałem gromkie brawa, że żyję. W trakcie koncertu nie czułem żadnego bólu, dopiero później okazało się, że mam spore stłuczenie, wielkiego siniaka, ale bez złamań. Ta pułapka scenografa jeszcze kilka razy w trakcie tego wieczoru dawała się artystom we znaki. Wpadł do niej jeden z dziennikarzy Radia Zet, dwóch tancerzy i Alicja Węgorzewska, słynna śpiewaczka operowa. Na Youtube są nawet filmy jak wpada do kanału, ale ani na moment nie przestaje śpiewać. Krzysztof Ibisz dzielnie pomagał się jej stamtąd wydostać.

Wyobrażam sobie, że w trakcie takich imprez, transmitowanych na żywo w telewizji, niejednokrotnie dochodzi do różnych mniejszych lub większych wpadek. Pamiętasz jakieś inne, które zapadły Ci w pamięć?

- Wiele lat temu graliśmy z Big Cycem dwa koncerty sylwestrowe na Śląsku w Katowicach i Dąbrowie Górniczej, jeden przed dwunastą, drugi po dwunastej. Panował wtedy straszliwie siarczysty mróz, jakieś minus 25 stopni. Pytanie jak grać przy takiej temperaturze? Palce muzykom odmawiają posłuszeństwa, a co najważniejsze także instrumenty, bo na przykład gitary rozstrajają się przy takich różnicach temperatur. Organizator radzi: grajcie z playbacku. Dla nas rockmenów granie z playbacku to hańba, a poza tym strasznie tego nie lubimy, bo to prawdziwa męczarnia. My wolimy grać na żywo. No, ale w tej sytuacji nie było wyjścia. Ustaliliśmy z menadżerem kolejność utworów z różnych płyt, które on będzie puszczał, a my będziemy udawać, że gramy. Wychodzimy, przed nami jakieś 20 tysięcy pijanych ludzi i na początku idzie nam całkiem dobrze, nikt nie orientuje się, że gramy playback. I nagle przyszła kolej na utwór „Jak zostać świrem”. Gdy zaczyna lecieć wszyscy w zespole orientujemy się natychmiast, że to wersja studyjna tego utworu, w której pojawia się harmonijka ustna. Przerażenie, bo nie mamy na scenie żadnej harmonijki, ani tego muzyka, który zagrał nam na płycie. Co robić? Trzeba było improwizować. Gdy przyszła kolej na partię harmonijki, przyłożyłem ręce do ust, tak jak bym ją trzymał i zacząłem udawać, że gram. Wyszło całkiem nieźle, bo ludzie zaczęli bić brawo, a w świat poszła fama, że Skiba zajebiście gra a harmonijce ustnej (śmiech). Zastanawiam się tylko co by było, gdybyśmy zamiast harmonijki, nagrali w studiu partię saksofonu. Tego nie dałbym rady zamarkować (śmiech).

To taka lajtowa anegdota, a może pamiętasz jakieś bardziej hard corowe przygody?

- Pamiętam Sylwester w Gdyni, w połowie lat 90-tych. Odbywał się w bardzo eleganckiej i bardzo drogiej restauracji, a pomysł na zabawę był taki, że sylwester odbywał sie w klimacie Ameryki lat 20 i 30 czyli w konwencji gangsterskiej. Ludzie przyszli poprzebierani za Al Capone, Ojca Chrzestnego, a ja w trakcie imprezy przeprowadzałem różne, śmieszne konkursy, typu pranie brudnych pieniędzy w bali z wodą czy podpalanie cygar banknotami. Wszyscy świetnie się bawili, aż przyszła północ. W tym momencie okazało się, że przy jednym z dalszych stolików siedzą panowie, którzy nie przyszli tu przebrani za gangsterów, ale naprawdę nimi byli. Wyciągnęli bowiem pistolety, karabiny i zaczęli walić z nich w powietrze na wiwat. Na sali wybuchła panika, bo zrobiła się taka strzelanina, jak na obrazkach z wojny w byłej Jugosławii. Bal gangstera okazał się być prawdziwym balem gangstera, a obsługa miała kłopot, bo musiała dbać, żeby panowie za bardzo się nie popili i nie zaczęli strzelać do ludzi.

To na koniec jeszcze pytanie - jak to jest z piciem na sylwestrowych imprezach. Artyści i konferansjerzy piją?

- Ja osobiście trzymam się zasady, że w pracy nie piję. Bełkoczący konferansjer nie wygląda dobrze. Ale jak już jest po wszystkim, to czemu nie. Pamiętam Sylwester z Dwójką we Wrocławiu, który prowadziłem razem z Grażyną Torbicką i Anną Popek. Do zakończenia show, czyli gdzieś do godziny 4 nad ranem, nie tknęliśmy alkoholu mimo, że ja byłem przebrany za kosmitę i teoretycznie mogłem wydawać dziwne dźwięki. Ale jak już zeszliśmy ze sceny zrobiła się świetna impreza, która potrwała do południa. Późno zaczęliśmy i późno skończyliśmy. Alkoholowych historii można by opowiedzieć mnóstwo, ale to temat na inną rozmowę.

Rozmawiał Maciej Sandecki




2012




Rozmowa która po pokazie filmów o happeningach Pomarańczowej Alternatywy przeprowadził z Krzysztofem Skibą "Dziennik Bałtycki". Publikacja: Listopad 2012.

To co robiliście wtedy, było solidnym, ulicznym rock'n'rollem. Nie baliście się wtedy, a było przecież czego i kogo?

Ja byłem zahartowany jako człowiek, który w Gdańsku przeżył już pewną przygodę z konspiracją. Dlatego w Łodzi poszło łatwiej, gdzie byłem taki prowodyrem wszystkich działań. Prawda jest też taka, że jeśli ma się 17-18 lat, bez względu na system i ustrój, człowiekowi się wydaje, że wszystko może. Wtedy się nie kalkuluje w kategoriach, że "coś mi się stanie". Po prostu młody człowiek sprzeciwia się temu i nie wyobraża sobie, by tego nie robić. Gdy wybuchł stan wojenny, mieliśmy właśnie 17-18 lat, napatrzyliśmy się na te czołgi, widzieliśmy jak niszczą bramę stoczni gdańskiej, jak ZOMOwcy pałują robotników, w związku z tym, nabraliśmy wewnętrznej potrzeby oporu. Na pewno to były tzw. "gorące głowy" i mieliśmy w wielu przypadkach więcej szczęścia niż rozumu, ale to był taki nasz hart bojowy. Poza tym, to kwestia temperamentu. Są takie osobowości, które zgodzą się ze wszystkim. Mieliśmy wielu takich przyjaciół, którzy mówili: - A co to da? To nic nie zmieni. Przecież z nimi nie wygrasz. Rzucaliśmy kamieniami w czołgi, ale ta walka była z góry przegrana. Ten radykalizm nasz nie wziął się znikąd. Przeżyliśmy to wszystko o czym mówiłem wcześniej na własnej skórze. Tak naprawdę ludzie też pałali nienawiścią, jeśli dorwali jakiegoś ZOMOwca. To napędzająca się nienawiść, która prowadzi do nikąd. Dlatego wybraliśmy później tą drogę poprzez ośmieszanie, wyznawaliśmy zasadę Gandhiego "no violence". Była zasada, żeby nie rzucać żadnymi kamieniami, nie walczyć. Jeśli cię zgarniają, to stosujesz bierny opór. Nie pomagasz, nie idziesz jak baran na rzeźnie, ale też nie szarpiesz się, nie wyrywasz. Zgarniają Misia Uszatka, zgarniają Sierotkę Marysie, zgarniają cię z papierem toaletowym, trudno. Ta droga była o wiele lepsza, o wiele bardziej skuteczna.

Na ile ten absurd, którym operowaliście sprawdził się wtedy i na ile udałoby się go przeszczepić do obecnej rzeczywistości? Na pewno teraz tematów na happeningi też by nie brakowało, ale zmieniła się rzeczywistość i ulica też. Nam teoretycznie wtedy z jednej strony było trudniej, bo zagrożenie rzeczywiście było. Ludzi pałowano, bito, wyrzucano ze szkół, zamykano w więzieniach. Także na happeningach milicja na początku wcale nie była taka "elegancka", czy tak jak potem, gdy już się w ogóle na nich nie pojawiali. Bywało tak, że na tych przesłuchaniach nie było zbyt przyjemnie. Z drugiej zaś strony było nam łatwiej, że ta rzeczywistość była szara. Wystarczyło założyć czapeczkę krasnoludka i całe miasto zwracało na Ciebie uwagę. Dzisiaj, kiedy ta ulica wygląda inaczej, kiedy tak dużo się dzieje na ulicy. Teraz trzeba by poszukać zupełnie innych środków, by przeprowadzić skuteczny happening. Myślę, że teraz, gdy zmieniły się czasy, rzeczywistość i ulica, to robienie podobnych happeningów nie miałoby większego sensu. A jeżeli już, to na pewno one nie miałyby tak dużego wymiaru jak miały w latach 80.

Czy ludzie wtedy, gdy was obserwowali na ulicy, przyłączali się do Was, czy raczej pozostawali obserwatorami?? Zawsze była ta grupa bardziej inicjatywna, ci, którzy się przebierali. Mechanizm naszych działań polegał na tym, że wymyślaliśmy akcję, potem za pośrednictwem ulotek wydawaliśmy instrukcję, w których pisaliśmy jak należy się przebrać. Prócz nas, którzy oczywiście byliśmy przebrani, pojawiali się również ludzie, z którymi w ogóle nie mieliśmy wcześniej kontaktu, a którzy znaleźli ulotkę i dostosowali się do naszego scenariusza. W hapenningu uczestniczył każdy, kto coś robił. Bardzo często akcje działy się symultanicznie. My robiliśmy coś w jednym miejscu, a druga grupa organizowała coś kilkadziesiąt metrów dalej. Oczywiście zawsze była też grupa, która się nie przebrała. Do tego trzeba było mieć poczucie humoru, fantazję i trochę odwagi cywilnej. Nawet nie chodzi o odwagę polityczną. W naszych akcjach brali udział specyficzni ludzie. Byli być może tacy, którzy z sympatią odnosili się do Pomarańczowej Alternatywy, ale nigdy by nie wzięli udział w akcji. Ograniczyli się do zbiorowego oglądania. "O, zobaczcie cudaki, tam jakieś jaja się dzieją". Bardziej to było na takiej zasadzie konsumenckiej. Że oni będą to konsumować, oglądać, ale nie będą tego tworzyć. Chodziło nam też o to, żeby tym ludziom pokazać, przekonać ich, że można walczyć z tym ustrojem. Kiedy akcje kończyły się powodzeniem to na kolejne przychodziło co raz więcej ludzi. Była jedna taka akcja pt. "Klepanie biedy". Mieliśmy olbrzymią płachtę z napisem "bieda" i nasi ludzie przebrani za kloszardów, z różnych stron się czołgali i klepali kosturem, laską, trzepaczką. czy chochlą. To ludziom dawało do myślenia. Po jakimś czasie przechodnie dołączyli się do nas i "doklepywali" swoje tym co akurat mieli przy sobie. Happeningi zawsze był formą otwartą. Nie było sztywnego podziału na artystów i nie. Bywali tacy ludzie, którzy wkręcali się w nasze akcje. Potem przychodzili już totalnie przebrani. W tamtym czasie te happeningi stały się tak popularne, że mieliśmy kolegów, którzy przyjeżdżali z różnych miast. Przyjeżdżał do nas Robert Jezierski z Wrocławia i i zawsze był przygotowany. Gościliśmy również Wojciecha Koronkiewicza z Białegostoku. Podczas jednego z happeningów przebrał się za Śmierć z kosą. Wyszedł w pewnym momencie z bramy i gdy nasz pochód szedł (podczas akcji "Wyścig zbrojeń"), nam błogosławił. Byliśmy totalnie zaskoczeni, ale na tym to właśnie polegało. We Wrocławiu na przykład happeningi Pomarańczowej Alternatywy były tak modne, że w dobrym tonie było się na nich pojawić, a potem opowiadać o nich.

Lans... Wtedy jeszcze nie było tego pojęcia, ale tak można powiedzieć, że to był taki dzisiejszy lans

Czy teraz widzi pan jakieś odpowiedniki Pomarańczowej Alternatywy? Palikot robił happeningi, Jerzy Urban robił happeningi, były też happeningi prawicowe albo część protestów przeciwko ACTA też miały charakter happeningowy. Poza tym teraz jest bardzo ciekawy ruch - flash mob - wywodzący się z USA. Ludzie umawiają się przez internet, czy sms. Flash moby nie są polityczne. Są raczej czysto absurdalne (np. walka na poduszki), a jeśli zawierają w sobie jakąś "publicystykę", to jest to krytyka kulutury konsumpcyjnej. Ale to jak najbardziej współczesne happeningi. Nasze były jednak dłuższe, polityczne. Stara solidarnościowa opozycja, dopiero z czasem się przekonała do Pomarańczowej Alternatywy. Że to jednak jest pozytywny ruch. Wcześniej traktowali nas nie do końca poważnie przez hasła typu "Uwolnić sierotkę Marysię", czy "Uwolnić karpie, zamknąć grube ryby". Ta forma przez nas wybrana, kpiarska, satyryczna, okazała się bardziej atrakcyjna dla młodzieży, która była już znudzona chodzeniem na klasyczne demonstracje. Pomarańczowa Alternatywa była czymś nowym, atrakcyjnym, dla młodego człowieka, który się chciał się wykrzyczeć.

Czy ten antysystemowy ogień, który płonął wtedy, płonie nadal? Na pewno nie tak jasnym płomieniem jak dawniej. Jak pisał Tadeusz Boy-Żeleński, "człowiek z wiekiem parszywieje" i być może to mi się przytrafiło. Na pewno zostałem trochę krnąbrny, nieufny w stosunku do rzeczywistości, co widać w moich felietonach, czy piosenkach. Uważam, że taki dystans do rzeczywistości, kpiarskie podejście, jest nam niezbędne. Polacy niestety niestety mają taką tendencję, że mamy wzdęcia, lubimy się napompować, wszystko traktować serio. Święta narodowe obchodzimy na smutno, ale to wynika z naszej historii. Przegraliśmy większość powstań i wojen. To kraj, który ma tragiczną historię. W związku z tym sensem istnienia tego kraju jest cierpienie. Teraz wiele osób stawia siebie jako ofiary. Nie szukamy winy w sobie, tylko winni są Ruscy, Niemcy, Unia Europejska. Bo to jest niemożliwe, że my jesteśmy winni. Ktoś zawsze musi być. Ktoś zawinił. Świat nie myśli w takich kategoriach. Co Polacy potrafią robić? Pięknie umierać, pisać piękne wiersze i cierpieć. To niestety jest naród, który nie nauczył się żyć. Musi być jakiś kryzys, ciemiężyciel, zły rząd, wtedy czujemy się dobrze. Teraz cała ta PiSowska historia się napędza, dlatego, że oni są w "podziemiu". Polakom jest potrzebna wojna, konflikt. Nie potrafimy żyć normalnie. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do pokoju, on nas nudzi. W konfrontacji czujemy się najlepiej. Musimy nauczyć się normalnie funkcjonować, a nie ciągle walczyć. Jeśli teraz wyjdziesz na ulicę i będzie machał flagą i krzyczał "Polska, Polska Polska", to Polsce coś od tego przybędzie? Moim zdaniem nie. Polsce się poprawi, kiedy nauczymy się nie śmiecić w lasach, nie wyrzucać papierosów przez okno jak jedziemy samochodem, gdy nauczymy się płacić uczciwie podatki, kiedy nauczymy się nie oszukiwać, kiedy w końcu nauczymy się nie "srać sobie na wycieraczkę". To jest patriotyzm. Dbanie o nasz własny dom. Nauczyliśmy się żyć pod okupacją, zawsze byli jacyś inni. Okraść Niemca, czy Ruska było patriotycznie, ale teraz sami siebie okradamy. Okazuje się, że wolność jest trudna. Wielu sobie z nią nie poradziła, szczególnie starszych. Padają ofiarą kapitalizmu różnych oszustów, bo byli nauczeni, że ktoś zawsze za nich coś postanowił. Teraz się okazuje, że jest wybór. Życie w wolności też nie jest łatwe, bo musisz podejmować decyzje.



Wywiad z Gazety Kaszubskiej. Listopad 2012.

Jestem z Gdańska


Gdybym został w stolicy, chodził po bankietach, klepał się po plecach z prezesami telewizji i pijał z nimi alkohol, pewnie byłbym dziś drugim Krzysztofem Ibiszem, piątym Tomaszem Kamelem, czy szóstą Edyta Górniak. A ja wolę Trójmiasto. - O urokach życia nad morzem, bajkach i sześciogodzinnych podróżach do Warszawy – z Krzysztofem Skibą rozmawia Milena Misztal


Co trzyma Pana w Trójmieście? Gdańsk to moje rodzinne miasto. Tu się urodziłem, tu biegałem po podwórkach, chodziłem do przedszkola, szkoły podstawowej i liceum, a liceum mieściło się 100 metrów od Stoczni Gdańskiej i w latach osiemdziesiątych działa się tam wielka historia, dlatego też jestem emocjonalnie z tym miastem związany. Uważam, że jest to świetne miejsce do życia.. Oczywiście miałem kilka takich słabych momentów, gdy zastanawiałem się nad przeprowadzką do Warszawy, bo ze względów zawodowych powinienem się tam przeprowadzić już dawno, ale na szczęście zostałem w grodzie nad Motławą.

Nie lubi Pan Warszawy? Nie jestem zwolennikiem narzekania na Warszawę – wpadam tam do studia, na koncert, realizuję się artystycznie, następnie po dwóch, trzech dniach, wracam do domu. Mam kiepskie połączenia. Tanie linie upadły, LOT jest drogi i ma mało połączeń, autostrady do końca nam nie zbudowano, na kolej nie można liczyć. Kiedyś jazda pociągiem trwała trzy godziny z hakiem i było się w Warszawie, teraz człowiek meczy się ponad sześć godzin i nadal nie dojeżdża , więc można powiedzieć, że jesteśmy trochę odcięci od świata i Polski. Jest w Warszawie enklawa byłych mieszkańców Gdańska, która tęskni za swym rodzinnym miastem. Byłem do ich klubu kilka razy nawet zapraszany. Wielu dziennikarzy myśli, że jestem warszawiakiem. Czasami dzwonią do mnie z Woronicza i proszą, żebym za dwie godziny był w studiu a ja im odpowiadam, że za dwie godziny, to nie dam rady, bo to z Gdańska jest całe 350 kilometrów….

Nagrał Pan płytę z bajkami po kaszubsku. Czy folklor Pana kręci? To była wielka przygoda móc nagrać taką bajkę, choć nie było to łatwe dla mnie, który nie zna języka kaszubskiego, ale przy dzielnej pomocy specjalistów, którzy zwracali uwagę na moje błędy, udało się stworzyć coś bardzo interesującego. Dla mnie to była wielka frajda. Wyszła z tego płyta – myślę, że jest to ciekawy projekt, który pokazuje piękno kultury kaszubskiej, ale także piękno języka, który jest bardzo dźwięczny, miękki, ciekawy w brzmieniu.

W jaki sposób związany jest Pan z Kaszubami? Nie jestem Kaszubą. Mieszkam w Gdańsku od urodzenia, ale zawsze byłem związany z Kaszubami, chociażby poprzez to, że moi rodzice kupili dom w latach siedemdziesiątych nad jeziorem Brodno Wielkie, w okolicach Złotej Góry, 10 km za Kartuzami - i zawsze tam jeździliśmy na weekendy. Uwielbialiśmy spędzać tam wakacje, jeździć rowerami po okolicach, uczestniczyć w ,,Truskawkobraniu’’ – największej imprezie plenerowej na Kaszubach. Czuję się z Kaszubami bardzo związany. I zawsze, gdy jestem pytany przez dziennikarzy, gdzie polecam spędzanie wakacji, to reklamuję Kaszuby. Wszyscy jeżdżą w góry, do Zakopanego, albo na modne wśród warszawiaków Mazury. Kaszuby są jeszcze mało spenetrowane. Szwajcaria Kaszubska jest bardzo ciekawa, Mierzeja Helska, Złota Góra, wieś Węsiory, gdzie są kamienne kręgi, okolice Kartuz, Kościerzyny – ciekawe są dlatego też, że nie ma tam masowej turystyki, czy przemysłu. Mamy Kaszubski Park Krajobrazowy, strefę ciszy. Nasze tereny nie są tak zajeżdżone jak Mazury - a przez to ciekawsze.

To dlatego Pan tu został? Uwielbiam sporty wodne, wycieczki łódką, kajakiem. Mam na Kaszubach, koło Złotej Góry, taką przystań, gdzie stoją moje kajaki, łódka, rower wodny - i to jest wielka frajda móc z miejsca, gdzie mieszkam, przejechać w 40 minut i znaleźć się w tak zielonym rejonie. Gdańska starówka i jej kamieniczki na Mariackiej to miejsce bajkowe. Jest także blisko do Sopotu, można pojechać na plażę do Brzeźna, czy na gdańskie Stogi. Miasto Gdańsk – ma też swój urok postindustrialny, a nawet romantyczny – i mam tu na myśli Gdańską Stocznię, żurawie, które są na stałe wpisane w krajobraz miasta – to wszystko powoduje, że jestem estetycznie i duchowo związany z tym miastem, dlatego też przeniesienie się na stałe do Warszawy byłoby błędem.

Studiował Pan przez 7 lat w Łodzi. Brakowało Panu morza? Po studiach w Łodzi wróciłem do Gdańska. Był to powrót bardzo świadomy. Stwierdziłem, że co innego studia, a co innego zapuszczenie korzeni. Brakowało mi morza.

Jak wyglądałoby Pana życia, gdyby jednak z Łodzi pojechał do stolicy i tam po studiach został? Z pewnością bym nie wychodził z telewizora. Wiadomo będąc na miejscu bardziej pilnuje się swoich spraw i pewnie gdybym został w stolicy, chodził po bankietach, klepał się po plecach z prezesami telewizji i pijał z nimi alkohol, pewnie byłbym dziś drugim Krzysztofem Ibiszem, piątym Tomaszem Kammelem, czy szóstą Edyta Górniak. A ja wolę Trójmiasto.

Czy jest jednak coś co Pana drażni albo martwi na Pomorzu?

Czekam na zagospodarowanie Wyspy Spichrzów – to jest problem, który się ciągnie od lat. Od lat tam powinny stać już hotele, wspaniałe kluby, centra rozrywki, miejsca przyjazne dla mieszkańców i dla turystów. Także okolice przystoczniowe – są ciągle słabo zagospodarowane, są plany aby powstało tam takie downtown z prawdziwego zdarzenia, ale jeszcze jak wiemy daleko do tego, ale – mam nadzieję - będzie pięknie. Sopot też się zmienił, jest światowo, chociaż są podwóreczka, które nadal straszą. Na Kaszubach przybyło wiele ładnych pensjonatów, zlikwidowano tandetne kioski z piwem, natomiast boli mnie to, że śmiecimy. Mamy wiele dzikich wysypisk. Jeżdżąc rowerem po lesie można się natknąć na meble, pralki, puszki po piwie. Same kary nie rozwiążą problemu. To kwestia świadomości, ale, jest to praca na lata. Sami sobie sramy na wycieraczkę przed własnym domem. To wiele mówi o naszej kulturze. Przykra sprawa.



Rozmowa z Krzysztofem Skibą jaka ukazała się na łamach portalu „I wiesz” w maju 2012.

Jakub Balicki: Jak Gdańsk wpływa na Pańską twórczość? Krzysztof Skiba: I wpływa i nie wpływa, historia, która toczyła się w Gdańsku zdeterminowała moje postawy życiowe, chodziłem do takiego liceum, które mieści się 100 metrów od Stoczni Gdańskiej, od słynnej bramy nr 2 z której przemawiał Wałęsa i gdzie działa się wielka historia. Gdzieś tam na lekcjach z niektórych sal widać było strajki i zomowców i ciężko było tą historią nie nasiąkać. To spowodowało, że podejmowałem takie a nie inne wybory życiowe, zaangażowałem się w latach 80 w konspiracyjne działania itp. Aktywność moja była ukierunkowana wrogo wobec generała Jaruzelskiego, wydawaliśmy szkolną gazetkę Gilotyna, pismo wzbudzało sensację bowiem miało bardzo dużo błędów ortograficznych np. alkohol pisane przez „ch”, grono pedagogiczne mocno dyskutowało może nie o treści ale o tych błędach. Gdańsk był dość mocno rozpolitykowany, a społeczeństwo nastawione wrogo wobec władzy, młodym ludziom trudno by było żyć obok tego bez włączenia się w to wszystko. O Gdańsku napisałem jedną piosenkę, wprawdzie gdzieś tam ten duch niezależności i zadziorności Gdańska jest obecny we mnie samym, ale nie czuję się jakimś wielkim piewcą tego miasta jak np. Gunter Grass który poświęcił większość powieści przedwojennemu Gdańskowi.

Śpiewa Pan, pisze i gra, gdzie najlepiej się Pan odnajduje?

Kiedyś żartowano, że Skiba uprawia trójpolówkę czyli tak jak w średniowieczu, tak dzisiaj Skiba też jest obsiany różnymi talentami i jest człowiekiem renesansu. Prawda jest taka, że to wszystko się uzupełnia, nie potrafiłbym zrezygnować ze swojej aktywności dla innej. Oczywiście takim sztandarowym okrętem flagowym jest Big Cyc z którym jestem najbardziej kojarzony, na łamach Wprost jestem od 10 lat ale pisać felietony zacząłem wcześniej, do takich magazynów jak wspomniana Gilotyna czy pism takich jak A Capella, Homek, natomiast po 89 umieszczałem felietony w Gazecie Wyborczej, Playboyu, magazynach CKM i Hustler, a także pisma literackich np. Brulion, Tygodnik Literacki, B1. Ukazały się nawet dwie moje książki z felietonami. Od 10 lat piszę natomiast regularnie do Wprost zapraszam serdecznie do czytania.

Jak z tymi dedlajnami jeżeli chodzi o felietony, są one uciążliwe ? Te dedlajny są potrzebne, wpływają one na pewną regularność mojego pisania, reszta życia artystycznego nie jest u mnie regularna, w maju gram 12 koncertów, w czerwcu 10, w lipcu 8, w sierpniu 6, na dzisiejsze warunki 12 koncertów w miesiącu to dużo. Co do pisania przydaje się ta regularność. Zwykle mam termin do czwartku, bo w poniedziałek Wprost jest już w kioskach, natomiast Polska jest na tyle interesującym krajem i dzieje się tutaj naokoło codziennie tak dużo, że jest w czym wybierać. Męczarni wielkich nie przeżywam, gdyby one były poszedłbym pracować gdzie indziej np. do stoczni lub rzeźni (śmiech)

Czy sceniczny stres jest wciąż obecny, czy obycie i doświadczenie na scenie go eliminują? Są dwa rodzaje tremy, ta mobilizująca i ta paraliżująca, tej drugiej na szczęście nigdy nie mam. Zawsze uwielbiałem się popisywać. Duże koncerty na kilkadziesiąt tysięcy osób, najlepiej jeszcze z bezpośrednią transmisją telewizyjną, to coś co lubię najbardziej. Lubię, gdy scena ma przestrzeń, lubię sobie pobiegać, porobić fikołki, takie sceniczne wygibasy pozwalają czasem nawiązać lepszy kontakt z widownią. W moim wypadku nie można mówić o tremie, raczej jest to coś co się nazywa stymulującym napięciem, na scenie występuję od 25 lat, dlatego pewnie duze znaczenie ma rutyna. Ostatnią poważną tremę odczuwałem, kiedy grałem w teatrze, wówczas zaprosił mnie na deski Teatru Buffo Janusz Józefowicz. Nie oczekiwał on ode mnie improwizacji, czy też jakiejś swobodnej woltyżerki słownej, tylko musiałem mówić tekst taki jaki był w scenariuszu spektaklu. Jako jedyny męski rodzynek w sztuce musiałem mówić do 5 kobiet, towarzyszących mi na scenie w taki sposób, aby miały się od czego odbić. To było wyzwanie, bo teatr i scena rockowa to dwa różne światy.

A dystans do siebie wynika skąd? Myślę, że z poczucia humoru, w Polsce jest z tym dosyć ciężko, dlatego, że wszyscy lubimy się śmiać z kogoś, a nie podoba nam się dowcip uderza w nas samych. Natomiast podstawową zasadą satyry jest to by na scenie pośmiać się troszkę z siebie, wówczas można żartować z innych. Mieliśmy kiedyś program z Konjem pt. Lalamido, który był emitowany na antenie TVP 2 przez 7 lat i cieszył się sporym powodzeniem. Miał ponad 3,5 miliona widzów. Mieliśmy tam pełną swobodę i dużo mówiliśmy żartów na swój temat. Konjo mówił tam dużo żartów o mnie, a ja o nim.

Taki sceniczny luz to perfekcyjnie wyuczony luz czy jednak nie?

U zawodowych aktorów pewnie tak, ale nie u nas. My jesteśmy specjalistami od improwizacji. Aktorzy nie zawsze sprawdzają się w kabarecie, trzeba mieć do tego iskrę bożą. Myślę, że publiczność bardzo szybko wyczuwa taki nieprawdziwy, udawany luz. Ciężko jest się tego nauczyć. Oczywiście są tacy aktorzy, którzy mają przygotowanych parę żartów natomiast wewnętrznie ukrywają osobistą tragedię i tego nie pokazują co świadczy o ich profesjonalizmie. U nas to nie było nigdy szkolone. Konjo jest po polonistyce ja po kulturoznawstwie. Tak naprawdę Twoją szkołą w tym przypadku jest doświadczenie.

Kogo Pan podziwia jeżeli chodzi o żart? Nie ma jednej osoby, nie miałem wprawdzie mistrza ani wzorca ale uwielbiam np. stary kabaret Tey, była to absolutnie niesamowita ekipa. Osobiście lubię też, stare komedie z braćmi Marx, jest tam świetny dowcip sytuacyjny i komedia omyłek. Luis de Funes jest niesamowity ze względu na ekspresję, był to człowiek petarda, wypracował swój własny styl. Jako małolat byłem zafascynowany Salonem Niezależnych, który został rozwiązany przez administrację państwową ze względu na niecenzuralne teksty. Byłem też fanem Monthy Pythona.

A jakie żarty bawią Polaków?

Na pewno żart absurdalny nie jest popularny, chociaż ma dużą grupę zwolenników. W Polsce, najbardziej popularne są żarty weselne czyli o teściowej, o blondynkach, o policjantach. W żartach w ogóle najważniejsza jest narracja i forma, często bowiem średni żart można opowiedzieć wyśmienicie. Mogę zdradzić tajemnicę, że naprawdę niesamowite żarty opowiada Katarzyna Skrzynecka, byłem z nią parę razy na imprezach czysto towarzyskich i gdy Kasia, popularnie nazywana Skrzynką rzuciła jakąś serię żartów, całe towarzystwo pękało ze śmiechu.

Jak z perspektywy czasu zmienił się kabaret w PRL’u?

Są to na pewno dwa różne rodzaje kabaretu, w PRL’u kabaret spełniał funkcję niemalże informacyjną, wprawdzie była niezależna prasa, ale była to prasa podziemna i nie każdy miał do niej dostęp, natomiast istniał olbrzymi głód wolnego słowa, ludzie wręcz przychodzili na kabaret by dowiedzieć się co się w Polsce dzieje. Był on też traktowany jako element walki z władzą, nie istniał kabaret niepolityczny. Dzisiaj publiczność unika polityki, kabarety również, chociaż czasami, gdy są przesilenia polityczne nawiązuje się do tego. Kabaret dzisiaj jednak, pełni głównie funkcję rozrywkową. Jest to masowa rozrywka drobnomieszczańska. Polacy to kraj ponuraków, rozśmieszyć nas nie jest łatwo. Dowodem mogą być też reakcje ludzi na osobę, która uśmiecha się na ulicy, pada zaraz stwierdzenie, że ta osoba jest albo pijana albo nienormalna. W Polsce człowiek optymistycznie nastawiony do rzeczywistości jest podejrzany.

Czy miał Pan jakąś spektakularną porażkę, gdy publiczność nie jarzyła, coś co śni się Panu po nocach? Aż tak dramatycznego ekscesu nie miałem, choć miałem kilka trudnych sytuacji np. w Jarocinie w latach 90. Wówczas wiadomo było, że jedno zdanie a nawet słowo nie takie i będzie niedobrze, bo działało to jak zapałka podłożona pod stóg siana. Pamiętam, że na początku lat 90 prowadziłem cały dzień koncertów w Jarocinie, był to maraton od 14:00 do grubo po północy i publiczność się zmieniała wraz z zespołami. Miałem problem z publicznością z bloku metalowego. Robiłem sobie tam żarty a trzeba pamiętać, że tam wszystko jest w konwencji na serio. Początkowo byłem przesadnie ultra metalowy i były reakcje mi niechętne, gwizdy itp. Bunt i opór z czasem w tej publiczności narastał, bo oni nie utożsamiali się z dowcipami, które opowiadałem. Ale kapele metalowe to wszystko tonowały i dotrwałem do tej pierwszej czy drugiej w nocy, nauczyłem się, jednak że z metalami nie ma żartów.

Jaki jest poziom kultury czy też znajomości sztuki u Polaków?

Wiadomo, że przy pomocy statystyki można udowodnić wszystko także i w Polsce. Wiadomo jaka jest średnia długość życia w naszym kraju, jeżeli chodzi o mężczyznę jest to 68 lat. Podjęto się badań jak często statystyczny Polak chodzi do Filharmonii, wyszło na to, że raz na 72 lata, czyli przy średniej jego długości życia brakuje mu 4 lat, żeby do tej Filharmonii dojść. Myślę, że dzisiaj myli się sztukę z popularnością, dla niektórych artystą jest nawet pogodynka z telewizji bo tam występuje. Popularność stała się wartością samą w sobie, kiedyś było inaczej, dzisiaj popularnymi są Ci, którzy są znani z tego, że są znani a nie dlatego, że potrafią śpiewać, grać czy żonglować nerką. Więc zacierają się granice pomiędzy tym co jest sztuką a co nie. Niestety jest to kwestia edukacji, nie mamy historii sztuki na lekcjach, w szkole, myślę, że są to rzeczy które budują wrażliwość człowieka.



Rozmowy z Jackiem Jędrzejakiem i Krzysztofem Skibą z Big Cyca jakie ukazały się w lutowym numerze Teraz Rocka 2(108). Rozmowy przeprowadził Łukasz Wewiór. Publikacja luty 2012.




BIG CYC. JAK NIE MY TO KTO?

Czołowe postacie Big Cyca: Dżej Dżeja i Skibę przepytaliśmy w związku z ukazaniem się płyty Zadzwońcie po milicję! Koncept albumu, jakiego u nas jeszcze nie było.

ROZMOWA Z JACKIEM „DŻEJ DŻEJEM” JĘDRZEJAKIEM


13 grudnia zeszłego roku minęło 30 lat od wprowadzenia przez PRL-owskie władze stanu wojennego. Przy okazji tej rocznicy ukazał się wasz – przypominający tamte czasy - nowy album, Zadzwońcie po milicję. Jak wspominasz 13 grudnia 1981 roku? Rocznica to dla nas szczególna, ponieważ w okresie stanu wojennego byliśmy działaczami studenckimi i zajmowaliśmy się polityką, braliśmy udział w różnych akcjach, demonstracjach. A 13 grudnia 1981 roku z moim pierwszym zespołem, Współczynnik Inteligencji, miałem zagrać w Warszawie, na Mokotowskiej Jesieni Muzycznej. Pamiętam, że nie mogłem dodzwonić się do organizatora i… nagle koło domu przejechały amfibie, okazało się, że generał Jaruzelski organizuje swoją imprezę.

Nowej wersji twojego utworu z repertuaru Współczynnika Inteligencji – twojego Dzikiego kraju - można posłuchać z waszej nowej płyty. Album Big Cyca Zadzwońcie po milicję! to pozycja, która w intrygujący sposób przypomina o czasach stanu wojennego. Wykorzystaliście dźwięki z demonstracji ulicznych, korzystając z archiwum IPN, a przede wszystkim – jak to określił w okładkowym komentarzu Krzysztof Skiba – wyłuskaliśmy kilka zapomnianych muzycznych perełek… Sięgnęliście po utwory zespołów jak Miki Mousoleum, Brzytwa Ojca, Karcer, Cela nr 3.

Chcieliśmy pokazać, że rocznica to nie tylko kombatanctwo, przypomnieć, że istniał także nurt alternatywny, naprawdę atakujący i ośmieszający ten system. Miki Mousoleum czy Brzytwa Ojca to zespoły niestety zapomniane, ale taki Karcer nadal gra...

Nie chcieliście sięgnąć po jakieś utwory ówczesnej, przecież też niepokornej, krajowej czołówki punk rocka ? Nie, ponieważ Dezerter, Moskwa czy Brygada Kryzys są dobrze znane z wydawnictw, które jednak funkcjonowały, z Jarocina, z koncertów. Zresztą one grają do dziś i wykonują swoje utwory. Dlatego my sięgnęliśmy po numery zespołów, które nie zaistniały wtedy na rynku czy na antenie, ale zdecydowanie warto do nich wrócić. Są to piosenki także przez nas na nowo odkryte, niektóre z nich musieliśmy odszyfrowywać ze starych kaset, demówek. Stwierdziliśmy, że jak nie my, to kto? Jesteśmy przecież jednymi z tych – co mniej licznych - działających muzyków, którzy tamten okres jeszcze pamiętają.

Pierwsze wrażenia z tej podróży w czasie, podczas powstawania najnowszego albumu…

Gdy posłuchaliśmy tych starych taśm, stwierdziliśmy, że wtedy wszyscy brzmieliśmy podobnie, także Big Cyc, bo demówki nagrywało się na takich samych magnetofonach w salach prób (śmiech). Wiesz, przypomnieliśmy sobie, jaki punk był wtedy na topie, jak się ludzie tym jarali, jak żyli tym. Domy kultury z powodu takiej muzyki pękały wtedy w szwach... Myślę, że to kawał historii, stąd wziął się ten nasz koncept album.

Częścią tego „konceptu” są autentyczne odgłosy wydarzeń stanu wojennego, płyta zaczyna się od skandowanego przez demonstrantów Nie ma wolności bez Solidarności!, po pierwszym utworze pojawiają się podsłuchane rozmowy milicyjne… Ciekawy zabieg. Tak, piosenki połączone są nagraniami z różnych demonstracji, antyrządowych happeningów czy milicyjnych akcji. Wyciągnęliśmy te nagrania z Instytutu Pamięci Narodowej, tak by płyta przywoływała jak najlepiej klimat tamtych dramatycznych czasów. Dla młodych słuchaczy, będzie to prehistoria, ale to powinno do nich trafić.

Miedzy utworami znalazło się sporo charakterystycznych zawołań z tamtego okresu, niektóre zresztą wcześniej chętnie wykorzystywaliście na swoich płytach... To są okrzyki z akcji Pomarańczowej Alternatywy, w których sami braliśmy udział. W jednym fragmencie słychać nawet skandującego Skibę, jego zadzwońcie po milicję. Ten tekst wcześniej użyliśmy w Piosence góralskiej, czyli tak naprawdę utworze o milicji właśnie, z kolei pozdrowienia dla podziemia wpletliśmy w Durną piosenkę.

Nie korciło was by zabrzmieć tak ostro jak w czasach debiutu Big Cyca, dwadzieścia kilka lat temu? Mam wrażenie, że pewne kroki w tym kierunku czynicie w refrenie Dynamitu na kartki Miki Mousoleum i w – skądinąd melodyjnej - Polsce Celi nr 3. Korci nas cały czas… (śmiech). Być może następna płyta będzie cała taka typowo punkowa, na dwie gitary, wokal i perkusję, bo w muzyce zazwyczaj historia zatacza koło i kiedyś wraca się do korzeni. Tak jak światowej sławy Green Day: kombinowali, ale potem wrócili do korzeni, choć nagrywali w lepszych studiach, na lepszym sprzęcie. I wtedy wszyscy stwierdzili, że to jest to! Dlatego całkiem możliwe, że kolejna płyta Big Cyca będzie po prostu punkrockowa. Ale najważniejsze, że to wszystko nadal nas ciągle kręci, że lubimy robić próby, nagrywać, poszukiwać w muzyce. To – jak myślę - bardzo cenne, bo czasami obserwuję u kolegów z innych kapel, że im się po prostu już nie chce. Wydają jakieś składanki swoich numerów, zamiast spotkać się, popracować i wymyślić coś nowego.

Zasadniczo wasze brzmienie z Zadzwońcie po milicję! jest bardzo współczesne, pojawiają się sterylnie brzmiące gitary i elektronika.

Rozwijamy się, chcemy eksperymentować, słuchamy nowoczesnych płyt. Nie zasklepiamy się w starociach, choć oczywiście cały czas mamy te stare, dobre płyty na swoich półkach. Wiem, że dla większości słuchaczy najlepsza jest pierwsza czy może piąta płyta Big Cyca, ale to miało swój czas, który na pewno już minął. Teraz trzeba kombinować, żeby muzyka była ciekawa i się wyróżniała, żeby nasze płyty czymś zaskakiwały. I myślę, że my się cały czas wyróżniamy. Elektroniki u nas nie ma tak dużo, ale staramy się iść z duchem czasu.

Dotarłem do nagrań Miki Mousoleum, zespołu, którego aż kilka utworów przypomnieliście. To było surowe reggae, a wy radykalnie pozmienialiście aranżacje. Prawda. Miki Mousoleum poznaliśmy, gdy sami graliśmy w reggae’owym Rokoszu, ale teraz postanowiliśmy zmienić stylistykę tych numerów, nadać im brzmienie Big Cyca, takie w jakim dziś sami czujemy się najlepiej. Dlatego nie ma w nich reggae.

Czarna Wołga Miki Mousoleum nabrała zaskakująco masywnego brzmienia, a reggae gracie we wspomnianym już Dzikim kraju twojego Współczynnika Inteligencji... To musiało być różnorodne, żeby było naprawdę strawne dla słuchaczy. Gdybyśmy zagrali te numery w pierwotnych wersjach, wyszłoby – dla niektórych – zbyt monotonnie. Dlatego na przykład Życie za hymn Karceru przewróciliśmy do góry nogami. A Dziki kraj też nie przypomina oryginału sprzed lat, oczywiście - poza tekstem i linią melodyczną. To kiedyś był numer punkowy! Ale tekst teraz przypasował nam do zrobienia takiego niemal ska... Dzięki temu wyszło ciekawie, są zmiany rytmu, tempa, brzmienia, klimatu...

Są też bardzo wyraziste rytmy w ZOMO na Legnickiej Miki Mousoleum i w Dyktatorze Brzytwy Ojca. Te utwory mają bardzo dramatyczne teksty. Chcieliśmy je odpowiednio zilustrować muzycznie, musieliśmy znaleźć właściwy klucz. ZOMO jest takim przejmującym kawałkiem, że ciary człowieka przechodzą: Lała się krew, płonęła benzyna… i trzeba go było tak ująć, żeby można było poczuć rytm tych nadjeżdżających czołgów, transporterów. Chodziło o ten klimat niepokoju.

A tak na marginesie… Skomentuj może jeszcze najnowszą zmianę składu. Poza oryginalną czwórką Jędrzejak- Skiba-Lechowicz-Lis i waszym już etatowym współpracownikiem, klawiszowcem Piotrem „Gadakiem” Sztajdlem, pojawił się drugi gitarzysta, Marek Szajda.

Marek pojawił się już parę lat temu, grał w niektórych utworach na Moherowych beretach. Teraz jest na stałe w Big Cycu, ponieważ gramy bardzo dużo koncertów plenerowych, a ich brzmienie musi być naprawdę dobre. I w związku z tym jest i klawiszowiec, i drugi gitarzysta. Dzięki temu nasze brzmienie jest pełniejsze, zbliżone do płytowego. Wszystko z dużą korzyścią dla słuchaczy.

Wasza płyta została dobrze przyjęta przez media. Można was było zobaczyć w największych telewizjach. Wydawać by się mogło, że wszystko jest super, jednak zdarzają się odmienne akcje. Nie chcę się skarżyć, ale ostatnio pan z radia Eska Rock, czyli teoretycznie stacji zajmującej się muzyką rockową, powiedział, że płyty nie zaprezentuje, bo jest za polityczna i za historyczna. A nawet jej nie posłuchał! Decyzję podjął po obejrzeniu okładki! Nie chcemy mieć power playa, ale radia rockowe powinny uszanować i pokazać ludziom, że jest coś takiego jak Zadzwońcie po milicję!. Bardzo nam przykro, że człowiek, który kiedyś zajmował się muzyką dyskotekową, decyduje o takich sprawach, bo to nie jest żaden rockowy autorytet i działa tylko na szkodę. A przecież rock ‘n’ roll od zawsze bywał zaangażowany politycznie…

Szata graficzna Zadzwońcie po milicję! – te archiwalne zdjęcia, reprodukcje plakatów, podziemnych wydawnictw - robi wrażenie… Ciekawa sprawa, bo opracowanie graficzne – w tym nasze nowe logo - zrobił Jo Mirowski, Brytyjczyk polskiego pochodzenia, który był kiedyś dyrektorem graficznym Polydora! Ma na swoim koncie mnóstwo słynnych okładek, między innymi Marillion, Alan Parsons Project, The Cure, Slade, Sweet... A Zadzwońcie po milicję! to jego pierwsza okładka w Polsce! Użyliśmy tu materiałów IPN, ale także rzeczy z naszych archiwów, jak numery gazetki „Przegięcie Pały”. Jo spojrzał na to z zewnątrz, świeżym okiem i bardzo dobrze nam całość skomponował. A spotkaliśmy się w Londynie, gdzie Jo był organizatorem naszego koncertu. Bardzo się zapalił do pomysłu płyty i sam zaproponował pomoc. Przyłożył się bardzo, przyjechał nawet do Gdańska na sesję fotograficzną. Jak sam powiedział, było tak, jak powinno być w poważnej produkcji. rozmawiał: ŁUKASZ WEWIÓR



WIELKA ODWAGA

ROZMOWA Z KRZYSZTOFEM SKIBĄ


Jak wspominasz początek stanu wojennego? Przerażenie! Najpierw były nocne aresztowania, potem Jaruzelski gadający w telewizji, czołgi na które otoczyły stocznię. A potem zaczęło się oswajanie żołnierzy, ludzie przynosili im herbatę, wkładali kwiaty do luf, przyklejano ulotki z napisem „Solidarność” do czołgów. Ale co kilka godzin ekipę wymieniano, a w nocy kiedy już nikogo prawie nie było – Jaruzelski wiedział kiedy uderzyć, to była na dodatek bardzo sroga zima – bramę stoczni rozwalono. Trzy dni trwały zamieszki, nie było czym walczyć z uzbrojonym po zęby ZOMO, trzeba było wyrywać sztachety czy płyty chodnikowe. Wystrzelono ogromne ilości gazu łzawiącego, który powbijał się w zaspy śniegu i te petardy jeszcze przez miesiąc rozsiewały duszący smród. Pamiętam też pierwsze ulotki o strajku generalnym. My też je potem robiliśmy, metodą wałka, czyli taki podziemny fitness, bo bicepsy wyrabiał (śmiech).

Ty – co każdy może przeczytać na okładce Zadzwońcie po milicję!– byłeś pomysłodawcą tego przypominającego stan wojenny albumu. Wpadłem na pomysł takiego wydawnictwa, znalazłem środki, a następnie wspólnie z Jackiem dobieraliśmy utwory, po które miał sięgnąć Big Cyc. Zadzwońcie po milicję! jest zupełnie niekomercyjną płytą, concept albumy nie są teraz w modzie. Idziemy pod prąd tego, co się wokół dzieje. Odrzuciliśmy też wstręt do Instytutu Pamięci Narodowej, który pojawił się od czasu nagonki na tę instytucję… Poszliśmy do nich i okazało się, że w samym gdańskim oddziale IPN jest 15 teczek na temat mój i moich kolegów!

Czym się kierowaliście dobierając utwory na płytę? Wiesz, kiedy mówi się o muzyce lat 80. do głowy przychodzą takie zespoły jak Perfect, Lombard czy Lady Pank. To oczywiście były wielkie zespoły, które miały wielkie przeboje, ale czas powiedzieć prawdę, to nie były zespoły podziemne! Mogliśmy oczywiście nagrać też Spytaj milicjanta Dezertera, ale to zna każdy! A my sięgnęliśmy głębiej do podziemia, bo pamiętamy Miki Mausoleum, słuchaliśmy ich z taśm, które potem się rozleciały od częstego słuchania i przegrywania. Co więcej, ja byłem organizatorem koncertów Miki Mousoleum w klubie Balbina w Łodzi, tym, w którym później debiutował Big Cyc. To była niesamowita ekipa! Tą płytą oddajemy cześć postaciom takim jak Krzysztof „Kaman” Kłosowicz, lider i autor tekstów Miki Mousoleum. Słuchaj, w 1984 roku napisać: Kto dowiedzieć zechce się, kogo przytnie dziś SB, długo nie trzeba czekać, ruski keczap i wydać na nielegalnej kasecie, to była wielka odwaga.

Opowiedziałeś o Miki Mousoleum, na płytę trafiły także utwory Brzytwy Ojca, Karceru czy Celi nr 3. Dlaczego właśnie te zespoły? Nie ma co się oszukiwać, większość ówczesnych numerów podziemnych to była typowa punkowa rąbanka. Padło na te z naszego punktu widzenia najbardziej wartościowe - zarazem te, na które mieliśmy pewne pomysły muzyczne. Aczkolwiek tą płytą nie zamykamy tematu wyprawy do historii muzyki niezależnej tamtego okresu, można by spokojnie wydać kolejne części Zadzwońcie po milicję! Czego my – oczywiście – już nie zrobimy.

Efektem waszych działań jest najpoważniejsza, czy może raczej - jedyna w pełni poważna płyta w dorobku Big Cyca. Można ją nawet nazwać edukacyjną, bo taką funkcję wśród młodzieży będzie niewątpliwie pełnić. Nie kłóci się to za bardzo z dotychczasową, prześmiewczą, rockowo-kabaratową twórczością waszej grupy? Nagraliśmy wcześniej piętnaście płyt wesołkowatych, teraz czas na coś innego. Bo istotnie można się z Zadzwońcie po milicję! dowiedzieć czegoś o najnowszej historii Polski. Ale nie powiedziałbym, że to się kłóci z naszą konwencją, tylko ją poszerza. Uważam, że najbardziej metalowa płyta Big Cyca, Wojna plemników też była mega poważna. Zabraliśmy tam nawet głos w sprawie Kobiet z Sarajewa. To było radykalne politycznie w swoim czasie. Płyta Zadzwońcie po milicję! nie jest też do końca poważna, bo pojawia się tu też czysta punkowa ironia, chociażby w utworze Polska Celi nr 3: myślę o tobie całe noce, a w dzień wyrabiam 300 procent… (śmiech).

Ale też nie brak w tekstach piosenek zdań o naprawdę symbolicznym wydźwięku, choćby to: musisz przecież wybrać między Leninem a Bogiem z Życie za hymn Karceru. Punk rock był energetyczny niesamowicie, jak też wyjątkowo adekwatny do tamtych czasów, dziś nie mamy czołgów na ulicach... Na szczęście. A jeśli chodzi o teksty - zdarzało się, że te stare nagrania w drugiej czy trzeciej zwrotce były już nieczytelne. Musieliśmy zabawić się w archeologów, zastosowaliśmy najnowsze środki techniczne, odszumiacze dźwięków, niczym ekipy detektywistyczne. Zależało nam na zachowaniu oryginalnych tekstów, bylibyśmy idiotami cokolwiek zmieniając czy dopisując.

Wy też wypowiadacie się na temat tamtych czasów w pasującym do koncepcji całości, własnym utworze Nasz PRL, pochodzącym z płyty Big Cyca, Szambo i perfumeria. Tak, to nasz rzewny song z tekstem Jacka. Wszyscy wspominają, ostatnio ukazała się moja książka o kulturze alternatywnej tamtego okresu, Artyści, wariaci, anarchiści (napisana wspólnie z Pawłem Konnakiem i Jarkiem Janiszewskim z Bielizny) . W ogóle nastąpił wysyp takich publikacji... Cóż, nasze pokolenie się zestarzało, za pięć lat możemy już niewiele pamiętać, więc póki coś w głowie zostało, to się tym z innymi dzielimy (śmiech).

Ostatnia sprawa, może drażliwa… Na płytach Big Cyca zaśpiewałeś chyba tylko kilka utworów – na Zadzwońcie po milicję! żadnego – a wiele osób uważa, że to ty jesteś głównym wokalistą grupy. Skomentuj to jakoś… No, trochę by się tych numerów zebrało: Babcia klozetowa, Kapitan Żbik, Skin, Szambo i perfumeria, Piosenka góralska... Zaśpiewałem w kilkunastu i to jakich! (śmiech). Ale fakt, nie jest tego dużo, a na scenie jestem raczej showmanem, główny wokal zawsze ciągnie Dżej Dżej. Każdy zespół ma jakiś pomysł na siebie, my mamy taki podział. rozmawiał: ŁUKASZ WEWIÓR




2011




Michał Elmerych z miesięcznika Focus rozmawia z Krzysztofem Skibą o nowej płycie zespołu Big Cyc „Zadzwońcie po milicję”. Grudzień 2011.

Jak ważna była muzyka w czasie stanu wojennego, czy można nazwać ją elementem walki politycznej?

Muzyka była wyrazem buntu i sprzeciwu wobec systemu. Nie było wówczas Internetu i gier komputerowych dlatego muzyka wypełniała życie młodych ludzi prawie w całości. Z pewnością był to ważny element nie tyle walki politycznej, co budowania świadomości pokoleniowej i antysystemowej. W podziemnym obiegu krążyły kasety z nagraniami koncertów zespołów i wykonawców którzy nie byli kochani przez władze. Kaseta magnetofonowa była w latach 80-tych najbardziej popularnym nośnikiem dźwięku. Można było ją stosunkowo łatwo powielać. Po kilku takich powieleniach jakość nie prezentowała się najlepiej, ale nikt na to nie zwracał wówczas uwagi. Podziemne kasety wydawała m.in. grupa Dezerter jako Thanks Records oraz przypomniana przez Big Cyca formacja Miki Mousoleum. Zwykle po przegraniu kilkuset kaset magnetofon się rozpadał. Na Wybrzeżu podziemnym hitem była kaseta z nagranymi koncertami grupy Kult i Róże Europy. W obiegu poza rockowym kolportowano kasety z pieśniami Jacka Kaczmarskiego i barda opozycji Jana Krzysztofa Kelusa.

Czy działalność grup muzycznych budziła zainteresowanie SB?

Dokumenty zachowane w Instytucie Pamięci Narodowej dowodzą, że tak i że działo się to głównie przy okazji festiwalu Muzyki Rockowej w Jarocinie, ale nie tylko. Wszędzie tam gdzie mamy do czynienia z ostrym politycznym przekazem, a dotyczyło to głównie zespołów kręgu punk rocka dochodziło do inwigilacji SB. Tak było np. w wypadku znanych z wrogiego nastawienia do systemu komunistycznego grup Dezerter czy KSU. SB z zasady interesowała się wszystkim co mogło władzy zagrozić. Dziś wydaje się to śmieszne, ale wówczas kapela punkowa taka jak np. KSU była uważana przez służby specjalne za szczególnie niebezpieczną organizację wywrotową.

Gdzie i w jakiej atmosferze odbywały się koncerty?

Nie było prywatnych klubów więc większość koncertów odbywała się w małych klubach studenckich lub w salkach domów kultury. Gdy w takim ośrodku kultury trafił się człowiek sympatyzujący z alternatywnym obiegiem organizował oficjalną imprezę pod płaszczykiem zwykłej działalności kulturalnej. Bywało, że władze nie zawsze orientowały się kto gra na takich imprezach i jakie jest jej prawdziwe oblicze. Znam wypadki gdy po koncertach grup z obiegu alternatywnego zamykano takie przybytki, a ludzi wywalano z pracy. Tak było np. w Łodzi gdzie po małym festiwalu grup związanych z anarchistycznym Totartem z Gdańska zamknięto Ośrodek Działań Twórczych, ludzi wyrzucono z pracy, a samo miejsce przekształcono w osiedlowy fitness klub.

Przypominacie kilka utworów niezbyt powszechnie znanych, jak ich następował wybór?

Na najnowszej płycie zespołu Big Cyc „Zadzwońcie po milicję” znajdą się przypomniane przez nas i nagrane na nowo piosenki mało znanych grup z lat 80-tych takich jak Miki Mousoleum, Brzytwa Ojca, Karcer, Cela nr 3 czy Współczynnik Inteligencji. Płyta przygotowana jest z okazji XXX rocznicy wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Chcieliśmy pokazać, że obok oficjalnego obiegu w którym funkcjonowały popularne zespoły takie jak Perfect, Lady Pank czy Lombard, było też wiele zespołów bezkompromisowych i z prawdziwego undergroundu. Szukając piosenek na naszą płytę z tamtych czasów od razu odrzuciliśmy nagarnia tak znanych podziemnych kapel jak Dezerter, KSU czy WC. Zespoły te nadal działają i same wydają wznowienia swoich archiwalnych płyt. Nam zależało na pokazaniu i przypomnieniu niezwykle ciekawego okresu w historii polskiego rocka, gdy był on prawdziwie zbuntowany i niezwykle fascynujący. Kultura niezależna tamtego okresu kojarzy się z koncertami w salkach katechetycznych Jacka Kaczmarskiego. Płyta Big Cyca udowadnia, że ten obieg był o wiele bardziej szeroki i ciekawy. Szukanie nagrań przypominało nieco prace archeologiczne. Ocalałe w starych szufladach nagrania nie zawsze były czytelne. Niektóre teksty musieliśmy odczytywać niczym głosy z czarnych skrzynek po wypadkach lotniczych. Do piosenek dodaliśmy okrzyki z manifestacji tamtego czasu oraz opracowany przeze mnie Słowniczek Stanu Wojennego. Ten zestaw stanowić będzie ciekawą podróż w klimaty stanu wojennego, a także służyć może jako atrakcyjna pomoc naukowa na nudnych lekcjach historii.



Nowa Trybuna Opolska (NTO). Grudzień 2011.




Z Krzysztofem Skibą, wokalistą i liderem zespołu Big Cyc rozmawia Katarzyna Kownacka.



- Co Pan robił 13 grudnia 1981 roku?

- Miałem 17 lat i byłem zbuntowanym licealistą. Chodziłem do gdańskiej „Jedynki”, która mieściła się 100 metrów od Stoczni Gdańskiej. Z okiem wielu klas widać było teren stoczni. A wtedy, w grudniu, czołgi i ZOMO-wców, którzy stocznię otaczali. Wcześniej, w czasie strajków, często bywało tak, że zanim z centrum miasta doszedłem do szkoły, kilka razy mnie rewidowali. Milicja sprawdzała, czy zamiast piórnika nie niosę ulotek.

- A mógł Pan. Kilka lat po stanie wojennym siedział Pan właśnie za ulotki. Był wrogim elementem socjalistycznym.

- To na pewno o mnie (śmiech). Zwinęli mnie na festiwalu w Jarocinie. Wyszedłem po trzech miesiącach. Należałem do tych chłopców, którzy szybko się zaangażowali w podziemie. Podczas stanu wojennego drukowałem ulotki. Pamiętam, że używaliśmy do tego farby, która strasznie śmierdziała. A że wydawnictwa z tamtych czasów wcale nie powstawały w piwnicach czy pustych magazynach, tylko w normalnych blokach, to ten smród się niósł. Trzeba było ostro wietrzyć mieszkania.

- Co drukowaliście?

- Nudy – oświadczenia Solidarności, wezwania do manifestacji… Nie podobały się nam. Dlatego szybko zaczęliśmy robić swoje pisma. Związałem się z grupą anarchistów. Twierdziliśmy, że ZOMO trzeba zwalczać, tak jak komunistyczne władze, a nie z nimi rozmawiać.

- Wróćmy do 13 grudnia. Skąd się Pan dowiedział, że jest stan wojenny?

- Z radia albo od kogoś ze znajomych. Zorganizowaliśmy wtedy w szkole dwudniowy przegląd kabaretów. Pierwszy dzień się odbył, trochę wieczorem posiedzieliśmy. W niedzielę rano ktoś, kto wstał wcześniej, przybiegł z wiadomością, że drugiego dnia przeglądu na pewno nie będzie. Bo czołgi, aresztowania, terror. Trzeba było jak najszybciej odprawić kolegów z innych miast. Mieli 24 godziny na dotarcie do domu. Odprowadzaliśmy ich na pociąg i żegnaliśmy, jakby szli na front. Ale tak naprawdę to dopiero w poniedziałek zaczęło do wszystkich docierać, co się dzieje. W stoczni ruszył strajk, pod nią pojawiły się czołgi. A od wtorku, 16 grudnia, w rocznicę wydarzeń grudniowych, zaczęły się walki ZOMO…

- W stanie wojenny zginęło kilkadziesiąt osób, a dziś bywa, że mówi się o nim pobłażliwie: to wtedy, kiedy nie było Teleranka. To zdrowy odruch, łapiemy dystans?

- Nie dramatyzowałbym. W końcu 13 grudnia faktycznie Teleranka nie było. To pewien symbol. A że przywoływany z dystansem – a czemu nie? Przecież jeszcze wtedy, w czasach stanu wojennego, humor pozwalał z przymrużeniem oka patrzeć na to paskudne, co za oknem. Na Jaruzelskiego mówiło się na przykład pogromca Teleranka. Dramatyczne jest natomiast to, że komunistycznej propagandzie przez te lata udało się wmówić ludziom, że stan wojenny był konieczny. Że to było panaceum na kłopoty. Przecież cofnął nas w rozwoju jakieś 10 lat. Rządy generała Jaruzelskiego to był czas absolutnego zastoju gospodarczego. Zachód się rozwijał, a my staliśmy w miejscu. Mieliśmy niewydolny finansowo system rządzony przez wojskowych. Władza regularnie wysyłała oficerów do zakładów pracy, wiele z nich zmilitaryzowano. Nawet telewizja była zmilitaryzowana. Na ekranie pojawili się goście z mundurach.

- Teraz wielu, nawet młodych, mówi: za komuny było lepiej, przynajmniej praca była.

- Ale ci co tak mówią nie pamiętają, że w tej pracy nic nie zarabiali. A nawet jeśli, to za zarobione pieniądze nic nie kupili. Sklepy świeciły pustkami. Smutne to, ale nie bierze się z niczego. Wiedzę młodych ludzi o PRL-u często kształtują wyłącznie komedie Stanisława Barei. Są przezabawne i niosą część wiedzy o tamtych czasach - ale tylko część. Jeśli ktoś patrzy na tamte lata tylko przez ich pryzmat, to faktycznie może stwierdzić, że to były dziwne czasy: trudne, ale przynajmniej wesołe. Śmiesznie oczywiście bywało - w końcu byliśmy najweselszym barakiem w obozie. Ale generalnie było okropnie. Szaro, bez perspektyw.

- Szara jest też nowa płyta Big Cyca „Zadzwońcie po milicję” wydana właśnie z okazji 30 rocznicy wybuchu stanu wojennego. Nagraliście na niej utwory offowych grup rockowych z czasów stanu wojennego, takie jak „ZOMO na Legnickiej” czy „Ruski keczup”. Skąd pomysł na taki krążek?

- To są rzeczy wygrzebane z przepastnych szuflad, w których pochowaliśmy muzykę naszej młodości. Nagrania z prób i garażowych koncertów. Każdy z nas miał wtedy furę przegranych kaset. Sięgnęliśmy po kapele dziś zapomniane – Karcer, Cela nr 3 czy Miki Mausoleum. Nagraliśmy tę płytę, żeby oddać im hołd i pokazać, że muzyka tamtego czasu to nie tylko Jacek Kaczmarski i jego pieśni, Jan Krzysztof Kelus, którego słuchali KOR-owcy i spektakle grane w salkach przyparafialnych. To też fascynujący obieg rocka, dziś zapomniany.

- Pomiędzy piosenkami na płycie wmontowaliście nagrania rozmów milicji, zomowców. Skąd te materiały?

- To dźwięki z archiwów Instytutu Pamięci Narodowej. Wmontowaliśmy je, bo chcieliśmy, żeby płyta była jak najbardziej autentyczna. By oddać klimat. Dźwięki z milicyjnego centrum dowodzenia nagrało na przykład podziemie.

- Postanowiliście z kolegami powspominać na całego…

- Ta płyta dla ludzi mojego pokolenia może być pretekstem do wspomnień, a dla młodych okazją do poznania nieznanej rzeczywistości. Ma być czymś, co może wydarzenia sprzed 30 lat przypomnieć inaczej. Obawiam się, że nasza władza zrobi to, co zawsze – będziemy wręczać medale, dyplomy, kwiaty. Będą dęte celebry, salony i pompatyczne słowa. Chcieliśmy zejść do poziomu przeciętnego zjadacza chleba.

- Na pewno przy okazji rocznicy znów wybuchną spory historyczne...

- … i znów przywołane będą badania, z których wynika, że połowa badanych uznaje wprowadzenie stanu wojennego za słuszne... To przerażające.

- Mówią, że takie opinie to wyraz tęsknoty…

- Za czym? Za ZOMO? Pustymi półkami w sklepach? Gazem na ulicach? To wynik głupoty i braku wiedzy.

- Co groziło muzykom, których utwory przypominacie?

- Granie punk rocka w PRL-u to generalnie nie była zabawa. Był postrzegany jako zagrożenie, które demoralizuje młodzież. Artyści, którzy go wykonywali, nie byli może tak represjonowani, jak działacze podziemia, ale na przykład bywało, że wyrzucano ich ze szkoły. Już za sam wygląd – długie włosy czy kolczyk - można było być zlanym pałą. To były czasy, w których każdy, kto był inny, był groźny.

- A na ile ta muzyka była groźna dla systemu?

- Z tym też bym nie przesadzał. Młodzi oczywiście burzyli się przeciwko zastanej rzeczywistości, ale nie zawsze chcieli walczyć „o wolność waszą i naszą”. Często mieli rzeczywistość głęboko w nosie, a na koncertach chcieli wykrzyczeć bunt przeciw rodzicom, szkole, światu w ogóle. Jak to nastolatki. Wielu miało głęboko i Solidarność, i władzę. Ale faktem jest, że koncerty były obstawiane, a uczestnicy Jarocina na przykład inwigilowani. Wszyscy mamy dzięki temu bogate papiery po SB.

- Wy obrywaliście za długie włosy, a dziś część młodzieży nie wie nawet, co to był stan wojenny. Wkurza to?

- Nie, mam pełną świadomość, że wydarzenia z 13 grudnia 1981 roku są dla niektórych młodych tak odległe, jak Powstanie Styczniowe. Że to pożółkła karta historii. Nie do końca to akceptuję, choćby dlatego ta płyta. Chcemy pokazać czego my – pokolenie ojców – słuchaliśmy za młodu i przeciwko czemu się buntowaliśmy. W ten sposób też można pokazać historię.

- Brakuje Panu czegoś z tamtych czasów? Oporników, koksowników, które teraz wracają do łask i jako gadżet lądują w miastach, kiedy ściska mróz?

- Absolutnie mi ich nie brakuje. Faktycznie, teraz robią za ciekawostki i mają sentymentalny posmak, ale dobrze pamiętam, że były obrzydliwe i wiązały się z dramatycznymi wydarzeniami. Jedyne, czego mi brakuje, to moje 17 lat.

- A zdarzają się jeszcze czarno-białe sny – jak w piosence „Nasz PRL”, którą kilka lat temu nagraliście?

- Bywa. Nie budzę się w środku nocy zlany potem, ale czasem śni mi się jakaś sytuacja z tamtego czasu. Nachodzi mnie wtedy refleksja, że za mało dymiłem. Mógłbym się bardziej dać władzy we znaki… (śmiech).

- Kiedy dziś widzi Pan obrazki z sejmu, to zastanawia się: o taką Polskę walczyliśmy? Czy szlag trafia, bo nie tak to miało być?

- Nie wszystko jest tak, jak sobie wymarzyliśmy. Zresztą – każdy kto mówi, że wtedy wierzył w wolną Polskę moim zdaniem kłamie. Byliśmy przekonani, że do końca życia będziemy w komunie, że zawsze będzie Związek Radziecki i Leonid Breżniew. Co najwyżej mieliśmy nadzieje na większy luz, mniej cenzury, lepiej zaopatrzone sklepy.

- Mnie, komuś kto w stanie wojennym ledwie zaczął chodzić, takie myślenie nie mieści się w głowie. Jak to nie marzyliście o wolnej Polsce?!

- To pomyśl tak: Związek Radziecki trwał 70 lat, my w komunie byliśmy w sumie 50, a Cesarstwo Rzymskie upadło aż po kilkuset. Myśleli, że komuna też tyle potrwa, bo była już bardzo długo. Druga rzecz – z komuną tak naprawdę walczył margines, nieliczni. Dziś mówi się, że cały naród - nie prawda. Większość chciała przetrwać do pierwszego, zarobić parę groszy i mieć święty spokój. Trudno się im dziwić – nie każdy musi być bohaterem. Wtedy naprawdę nie było śmiesznie, jak u Barei. Ludzie lądowali w pierdlu, byli wyrzucani z pracy, zaszczuwano ich, zmuszano do emigracji.

- Skoro nie było wiary, to mimo wszystko skąd wola walki?

- Walczyliśmy o siebie. O swoją prywatną wolność - żeby móc czegoś słuchać, jakoś się ubierać, mieć przekonania. Przecież wolnym człowiekiem można być nawet w więzieniu. Wolność to stan umysłu. Kraty to tylko fizyczne zniewolenie. Komuna niewoliła ducha, chciała zniewalać umysły. To nam przeszkadzało.

- Wracając do wolnej Polski…

- Najważniejsze, że jest. To, że ktoś się kłóci w telewizji, a jedna partia dopieka drugiej, to naprawdę nic wielkiego. Na tym polega demokracja. Mamy już swoich gejów, faszystów, transseksualistów i skandalistów. Mamy feministki, prawicowców, lewicowców i anarchistów. Jest pięknie i tak ma być. Jest pełen zachód. Brakuje nam chyba tylko terrorystów.

- Jest Pan z efektów zadowolony?

- Oczywiście, zawsze by się chciało, żeby w tej naszej Polsce było mniej świństw i afer. Żeby było transparentne, nie było przekupnych polityków i pokrętnych demagogów. Ale to marzenia naiwnych dzieci. Jest jak jest.

- A to, że ludzie odpowiedzialni za wprowadzenie stanu wojennego ciągle nie są osądzeni?

- To jest rzecz skandaliczna. Nie jestem za tym, żeby generał Jaruzelski gnił w więzieniu. Mógłby być osadzony na pięć minut, a potem wypuszczony. Ale powinien być osądzony, wina powinna być mu udowodniona i powiedziane głośno.

- Dziękuję za rozmowę.




Wywiad dla miesięcznika METAL HAMMER w cyklu „Porozumienie ponad podziałami”. Grudzień 2011. Metal Hammer nr 246. Z Krzysztofem Skibą rozmawia Maciej Krzywiński.



Początki twojej działalności muzycznej kojarzone są zazwyczaj z punkiem. Na starcie chciałbym więc zapytać, czy twoje zainteresowania muzyczne w latach osiemdziesiątych miały cokolwiek wspólnego z metalem?

Wiesz, w latach osiemdziesiątych za zespół metalowy uchodziło TSA, co dzisiaj może budzić śmiech. W podaniach o konfliktach punkowców z metalami z tamtych lat jest wiele przesady. Wprawdzie widziałem jakieś starcia na własne oczy, a bywałem w Jarocinie w różnych rolach: najpierw jako fan rocka, później jako rewolucjonista, wreszcie jako muzyk. Było w tym coś z młodzieżowej pseudowojny ideologicznej. Nurt punkowy był bardziej osadzony politycznie, antysystemowy, a metale ograniczali się raczej do picia piwa i słuchania cięższych dźwięków. Dziś, po latach, Jarocin chyba trochę na wyrost ma opinię festiwalu punkowego, a jednak metalu było tam dość dużo. Mimo pewnych tarć równie dobrze pamiętam wręcz bratanie się punkowców z metalami, zwłaszcza w okresie środkowego Jarocina, kiedy dookoła panował syf, a tylko na festiwalu można było posłuchać muzyki, której nie emitowano w radiu. Jarocin był enklawą, w której zdarzało się, że ortodoksyjny punk z irokezem szedł z ortodoksyjnym metalowcem na piwo. Te antagonizmy powstawały niejednokrotnie na fundamencie jakichś powtarzanych z ust do ust, niepotwierdzonych opowieści z cyklu: „grupa punków skopała dupy grupie metali, i na odwrót”. Może pojawiały się ironiczne uwagi, lekka szydera… Ale na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych oba środowiska jednoczyły się przeciwko skinheadom. Nic tak nie łączy jak wspólny wróg. W słynnym przejściu podziemnym, które w Katowicach prowadzi do Spodka, napadano na przykład na metalowców zmierzających na Metalmanię. Pewnego razu grupa skinów zaatakowała metala, który miał przy sobie bagnet. Pierwszy z brzegu skinhead został zadźgany. Pozostali uciekli, a metal był poszukiwany listem gończym, chociaż go nie odnaleziono. Dramatyczne wydarzenie, w środowiskach punkowych pojawiły się jednak głosy rozgrzeszające metala, niektórzy uważali go wręcz za bohatera. Argumentowano, że wreszcie ktoś postawił opór skinom, którzy regularnie rozbijali wówczas koncerty punkowe. Zresztą Big Cyc również tego doświadczył, zwłaszcza po premierze „Piosenki o smutnym skinie”; bywało, że na scenę fruwały butelki.

W drugiej połowie lat osiemdziesiątych związałeś się z Pomarańczową Alternatywą, która ważkie treści promowała narzędziami absurdu i farsy. Ciekawi mnie, jak z tej perspektywy zapatrywałeś się na poważne do szpiku kości – by nie powiedzieć: nadęte – pozy muzyków metalowych.

Nie oszukujmy się – teksty kapel metalowych były maksymalnie kiczowate, do dzisiaj wywołują salwy śmiechu. „Kawaleria szatana”, teksty Romka Kostrzewskiego o spijaniu krwi błony dziewiczej. My – jako grupa postpunkowa, ironicznie nastawiona właściwie do wszystkiego, co nas otaczało – uważaliśmy twórczość tych zespołów za skansen kiczu. Szczególnie okładki… Rozumiem na przykład inspirację twórczością Beksińskiego, ale ten Szatan z okładek był raczej wyciągnięty z jarmarcznych wizji piekła. Oczywiście można doszukiwać się szlachetnych inspiracji komiksem i innymi wytworami popkulturowymi, ale komiks zakłada chyba jednak kontekst nieco ironiczny, a metalowcy robili to wszystko ze śmiertelną powagą. Na początku lat dziewięćdziesiątych byłem kojarzony nie tylko jako wokalista Big Cyca, ale również jako wzięty konferansjer koncertów rockowych. Zapowiadałem zespoły na jednej z edycji festiwalu jarocińskiego, w której udział wzięli zarówno De Mono jak i Vader. Rzecz dziś nie do pomyślenia. W każdym razie jedna noc poświęcona była w całości zespołom metalowym; muszę przyznać, że o niektórych z nich nie miałem wielkiego pojęcia, więc starałem się wypytać muzyków, zanim zapowiedziałem ich występ. Grał na przykład zespół Pascal. Zapytałem o genezę nazwy i usłyszałem: „bo widzisz, my lubimy wysokie ciśnienie”. Podszedłem też do mojego późniejszego kolegi Petera z Vader, który to zespół cieszył się już lokalnym uznaniem, ale wciąż jeszcze czekał na eksplozję międzynarodowej popularności. Wtedy niektórzy wymawiali nazwę kapeli „Wader”, inni – „Wejder”, ja nie miałem pojęcia, że ma ona coś wspólnego z „Gwiezdnymi wojnami”. Kojarzyła mi się z jakimś nowym modelem Trabanta… Zapytałem więc Petera o ten szyld. Odpowiedział – cytuję dokładnie – w ten sposób: „Słuchaj Skiba… Vader… to po prostu Vader”. Nie miałem już więcej wątpliwości.

Wspominasz, że dokonania zespołów zapowiadanych w Jarocinie znałeś średnio. A czy zdarzało ci się jako melomanowi wzbogacić czasem swoją płytotekę o metalowe albumy?

Jestem wychowany na klasyce rocka, a za taką uważam Black Sabbath, Metallikę, Slayera, Sepulturę, Iron Maiden. Jednymi z klasycznych płyt, których słuchałem w latach osiemdziesiątych, były „Paranoid” i „Sabbath Bloody Sabbath”. Wprawdzie wolałem Led Zeppelin i Deep Purple, ale zmierzam do tego, że wychowywałem się nie tylko na Clashach i Sex Pistols.

Nie wiem, czy się zgodzisz, ale mam wrażenie, że na Zachodzie częstsze były mezalianse punku z metalem.

Myślę, że w polskim punk rocku pojawiały się fascynacje metalem, by wspomnieć chociażby o zespole Proletaryat. Gdy słuchasz niektórych ich albumów, zaczynasz się gubić: punk to jeszcze, czy już metal? Co więcej, na nagranej w 1993 roku płycie Big Cyca, „Wojnie plemników”, metal odbija się bardzo głośnym echem. To nasz najcięższy album. I chociaż pojawiają się na nim typowe dla nas ironia i zadziorność, to zrobiliśmy go całkiem serio. W utworze „Polska rodzina” pojawiają się absolutnie metalowe gitary. Pamiętam, że kiedyś zabrałem ten album w trasę, by odświeżyć go sobie po latach, i byłem zaskoczony, że kiedyś tak graliśmy. Później nasze brzmienie złagodniało, inkorporowaliśmy więcej elementów ska i reggae, ale tamten album był bardzo ostry zarówno politycznie, jak i – oczywiście jak na konwencję Big Cyca, bo do thrash metalu nam jednak daleko – muzycznie. Wydaje mi się, że te mądrzejsze wśród punkowych kapel przechwytywały z czasem metalowe brzmienia. W Armii niektóre rzeczy również pobrzmiewają metalowo. Moim zdaniem w punk rocku da się wychwycić więcej elementów metalowych, niż punku u zespołów metalowych. Pewnie są jakieś płyty, których nie znam, ale do takich wniosków dochodzę. Kapele hardcore’owe często nagrywały gitary metodami metalowców, by uzyskać bardziej monumentalne brzmienie. Jeśli Proletaryat zapieprzał coś o „pokoju z kulą w głowie”, to metalowe brzmienie wspomagało ważką treść.

Big Cyc wielokrotnie wykpiwał różnorodne stylistyki muzyczne – chociażby grunge w „Kraciastych koszulach” albo hip-hop Kalibra 44 w „Kolibrze 66”. A co z metalem, który z zespołów byłby najwdzięczniejszym celem?

Ależ kolego redaktorze, kolega słabo się przygotował do wywiadu… Jest taka parodia. Na drugiej płycie – „Nie wierzcie elektrykom” z 1991 roku – znalazła się piosenka „Biały miś” nagrana na wiele lat przed tym, zanim zrobił to Tymon Tymański. To parodia stylu wokalnego Piekarczyka, parodia TSA, które uchodziło wtedy za kapelę metalową. W naszym pojęciu to był typ ekspresji wokalnej generowany następującą metodą: rozbiera się kolesia do naga, przykuwa kajdankami do łóżka, a następnie polewa wrzątkiem. To Jacek znany jako Dżej Dżej – główny wokalista Big Cyca – doskonale podrobił tę manierę z drobną tylko pomocą dobrodziejstw technicznych studia nagraniowego. W tamtych czasach nabijać się z zespołu takiego jak TSA to było niczym plucie na świętość. Żeby było śmieszniej, w opisie albumu zamieściliśmy informację, że w „Białym misiu” gościnnie zaśpiewał Marek Piekarczyk. W recenzji w jednym z czołowych magazynów muzycznych – zdaje się, że w „Rock’n’Rollu”, bo „Tylko Rocka” jeszcze nie było – ukazała się recenzja, w której autor narzekał, że „Biały miś” wyszedł na tyle słabo, że nie pomógł mu nawet wokal Piekarczyka.

Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że wspomniany Dżej Dżej wizerunkiem do złudzenia przypominał metalowca.

Podobnie z resztą zespołu. Ja wprawdzie miałem krótkie nastroszone włosy, ale kolega Piękny Roman również nosił długie kłaki. W latach dziewięćdziesiątych długie pióra niekoniecznie musiały jednak oznaczać przynależność do kasty metalowców, wówczas wielu hardcore’owców zapuszczało włosy – manifestowali swoją niechęć do wcześniejszej estetyki punkowej wyglądem hippisów. W każdym razie swego czasu rzeczywiście wyglądaliśmy metalowo, ale odwróconych krzyży nigdy nie nosiliśmy.

Jesteś z wykształcenia kulturoznawcą, jak ja. Pisałem magisterkę na temat kiczu w muzyce metalowej, o który to temat już wcześniej zahaczyliśmy. Nie mogę jednak nie skorzystać z tej okazji, by nie poprosić cię o pogłębioną refleksję na ten temat.

Jako człowiek naukowo przygotowany do tematu na pewno wiesz, że kicz bywa nazywany sztuką szczęścia. Kicz powoduje, że wszystkim jest lepiej i weselej, chociaż to szczęście może być realizowane w różnych wymiarach. Jednemu szczęście da jeleń na rykowisku, a innemu kościotrup stojący w szalu nad grobem albo wizerunek diabła uśmiechającego się z tarczy księżyca. Wydaje mi się, że w Polsce podejście do muzyki rockowej w ogóle, bez klasyfikacji na podgatunki, jest zbyt koturnowe. Zbyt poważnie do tego podchodzimy. Mam wrażenie, że na Zachodzie zespoły uznawane za bardzo poważne mają ironiczny stosunek do rock’n’rolla jako elementu popkultury. Metal przecież też jest częścią popkultury, to muzyka odbierana przez miliony słuchaczy. A w popkulturze istnieje tradycja gry konwencją. Już nawet Beatlesi bardzo często robili sobie po prostu jaja. My mamy natomiast tendencję, by tej gry z konwencją nie tylko nie dostrzegać, ale i nie podejmować. Przypomniał mi się taki muzyk jak Glen Danzig. Można by się kłócić, czy bliżej mu do hard rocka czy metalu, ale dla mnie – starego punka – to metalowiec. Wiadomo skądinąd, że wcześniej parał się punkiem… W każdym razie z jego tekstów zapamiętałem bardzo dużą dozę ironii. Myślę, że i wśród twórców metalu są liczni żartownisie. Najłatwiej przekonać się o tym zresztą na stopie prywatnej. Kolega Dżej Dżej miał kiedyś małą agencję koncertową i zorganizował kilka występów zespołowi Kat. Nie było między nami podziałów mentalnych ani ideologicznych, choć pamiętam, że Dżej Dżej dość mocno przeżył organizację tych koncertów. Na starym autokarze, którym podróżowali muzycy, widniał napis „przewóz osób”, nasz gitarzysta twierdził, że w tym wypadku powinno być „przewóz zwierząt”. Otóż u nich nie dochodziło do tradycyjnych rękoczynów, jedno z nieporozumień sprawiło natomiast, że muzycy Kata – uwaga – pogryźli się. Nie metaforycznie, ale naprawdę – po szyjach, kończynach. Romek Kostrzewski prywatnie jest bardzo dowcipnym, otwartym człowiekiem z dużym dystansem do siebie i tego, co robi. W latach dziewięćdziesiątych nagrywaliśmy dla tej samej wytwórni – Silverton. Spotykaliśmy się często na różnych imprezach. Mało kto wie, że Romek jest świetnym kucharzem. Kiedy w nieistniejącym już warszawskim klubie Akwarium odbywała się feta z okazji wręczenia Big Cycowi złotej płyty za „Pierwszą komunię, drugie śniadanie, trzecią Rzeczpospolitą”, dania dla gości przygotował Roman.

Roman uchodził przez wiele lat za naczelnego polskiego satanistę. Z tronu strącił go dopiero Nergal. Jak postrzegasz protesty przeciwko jego obecności na antenie?

To absurd, bo facet nie występuje tam jako satanista ani specjalista od odgryzania główek dzieciom, tylko jako juror, który zna się na muzyce. Jest znany i kontrowersyjny, dlatego został zaproszony. Taka jest konwencja telewizji – nawet do programów śniadaniowych zaprasza się gości, których poglądy bywają sprzeczne. To nie partie polityczne i nie Kościół powinni ustalać, kto występuje w programie telewizyjnym. Z wywiadów wynika zresztą, że Nergal nie uważa się za satanistę, on mówi o sztuce, konwencji, teatrze. Ja też patrzę na to w ten sposób. Kiedyś poszliśmy całą paczką na słynny pierwszy koncert Marilyna Mansona w Polsce. Przed występem rozpętała się kompletna zadyma, pikietowali radni ZChN, obawiano się, że Marilyn będzie na scenie dymał kozę… Był jakiś koleś, który miał odciąć zasilanie w całej hali, gdyby tylko wydarzyło się podczas koncertu coś zdrożnego. Okazało się, że lider zespołu zdjął jedynie rękawiczkę. Jego też oskarżano o satanizm. Zresztą – sądząc po biografii – kontaktował się z Szandorem LaVeyem. Ja odbierałem to jednak w kategoriach wspomnianej popkultury, jako bardzo ciekawy show, widowisko. A wracając do Nergala, to jeśli założyć, że faktycznie jest satanistą, to mamy jednak do czynienia z wyznaniem religijnym. Satanista wierzy w Boga. Ja może nie jestem ateistą, ale na pewno mocno wątpię, a satanista, skoro wierzy w Szatana, musi wierzyć w Boga. To oczywiste. Nie ma Diabła bez Boga. Gdyby na tej podstawie usuwać kolegę Nergala z telewizji, to doszłoby do złamania Konstytucji i do prześladowania ze względów religijnych. Pomijając to wszystko, to wiem, co drażni wiele osób, i co również mi niespecjalnie się podoba – podarcie Biblii. Jasne, doszło do tego na zamkniętym biletowanym koncercie, ale uważam, że nie powinno się drzeć lub palić książek, bo to kojarzy się z praktykami hitlerowców i komunistów. W Związku Radzieckim za posiadanie Biblii zsyłano na Sybir. Wydaje mi się, że żadnej książki – nawet książki telefonicznej Wałbrzycha – nie należy drzeć. Skupmy się na darciu do mikrofonu.

Czy w trasie koncertowej drogi Big Cyca przecinały się z drogami zespołów metalowych? Pytam ciebie jako człowieka, który sprawia wrażenie sybaryty.

Słuchaj, jesteśmy zawsze otwarci. Wiadomo, że impreza z kapelą metalową to zawsze impreza udana. Kilka imprez odbyliśmy na przykład z Acid Drinkers. Bywało i tak, że kiedy grywaliśmy na poznańskich juwenaliach, Titus z załogą przychodzili z pobudek czysto towarzyskich. Pewnego razu zjednoczone i – przyznajmy to – nie do końca trzeźwe siły Big Cyca i Acid Drinkers zawitały do poznańskiego klubu jazzowego Blue Note. Grał tam zespół na żywo, a myśmy opanowali pół sali. Muzycy bardzo szybko zareagowali na nasze wejście – otóż zagrali „Makumbę” w wersji jazzowej. Jakiś ortodoksyjny fan jazzu oburzył się takim rozwojem wypadków. W którejś z przerw wygłosił do mikrofonu potępiającą mowę w stylu Władysława Gomułki. Że skandal, że hańba… Myśmy nie podjęli dyskusji z drętwą mową, lecz wszyscy muzycy Big Cyca i Acid Drinkers jak jeden mąż pokazali mu gołe dupy. Wywołało to entuzjazm sali, a mówca wziął swój beret i wyszedł z klubu.



SKIBA PROWOKUJE PRZED WYSTEPEM W CHICAGO!




WPROWADZĘ WIZY AMERYKANOM




Wywiad który ukazał się w nr 65 Super Expressu Chicago w dniu 24 listopada 2011 na dwa dni przed koncertem zespołu Big Cyc w Copernicus Center w Chicago.



Z Krzysztofem Skibą rozmawia Narta Kossecka-Rawicz.



Jakie uczucie masz przed koncertem w Chicago?

Oczywiście cieszę się na spotkanie z fanami z Chicago, ale jednocześnie jestem niesamowicie wkurzony na amerykański system wizowy, który w moim pojęciu jest czymś bardzo anachronicznym i nie przystającym do czasów, w których żyjemy. Amerykanie już dawno powinni znieść wizy dla Polaków. Kupujemy od USA drogie samoloty F-16, chociaż te francuskie czy izraelskie były tańsze, popieramy inicjatywy amerykańskie na arenie międzynarodowej, Polscy żołnierze walczą razem z Amerykanami w Afganistanie, polski wywiad ratuje amerykańskich agentów w Iranie, a my nadal traktowani jesteśmy jak naród, który w całości chce na lewo pracować na budowach w USA. Przyjeżdżam do Chicago zagrać koncert. Mój pobyt ma trwać zaledwie cztery dni i aby zdobyć wizę muszę odpowiadać na pytania typu w jakich latach studiowałem, ile razy byłem w USA i jakie są moje roczne dochody. Ludzie! To pachnie czystym absurdem, niczym sceny ze starych komedii z Chevy Chase’m.

Jaki repertuar zaprezentujcie polonijnej publiczności?

Zagramy wszystkie nasze większe przeboje oraz kilka nowszych piosenek. Będzie to dynamiczna, dwugodzinna dawka polskiego rocka w widowiskowym wydaniu. Jak zawsze będzie to wybór gdyż Big Cyc ma na swoim koncie szesnaście płyt i nie możemy zagrać wszystkiego, bo wówczas musielibyśmy grać non stop przez tydzień.

Nie jest to wasz pierwszy koncert w Chicago, czy dobrze wspominasz poprzednie koncerty?

Graliśmy tu już kilka razy, ale dawno nas nie było. Wracamy po paroletniej przerwie i już się cieszymy na spotkanie ze starymi znajomymi. Pamiętam nasz koncert w sali Copernicus Center w 1997 roku. Przyszło ponad dwa tysiące osób i była świetna zabawa. Niestety dwa pierwsze rzędy foteli przestały po tym koncercie istnieć. Tańcząca publiczność po prostu wyrwała je z korzeniami. Fajny był też koncert plenerowy w parku na Milwaukee kilka lat później. Pamiętam, że publiczność stale domagała się bisów i przedłużyliśmy koncert tak znacznie, że pojawiła się na scenie policja, bo było już dawno po godzinie na którą mieliśmy zezwolenie.

Czy lubisz Amerykę?

Ameryka to fascynujący kontynent, a USA to inspirujący kraj. Symbol wolności, pracy , potęgi, ale także kraj wspaniałych artystów, naukowców, pisarzy. Minęły już jednak czasy, gdy wszyscy w Polsce zachwycaliśmy się Ameryką bez głębszej refleksji. Teraz widzimy też amerykańską pychę, zakłamanie i często niestety głupotę. W Polsce nadal słucha się amerykańskich artystów, ogląda amerykańskie filmy, ale już bez większych złudzeń, że to jest jakiś wyśniony raj. Amerykańska kultura, zwyczaje, a nawet kuchnia są często w Europie wyśmiewane. Problem w tym, że Europa bacznie przygląda się Ameryce, a tymczasem sama Ameryka ma kompletnie w nosie, to czym zajmuje się i co myśli ta stara zdzira Europa.

Czy wybieracie sie tutaj na krótkie wakacje czy też od razu wracacie do Polski?

Tak jak już wspomniałem będziemy tu zaledwie cztery dni. Szybko wracamy, bo mamy sporo pracy w kraju. Właśnie ukazuje się nasza najnowsza płyta pt. „Zadzwońcie po milicje”. To pierwsza poważna płyta Big Cyca. Nagraliśmy na niej na nowo stare, podziemne rockowe kawałki z lat 80-tych. To absolutnie mało znany nurt undergroundu z czasów stanu wojennego. Mamy nadzieję, że nasza płyta będzie wydarzeniem nie tylko muzycznym. Do płyty będzie dołączona książeczka ze słownikiem opisującym hasła z czasów, gdy generał Jaruzelski rozjeżdżał czołgami „Solidarność”. Płyta ukaże się na początku grudnia, a jej współwydawcą jest Narodowe Centrum Kultury. Kilka dni temu skończyliśmy zdjęcia do teledysku, który był kręcony na terenie Stoczni Gdańskiej. W teledysku goniliśmy się z ZOMO po stoczni, aż przyszli stoczniowcy i spytali czy nam przypadkiem nie pomóc w biciu ZOMO. Oczywiście biliśmy się na niby, bo ZOMO to byli aktorzy. Czekają nas teraz liczne akcje promocyjne i koncerty. 12 grudnia pojawimy się w telewizji w specjalnym programie o stanie wojennym. Jak wiadomo mija teraz XXX rocznica przewrotu junty Jaruzelskiego i nasza płyta jest oddaniem hołdu tym wszystkim, którzy walczyli z komuną.

Czy macie z USA jakieś wspomnienia? Czy też anegdoty z poprzednich pobytów?

Wesołych historii było wiele. Kiedyś po koncercie w Chicago radiowiec Piotr Michalak zabrał nas z kumplami do klubu Red Dog. Nie mieliśmy pojęcia co to za klub. Myśleliśmy, że idziemy sobie na piwko pogadać. Okazało się, że to był klub w którym od czasu do czasu urządza się imprezy dla transwestytów. Pech chciał, że to był taki właśnie dzień. Gdy byliśmy już w środku otoczyło nas koło czterdziestu facetów przebranych za baby. Byliśmy w szoku! Muzyka w klubie była świetna, ale do kibla baliśmy się wejść.

Czym sie różni polonijna publiczność o tej polskiej?

Nie ma specjalnych różnic. Podczas koncertu w Chicago czujemy się tak samo jak w Warszawie czy Krakowie. Mamy nadzieję, że nasz koncert to będzie wielka frajda dla wszystkich, którzy się pojawią bez względu na wiek i poglądy. Gwarantujemy czadową, muzyczna balangę.

Jaka najbardziej zwariowana rzecz zdarzyła ci się w życiu?

W czasach PRL-u działałem w Pomarańczowej Alternatywie. To był spontaniczny ruch zbuntowanych młodych ludzi, którzy urządzali na ulicach happeningi ośmieszające władzę. Podczas jednej z takich akcji biegałem po ulicy z napisem „Galopująca inflacja” i Milicja Obywatelska zatrzymała mnie i moich kolegów. Potem wydaliśmy pisane w poważnym tonie oświadczenie o tym, że kłopoty gospodarcze Polski się skończyły, bowiem milicja „zatrzymała galopująca inflacje”.

Czy myślisz o karierze politycznej?

W ogóle mnie to nie interesuje. Uważam podobnie jak Witkacy, że polityka to „pomyje w kryształach”. Bycie politykiem to musi być strasznie nudne zajęcie. Każdy z nas kłamie na co dzień w drobnych, życiowych sprawach, ale politycy robią to w dawkach prawie że śmiertelnych.

Jak oceniasz obecną sytuację polityczna w Polsce?

Wbrew temu co sądzi większość polonii amerykańskiej Polska ma w tej chwili najlepszy okres w swej historii od mniej więcej 300 lat. Kraj się zmienia, buduje się autostrady, piękne stadiony na mistrzostwa w piłce nożnej, spada bezrobocie, kryzys gospodarczy nie ma u nas takiego wymiaru jak np. w Grecji czy Hiszpanii. Oczywiście jak wszędzie zdarzają się afery czy nieprawidłowości, ale to normalne. Polska wreszcie coś znaczy w polityce europejskiej. Polak jest przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Polscy studenci co rusz wygrywają światowe konkursy informatyczne, a polscy naukowcy z Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych z Warszawy dokonali niedawno odkrycia jak wykorzystać grafen do układów scalonych w komputerach. To absolutna rewolucja, gdyż grafen przewodzi prąd kilkaset razy szybciej niż miedź i znacznie lepiej niż krzem. Dzięki odkryciu Polaków komputery będą już niedługo o wiele szybsze, mniejsze i oszczędniejsze niż teraz. Po za tym odkryto w Polsce największe w Europie złoża gazu łupkowego, którego wydobycie może przemienić nasz kraj w niezwykle bogate państwo. Amerykańskie firmy już wyczuły interes i zaczynają ryć u nas pod ziemią. Za dziesięć lat będzie się opłacało obywatelom amerykańskim jechać do Polski po dobrą pracę. Pomyślimy wówczas o wizach dla tych kolesi z Waszyngtonu (śmiech).

Czy lepiej sie czujesz w roli showmana czy piosenkarza?

Określenie piosenkarz pasuje do Krzysztofa Krawczyka. Ja jestem przede wszystkim szamanem sceny, showmenem i petardą sceniczną. Kolesiem, który robi swoje w kapeli rockowej. Big Cyc to organizm, który składa się z dziesięciu ludzi. Sześciu jest na scenie. Pozostali to akustyk, techniczni i pani Kasia nasza urocza menadżerka. Wszyscy są jednakowo ważni. Zapraszam na koncert, a sami się przekonacie.



Wywiad Przemysława Guldy z Krzysztofem Skibą jaki ukazał się w Gazecie Wyborczej Trójmiasto w dniu 2 listopada 2011.




Zespół Big Cyc nagrywa wreszcie płytę na poważnie. „Zadzwońcie po milicję” to album oparty na znakomitym pomyśle – dokumentować mało znane, ale ważne utwory które powstały w latach osiemdziesiątych. Premiera płyty 13 grudnia.



Skąd pomysł takiej właśnie płyty?

Gdy mówimy o polskim rocku lat 80-tych wszystkim nam przychodzą do głowy takie zespoły jak Perfect, Maanam, TSA, Lombard, Lady Pank, czy Oddział Zamknięty. Niewiele osób wie, że poza tym kręgiem niezwykle w tamtych czasach popularnych zespołów działało także prawdziwe podziemie rockowe. Już dawno miałem pomysł, aby przypomnieć te nieco zapomniane lub całkowicie nieznane zespoły z nurtu podziemnego punk rocka i reggae. XXX rocznica wprowadzenia stanu wojennego jest ku temu świetną okazją. Wszyscy muzycy naszego zespołu wywodzą się z tego pokolenia, które widziało czołgi generała Jaruzelskiego na ulicach. Ja osobiście widziałem czołgi pod Stocznią Gdańską i rozwaloną gąsienicami bramę nr 2. Bunt wobec tamtej rzeczywistości był dla nas oczywisty. Nagranie płyty „Zadzwońcie po milicję” dokumentującej piosenki z tamtego okresu był więc dla nas bardzo ważny. To szesnasta płyta w dorobku zespołu Big Cyc i pierwsza zrobiona w konwencji całkowicie serio.

Według jakiego klucza wybieraliście piosenki?

Od razu zrezygnowaliśmy z utworów grup jednoznacznie kojarzonych z tamtym okresem takich jak Dezerter, KSU czy WC. Po pierwsze dlatego, że są to rzeczy powszechnie znane, ale także dlatego, że zespoły te nadal działają i same robią wznowienia swych archiwalnych nagrań. Zdecydowaliśmy się na utwory grup mniej znanych, co nieznaczny że mniej ważnych. Szukaliśmy też nagrań, które miały ciekawy tekst i wybijały się nieco spoza masy, standardowych buntowniczych produkcji tamtego okresu. Na naszej płycie znalazły się kompozycje zespołów takich ja Miki Mousoleum, Karcer, Cela nr 3, Brzytwa Ojca czy Współczynnik Inteligencji. Szukanie tych zakazanych dźwięków przypominało prace archeologiczne. Taśmy z tamtych czasów są nagraniami głównie z koncertów lub z prób zespołów. Zespoły antysystemowe nie miały szansy na zaproszenie do profesjonalnego studia. Nagrania zarejestrowane amatorsko są zwykle potwornie niskiej jakości. Odszyfrowanie tekstów było jak tropienie zapisów z czarnych skrzynek po wypadkach lotniczych.

Dlaczego teledysk chcieliście nakręcić właśnie w stoczni?

Nie ma lepszej scenografii dla teledysku, który nawiązuje do tematyki stanu wojennego niż tereny Stoczni Gdańskiej. Dźwigi stoczniowe to naturalny krajobraz Gdańska. Są jak świadkowie historii. Piękne, martwe żyrafy zastygłe w skamielinie czasu. Od kiedy pamiętam …zawsze nam towarzyszyły. Gdy jedziesz kolejką, czy aleją w kierunku Wrzeszcza zawsze je widzisz. Sesje zdjęciową zespołu robiliśmy na czynnym terenie stoczniowym, wśród industrialu budowanych statków oraz na słynnym wiadukcie kolejki Gdańsk Stocznia skąd rozpościera się niesamowity widok. Teledysk będzie kręcony w hali zwanej „Halą U- bottów” oraz na dachu magazynu. Oprócz zespołu w teledysku weźmie udział grupa rekonstrukcyjna San z Sanoka, która podczas rocznicowych imprez, czy filmów specjalizuje się w odtwarzaniu oddziałów ZOMO.



Tekst, który ukazał się na portalu ART-30 w sierpniu 2011.




30 pytań do Krzysztofa Skiby



1.Nie zostałbym muzykiem gdyby nie …

moi koledzy z Big Cyca

2.Gdybym nie robił tego co aktualnie robie byłbym …

terrorystą, pacjentem szpitala psychiatrycznego lub prezydentem

3.Największy wpływ wywarło na mnie …

wprowadzenie stanu wojennego, miałem 17 lat, byłem zbuntowany, wściekły i bezsilny, gdyby nie czołgi generała Jaruzelskiego pewnie byłbym tak nudny jak słoik musztardy czy zespół Blue Cafe

4.Pierwsze pieniądze zarobiłem …

mając dziesięć lat i pracując na pokazie mody jako dziecięcy model prezentujący szkolne kreacje, pokazywałem najnowsze wzory mundurków szkolnych, bluz sportowych oraz tornistrów, w przerwach tych pokazów występował iluzjonista, któremu ukradliśmy cylinder.

5.Inspiruje mnie …

ciekawe wydarzenia, które dzieją się wokół, głupota codzienności, banalne pułapki życiowe, drobiazgi z których można ulepić koszmar, błędy logiczne, demagogia polityczna, wpadki intelektualne

6.Pierwszy koncert na którym byłem …

koncert zespołu SBB na scenie Opery Leśnej w Sopocie, był to koncert towarzyszący Festiwalowi Sopockiemu, taki jazzrockowy odprysk, który był poza oficjalnym programem i który telewizja już nie filmowała, pamiętam, że gościnnie zagrał z nimi znany trębacz Andrzej Przybielski, miałem 12 lat i chodziłem do szóstej klasy szkoły podstawowej, bilety załatwił mój kumpel z podstawówki Maciek Kosycarz, chłonąłem ten występ całym organizmem, do dziś mam w oczach i uszach długie partie solowe na gitarze czy perkusji, to było takie wyzwolone, hipisowskie granie.

7.Największe znaczenie ma dla mnie …

moja rodzina…jak śpiewano kiedyś w pewnym kabarecie do którego teksty pisał Jeremi Przybora „Rodzina, rodzina, nudna gdy jest, a gdy jej nie ma samotnyś jak pies”

8.Wydałbym ostatnie pieniądze na …

dobrą książkę, środki antykoncepcyjne, czekoladę, szklankę Jacka Danielsa,

9.Mój pierwszy instrument …

panino, potem gitara, następnie harmonijka ustna, a dziś gdy już wiem, że gram na tych instrumentach beznadziejnie trzymam się już tylko mikrofonu

10.Moja dewiza życiowa to …

„powaga jest wrogiem wyobraźni” (Roland Topor)

11.Płyta, którą kupiłem ostatnio …

Nie tyle kupiłem co dostałem była to płyta z muzyka świetnego łódzkiego zespołu L.Stadt

12.Nie wyobrażam sobie dnia bez …

czytania prasy, niestety to jest moje zboczenie zawodowe

13.Musze przyznać, że …

świat jest głupszy niż myślałem

14.Mój muzyczny ideał to …

niestety nie mam muzycznego ideału, mam wiele zespołów, które mi się podobają, ale to przecież, nie jest to samo…

15.Recepta na sukces …

być innym niż wszyscy, mieć swój artystyczny charakter pisma, nikogo starać się nie naśladować, wierzyć w to co się robi, być pracowitym i konsekwentnym

16.Film wszechczasów …

Trudno wymienić jeden tak więc mała lista: „Lot nad kukułczym gniazdem” z Nicholsonem, „Lśnienie” Kubricka, „Dziecko Rosemary” i „Matnia” Polańskiego, „Ładunek 200” Bałabanowa, „Ziemia obiecana” Wajdy, „Wojna światów” Szulkina

17.Książki, które ostatnio kupiłem …

„Trans” Manueli Gretkowskiej, „Wojny narkotykowe” seria publicystyczna Krytyki Politycznej, „Czarna bezgwiezdna noc” Stephena Kinga, „Władcy chaosu” Michaela Moynihana i Didrika Soderlinda

18.Najchętniej podróżuję …

samolotem, ale niestety większość miast nie ma lotnisk

19.Najlepiej wypoczywam …

u siebie w domu na tarasie lub w ogrodzie

20.Najważniejszy zespół w historii muzyki …

Nie ma jednego najważniejszego zespołu, ale trzy się znajdą: The Beatles, The Doors, Nirvana

21.Muzyka, której nie znoszę …

Niemieckie techno czyli tzw. łupana brzmi to jak sokowirówka wrzucona do wanny z brudna wodą.

22.Nie rozstaje się z …

Notatnikiem w którym mam rozpiski koncertowe

23.W telewizji słucham …

Wiadomości politycznych i informacji gospodarczych, a także wieści ze świata kultury niestety tych ostatnich jest zdecydowanie mniej na korzyść tych dwóch pierwszych…

24.Wymarzone miejsce na wakacje …

własna wanna

25.Największy błąd …

to że poszedłem na studia o profilu humanistycznym, gdybym poszedł na ekonomię, może wiedziałbym dlaczego benzyna jest tak droga

26.Najgorsza moja cecha …

Bywam wybuchowy, ale staram się z tym walczyć. Chyba z wiekiem mi to mija. Niestety jestem też łakomczuchem, a przy mojej nadwadze może to być wysoce szkodliwe dla zdrowia.

27.Najlepsza moja cecha …

Wszyscy wokół twierdzą, że poczucie humoru i pracowitość, ale mnie to ciężko ocenić.

28.Bałbym się …

Skoczyć z Wielkiej Krokwi. Byłem tam na górze i widziałem to co Małysz oglądał przez wiele lat. Skoki to sport dla samobójców

29.Przyszłość muzyki to …

Jakiś geniusz, którego jeszcze nie znamy i który być może teraz ćwiczy sobie w piwnicy, ale wiem, że gdy z niej wyjdzie to dam nam wszystkim w dupę

30.Zawsze myślę …

Niestety: „Co by tu zjeść?”



Wywiad pod tytułem „Śmiech przez łzy” który ukazał się w kwietniowym numerze miesięcznika Machina (4/61). Rozmowę przeprowadził Marcin Staniszewski.



Po co napisaliście tę książkę? Wy – wieczni opozycjoniści gardzący oficjalnym obiegiem wydajecie historyczną cegłę ważącą dobrych parę kilogramów.

Chyba taki okres teraz nastał, że to pokolenie dojrzewa i chce ocalić od zapomnienia tamte barwne czasy – dopada nas Alzheimer. Niedawno pojawiła się świetna książka o KSU, Dezerterze, dwa lata temu Waldemar „Major" Frydrych opublikował piękny album poświęcony Pomarańczowej Alternatywie. Wiem, że Budzyński też coś pisze. Jednym z impulsów była zabawna sytuacja, która miała miejsce przy okazji świętowania 20-lecia Big Cyca. Jeden z dziennikarzy telewizyjnych przyniósł mi prezent – odbitki łódzkich akt SB na mój temat. Pomyślałem wtedy, że skoro były takowe w Łodzi to i pewnie w Gdańsku coś się znajdzie, bo przecież tam działałem w Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego i w Wolności i Pokoju. Nie myliłem się – okazało się, że do dziś przetrwało 15 teczek SB poświęconych całemu środowisku anarchistów, w tym mojej osobie. Wspólnie z Pawłem Konjem Konnakiem i Jarkiem Janiszewskim gromadziliśmy przez rok zdjęcia, materiały i wspomnienia, co nie było łatwe, bo wielu z bohaterów tamtych czasów rozpierzchło się po świecie, część umarła a jeszcze inni zaćpali i są gdzieś w kosmosie.

A może po prostu mieliście dość tych wszystkich polityków zawłaszczających sobie historię, jak Wałęsa, który twierdzi niemal, że samotnie obalił komunizm?

Pewnie po części tak, bo teraz jest moda na patriotyzm i każdy kto ma więcej niż 40-lat wypina pierś i próbuje się załapać na klika minut chwały, przy czym coraz mniej ludzi pamięta kto był kim. Bo trzeba mieć świadomość, że te czasy powoli przechodzą do odległej historii i zaciera się ich ostrość. Ostatnio jechałem z młodym taksówkarzem, który opowiadał mi o tym, że widział film „Czarny czwartek, Janek Wiśniewski padł" i pyta się mnie czy wiem, co to jest ścieżka zdrowia (ironiczne określenie tortur stosowanych przez milicję-przyp.red.). To tak jakbyś spytał dziś kogoś czy wie, co to jest Facebook... Dlatego trzeba to młodym ludziom tłumaczyć.

A było coś w tych teczkach, co cię naprawdę ruszyło?

Znalazłem tam odręczny rysunek techniczny swojego mieszkania z dokładnym opisem wnętrz – mój pokój, balkon, wejście itd. Zastanawiałem się po co im to było. Chcieli podpalić mieszkanie? Takie sytuacje się przecież zdarzały. Poczułem się bardzo dziwnie jak to zobaczyłem. Nie pokazałem tego w książce, bo moja mama dalej tam mieszka. Informacja o tym, że miałem podsłuch telefoniczny od kwietnia 1984 roku też był zaskoczeniem, bo wsadzili mnie dopiero rok później. Był też bardzo dokładny opis dojazdu do naszego domku letniskowego i relacja z jednego ze spotkań, podczas którego rozdawałem kolegom egzemplarze podziemnego pisma „Homek". Do dziś nie wiem kto mógł być wtyczką, bo przez moje mieszkanie przewinęła się masa ludzi.

W ciągu ćwierć wieku pracy artystycznej wyrobiliście sobie z Big Cycem markę pierwszych błaznów III RP i dziś nikt nie traktuje was poważnie. Czy to nie jest przypadkiem tak, że tą książką chcecie w końcu powiedzieć coś istotnego?

Pewnie tak, bo coś w tym jest, że teraz jak poruszam jakieś poważne tematy, to ludzie myślą, że sobie jaja robię. Nawet całkiem niedawno, gdy obchodziliśmy 25-lecie WiP-u (ruch Wolności i Pokój - przyp. red.) w Szczecinie to lokalni dziennikarze byli przekonani, że znalazłem się tam przypadkiem i dopiero ktoś im wytłumaczył, że byłem aktywnym działaczem tego ruchu, Ale głównym celem książki było pokazanie rzeczy, o których mało kto jednak wie. Nie zapominaj, że anarchiści i totartowcy to był margines marginesu. Nikt za nami nie przepadał – komuniści nas tępili z oczywistych względów, ale też ludzie Solidarności nie pałali do nas miłością, bo mieli poczucie że brukamy ich świętą misję swoimi absurdalnymi akcjami i happeningami. Także ruch anarchistyczny nie był do tej pory porządnie udokumentowany.

Zachowałeś sobie na pamiątkę słynną ulotkę „Uwaga zboczeniec" nawiązującą do gwałtu generała Jaruzelskiego na własnym narodzie w czasie stanu wojennego?

„Zboczeńca" nie mam niestety bo sporo rzeczy mi poginęło, albo je porozdawałem, ale w piwnicy zachowało się trochę pism opozycyjnych, takich jak „Przegięcie pały", „A capella" i „Homek".

Gdy patrzysz wstecz z perspektywy czasu, to jesteś bardziej dumny z tego, że sprzedałeś ponad dwa miliony płyt z Big Cycem, czy z tego, że brałeś udział w tych ważnych wydarzeniach czasu przełomu?

Sądzę że najlepsze rzeczy robiłem jednak wtedy, to miało pewną wagę. Poczułem, że uczestniczyłem w czymś ważnym, parę lat temu, kiedy dowiedziałem się, że na maturze z wiedzy o społeczeństwie pojawiło się pytanie o jeden z naszych najsłynniejszych happeningów: „Galopująca inflacja". Wielu ludzi wciąż traktuje nas jak jakichś odszczepieńców, ale sądzę, że nie doceniają oni roli świrów i takich działań jak Pomarańczowa Alternatywa. A to były ważne inicjatywy, bo dawały ludziom oręż do walki z reżimem. Tą bronią był śmiech i absurd. To się może wydawać naiwne, ale milicjanci naprawdę nie wiedzieli jak mają reagować, gdy nagle zostawali obsypywani landrynkami, albo kwiatami, albo gdy trafiali na armię krasnoludków śpiewającą socjalistyczne pieśni. To ich przerastało, a ludzie przestawali się bać. Tym śmiechem rozbrajali system, co było niezwykle ważne w schyłkowej fazie komuny, gdy opozycja była rozbita, zmęczeni ludzie emigrowali masowo, a gospodarka ledwo zipiała. Gdy studiowałem w Łodzi to na początku miałem dwie osoby gotowe iść na akcję, ale jak później reszta zobaczyła, że władza sobie nie radzi z tymi odjechanymi happeningami i nie reaguje na nie w zdecydowany sposób, to w zadymach brało udział i po kilka tysięcy osób. No bo wyobraź sobie jak wyglądał taki komisariat po happeningu Pomarańczowej Alternatywy, w którym brało udział nawet do 10 tys. osób – nagle areszt pełen jest krasnoludków i świrów którzy śpiewają, żartują i bawią się na całego a ci biedni milicjanci musieli to wszystko ogarnąć w ramach oficjalnych procedur. To by przerosło każdego.

A ile w tych działaniach było zabawy i choćby zwykłej chęci zaimponowania płci pięknej? Wszak krążą legendy o działaczach opozycji wyrywających tabuny dziewczyn bajerem „na opozycjonistę". W końcu mieliście wtedy po 20 lat.

Wiadomo, że była chęć zabawy i wyżycia się. Krążył nawet taki żart, że działacz Solidarności Kornel Morawiecki ukrywał się do 1991 roku, nie dlatego, że obawiał się wciąż niepewnej sytuacji politycznej, tylko nie chciał wrócić do żony zadekowany u jakiejś urodziwej opozycjonistki.

W książce jest taki fragment, w którym opisujesz jak po latach, już w wolnej Polsce, spotkałeś przypadkiem na jednym ze swoich koncertów esbeka, który aresztował cię w Jarocinie a w nowej rzeczywistości ci zasalutował. Mógłbyś się z nim napić wódki?

Występowaliśmy gdzieś w Wielkopolsce na jakiejś gminnej imprezce i zauważyłem, takiego małego ochroniarza, który do wszystkich się przymilał. Stoję przy przenośnym kibelku, a on do mnie: „Panie Krzysiu, dzień dobry. To ja pana wtedy aresztowałem". Byłem zszokowany. Wódki bym się z nim nigdy nie napił. To taka typowa ubecka metoda. Zbagatelizować, poklepać po plecach i powiedzieć: „Eee tam, było minęło, wy robiliście swoje a my swoje, ale w sumie to były wszystko wygłupy i jesteśmy kumplami, bo przecież wszyscy Polacy to jedna rodzina". Otóż nie. Miałem nawet propozycję od jednego ubeka, dziś poważnego biznesmana, żeby pójść razem na kielicha a wtedy dowiem się paru ciekawych rzeczy, kto na mnie donosił itd. Chciał nawet zasponsorować nam kilka występów, ale ja nie wchodzę w takie sytuacje.

Z ludzi, którzy działali w opozycji i byli częścią anarchistycznych ruchów tobie powodzi się chyba najlepiej. Pojawiasz się często w mediach, jesteś znany. Spotkałeś się z zazdrością dawnych kolegów albo zarzutami zdrady ideałów?

To że się pojawiam w mediach to zwykła konsekwencja zawodu, który uprawiam. Od zawsze z Konjem czuliśmy się dobrze jako animatorzy imprez rozrywkowych. Żyję na średnim europejskim poziomie, ale bez przesady. Wszak nie składałem nigdy ślubów ubóstwa. Nie czuję, że zdradziłem swoje ideały. Po 1989 roku cały czas jednak komentowaliśmy na bieżąco to co się dzieje w Polsce i byliśmy w opozycji do każdego ugrupowania, które hamowało rozwój naszej demokracji. Weźmy na przykład płytę „Wojna plemników", będącą reakcją na pomysły ZChN-u, którego działacze postulowali m.in. bicie dzieci i legalizację tortur w więzieniach albo album „Nie wierzcie elektrykom" powstały na kanwie rozczarowania prezydencją Wałęsy. Nawet nasz hit „Makumba", traktuje o poważnej sprawie – ksenofobii trawiącej polskie społeczeństwo, a piosenka „Moherowe berety” czy „Warto rozmawiać” o Janku Pospieszalskim to przecież gorące komentarze naszej garbatej rzeczywistości.

A nie masz wrażenia, że stałeś się trochę takim Jankiem Pietrzakiem pokolenia 30-latków? Nie wiadomo za bardzo dla kogo Big Cyc dziś śpiewa a i estetyka już cokolwiek wytarta...

To chyba nie byłeś dawno na naszym koncercie. Przychodzi tam mnóstwo młodych ludzi i nie narzekamy na frekwencję. My się już nie zmienimy. Ciągle interesuje nas to polityczne bagno i ta polska szarpanina o wszystko. Wiem, że to nie modne. Nic na to nie poradzę. Nikt mi nie może zarzucić, że robię kasę na śpiewaniu o polityce, bo ludzi to obchodzi coraz mniej, a my nie naginamy się do trendów, tylko od lat robimy swoje.

Jest też druga strona medalu. W wywiadach narzekasz na „kondomizację" kultury i zalew plastikiem, ale jednocześnie jesteś jej częścią.

No ja jestem raczej tym gościem, którego się boją, że pokaże dupę premierowi.

Nie jestem co do tego przekonany – występujesz w średnio ambitnych talk-showach, prowadzisz najróżniejsze gale i biesiady i nie sprawiasz wrażenia wybrednego gościa.

W talk-showach się pojawiam żeby przedstawić swoje racje, bo to jedno z niewielu miejsc, gdzie można to jeszcze skutecznie robić. Ostatnio chociażby u Tomasza Lisa w programie na żywo atakowałem Jagielskiego z Radia Zet za to, że puszcza wyłącznie chłam. Poza tym jak Big Cyc może być komercyjny skoro od dziesięciu lat nie puszcza się nas w radiu. Wielu ludzi nie wie nawet, że nasz zespół jeszcze istnieje i nagrywa płyty. Nie czuję się częścią polskiego mainstreamu.

Anarchiści mają jakikolwiek sens po przełomie w 1989 roku?

Mieli na początku, bo przecież to właśnie anarchiści walczyli o wyrzucenie z programu studiów studium wojskowego. Kiedyś to był jeden z najważniejszych egzaminów, co w praktyce oznaczało, że jakiś pułkownik decydował o twoim być albo nie być na uniwersytecie. Niewiele osób wie, że dzisiejszy minister obrony Bohdan Klich wywodzi się z krakowskiego WiP-u. To nie przypadek, że on tak bardzo nalegał na zlikwidowanie zasadniczej służby wojskowej i profesjonalizację armii. Zresztą teraz dalej ludzie chcą robić happeningi, tyle że nazywają to flash mobami, ale mechanizm jest ten sam – zwrócić uwagę na coś istotnego poprzez działania artystyczne. Zmienił się tylko kontekst – dziś nie kpimy z systemu totalitarnego tylko np. z konsumpcjonizmu. Z drugiej strony śmieszą mnie młodzi anarchiści, którzy w internecie biadolą nad faktem, że hipermarkety ich zniewalają. Bo ja wywodzę się z pokolenia, które przez lata widziało gołe półki w sklepach. Kłopot polega też na tym, że teraz nie można robić happeningów w stylu Pomarańczowej Alternatywy, bo zmieniła się sama ulica. Jak dziś wypuściłbyś pomarańczowe krasnoludki w kolorowe miasto to nikt by nie zwróciłby na nie uwagi, albo ludzie pomyliliby je z kampanią reklamową telefonii Orange. Zresztą mieliśmy nawet taki przypadek. Robiliśmy niedawno happening „Otwarcie muzeum trzeciej wojny światowej" rozdając na ulicy słoiki z prochami współczesnych miast i nagle wmieszaliśmy się w grupę młodych ludzi rozdającą jakieś ulotki. Byli ubrani na pomarańczowo i kompletnie zdębieli gdy to my zaczęliśmy im coś dawać.

A Palikot jest dla ciebie anarchistą?

To jest bardzo sprytny człowiek, który potrafi doskonale analizować rynek i wie co się dobrze sprzedaje na poletku biznesowo-politycznym, choć ostatnio instynkt chyba go zawiódł bo jego nowa partia nie wygląda jakby miała przejąć władzę w kraju. Ale chyba jako pierwszy wprowadził do sejmu happeningi i trochę ożywił świat polityki.

Czym się różnisz od Palikota? Posługujecie się tą samą estetyką szoku i skandalu używając happeningów do swoich celów.

Palikot nie jest rockandrollowy i nie ma tego etosu co my. Nie róbmy też z Big Cyca partii politycznej. My robimy po prostu rockowy show.

No dobra, ale w gruncie rzeczy tak bardzo się nie różnicie – on sprzedaje politykę a wy muzykę.

Ale polityka nie jest dobrem kultury, tylko organizowaniem życia. W gruncie rzeczy Palikot mi nie przeszkadza jakoś specjalnie. Niektóre jego akcje były zabawne, a nawet potrzebne. Nie cierpiałem demagogów Leppera i Giertycha. Palikot przynajmniej jest kolorowy.



Wywiad, który ukazał się w marcu 2011 w „The Polish Observer” w Londynie. Z Krzysztofem Skibą rozmawia Janusz Młynarski.



Przepraszam, że tak przez „wy”, ale zwracam się do nie tylko do ciebie, lecz również zespołu; skąd ta nazwa „Big Cyc”? Czyżbyście gustowali raczej w biuściastych kobietach? Nie boicie się, że jakiś „mały cyc”, lub „cyce” wytoczą wam proces o dyskryminację – teraz to takie modne.

Nazwa jest wymyślona w czasach gdy nikogo duże cycki nie obrażały. Nasza motywacja była jak najbardziej szlachetna, a nie seksistowska. Jak wiadomo każdy noworodek posiada instynkt ssania piersi matki. Bez tego instynktu gatunek by nie przetrwał. My pochodzimy z pokolenia, które było karmione naturalną piersią, a nie sztucznym mlekiem z butelki. Jest udowodnione naukowo, że dziecko karmione piersią chowa się o wiele lepiej. Ma lepszy zgryz, inteligencję i więź z matką. Nasza nazwa miała propagować powrót do naturalnego karmienia piersią. Przez lata była symbolem walki z głupkowatą modą na smoczki. To typowe, męskie uwielbienie dla kobiecych piersi zaczyna się jak widać w okresie niemowlęcym. Jednym przechodzi, innym nie. Nam nie przeszło.

Ciekaw jestem czy w stolicy poprawności politycznej, jaką jest Londyn odważycie się zaśpiewać „Makumbę” i „Berlin Zachodni”? I przy okazji: czy ta poprawność nie zbliżyła się już do granic absurdu?

Berlin Zachodni to piosenka po polskich pionierach kapitalizmu, którzy przemycając papierosy do Berlina Zachodniego tworzyli podstawy nowego ustroju gospodarczego Polski. To hymn wszystkich przemytników tamtego heroicznego okresu. Piosenka absolutnie historyczna i nie rozumiem dlaczego miałaby kogoś obrazić. W Niemczech bardzo się podobała, bo obywatele znad Renu uwielbiali przemycane przez Polaków fajki, gdyż były konkurencyjnie tanie. Co do „Makumby” to jest to zdecydowanie piosenka antyrasistowska. Opowiada historię czarnoskórego studenta, który przybył nad Wisłę by pobierać nauki. Nie wszystko było tak piękne jak sobie wyobrażał. Miał liczne przygody, także te nieprzyjemne. Pobili go skinheadzi, ale zakochał się w Polce która „miała długie nogi”. Była miłość ,ślub i dzieci. Makumba dorobił się mieszkania oraz bulteriera i wrósł w polski krajobraz tak bardzo, że postanowił zapisać się do narodowej partii politycznej. To taki reportaż z typowych losów czarnoskórych studentów w Polsce. Jeśli są tam złośliwości to tylko pod adresem niektórych naszych, mało tolerancyjnych rodaków. Ta piosenka była przed laty przebojem w ponad 250 rozgłośniach radiowych w Polsce więc oczywiście ją zagramy, a co do szału na poprawność polityczną to rzeczywiście momentami przypomina to sen wariata. Anglicy znani są z radykalnego poczucia humoru więc myślę, że Big Cyc ze swoim ładunkiem wrodzonej ironii nie będzie dla nich przesoloną potrawą.

Czy zaprosiliście na swój koncert Isabel Marcinkiewicz, bohaterkę jednego z waszych songów?

Piosenka o Izabel jest moim indywidualnym wybrykiem, a nie dziełem zespołu. Napisałem ją pod swoim szyldem, gdyż bardzo rozczuliła mnie historia tej słodkiej pary. To było w okresie gdy Izabel pisała swe słynne, grafomańskie wiersze i turlała się po stole w studiu telewizyjnym TVN, a media pisały o romansie z premierem niemal codziennie. Nigdy wcześniej w historii Polski nie zdarzyło się aby ktoś, kto był premierem i politykiem pierwszej ligi, wdał się w taka żałosną kabałę. To było absolutnie nowe zjawisko w polskim życiu publicznym. Przykład jak mało dziś znaczą deklaracje ideowe wygłaszane przez polityków. To piosenka o hipokryzji i o tym, że brakuje nam dziś polityków wielkiego formatu, a jedyne co się trafia to karierowicz z Gorzowa. Ale cóż…życie płynie i mam nadzieję, że Izabel i Kazio będą szaleć na naszym koncercie w pierwszym rzędzie

Miałeś jakiś emigracyjny epizod w swoim życiu? Jakieś saksy w rodzaju: zmywak, budowa, cokolwiek?

Nikt z Big Cyca nie był nigdy emigrantem. Za komuny jako notowany już opozycjonista miałem zakaz wyjazdów i liczne odmowy wydania paszportu, a wolnej Polsce zrobiło się fajnie i takie świry jak my nie musiały nigdzie wyjeżdżać. Mamy to szczęście, że od wielu lat utrzymujemy się z działalności artystycznej. Na początku naszej muzycznej drogi, gdy nie było z tego żadnych dochodów, to byliśmy jeszcze studentami, którzy chwytali się różnych przypadkowych prac. Ja podczas studiów pracowałem jako sprzątacz w akademiku. Czyściłem trawniki z psich gówien i damskich podpasek. Studenci do dziś mają zwyczaj wyrzucania dziwnych rzeczy przez okno. Loty podpasek mieściły się jak najbardziej w tym nurcie. Nieco później było już lepiej. Dżej Dżej i Dżery przez krótki czas pracowali w radiu gdzie robili audycje muzyczne, a ja pisywałem w gazecie felietony (do dziś mam swoja rubrykę w tygodniku Wprost). To co nas ominęło spotkało za to wielu innych muzyków z Polski. Wiem, że na budowie w Anglii pracował np. Muniek z T.Love, a przy zbiorze truskawek w Niemczech wokalista Grabaż z grupy Pidżama Porno. Z kolei legenda estrady Krzysztof Krawczyk naprawiał dachy w USA. A tak przy okazji to uważam, że praca w knajpie to nic uwłaczającego. Słynny dowódca polskiej brygady pancernej generał Maczek pracował po wojnie w Anglii jako barman.

Zdarzały wam się takie sytuacje, że przed koncertem przychodził do was jakiś urzędnik np. z magistratu i mówił: „Panie Krzysiu, tylko, żeby nic o moherach nie było, żeby pan spodni ściągał i kurwami nie rzucał”?

Czasem gdy gramy otwarty koncert w jakimś mały miasteczku pojawiają się tacy nawiedzeni działacze od spraw kultury. Zwykle uspokaja ich nasza menadżerka, która cierpliwie wyjaśnia, że nie ma się czego obawiać. Podaje im sole trzeźwiące, zieloną herbatkę i łagodnie tłumaczy. Zdarzają się też całkowicie odwrotne sytuacje. Pamiętam jak kilka lat temu graliśmy na zlocie fanów motocykli i tam żądano abyśmy grali nasze najbardziej radykalne numery, a mnie przekonywano, abym w ostrych słowach wygłosił całą brutalną prawdę o życiu. Zrobiliśmy to z przyjemnością. Warto przy tej okazji dodać, że piosenka o „Moherowych beretach” była za rządów PiS cenzurowana w państwowych mediach m.in. w telewizji gdzie wielokrotnie odmówiono nam prezentacji teledysku.

Co się dzieje z polskimi buntownikami: Maleńczuk śpiewa arie z operetek i covery, Kukiz nawrócił się i pewnie niedługo zaśpiewa w Arce Noego. Czy to może okazać się zaraźliwe i np. pewnego dnia wystąpicie z hymnem ku czci ojca Dyrektora?

Tak już szykujemy serię pieśni pochwalnych o polskich biskupach, którzy całe zło świata upatrują w zapłodnieniu metodą In vitro, feminizmie, gejach oraz w… prezerwatywach. Ostatnio wybuchła afera w Koninie, bo okazało się, że tam urodził się wynalazca prezerwatywy. W rocznicę jego urodzin miejscowa młodzież uczciła ten fakt zakładając sporej wielkości gumę na stojąca w centrum miasta fontannę o kształtach fallicznych. Oburzenie władz kościelnych i świeckich było natychmiastowe. Grając koncert z Big Cycem w Londynie chyba zadedykujemy Koninowi piosenkę „Załóż gumę na instrument”. A tak przy okazji to zapraszam 26 marca do O2 Shepherds Bush Empire na koncert zespołów Big Cyc i Czarno Czarni. Będzie wesoła, rockowa impreza jakiej Londyn nie widział od czasów gdy Elton John ujawnił, że chce adoptować Violettę Villas jako swojego drugiego nieślubnego synka.



Wywiad jak ukazał się w piśmie PANORAMA w Londynie w lutym 2011. Rozmawiają Joanna Szałasz i Ilona Korzeniowska.



Stałeś się dla wielu rocknadrollowym sumieniem polskiego narodu. Jak się czujesz w tym ubranku? Zapraszają Cię do różnych programów publicystycznych, żebyś komentował polityczne fakty. Teksty Big Cyca obfitują w ironiczne komentarze do polskiej rzeczywistości. Coś zostało w Tobie z punka?

Odp: Przede wszystkim nie uważam siebie za rockowe sumienie narodu, ani za nie rockowe też. Jak każdy młody i wrażliwy chłopiec patrzę po prostu krytycznym okiem na to co się wokół mnie dzieje, a że wychodzą z tego czasem piosenki czy akcje happeningowe jest konsekwencją wybranej przeze mnie formy aktywności artystycznej. Nigdy nie byłem punkiem choć zdarzało mi się być radykalnym anarchistą. No cóż można powiedzieć, że starzy anarchiści mieli sporo racji mówiąc, że władza demoralizuje nawet najbardziej szlachetnych …co widzimy przecież nie tylko w Polsce.

A czy obecne czasy skłaniają nadal do śmiechu, czy już bardziej do płaczu?

Odp. Do śmiechu i do płaczu jednocześnie skłaniają Polskie Koleje Państwowe, które podczas tegorocznej zimy poddały się bez walki. Poległy jak Werhmacht pod Stalingradem. To co się działo na kolei w czas śniegu i zawieruchy to absurd rodem z opowiadań Mrożka. Polska się zmienia, ale PKP nie. Macie szczęście, że w Londynie jesteście od nich daleko.

Kiedy Wasze teksty padały na podatniejszy grunt, bardziej przemawiały do odbiorców: na początku istnienia zespołu czy teraz? Pytam, bo zastanawiam się, czy nadal warto szokować swoim zachowaniem, by wskazywać na pewne zjawiska, skoro w dzisiejszej rzeczywistości na tyle przyzwyczailiśmy się do szoku i prowokacji stosowanych jako narzędzie kreowania się przez gwiazdy, celebrytów, że już to na nas nie działa?

Odp: Big Cyc jeśli szokował to kryły się za tym zawsze szczere intencje zwrócenia uwagi na jakiś problem społeczny czy polityczny. Tymczasem dzisiaj szokuje się dla tandetnej reklamy. Jesteśmy ostatnim zespołem w Polsce, który nie powstał w wyniku castingu, który nie ma blond wokalistki z silikonowymi cyckami i który nie jest produktem jakiegoś kiczowatego konkursu w telewizji. Jesteśmy partyzantami rockowego śmiechu i uprawiamy tę działkę od ponad 23 lat. Nadal będziemy robić po prostu swoje bez względu na to czy słuchają nas trzy osoby czy sto tysięcy.

W czym zespołowi przeszkadza ojciec Rydzyk? A może jest przeciwnie – tak ciekawe osobistości polskiego życia publicznego są tylko woda na młyn w rozwoju członków Big Cyca jako artystów?

Odp. Wpływ ojca Rydzyka na rozwój Big Cyca uważam za wielce przesadzony. Owszem jego wypowiedzi i postawa polityczna zainspirowała nas do napisania pewnej piosenki, która stała się hitem w Internecie i ściągnęło ją prawie 3 mln osób. Wykorzystaliśmy tez jego barwną frazę „Nie nazywajmy szambo perfumerią” z roku 2009 w odniesieniu do działalności publicznej pani Marii Kaczyńskiej, żony prezydenta. Tytuł naszej 15 płyty wydanej dwa lata temu brzmiał „Szambo i perfumeria”. To było dosyć trafne określenie sytuacji politycznej w kraju. Chciałby podkreślić, że ojciec Rydzyk nam absolutnie nie przeszkadza, ale pewnie my przeszkadzamy jemu.

Dlaczego wolicie śpiewać o krzyżu i moherowych beretach, zamiast o np. o marce nowych nart premiera Tuska? Berety bardziej inspirują muzycznie?

Odp. Hola! Hola! Piosenki o krzyżu nigdy nie napisaliśmy. Nasz najnowszy numer który polecam na You Tube pt „Warto rozmawiać” jest o Janku Pospieszalskim propagandowym dziennikarzu znanym z manipulacji i stawiania wysoce kontrowersyjnych tez. Ten facet podsyca nienawiść w Polsce udając obiektywnego obserwatora. Nasza piosenka musiała zrobić wrażenie, bo program mu zdjęto z anteny. A o Platformie czyli Platfusach śpiewaliśmy dosyć złośliwie w piosence „Szambo i perfumeria”.

Planujecie nagrać płytę poświęconą tragedii smoleńskiej? Byli już tacy, którzy próbowali „wyśpiewać” swój ból po tej tragedii, teraz podobno powstaje film fabularny – a Wy nic? Naród polski czeka...

Odp. Mówiąc serio ta katastrofa nie wydaje mi się dobrym tematem na nasza piosenkę. Jeśli ktoś to czuje to proszę bardzo. Obawiam się jednak, że tragedia w Smolensku obrasta narodowymi mitami i patriotycznym zadęciem, który może wydać z siebie raczej kiczowate półprodukty artystyczne. W Internecie pewien facet sprzedaje makabryczne obrazy olejne poświecone temu dramatowi. Jest to robione w poetyce Jeleń na rykowisku i mniemam, że motywacją jest mamona, a nie prawdziwy ból czy smutek.

Które z ostatnich wydarzeń w polskiej polityce i życiu społecznym najbardziej rozśmieszyły Krzysztofa Skibę?

Odp: Polityk PO Miro Drzewiecki zamieszany w aferę hazardową grając w USA w golfa powiedział dziennikarzowi, że Polska to dziki kraj. Oczywiście następnego dnia tę wypowiedź zacytowały wszystkie polskie media. Po powrocie do kraju Miro zarzekał się, że Polska nie jest jednak dzikim krajem. To ze starych historii, a z nowszych zabawne było to, że dla prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego, który przybył na obrady Szczytu Waimarskiego do Polski zabrakło….parasola. Nasz prezydent i Angela Merkel stali pod dużym parasolem trzymany przez kogoś z ochrony tymczasem prezydent Francji mókł na deszczu i miał niewyraźna minę. Komorowski i Merkel są wyżsi od Sarkozy’ego więc dali mu szansę by urósł na deszczu.

A polski tak zwany showbiznes – śmieszy?

Odp: W polskim show biznesie żądza teraz plastikowe panienki w lateksach, które naśladują swe amerykańskie koleżanki w stylu Lady Ga Gi. My na szczęście zawsze byliśmy od tego z daleka co nie znaczy, że nie znamy wiele z nich. Dziś wykonawcę sprzedaje się jak gumę do żucia czy worek ziemniaków. To jest towar do szybkiej konsumpcji jak hamburger czy frytki. Problem polega na tym, ze jak ktoś nie ma osobowości to choćby najlepiej go opakowali jest po jakimś czasie niestrawny.

Czy zdarza Ci się spotykać w różnych okolicznościach osoby, którym tekstami piosenek czy wypowiedziami zalazłeś za skórę? Jeśli tak, to jak reagują podczas takiego „przypadkowego” spotkania – atakują czy raczej są speszeni?

Odp. Chyba przesadzasz….wpływ piosenek na prawdziwe życie jest przecież niewielki. Być może niektóre nasze piosenki denerwowały czy wkurzały jakiś ludzi, ale oni nie przychodzą na nasze koncerty, a często po prostu nie słuchają takiej muzyki. Zdarzyło się kilka razy, ze jacyś nawiedzeni osobnicy namiętnie chcieli polemizować z radykalny przesłaniem kilku naszych utworów, ale mieliśmy na to sposób. Zawsze takich osobników upijaliśmy i już po kilku głębszych stawali się naszymi wielkimi fanami.

Czy Skiba przez te ponad 20 lat złagodnial? Bo chyba ostatnio zdarza ci się słyszeć od rozmówców, że myśleli, że jesteś bardziej agresywny.

Odp. Agresywny to ja byłem w stanie wojennym gdy generał Jaruzelski zabrał nam wszystkim Teleranek. Ta agresja była czymś naturalnym, buntem przeciwko dyktaturze wojskowych. Teraz mamy w Polsce wiele agresji słownej, a ja odczuwam potrzebę lansowania postaw z nurtu freedom, love and peace. A być może prawda jest taka, że na stare lata zgłupiałem i złagodniałem. Czas i zdobyte doświadczenie uczą postaw wybaczających. Nie zamierzam nikomu skakać do oczu, co nie oznacza, że nie będę mówił o tym, co mi się nie podoba.

Jak człowiek o duszy rokandrollowca odnajduje się w dziennikarskiej dyscyplinie? Co tydzień piszesz felietony, które mieszczą się w określonej ilości znaków. Łatwo pogodzić życie rockmana i felietonisty?

Odp. Felietony piszę od bardzo dawna. Już w latach 80-tych pisywałem podobne teksty do prasy podziemnej. Później przez wiele lat miałem felietony w różnych pismach. Od ponad ośmiu lat stale goszczę na łamach Wprost. Felieton to moja ulubiona forma wypowiedzi, bo łączy to co poważne, z tym co nie poważne. To szlachetna struktura literacka w której pod płaszczykiem wygłupu przemyca się treści ważkie. Dzięki temu, że uprawiam różne dyscypliny zawodowe nie mam czasu na nudę.

A czy za kilka lat widzisz siebie, jak by niektórzy chcieli, bardziej poważnego: może w garniturze, może nie tak głośny?

Odp: Nikt, ale to absolutnie nikt nie chce Skiby super serio. Gdy raz taki byłem w pewnym programie telewizyjnym to wszyscy mieli do mnie pretensje. Gdy wygrałem test historyczny w telewizji dotyczący II wojny światowej, a w teście tym na oczach milionów widzów brali udział bardzo znani politycy, dziennikarze i artyści…to wszyscy byli niezmiernie zaskoczeni, ale wówczas bycie poważnym choć na krótko przyniosło efekty. Powiem tak. Ja się uważam za człowieka, który jest super poważny tylko, że jak już mówię coś na serio to…wszyscy się śmieją.

A wracasz czasem myślami do swoich wywołujących lawinę komentarzy i często falę krytyki happeningów? Nie żałujesz którejś akcji? Pokazałeś pośladki Jerzemu Buzkowi, a teraz jest on przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Czy historia nie weryfikuje czasem twoich inicjatyw, wystawiając im negatywną notę?

Odp. Premier Buzek był raczej słabym premierem, co nie oznacza, że jest złym przewodniczącym PE. To niesamowite jak po klęsce swojego ugrupowania (AWS) które nie weszło do parlamentu, szybko odbudował swoja pozycję. Życzę mu wszystkiego dobrego. Należy pamiętać o tym, że ja robiłem wiele happeningów z Pomarańczową Alternatywą w latach 80-tych. O tych akcjach pisze się dziś książki i kręci filmy poważne dokumentalne, tymczasem wszyscy dziennikarze zawsze pytają o goły tyłek. W Anglii Elton John też pokazał tyłek podczas swojego urodzinowego koncertu, Iggy Pop ściągał gacie na co drugim koncercie, Ozzy Osbourne pokazał goła dupę nawet podczas koncertu w Polsce i to w tym samym katowickim Spodku co ja. Nikt z kronikarzy rocka nie wystawił im z tego tytułu negatywnej noty. Uznano to za naturalną ekspresję artystyczną. U nas goła dupa pokazana 12 lat temu wciąż jest czymś strasznym i niesamowitym. No cóż nie wiem czy wiecie, ale mam naśladowców. Pewna znana aktorka wbrew intencji reżysera pokazała goły tyłek podczas premiery spektaklu w Warszawie. W mediach zawrzało, a aktorkę wywalono z Teatru.

Czy bycie takim „świrem” nie przeszkadzało nigdy Twojej rodzinie? Żona nie powiedziala nigdy „Kochanie, teraz już przegiąłeś”? Synowie nigdy nie doświadczyli przykrości ze strony rówieśników?

Odp: Moja rodzina nie zwraca większej uwagi na to co robię. Nie jestem dla nich świrem z telewizji tylko mężem i tatą. Nie ma nic gorszego niż artysta zamęczający własną twórczością najbliższych. Nie pomylę się wiele jeśli powiem, że moi synowie i żona kompletnie nie orientują się co akurat robię. Mają swoje sprawy. Żona jest przekonana, że występuję w operetce, a synowie, że jestem postacią z komiksu.

Czego można spodziewać się po Waszym londyńskim występie? Czym zaskoczycie polonijną publiczność?

Odp: Mogę zapewnić, że nie będzie ściągania gaci! Natomiast możecie spodziewać się powtórki z bombardowania Londynu. Zagramy tak, że metro londyńskie stanie, a lokatorzy Downing Street dostaną umysłowej biegunki. Zapraszam wszystkich na koncert, bo zabawa będzie jak lot w kosmos bez karty rowerowej. Howg!




2010




„Gacie w dół, pieniądze na stół!”

Nad ciężką pracą celebrytów w rozmowie z WP zastanawia się felietonista, satyryk, showmen, lider zespołu Big Cyc Krzysztof Skiba.
Wywiad ukazał się w grudniu 2010 na portalu Wirtualna Polska. Ze Skibą rozmawiał Jarosław Kurek.


Jesteś celebrytą?

Nie, nie uważam się za celebrytę. Typowi celebryci to, jak wiadomo, ludzie znani z tego, że są znani. Dbający o lans, bywający na bankietach, zabiegający o obecność w kolorowych pismach i plotkarskich programach telewizyjnych. Wywołujący skandale zachowaniem i wypowiedziami. Ja jestem z czasów, gdy skandale miały wymiar artystyczny. Dziś mają przede wszystkim obyczajowy.

Nie lansujesz się, nie bywasz?

Zdarza mi się bywać, gdy zostanę zaproszony. Niedawno byłem w warszawskim klubie Loft 44 na imprezie „So Rich, So Pretty”. To przykład typowego celebryckiego eventu. Znane twarze, topowe ciuchy i samochody, drogie trunki. Rynek celebrytów poza Warszawą jest zresztą, nawiasem mówiąc, mikroskopijny. Kto ma zamiar realizować się jako celebryta, musi mieszkać w stolicy.

Nie jesteś celebrytą, ale znasz ten świat i obserwujesz go. Przykłady polskich celebrytów to…

Na pewno Jola Rutowicz. Męskim typem celebryty jest obecnie Radek Majdan. Zakończył karierę sportową i wyczuł, że dobrze jest być znanym. Poza tym uczestnicy programów w rodzaju Big Brothera czy Idola, modelki, aktorzy, prezenterzy telewizyjni, konferansjerzy. Zdarza się, że ktoś jest celebrytą okresowym. Niekiedy nawet wbrew swojej woli. Stał się znany, a media robią z niego celebrytę, żeby podnieść sobie nakład czy poprawić oglądalność. Był okres, w którym o celebrytyzm zahaczał Piotr Rubik. Także działania byłego premiera Marcinkiewicza i jego partnerki miewały celebrycki odcień.

Powiedziałeś, że dobrze jest być znanym. Dlaczego?

Idą za tym konkretne profity: znajomości w świecie mediów, producentów, reklamy. Te kontakty mają finansowy wymiar. Celebryta, żeby nie wypaść z obiegu, musi w siebie inwestować. Nie można być biednym celebrytą. To się wyklucza.

Ciężka jest praca celebryty?

Diabelnie ciężka. Musi bardzo o siebie dbać – albo przesadnie nie dbać, to zależy od strategii (śmiech). O fryzurę, szczegóły ubioru, zachowanie. Jak powiedzieliśmy wcześniej – musi bywać, by nie wypaść z obiegu. Pojawiać się w TV i gazetach, bez których jego gwiazda szybko zgaśnie. Zabiegać o to, by od czasu do czasu zaintrygować zwichniętą nogą, nową fryzurą, nowym narzeczonym.

Czy to może być sposób na życie?

Więcej – to musi być sposób na życie. Bycie celebrytą pociąga za sobą konieczność ciągłego eksponowania siebie. Nie tylko za pomocą zdjęć, ale i za pomocą słów. Celebryta jest gotów do mówienia o sobie: o swoich chorobach, znajomościach, alkoholowych problemach, kontaktach z rodzicami, operacjach plastycznych. Jego życie staje się towarem. Jak w filmie: wszystko na sprzedaż. „Gacie w dół, pieniądze na stół!” – mógłby zawołać współczesny celebryta.

A te wszystkie choroby, romanse, tragedie… one dzieją się naprawdę?

Zdarza się, że naprawdę, a zdarza się, że są elementem strategii menedżerów. Klasycznym reklamowym chwytem jest tzw. „ustawka”. Paparazzi dostają cynk, że o tej i o tej porze, u tego i tego jubilera w Londynie celebryta będzie kupował swojej wybrance pierścionek zaręczynowy. Albo że będzie przechadzał się nad rzeką. Później możemy podziwiać zdjęcia zrobione „przypadkowo” przez wszędobylskich reporterów.
Zdarza się też, że jakiś tabloid przegnie pałę. Opublikuje na przykład zdjęcie aktora udzielającego wywiadu ładnej dziennikarce i dorobi do tego historię o zdradzanej żonie. Taka historia spotkała niedawno Andrzeja Grabowskiego, który zresztą klasycznych cech celebryty nie posiada.


Wtedy sprawa wędruje do sądu…

Wędruje do sądu i nawet jeśli tabloid przegrywa, to i tak inne tabloidy mają o czym pisać. W sumie więc są do przodu (smiech).

Są jakieś klasy celebrytów? W ich świecie obowiązuje jakaś hierarchia?

Naturalnie. Są celebryci lokalni, krajowi, światowi. Klasycznym przykładem celebrytki światowej może być Paris Hilton. Gdy niedawno w Polsce gościła Caroline Wozniacki, aktualny numer jeden damskiego tenisa, polskie media też usiłowały zrobić z niej celebrytkę. W blasku bijącym od goszczących u nas światowych celebrytów starają się czasami pokazać celebryci rodzimego chowu. Z różnym skutkiem. Czasami wypada to dość zabawnie. Co ciekawe, termin celebrities ma na Zachodzie nieco inne znaczenie niż w naszym pięknym kraju. Tutaj słowo „celebryta” ma lekko pejoratywny wydźwięk. Tam nie. Nikt nie obruszy się za nazwanie go celebrytą.

Skąd się właściwie biorą celebryci?

W dużym stopniu tworzą ich media: prasa, telewizja, Internet. Dzisiaj wszystko jest na pokaz. Kto jest gotów obnażyć się, psychicznie i fizycznie, już może stać się celebrytą, choćby na pięć minut. Kiedyś nie było możliwe przekroczenie pewnej bariery intymności. Uchylano tylko rąbka tajemnicy. Dziś nie wystarczy uchylić rąbka – wszystko trzeba robić przy otwartej kurtynie jak np. swego czasu Michał Wiśniewski, który wpuścił sto kamer do swojego domu (śmiech).



Skiba w Muzeum

O happeningach, akcjach artystycznych i Muzeum Polskiego Rocka z Krzysztofem Skibą rozmawia Lucyna Kwas.
Wywiad który ukazał się w katalogu Stowarzyszenia Instytut Polskiego Rocka. Październik 2010. Gdańsk.


– Zaczynałeś w Pomarańczowej Alternatywie. Stąd Twoja skłonność do ekscentrycznych akcji i happeningów?

– Mam to we krwi. Lata 80. to były smutne czasy, w których każda osoba odbiegająca wyglądem czy myśleniem od przyjętych norm stawała się automatycznie podejrzana. Wszystko musiało być podporządkowane systemowi i przez niego kontrolowane. Waldemar Fydrych „Major” – inicjator Pomarańczowej Alternatywy – wymyślił malowanie krasnoludków na murach i władza zastanawiała się, co też takiego te krasnoludki mogą oznaczać. Obawiano się, że krasnoludki mogą być przeciwko władzy. Gdy w formie akcji ulicznych przebierańcy krasnoludkowi pojawili się na ulicy, byli ścigani jak najwięksi zbrodniarze. Totalny absurd! System, który przy pomocy policji goni się z krasnoludkami po ulicach musi upaść.

– Dziś absurdów wokół nas też nie brakuje!

– Oczywiście. Dlatego nadal czasem robimy happeningi, takie jak Lepper Party, podczas którego blokowaliśmy ulicę Tkacką za pomocą papieru toaletowego, Łapówa Party, kiedy to domagaliśmy się legalizacji łapówek, czy Międzynarodowy Dzień Blondynki, podczas którego domagaliśmy się wprowadzenia na terenie Unii Europejskiej oraz reszty świata nowego święta.

– Mam wrażenie, że wasze stare happeningi i akcje z lat 80. były bardziej polityczne, zaangażowane i ideowe, a te obecne są nieco bardziej rozrywkowe, może nawet nieco komercyjne. Mam na myśli zarówno Twoje dawne akcje w łódzkiej Galerii Działań Maniakalnych, jak i boje Konja w gdańskim Totarcie. To była rewolucja, a to, co teraz robicie, to raczej tylko zabawa…

– To mylne wyobrażenie. Oczywiście wspólnie z Konjem, między innymi dzięki programowi telewizyjnemu „Lalamido”, który był hitem w latach 90. i do dziś jest uważany za program kultowy, jesteśmy postrzegani jako postacie ze świata rozrywki. Wiele osób nie ma pojęcia, czym zajmowaliśmy się w latach 80. Przy okazji imprez w Rock Cafe i w klubie Yesterday w Gdańsku, które słusznie są kojarzone z naszymi postaciami, zdarzało nam się robić programy i happeningi czysto rozrywkowe, takie jak Festiwal Zer naśmiewający się z gwiazd festiwalu w Opolu, happening szydzący z polskiej mody na Małysza Pozwólcie Utyć Małyszowi czy wyśmiewający bazarową kulturę Międzynarodowy Dzień Dresiarza. Jednak wiele happeningów to komentarze do politycznej rzeczywistości, na przykład Skok na kasę, który odbył się w zeszłym roku na plaży w Brzeźnie przy okazji otwarcia wystawy poświęconej Pomarańczowej Alternatywie, czy naprawdę udany happening pod tytułem Muzeum III Wojny Światowej, który zorganizowaliśmy jako „stara” Pomarańczowa Alternatywa w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu. Rozdawaliśmy słoiki z popiołem i nazwami miast: Londyn, Nowy York, Warszawa, Kutno i Tokio, sugerując, że tylko to z nich pozostanie, gdy kolejne kraje zaczną wzbogacać uran i gromadzić w wiadrach ciężką wodę. To zdarzenia mocno zaangażowane, którym trudno zarzucić rozrywkowość.

– Dziś na Krakowskim Przedmieściu ciężko byłoby zorganizować tego typu akcje pacyfistyczną.

– Przez te histerie z krzyżem to miejsce rzeczywiście dla happeningu spalone. To się zamieniło w cyrk i cokolwiek byś tam teraz zrobił zostanie wpisane w wojnę religijną, a tego nie mamy zamiaru robić.

– Akcja artystyczna Jeden Dzień Z Życia Konspiry zorganizowana w rocznicę Sierpnia ’80 to także nieco nowa jakość w Waszych poczynaniach. Kto by się spodziewał, że Konjo i Skiba zrobią happening edukacyjny?

– Chcieliśmy pokazać, że o wielkiej historii można mówić bez zadęcia i na wesoło. Akcja miała rzeczywiście charakter edukacyjny, bo dla wielu młodych ludzi pewne fakty z niedalekiej przecież przeszłości wydają się czymś niesamowicie odległym i nieznanym. W dobie laptopów i komputerów, kiedy to nikt nie wychodzi na ulicę bez trzech telefonów komórkowych, zaprezentowaliśmy stare maszyny, na których drukowało się bibułę w latach 80. Ten skok cywilizacyjny i techniczny, który się dokonał jest niesamowity. O pewnych rzeczach szybko się zapomina, na przykład o tym, że za komuny buty były na kartki, po meble stało się w kolejkach, a za wolne słowo szło się do paki. Chcieliśmy to przypomnieć w formie żywego muzeum.

– Skoro mówisz coś o muzeum, to zapytam przewrotnie. Czy muzyka rockowa jest rzeczywiście już tak stara, że potrzebne jej muzea?

– W dzisiejszych czasach wszystko, co jest starsze niż 50 lat, uważa się za obiekt muzealny. Tak traktują to nawet odpowiednie zapisy i regulacje Ministerstwa Kultury. My jednak nie taką motywacją się kierujemy, tworząc od ponad jedenastu lat Muzeum Polskiego Rocka. Odchodzą kolejni mistrzowie muzyki rockowej lat 60. i 70. Nie ma już Klenczona, Nalepy, Kubasińskiej, Niemena… Mam wrażenie, że Gdańsk, w którym ten polski rock się zaczął, jest szczególnym miejscem, aby to właśnie tu – wzorem Muzeum The Beatles w Liverpoolu – urządzić podobną placówkę, w której gromadzilibyśmy pamiątki po naszych muzykach rockowych, przy czym tak naprawdę to nie będzie żadne nudne muzeum, tylko klub muzyczny tętniący życiem, w którym każdy chętny będzie mógł przy okazji poznać trochę polskiego rockandrolla i… historii Polski. Chcemy bowiem opowiedzieć młodym ludziom o czasach PRL-u poprzez historię piosenki. Zmaganie się długowłosych muzyków z aparatem administracyjnym świetnie tłumaczy, czym był poprzedni system. Dla dzisiejszej młodzieży to szokujące, że zespoły z Jarocina musiały zanosić teksty swoich numerów do cenzury, a w tamtych czasach to było normalne.

– Muzeum w Rock Cafe działa już od wielu lat. To Wam nie wystarcza?

– Dokładnie 10 października 1999 roku Franciszek Walicki, ojciec polskiego rocka, przeciął symbolicznie papier nutowy otwierając naszą placówkę rockowo-muzealną. Do dzisiaj wystąpiło tu ponad sto zespołów i wykonawców rockowych. Nie brakowało starych legend, jak Robert Brylewski, John Porter, Józef Skrzek czy Tomek Lipiński, grup takich jak Oddział Zamknięty, Róże Europy, Kobranocka, KSU, Kryzys, Moskwa, Sedes, Farben Lehre, Czarno-Czarni i wiele innych, ale przede wszystkim prezentowali i prezentują się tutaj artyści alternatywni i zdecydowanie młodsi. Rock Cafe jest przedsięwzięciem prywatnym i takim samym jest zgromadzona przez nas kolekcja pamiątek zwana Muzeum Polskiego Rocka. Nadszedł czas, aby ten czysto klubowy i imprezowy pomysł podnieść na nieco wyższe piętro. Muzeum z prawdziwego zdarzenia, to powinna być zawodowo zarządzana, nowoczesna placówka miejska wyposażona w sprzęt komputerowy i wszelkie cuda techniki, z pracownikami na etacie. Tylko taki obiekt pełen różnych atrakcji i możliwości przyciągnie turystów i publiczność. Obecne Muzeum jest może i sympatyczne, wiele się tu dzieje, ale to tylko kolejny happening Konja i Skiby.

– W celu zrealizowania tych marzeń założyliście więc Stowarzyszenie Instytut Polskiego Rocka. Nie za naukowa nazwa jak na sferę Waszych działań?

– Nazwa jest dobra, bo nieco intrygująca, a my lubimy wszystko, co niepokoi. Nie jest to też nazwa pozbawiona sensu. Zapraszam na cykl naszych imprez w październiku i w listopadzie pod tytułem Akademia Polskiego Rocka. To seria wykładów i spotkań, które zmienią wasze myślenie o muzyce rockowej. W roli wykładowców gwiazdy dziennikarstwa muzycznego i gwiazdy scen rockowych. Stowarzyszenie jest inicjatywą obywatelską i jako takie dążyć będzie do stworzenia odpowiedniego klimatu, aby budowa w Gdańsku Muzeum Polskiego Rocka przyćmiła swą dynamiką muzea światowe oraz budowy wielkich stadionów sportowych. Tak naprawdę nie będzie to przecież kolejne muzeum z wypastowaną do bólu podłogą i babciami pilnującymi martwych eksponatów, tylko miejsce, w którym oprócz koncertów i happeningów będzie można także dowiedzieć się wiele o historii rocka. Jedną z dróg prowadzących do tego celu jest organizacja cyklicznych imprez, takich jak Akademia, oraz budowa strony internetowej, na którą serdecznie zapraszam:www.muzeumpolskiegorocka.pl .



Wywiad z Krzysztofem Skibą dla miesięcznika „Prestiż – magazyn trójmiejski” (październik 2010)



- Niedawno, wraz z Końjem zorganizowałeś fantastyczny happening pod hasłem "Jeden Dzień z Życia Konspiry". Sądzisz, że ludziom trzeba przypominać, jak to drzewiej bywało?

- Akcja miała charakter edukacyjny. Była to forma happeningu, która się wpisuje w modny ostatnio nurt rekonstrukcji historycznych. Uruchomiliśmy między innymi prawdziwą podziemną drukarnię, gdzie pokazywaliśmy, jak to się drukowało na wałku, na sitodruku. Farba śmierdziała niemiłosiernie. Tą drukarnię obsługiwali ci sami ludzie, którzy robili to w mrocznych czasach komuny. Był między innymi legendarny Mirosław Chojecki, czyli ojciec niezależnej poligrafii z lat 70 i 80. Ubraliśmy się w oryginalne stroje zomowców, były piosenki Kaczmarskiego, wystawa niezależnej prasy, wystawa oryginalnych transparentów z tamtego okresu. Udało nam się stworzyć konspiracyjny lokal wiernie oddający atmosferę tamtych czasów. Myślę, że taka forma lekcji historii była dla młodzieży bardzo atrakcyjna. Pamięć o tych czasach musi być pielęgnowana i można to robić także w taki sposób, w jaki my to zrobiliśmy.

- Nie wkurza Cię to, że młodzi ludzie tak na prawdę mają w dupie ideały, o które Ty i Twoje pokolenie walczyliście? Brak ideowości, wyrazistych przekonań, nieidentyfikowanie się z ojczyzną...

- Ja bym nie generalizował. Wtedy, w czasach komuny przecież też nie wszyscy byli ideowi. Przecież nie walczył cały naród. Tak naprawdę podziemie było marginesem, a ja i moje środowisko byliśmy marginesem marginesu. Historia narodów pokazuje, że większość chce po prostu przetrwać. Taka postawa wcale nie jest zła. Nikomu nie można kazać być bohaterem. Na szczęście dzisiejsza młodzież o wolność nie musi walczyć, nie trzeba ginąć za kraj z hymnem na ustach i sztandarem w ręku. Polacy są przyzwyczajeni do etosu rodem z "Kamieni na szaniec" - każde pokolenie musi być stracone, dostać w łeb, walczyć. A przecież rzeczywistość się zmieniła. Dzisiaj wolność trzeba tylko pielęgnować. I pamiętać, że wolność nie jest taką rzeczą, którą się dostaje i trzyma w lodówce.

- Twoi synowie wychowywani są w duchu patriotycznym?

- Nie robimy patriotycznych szopek w domu, nie jesteśmy rodziną, która chodzi na pielgrzymki do Częstochowy z pieśnią na ustach. Ale dużo rozmawiamy. Moi synowie na szczęście są fanami książek, dzień bez książki jest dniem straconym. Dużo czytają, w tym książki i artykuły historyczne przedstawiające fascynujące i powikłane dzieje naszego kraju. Wiedzą doskonale, że im więcej czytasz, tym więcej rozumiesz.

- Gdańsk to miasto ludzi, którzy kochają wolność. Ludzi, którym nie można narzucić żadnych ideologii – tak powiedziałeś w jakimś wywiadzie. Aż tak bardzo wierzysz w ideały?

- Coś w tym jest. Ostatnio zwróciłem uwagę na hasło, jakim Gdańsk się promuje w rywalizacji o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku - Wolność Kultury, Kultura Wolności. To hasło idealnie oddaje historię i klimat Gdańska. Bierze się to stąd, że Gdańsk był zawsze miastem portowym, otwartym. To przecież tutaj inicjowany był artystyczny ferment, powstawały kapele rockowe, festiwale jazzowe. Na Wybrzeżu było też najmniejsze upartyjnienie. Mieszkańca Trójmiasta, podobnie jak Górala trudno było nakłonić do zapisania się do partii. Ten duch wolności, niezależności jest w Gdańsku odczuwalny do dziś.

- Gdańsk to bardzo szczególne miasto. Tutaj zaczęła się II Wojna Światowa, tutaj zaczęły się zmiany prowadzące do upadku komunizmu w Europie. Czy miasto dobrze wykorzystuje te fakty w kontekście promocji?

- Miasto Gdańsk przespało lata 90. To były lata stracone. Tak, jak Niemcy dobrze sprzedali swój Mur Berliński, tak myśmy nie potrafili wykorzystać Solidarności, Lecha Wałęsy i jego zasług dla upadku komunizmu na świecie.

- Pytam o to, bo wielu chce zawłaszczyć sobie historię, zasługi. Coraz częściej mówi się, że II Wojna Światowa nie zaczęła się w Gdańsku, że obrońcy Westerplatte byli tchórzami, że upadek komunizmu nie zaczął się od Solidarności...

- Nie można zabronić pisania ludziom książek, historykom prawa do interpretacji niejednoznacznych często faktów. Tak się dzieje na całym świecie. Ważne, żeby za tym szła uczciwość. Czytałem książkę, w której pisze się, że to nie major Sucharski, a kapitan Dąbrowski dowodził obroną Westerplatte. Mamy zatem spór historyczny, co powoduje, że o tej historii się mówi. Historia nie może być nudna. Zdecydowanie natomiast odrzucam pseudofakty, książki i publikacje służące do bieżącej walki politycznej, opluwaniu innych. Niestety, jesteśmy specjalistami od niszczenia i opluwania własnych bohaterów.

- Masz na myśli Lecha Wałęsę?

- Tak. Rozumiem ludzi, którzy mają dość pewnego rodzaju samochwalstwa Wałęsy i ciągłego mówienia, że on obalił komunizm, że on stworzył Solidarność. Oczywiście stali za nim ludzie, to był masowy ruch i trzeba mieć świadomość, że nie dokonała tej wielkiej rzeczy tylko jedna osoba. Jest wielu zapomnianych bohaterów, jak choćby Andrzej Kołodziej, przywódca strajku w gdyńskiej stoczni. Dzisiaj żyje w zapomnieniu i proszę mi wierzyć, nie opływa w luksusy. Takich ludzi jest znacznie więcej.

- Czy to, co się dzieje wokół Lecha Wałęsy to spór historyczny, czy szarganie symbolu?

- I jedno i drugie. Ja w odróżnieniu od wielu ludzi zabierających głos w tej sprawie przeczytałem bardzo uważnie słynną książkę Cenckiewicza i Gontarczyka. Z faktów i dokumentów w niej przedstawionych - wierzę, że prawdziwych - wynika, że ta współpraca jednak była. Książka ta jest jednak za bardzo złośliwa, za bardzo jednoznaczna. Może należało bardziej zaznaczyć ten moment emancypacji Wałęsy, kiedy on zerwał tą współpracę? Może więcej autorzy powinni skupić się na motywach Wałęsy? Dzisiaj każdy jest mądry po latach, jakby zapominając jaka była wtedy rzeczywistość. Czytając tą książkę dało się odczuć, że autor ma z góry założoną tezę i aż się cieszy, gdy opisuje rzeczy świadczące na niekorzyść Lecha Wałęsy. Fakty, które mogą go bronić lub usprawiedliwiać pomija lub przytacza zdawkowo. Nie widziałbym jednak w tej książce czegoś, co zdecydowanie zabija mit Lecha i podważa jego zasługi. Taka jest moja interpretacja.

- Gdańsk ma szczególne miejsce nie tylko na geopolitycznej mapie świata, ale również na muzycznej mapie Polski. Powiedziałeś kiedyś, że Gdańsk jest kolebką rock and rolla.

- Tutaj powstało wiele ciekawych zespołów, tutaj narodził się rock and roll, W legendarnym klubie Rudy Kot w 1959 roku zagrał polski zespół rockowy Rythm and Blues, co uważa się za początek rock and rolla w Polsce. tu po raz pierwszy grano Presleya w Polsce. Przypomnę, że w 1957 roku Komitet Centralny Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego ogłosił Elvisa Presleya wrogiem numer 1 systemu. Granie Elvisa w jednym z ważnych ośrodków stalinizmu wymagało wielkiej odwagi. Na Wybrzeżu powstały także takie zespoły, jak Niebiesko Czarni, Czerwone Gitary, tutaj zaczynał grać także Czesław Niemen. Potem, już w latach 80. powstała Gdańska Scena Alternatywna z takimi zespołami, jak Apteka, Bielizna, Pancerne Rowery. To są wszystko zespoły, które mocno zaznaczyły swoją obecność na mapie polskiego rock and rolla.

- Czy w czasach głębokiej komuny granie rock and rolla wymagało odwagi?

- W pewnym sensie tak. Było to przede wszystkim manifestowanie życiowej odwagi. Takie zespoły, jak Kult, Dezerter, Róże Europy, w ogóle nie były w radiu grane. To było olanie systemu i szukanie swojego kawałka wolnego świata w zniewolonym kraju. Nie zawsze był to wielki bunt polityczny, ale często postawa plecami do systemu i przodem do własnego kawałka podłogi.

- Jak bardzo na przestrzeni lat zmienił się polski rynek muzyczny?

- Wtedy w ogóle nie istniało coś takiego, jak rynek muzyczny. Nakłady płyt uzależnione były od stanów magazynowych masy użytej do ich produkcji. Dzisiaj to się wydaje komiczne, ale tak było. Absurd gospodarki socjalistycznej. Poza tym była cenzura. Wszystkie zespoły musiały przesyłać teksty piosenek do cenzury. Stosowało się wtedy takie zabiegi, że do cenzury wysyłało się specjalnie ze dwie dodatkowe piosenki, tak zwane siekiery, aby cenzor poskreślał co nieco. Dzięki temu reszta piosenek mogła przejść. Ale i tak te skreślone przez cenzurę piosenki śpiewało się na koncertach. Teraz mamy kompletnie inną sytuację, w której karty rozdają wielkie koncerny muzyczne. Płytę ulubionego artysty możesz kupić w dniu premiery w Londynie, Nowym Jorku i w Suwałkach. Śpiewasz o czym chcesz, ściągasz muzę z internetu, kręcisz fajne klipy. Jest normalnie.

- Wyjaśnij proszę na czym polega kondomizm w polskiej muzyce, bo takiego określenia kiedyś użyłeś?

- Jest bardzo dużo plastiku w mediach i ten plastik się lansuje. Ktoś kiedyś powiedział, że na coraz większych, coraz bardziej nowoczesnych telewizorach oglądamy coraz głupsze programy. Produkowane przez telewizje "gwiazdy" są jak wydmuszki. To są papierowi artyści. Kiedyś, żeby wyjść na scenę trzeba było mieć talent. Obojętnie jaki, można było śpiewać, stepować, opowiadać dowcipy, żonglować kuleczkami wody, cokolwiek. Dzisiaj wystarczy wystąpić w kilku głupich programach, zagrać małą rólkę w serialu, na fali tej pseudo popularności nagrać singla i już taki ktoś określany jest mianem artysty. Oczywiście, później życie weryfikuje te kariery. Mieliśmy już Leppera, Renatę Beger, Jolę Rutowicz, Frytkę, dzisiaj mamy między innymi Palikota. Jak widzisz kondomizm nie dotyka tylko i wyłącznie muzyki.

- A propos Palikota. Mocno go ostatnio krytykujesz, co niektórym może się wydawać dziwne. Wszak obaj macie naturę prowokatorów.

- To jest postać, która wcześniej finansowała ultra prawicowe pismo Ozon. Teraz tworzy własny ruch skręcający mocno w lewo. To jest człowiek, który nie ma własnego kręgosłupa, własnej tożsamości, postawi na to, co się aktualnie sprzeda. Tak samo jest z niektórymi zespołami, którym bez różnicy, co grają, byle się sprzedało.

- Pijesz do Agnieszki Chylińskiej?

- Nie. Agnieszka jednak coś na tej polskiej scenie muzycznej osiągnęła. Każdy ma prawo do zmiany. Osobiście ta jej nowa muzyka zupełnie mi nie odpowiada. Moim zdaniem to brzmienie jak z tandetnej dyskoteki. Ale znajduje swoich odbiorców i świetnie się sprzedaje. Nie można jej za to potępiać. Starsi fani utyskują i krytykują, ale przecież każdy może nagrać płytę, jaką chce. Jak chce nagrać płytę z pierdzeniem krowy, to czemu nie. Notabene dzisiaj niewiele osób pamięta tą starą, ostrą jak brzytwa Chylińską. Dzisiaj dla większości to jest pani z telewizji, która po prostu nagrała płytę.

- Mówisz, że każdy ma prawo do zmian, ale mam wrażenie, że Big Cyc od 20 lat się nie zmienia.

- Warto zaznaczyć, że Big Cyc powstał jako jednorazowy projekt, tylko na jeden koncert w klubie studenckim. Okazało się, że ta chwila trwa do dzisiaj, wydaliśmy 15 płyt, zagraliśmy 5 tysięcy koncertów. Z wygłupu powstał regularny zespół rockowy. Na pewno zespół dojrzał przez te wszystkie lata, ale nadal jest to wesoły rock and roll. Śpiewamy o bardzo poważnych sprawach, serwujemy publice teksty polityczne, komentujemy dzisiejszą, często absurdalną rzeczywistość. Walimy prosto z mostu i dzisiaj także niektórych naszych piosenek nie chcą puszczać w radiu. Tak było chociażby z piosenką "Moherowe berety", czy "Warto rozmawiać", w której w humorystyczno - prześmiewczy sposób odnieśliśmy się do działalności "dziennikarza" TVP Jana Pospieszalskiego. Pospieszalski powiedział później, że tą piosenką dołączyłem do całej kampanii oszczerstw inspirowanej przez tajne służby. W Polsce powstają kolejne odcinki historii głupoty, a my cały czas jesteśmy na froncie walki z głupotą. Konjo kiedyś użył fajnego określenia, że jesteśmy partyzantami śmiechu.

- Satyrykom wolno więcej, ale czy jest coś z czego nigdy się nie śmiejesz, nie żartujesz? Masz jakieś granice, których nie przekraczasz?

- Dowcip jest anarchistą, nie uznaje żadnych świętości. Mnie jednak nie śmieszą dowcipy rasistowskie, antysemickie, nigdy nie śmieję się z osób niepełnosprawnych.

- Zmieńmy temat. Jesteś za legalizacją lekkich narkotyków?

- Uważam, że marihuana powinna być legalna. Powszechna opinia jest taka, że lepiej palić marihuanę niż brać dopalacze, które w szybkim tempie mogą człowiekowi zrobić z mózgu klej do drewna. Ja natomiast nie palę, nie jestem zwolennikiem tego typu używek.

- A akcja przeciw dopalaczom to chęć zrobienia czegoś z tym problemem czy zwykły populizm i mało skuteczne machanie szabelką?

- Jest to chęć zrobienia czegoś z tym problemem, ale obawiam się, że może to się okazać mało skutecznym machaniem szabelką. Przeciw dopalaczom są wszyscy, od polityków, przez dziennikarzy, po toksykologów i lekarzy. Za dopalaczami jest jednak prawo. W działaniach rządu jest wielki pośpiech, a pośpiech nigdy nie jest dobry. Może warto wziąć przykład z krajów zachodnich, które sobie z tym problemem poradziły i wprowadzić sprawdzone rozwiązania?

- A jeśli znalazłabyś u swojego syna dopalacze lub marihuanę to co byś zrobił?

- Pewnie bym był tolerancyjny i pokusił się o spokojną rozmowę. Może zaproponowałbym mu, abyśmy wzięli to razem i sprawdzili, czy to faktycznie jest takie fajne, czy się po tym po prostu porzygamy.

- Jak już jesteśmy przy wątkach rodzinnych to jaki jesteś w domu, gdy nie ma kamer, dziennikarzy, publiki? Ile jest w Tobie tego Skiby, którego wszyscy powszechnie znają?

- Dom to jest moja oaza, moja przystań. Gdybym nie miał domu to pewnie bym zwariował, a nawet bym już nie żył. Trasy koncertowe do lekkich nie należą, nie są zbyt zdrowe. Oczywiście lubię to co robię i jeszcze na tym zarabiam. W domu się wyciszam, łapię energię do grania dalszych koncertów. Oczywiście natury nie oszukasz, to co robię na scenie jest przecież moim naturalnym zachowaniem, zatem w domu nie zrzucam jakiejś maski. Ale staram się przede wszystkim zrelaksować. I zawsze chętnie do niego wracam. A mieliśmy już takich kolegów, którzy 20 lat temu wyszli z domu na imprezę i jeszcze do niego nie wrócili. Mi to nie grozi.

- Kluczem do dobrego samopoczucia jest dystans, akceptacja i świadomość swoich wad i atutów – taki kiedyś powiedziałeś. Jakie zatem masz wady, jakie atuty, zalety?

- Ciężko mówić o swoich zaletach. Jeśli chodzi o wady to jestem łakomczuchem. Czasem próbuję się odchudzać, nie zawsze mi to wychodzi. Chyba brak mi w tej kwestii silnej woli. Czasem jestem porywczy, czasem szybciej powiem niż pomyślę. Z wiekiem stałem się mniej radykalny, aczkolwiek to chyba nie wada.

- Kto rządzi w domu? Ty czy żona? Jak wygląda podział domowych obowiązków?

- Absolutnie żona. Ja jestem tak zwanym lokatorem, kiedyś żona mówiła nawet, że uciążliwym lokatorem. Ona jest zawiadowcą, dowódcą, ona kieruje ruchem w domu.

- Synowie idą w ślady ojca?

- Starszy jest typem naukowca, intelektualisty i poszedł w ślady mamy, która jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Gdańskiego. Uczy łaciny i greki. On jest bibliofilem, zbiera książki, żyje w świecie książek. Dzięki temu jest spokojny, wyciszony, nie ma w nim energii buntownika. Natomiast młodszy syn bardziej przypomina mnie. Fascynuje się muzyką, gra na gitarze, pisze swoje teksty, coś tam komponuje. Jest fanem Beatlesów, Nirvany, dużo czyta o muzyce rockowej. Ale na dzisiaj trudno powiedzieć, czy to będzie tylko hobby czy po latach przekształci się w jego zawód.

- Ty w ślady ojca nie poszedłeś. Marynarzem nie zostałeś...

- Nie zostałem, ale była szansa. Ojciec mi jednak odradzał. To jest jednak rozłąka, rodzina na wariackich papierach. Jak ojciec pływał to w ciągu roku widziałem go przez dwa tygodnie. Czasami ojciec zabierał nas w rejsy i to była wspaniała rzecz, bo pokazał nam kawał świata. Zaszczepił w nas chęć podróżowania, poznawania innych ludzi, kultur.

- Pamiętasz swój pierwszy happening?

- To było już pod szyldem Pomarańczowej Alternatywy. Niezależne obchody Dnia Dziecka. W żółtych kalesonach weszliśmy na kiosk ruchu, mieliśmy transparent z napisem światu pokój - dzieciom mieszkania. Rzucaliśmy w milicjantów cukierkami. To się skończyło aresztowaniem na 48 godzin i wysokim kolegium. W trakcie rozprawy Zomowcy zeznawali, ze rzucaliśmy w nich twardymi landrynkami. My zeznawaliśmy, że nie było żadnego rzucania tylko częstowanie, i że nie były to twarde landrynki tylko miękkie tofi i krówki ciągutki, które nikomu krzywdy nie były w stanie zrobić, a po za tym za komuny były towarem luksusowym i rzadko dostępnym. Po pół godzinie dyskusji na temat landrynek i krówek kolegium zorientowało się, że to dalsza część happeningu i wlepiła nam wysokie kary pieniężne.

 A które ze swoich akcji, których przecież było wiele oceniasz za najbardziej pomysłowe i skuteczne? Czy te z czasów konspiracji i Pomarańczowej Alternatywy, czy te już po transformacji ustrojowej?

 Ciekawym happeningiem z czasów Pomarańczowej była „Galopująca inflacja”. Mieliśmy tabliczki z napisem „Inflacja” i biegaliśmy w tą i z powrotem po ulicy. W ciągu kilku minut milicja wykazując niebywałe wyczucie ekonomii zatrzymała siedemnastu uczestników akcji. Na drugi dzień wydaliśmy oświadczenie, że skończyły się kłopoty gospodarcze, bo milicja „zatrzymała galopującą inflację”. W nowej rzeczywistości tez zrobiliśmy kilka głośnych akcji. Całkiem niedawno wspólnie z Pawłem Konnakiem i Waldemarem Fydrychem „Majorem” pomysłodawca Pomarańczowej Alternatywy zrobiliśmy happening pacyfistyczny pt. Muzeum III Wojny Światowej. Rozdawaliśmy w centrum Warszawy słoiki z popiołem a na nich były nazwy miast typu: Tokio, Nowy Jork, Moskwa, Warszawa, Barcelona, Paryż itd.

 Mocno dawałeś się we znaki komunistycznemu aparatowi. Próbowali Cię kiedyś złamać?

 SB usiłowała usunąć mnie ze studiów, byłem wielokrotnie nękany i zatrzymywany przez milicję, odmówiono mi wiele razy wydania paszportu, siedziałem nawet przez trzy miesiące w areszcie, miałem podsłuch telefoniczny w domu i byłem otoczony wianuszkiem konfidentów, a raz po koncercie Big Cyca zostałem kulturalnie zaproszony do milicyjnej nyski na bezpłatny masaż pleców przy pomocy długich gumowych przedmiotów. W sumie nic wielkiego. Inni mieli gorzej.

 Odkąd skończyłeś 40-tkę często dziennikarze pytają Cię, czy nie myślisz o tym, by trochę odpuścić, zająć się czymś poważniejszym niż satyra. Ty jednak nie masz zamiaru schodzić ze sceny?

 Ja dopiero się rozkręcam. A satyra to jedna z poważniejszych rzeczy w życiu. O zejściu ze sceny pomyślę za ok. trzydzieści lat, a i to wydaje mi się za wcześnie. Teraz granice aktywności artystów bardzo się przesunęły. Jest wielu którzy są po 70-tce, a mimo to są aktywni artystycznie np. Woody Allen, Bob Dylan, Ray Manzarek, Tina Turner, czy …Jerzy Połomski. Sophia Loren w wielu 70 lat wystąpiła na golasa w kalendarzu i te fotki były całkiem smaczne. Niech żyje chirurgia plastyczna i chemikalia, które na to pozwalają!

 Myślisz, że za 20 lat nadal będziesz na scenie z Big Cycem i z tej sceny publika słuchać będzie Berlina Zachodniego?

 Mam taką nadzieje aczkolwiek wszystko się może zdarzyć. Jeśli wspólnie z kolegami dojdę do wniosku, że zabawa w zespół już nas nie bawi to zawsze możemy zająć się czymś innym. Na razie się na to nie zanosi. W tym roku zagraliśmy blisko siedemdziesiąt koncertów i wszędzie były tłumy oraz żywiołowa reakcja. Szalejąca publiczność to coś co nas nakręca. Niebawem nagrywamy kilka nowych piosenek, będzie też nowy teledysk oraz książka o happeningach z czasów Pomarańczowej więc sporo się w naszym obozie dzieje.



Wspomnienia z „Jedynki”

Wywiad z Krzysztofem Skibą przeprowadzony przez uczniów I LO w Gdańsku w związku z jubileuszem szkoły. Październik 2010.

R: Co pamięta Pan z czasów Jedynki? Czy pamięta pan, w ogóle, cokolwiek?

S: Taki stary nie jestem, pamiętam wszystko bardzo dobrze, bo chodziłem w specyficznym okresie do tej szkoły, to były czasy stanu wojennego, potwornej zawieruchy historycznej, przełomów politycznych. W pierwszej klasie byłem w 79 roku. Byłem w fajnej klasie, to był jakiś przypadek, może zrządzenie losu. Byłem w klasie z kolegą z podstawówki, Maćkiem Kosycarzem, który prowadzi teraz agencję fotograficzną. Jego ojciec też był znanym reporterem. Był Marek Wałuszko, który teraz jest dziennikarzem w TVP Gdańsk, Wojtek Lipka, no i ja. A później przyszedł Sierpień 80', strajki. Myśmy bardzo nasiąkali tą atmosferą. Byliśmy dość aktywni, robiliśmy różne rzeczy. Między innymi bawiliśmy się w dziennikarstwo. Założyliśmy swoją gazetkę, która nazywała się „Gilotyna”. To już było po Sierpniu, bo wcześniej nic takiego nie mogło przecież powstawać. A kiedy pojawiła się ta nadzieja na wolność, to bardzo szybko wykorzystaliśmy ten moment. „Gilotyna” to była gazetka niezależna, właściwie była robiona wbrew dyrekcji szkoły. Najpierw była odbijana na ksero, wtedy nie było takich możliwości jak teraz, nie było komputerów, pisało się na maszynach. Podtytuł brzmiał „Pismo uczniów I LO”.

R: I co, cieszyła się popularnością?

S: Tak, pierwsze nakłady to było 400 egzemplarzy i to było zdecydowanie wewnątrzszkolne, chociaż o sprawach szkoły mało tam pisaliśmy. Były to artykuły albo polityczne, albo o sprawach, które nas interesują – o muzyce, o naszych zainteresowaniach, ale dużo było też takich żeby „walić szkołę”. Generalnie to było takie pismo antyszkolne. Pisaliśmy o tym, że system nauczania jest zakłamany, że historia jest zakłamana, że szkoła służy praniu mózgów, że to jest maszynka do robienia idiotów. Nie ma co ukrywać, tak było. Nie wiem, na ile to się zmieniło.

R: Trochę się zmieniło, ale niewiele.

S: Tak właśnie podejrzewam. To na filmach wygląda bardzo fajnie, ale to były obrzydliwe czasy. W sklepach były puste półki. Mówiono na to pornografia bo wszędzie były tylko gołe lady.

R: Większość młodych ludzi kojarzy tamte czasy z “Misiem” i innymi filmami Barei.

S: Te filmy mówią też pewną prawdę o tym okresie, bo rzeczywiście niektóre przypadki były absurdalne. Były kartki na buty, na masło, na cukier, na mięso, na wódkę – bardzo pożądane. Kwitł handel, wymieniano się, ktoś sprzedawał kartkę na buty, wymieniał się na kartkę na wódkę.

R: A wracając do „Gilotyny”. Jak to funkcjonowało?

S: Pierwsze numery były bardzo nieporadne. Mogę się dzisiaj do tego przyznać – z błędami ortograficznymi, na przykład 'alkohol' napisane przez 'ch', co powodowało, że nauczyciele, szczególnie polonistka, dostawała zawału serca. Ale robiliśmy to pasją i z wypiekami na twarzy. Wszystko zaczęło się od tego, że najpierw przechwyciliśmy wiszącą gablotę na korytarzu, być może jeszcze jest w szkole. Należała bodajże do ZHP albo Samorządu Szkolnego. Było to miejsce dosyć przepustowe w czasie przerw. Jak myśmy zaczęli redagować “Gilotynę” to na każdej przerwie pod tą gazetką gromadziły się tłumy czytelników. Zamieszczaliśmy tam komiksy, karykatury, wiersze, satyry, często pisane mazakami. W miarę czasu upolityczniała się – były jakieś protesty, komunikaty, na przykład “Solidarności”, “Niezależnego Zrzeszenia Studentów”. Uczniowie też buntowali się tworząc tak zwane Parlamenty Uczniowskie, co było próbą przejęcia Samorządów Szkolnych, żeby nie były to twory lipne które służą tylko dyrekcji szkoły. One miały służyć uczniom. Nauczycielom Samorząd był potrzebny do tego, żeby załatwiać pewne sprawy z uczniami, powiadomić o jakiejś akcji zbierania puszek, o wycieczce, czy apelu. Było dużo gadania, a jak później była jakaś robota to okazywało się, że większość ma słomiany zapał. Jak trzeba krzyczeć to wszyscy, ale później do roboty to znajdujesz dwóch, trzech. My natomiast stworzyliśmy silną grupę, która przede wszystkim zajmowała się redagowaniem tej gazety. Założyliśmy też kabaret “Tapeta”, który zdobył lokalną sławę. Wtedy nie było kabaretów w telewizji, wszystko było cenzurowane. Kabarety występowały w małych klubach studenckich. Wzorując się na nich założyliśmy swój. Występowaliśmy w różnych zaprzyjaźnionych liceach, na przykład w II LO, w VIII LO, w VI LO. Przychodziły tłumy ludzi, mimo iż mieliśmy programy nabijające się raczej z grona nauczycielskiego, to były one w miarę uniwersalne, na przykład parodia programu telewizyjnego. Wtedy ta publiczność była chłonna każdej najmniejszej aluzji politycznej. Teraz to ludzie walą siekierami, mówi się wprost. Kiedyś ten język był bardziej subtelny, wystarczyło powiedzieć takie zdanie: „Mieszkam w domu, mam mieszkanie wielkości budki telefonicznej, a obok mam takich sąsiadów, ciągle walą w ścianę. Oni mieszkają od wschodniej strony.” I wszyscy tarzali się ze śmiechu, bo każdy wiedział, że chodzi o Związek Radziecki. Mrugało się okiem i sala momentalnie wychwytywała takie aluzje. Albo wchodził artysta i mówił: „Państwo zdają sobie sprawę, że ja sam nie ustalam tego programu?” Teraz to jest zupełnie nieczytelne, a wtedy to był ryk śmiechu bo wszyscy wiedzieli, że ten program jest ustalany z cenzorem. To było tak oczywiste jak dzisiaj żarty o dopalaczach, czy politykach. Bawiliśmy się też w kino. Wojtek Kłoczko założył Młodzieżową Agencję Filmową I Artystyczną. W skrócie MAFIA. To był taki klub filmowy. Gdzieś zdobył jakąś kamerę i kręciliśmy filmy. Oczywiście, filmy te były kompletnie absurdalne. To były krótkie metraże, nie było kamer cyfrowych, tylko takie na taśmy 8 mm, które na montażu trzeba było najzwyczajniej kleić. Przykładem może być film pod tytułem “Gdzie są kalafiory?”. Był wzorowany na “Psie andaluzyjskim” Salvadora Dali. Ja gram tajemniczego człowieka, który idzie z teczką. Ta teczka jest taka elegancka, sugeruje, że jest tam coś cennego…

R: Jak w “Pulp Fiction”!

S: Dokładnie tak. Przy czym o Tarantino w tamtym czasie nikt nie słyszał , a on sam chodził jeszcze do przedszkola. Rzecz dzieje się w parku. Za mną jakiś tajemniczy osobnicy się skradają. I nagle jest napad! Oczywiście teczka zostaje skradziona. W domu otwierają tą teczkę, widz spodziewa się, że tam są brylanty, milion dolarów i tak dalej, a tam leży… “Kapitał” Marksa! Pamiętam też świetny występ grupy Ossjan. Działa do teraz, to już będzie z 40 lat. Tacy starzy hippisi, którzy grali w Polsce jako jedni z pierwszych taką muzykę świata, inspirowaną kulturą Wschodu. Na tamte czasy byli bardzo oryginalni i ciekawi. Pamiętam, że na scenę weszli na bosaka, co zszokowało wszystkich - polscy hippisi z długimi brodami. Grał tam Jacek Ostaszewski. Z tej grupy wywodzi się Wojtek Waglewski, który do dzisiaj gra w Voo Voo. Koncert ten udało się załatwić w auli I LO. Były na nim po prostu dzikie tłumy. Bilety były po jakieś symbolicznej cenie. Oni grali świetną, niekomercyjną muzykę, bardzo hippisowską. To były takie onomatopeje, dźwięki zupełnie nieartykułowane, ale to miało niesamowity przekaz. Sprzedawali od razu swoje płyty, oczywiście analogi. Jeszcze przed koncertem pakowaliśmy je w okładki. A wracając do gazetki. Przez jakiś czas tak to funkcjonowało, ale później wybuchł stan wojenny, generał Jaruzelski zabrał wszystkim “Teleranek” i wprowadził ciężki sprzęt do odśnieżania na ulice miast. Chodzi oczywiście o czołgi. No i “Gilotyna” się skończyła. Hitem był nasz ostatni, czwarty numer. Dorwaliśmy takiego drukarza z “Solidarności”, który miał dostęp do dobrej maszyny japońskiej, na ówczesne czasy naprawdę cud techniki. Oczywiście na dzisiejsze warunki to był kompletny dramat.
Wtedy już zeszliśmy do podziemia. Wcześniej “Gilotyna” była jawna, podpisywaliśmy się nazwiskami, adres mojego domu był podany jako adres kontaktowy redakcji, podany był mój telefon. Później jak się okazało miałem ten telefon na podsłuchu. Dowiedziałem się tego dopiero całkiem niedawno, dokopałem się w papierach IPN-u do około piętnastu teczek jakichś donosów, raportów policyjnych, między innymi informacja o założeniu podsłuchu w moim domu.


R: Organizował Pan jeszcze jakieś przedsięwzięcia?

S: Oczywiście. W naszej klasie była Asia Kreft, dzisiaj Kreft-Baka, występuje w Teatrze Wybrzeże. Grała w naszych podziemnych spektaklach, które organizowaliśmy w szkole podstawowej, która była niedaleko I LO. Nasz kumpel miał dostęp do kluczy i w kotłowni urządziliśmy podziemną salę teatralną. Od podziemnych drukarzy nauczyliśmy się sami drukować gazetki, co było potworne, bo to był bardzo prymitywny druk, tak zwany wałek. Pierwsze nasze ulotki, które drukowaliśmy w podziemiu były kompletnie nieczytelne, ale byliśmy do nich bardzo przywiązani. Więc rzucaliśmy te nieczytelne ulotki, a ludzie mieli później do nas pretensje, że nic nie mogą zrozumieć. Nie było w tym czasie gumowych rękawiczek, więc łatwo można było pobrudzić palce. Paluchy pobrudzone farba drukarska to był już trop dla milicji. Bezpieka bardzo szybko wpadało na ślad podziemnych drukarni, ponieważ farba ta śmierdziała. Łatwo było rozpoznać, gdzie jest drukarnia właśnie po tym zapachu. Drukowało się w prywatnych mieszkaniach. Jedna z naszych niezależnych drukarnia była na ulicy Osiek, u matki naszego kumpla, która była dosyć wyluzowana i pozwalała nam na to. Jak się wchodziło na klatkę to od razu wyczuwało się, że gdzieś tu musi być podziemna drukarnia. Na szczęście akurat ta drukarnia nie wpadła. W szkole organizowaliśmy akcje oporu. Dyrekcja szkoły była strasznie przerażona tym, co robimy. Mój kolega Marek Wałuszko był zawieszony w prawach ucznia, bo kiedyś zrobiliśmy audycję w szkolnym radiowęźle. Dyrektorka szkoły nie znała się na historii, bo była matematyczką. Powiedzieliśmy, że chcemy zrobić audycję o wrześniu. Ona myślała, że o pierwszym września, o kampanii wrześniowej. Ale chodziło nam o siedemnastego września. Ona nie wiedziała, co to jest za data. Wparowała w trakcie nadawania audycji, która była słyszana na terenie całej szkoły. Próbowała zabrać nam mikrofony, blokowała nam dostęp do nich własnym ciałem. Wtedy Marek Wałuszko, przy włączonym mikrofonie, powiedział: „Ale pani dyrektor, dlaczego pani wyłącza nam ten sprzęt?” Zazgrzytało i audycji już nie było. Ale wszyscy wiedzieli, że nastąpiła brutalna ingerencja.

R: Swoją drogą, sprzęt audio w naszej szkole nie był wymieniany od tamtego czasu.

S: Prawdopodobnie jest to ten sam sprzęt. Podejrzewam, że to złom kompletny. Ale wtedy jeszcze działał. Był słyszalny dość dobrze w każdej klasie. Ale wracając do tematu, Ja miałem wylecieć ze szkoły tuż przed maturą. Poszło o głupi żart, który zrobiłem. Oczywiście słynne studniówki. Wtedy nie organizowało się ich w hotelach, restauracjach, byliśmy biedni, nikt nie miał pieniędzy, więc urządzało się je po prostu w klasie. Każda klasa miała udekorować swoją salę, a my wpadliśmy na pomysł, że wszystko robimy na zielono. Zielone płótna, mnóstwo kwiatów, wszędzie zielono. Na tych płótnach były napisy “Niech żyje przyroda”, takie absurdalne. Jedno hasło bardzo się nie spodobało: “Zieleń też zwycięży”. A na wszystkich murach było napisane “Solidarność zwycięży”. Uznano, że jest to bardzo polityczna aluzja. Dyrekcja spytała, kto jest odpowiedzialny za tę dekorację, okazało się, że ja. Powiedziano, że jeśli chcemy zdać maturę, mamy natychmiast to zmienić.

R: Jak wypadała jedynka, jeśli chodzi o subkultury w tamtych czasach?

S: Jedynka w tamtych czasach to było dosyć prestiżowe liceum. Z jednej strony dostawali się tam zdolni ludzie, ale z drugiej miało opinię „czerwonego liceum”. Ta opinia była trochę niesprawiedliwa. Czasem zdarzało się, że dzieci jakichś partyjnych bonzów bez egzaminów były wrzucane do szkoły. Często musieli być jakoś przepychani, bo nie dawali sobie rady z materiałem. Oczywiście wielu było hipisów i punków. Pierwszych przedstawicieli tych grup spotkałem właśnie w liceum. Naprawdę bardzo się wyróżniali.

R: Angażuje się Pan w muzykę. Jak jedynka wpłynęła na Pana gust w tej kwestii?

S: Odpowiem tak. Miałem dwóch kumpli, jeden był fanatycznym zwolennikiem Deep Purple, a drugi był fanatycznym zwolennikiem Genesis, więc musiałem znać bardzo dobrze ten zespół i ten. Z kolei nasze koleżanki były fankami Beatlesów. Musiałem więc też trochę interesować się Beatlesami. Słuchało się też dużo grupy Oueen czy The Police, ale większość słuchała dicso spod znaku Boney M. Natomiast ja dość szybko zacząłem się interesować taką buntowniczą, mocno rockową muzyką. Jest taka kultowa postać z jedynki, gość o pseudonimie Tirana. Był jednym z pierwszych punków. Nazywaliśmy go chodzącą gazetką ścienną. Chodził w ramonesce i na plecach miał napisy kapel, których aktualnie słucha. Te napisy zmieniały się mniej więcej co tydzień, dwa. Ścierał je papierem ściernym ze słowami “zdradzili”. Był bardzo radykalny. Pamiętam jak miał Shame 69, Ramonesów, Sex Pistols, The Clash. Miał pseudonim Tirana, bo był fanatycznym zwolennikiem Radia Tirana. Radio Tirana to było radio nadawane w języku polskim z Albanii i to było radio stalinowskie. Było radio Wolna Europa, informujące o tym, co się dzieje, a Tirana to było radio prawdziwych komunistów. Odłam w drugą stronę, tak jakby Wolna Europa to była prawica, z kolei ci z Tirany uważali, że PRL to nie jest prawdziwy komunizm, tylko biurokracja. Prawdziwy komunizm to był za Stalina, wtedy byli twardzi, obozy koncentracyjne, rzeźnia, wszyscy powinni chodzić tak samo ubrani. Był taki człowiek, Kazimierz Mijal, który uważał się za prawdziwego komunistę i uciekł z Polski do Albanii dokładnie do Tirany i założył tam tą audycję, stąd właśnie ta nazwa. Nasz jedynkowy Tirana słuchał tego radia i uczył się różnych audycji na pamięć. Potem recytował różne fragmenty na przerwach. To był totalny kabaret, ponieważ Radio Tirana nadawało swe audycje w takim specyficznym języku zwanym „nowomową partyjną” Było to bardzo zabawne. No to chyba wszystkie wspomnienia z Jedynki. Ogólnie byliśmy urwisami.

R: Którzy nauczyciele byli według pana fajni i jak ich pan zapamiętał?

S: Wspaniałym nauczycielem była pani Teresa Trzebiatowska od historii , a także polonistka Wanda Szafran, która miała na nas duży wpływ, potrafiła zarazić nas literaturą, godna podziwu pedagog. Pani Szafran opiekowała się „Teatrem Jedynka”, jej uczniem jest Krzysztof Babicki, który jest teraz znanym reżyserem, to on założył ten teatr. Pamiętam, że swoją prace maturalną napisałem odwołując się do dzieł Gombrowicza, które były w tamtych czasach zakazane. Można było wspominać o tym autorze tylko w kontekście negatywnym. Moją pracę sprawdzała właśnie Wanda Szafran i oceniła ją na piątkę. Gdyby ocenił ją jakiś nauczyciel partyjny pewnie dostałbym pałę, gdyż był to niesłuszny autor. Darzyłem ją naprawdę dużą sympatią.

R: Czy to w Jedynce pan postanowił, kim chce być w przyszłości?

S: Absolutnie nie! Wiedziałem tylko, że chcę iść na studia, by uciec przed wojskiem i przedłużyć sobie młodość, ale o zawodzie w ogóle nie myślałem.

R: Dziękuję Panu bardzo za udzielenie wywiadu.

S: Nie ma za co. Miło jest powspominać starą szkołę i czasy.



Wywiad w formie ankiety jaki przeprowadzono z Krzysztofem Skibą na łamach miesięcznika Kronika Bocheńska. Lipiec 2010.



Moje podwórko

Wychowałem się na gdańskiej starówce zwanej Głównym Miastem. Jako dzieciak biegałem uliczkami, które opisywał w „Blaszanym bębenku” Gunter Grass. Na podwórku grało się w piłę, a na wagary chodziło na plaże Stogi. Gdy na plaży pogrzebało się palcem w piachu można było znaleźć prawdziwy bursztyn. Dziś co najwyżej zgaszonego peta.

Gdy byłem dzieckiem chciałem zostać

Śmieciarzem. Uważałem, że mają fajne stroje i mogą być brudni. Ja z powodu brudnych czy podartych gaci miałem ciągłe awantury w domu. Poza tym zazdrościłem im tej zawadiackiej jazdy na jednej nodze gdy uczepieni śmieciarki podróżują od kubła do kubła.

W bajce wybrałbym dla siebie rolę

Wilka, bo podobają mi się czarne charaktery

Wróżkę zapytałbym

Dlaczego ludzie wieżą w takie głupoty jak przepowiadanie przyszłości z kart czy z gapienia się w szklaną kulę…

Chciałbym poznać sposób na

Dożywotni brak kaca

Duże wrażenie robi na mnie

Blondynka oczytana w Dostojewskim

Ostatnio wzruszyłem się

Gdy expres relacji Gdańsk- Warszawa po raz pierwszy od wielu lat przyjechał punktualnie

Chętnie wracam do

Kumpli którzy czekają na mnie w knajpie, a ja muszę gdzieś w telewizji udzielać wywiadów

Moim ulubionym zajęciem jest

Lektura korespondencji z banku (ewentualnie wierszy Pawła Konnaka) na tarasie mojego domu

Gdybym nie był tym, kim jestem zostałbym

Facetem, który testuje na sobie działanie kurtek kuloodpornych

Zawsze mam przy sobie

Kieszonkową kosiarkę do trawy i podręczną katapultę do rozrzucania gnoju

Zmęczenie mija

Gdy widzę, że moja żona kupiła sobie nowe buty

Postanowienie, którego nie zrealizowałem

Nie udało mi się zostać Ministrem Obrony Narodowej, jednemu z moich kumpli tak…

Nie lubię

Być poważnym

Boję się

Urzędu skarbowego i kobiet z wąsami

Moim przyjacielem jest

Prezerwatywa

Uzależniłem się od

Czytania prasy oraz zajadania się orzeszkami. To niestety prawdziwy nałóg, który wciąga mocniej niż odkurzacz…

W mężczyznach cenię

Ducha walki…

W kobietach podoba mi się

Drapieżność…

Cieszy mnie

Gdy mały, chory i słaby pokonuje dużego, zdrowego, cwanego głupola

Zajadam się

Niestety czekoladą, co źle wpływa na ilość kalorii w moim organizmie

Moim marzeniem jest

Zostać mistrzem świata w rzucie przeszczepem…



„Chcę być bardzo wesołym staruszkiem”Rozmowa z Krzysztofem Skibą, muzykiem, aktorem, satyrykiem, publicystą, liderem grupy Big Cyc. Wywiad ukazał się w piątkowym magazynie „Gazety Współczesnej” 20 sierpnia 2010. Rozmawiała Katarzyna Kownacka.



- Pisze pan już piosenkę na okoliczność prób przeniesienia krzyża spod pałacu prezydenckiego?

- Ta sytuacja jest niestety niezbyt śmieszna. Wszyscy chyba jesteśmy nią mocno zażenowani. Histeria, która ma miejsce pod pałacem nie służy ani pamięci ofiar, ani kościołowi, ani wierze. Dla mnie to zupełnie zwulgaryzowana forma ośmieszania i wykpienia wiary. Ale nie pierwsza to już taka sytuacja w Polsce. W latach 90-tych mieliśmy podobną, też z krzyżem, tyle że na żwirowisku w Oświęcimiu.

- Tamtą dowodził Kazimierz Świtoń, który pod pałacem prezydenckim w ostatnich dniach również się stawił.

- Podobieństw jest więcej. Świtoń, o ile mnie pamięć nie myli, chciał się w Oświęcimiu zaminować. W Warszawie ktoś mówił o tym, że się poleje benzyną, ktoś inny że przywiąże się do krzyża. Najbardziej bolesne jest to, że wielki symbol czyli krzyż staje się w tej awanturze pałką polityczną. Szkoda, że stanowczo nie reaguje na to Kościół. To przykre, zwłaszcza dla katolików. A uczono nas, że krzyż ma łączyć, a nie dzielić.

- Można było zapobiec tym awanturom? Może Bronisław Komorowski niepotrzebnie zapowiedział te przenosiny?

- Cicho by się chyba też nie udało. Od dłuższego czasu są tam jakieś dyżury całonocne. Gdyby nawet wynieśli krzyż cicho, to zaraz pojawiłby się następny, mówiono by o kradzieży, rzucano kolejne oskarżenia: że po cichu, że tajnie. Ci ludzie są zwyczajnie nastawieni na konfrontację i nie udałoby się jej uniknąć. Tu nie ma mądrego. Trzeba dać wygasnąć emocjom. Jak każde, tak i te w końcu miną. Co najwyżej pozostanie jakieś wrażenie w świecie, że jesteśmy narodem bardziej niż inne znerwicowanym, egzaltowanym, radykalnym religijnie. No ale przecież nie od dziś wiadomo, że jesteśmy inni.

- Pytałam o piosenkę, bo ostatnio kilka muzycznych komentarzy politycznych spod Pana pióra wyszło. Ot, choćby piosenka „Warto rozmawiać”, czyli ostra połajanka na Pospieszalskiego Janka. Mówi Pan, że sytuacja z krzyżem pod pałacem nie jest śmieszna. Ta z programem nagranym przez Pospieszalskiego, też zresztą pod pałacem tuż po katastrofie , też śmieszna nie była. A piosenka na tę okoliczność jest.

- Dla porządku: piosenkę napisał kolega z Big Cyca, Jacek Jędrzejak. Ale żeby nie było – podpisuję się pod nią obiema rękami i utożsamiam się z tekstem.

- Czym wam zalazł za skórę tak, że śpiewacie o nim: „gra na moherowych strunach lepiej niż na kontrabasie”, „smaga mieczem demagogii”, „mówią o nim PiS Ronaldo”, „prymitywnym populizmem chce się dobrać do twej głowy”?

- Na pewno nie jednym, drugim czy trzecim programem. To postać medialna funkcjonująca w obiegu telewizyjnym od paru lat. Jego programy oczywiście mają swoich gorących zwolenników, ale generalnie cieszą się złą sławą. Oczywiście, ostatnie wydarzenia i ten film zrobiony po katastrofie przyczyniły się do tego, że w końcu rzecz skomentowaliśmy. Ale to nie był jedyny motyw, bo nie chcieliśmy nikogo urazić drażliwym nawiązaniem do katastrofy. Ten temat na piosenkę się nie nadaje. Ale sam Pospieszalski – owszem. Dlatego śpiewamy o nim w ogóle, o całokształcie.

- Nie jego pierwszego wzięliście na tapetę.

- Rzeczywiście, wybieraliśmy już wcześniej z otaczającej rzeczywistości osoby charakterystyczne, wybijające się z całej masy gwiazdek czy polityków. Śpiewaliśmy o Renacie Beger, kiedy był czas blokad, sporej grupy posłów Samoobrony w parlamencie, wicepremiera Leppera. Ktoś, kto ośmieszał parlament udzielając brukowej prasie wywiadów, w których twierdził, że lubi seks jak owies był wdzięczną postacią do obśmiewania. Wcześniej, w latach 90-tych, była też piosenka o Shazzie.

- Ale te piosenki były sympatyczniejsze, niż ta o Pospieszalskim.

- Czy ja wiem... Jakby tak przeanalizować tekst, to chyba nie do końca. Shazza chciała się nawet o ten kawałek o sobie procesować z Big Cycem. Poczuła się dotknięta końcówką piosenki, w której śpiewaliśmy, że jest tylko facetem przebranym za kobietę. Dosadnie ale dowcipnie skomentowaliśmy w ten sposób jej męskie cechy, a ją to zabolało. Ale że wtedy jeszcze nikt się nie procesował o piosenki, to chyba nie chciała stwarzać precedensu. Może jakiś prawnik czy menadżer podpowiedział jej, że taki proces nam nabije punktów, a ją może ośmieszyć. I sprawa ucichła. Renata Beger też się na nas denerwowała. Mówiła, że śpiewamy nieprawdę o tym, że fałszowała podpisy i kpimy z tego, że skończyła tylko podstawówkę i maturę robi dopiero w parlamencie… Tak jak tamte, piosenka o Pospieszalskim to było działanie spontaniczne. Jacek napisał tekst, nagraliśmy ją i już. Ale nie ukazała się na żadnym singlu czy płycie.

- Bije za to rekordy popularności na You Tube

- Słyszałem, to miłe. Znajomi nawet mówili, że ludzie ją sobie polecają i przesyłają.

- Skąd ta jej popularność?

- Może na przykład z tego, że chyba wpisała się w obraz ostatniej kampanii wyborczej i w ogólny nastrój panujący w społeczeństwie.

- A jaka była reakcja samego Jana Pospieszalskiego?

- Zabawna. Spodziewaliśmy się jakiegoś odzewu, w końcu to osoba publiczna. A nieczęsto nawet o kimś publicznym powstaje utwór muzyczny. Przypuszczaliśmy więc, że Pospieszalski to skomentuje. Ale nie, że tak... Na swoim blogu opisał powstanie, nagranie i wrzucenie tej piosenki do sieci jako część operacji tajnych służb...

- ?

- To chyba wynik tego, że pan Pospieszalski ma bardzo wysokie mniemanie o sobie. No skoro uważa, że jest zwalczany przez bliżej nieokreślone wywiady… Trzeba być przecież kimś, by sobie na to zasłużyć. Częścią tych działań wywiadowczych miały być też, jego zdaniem, żarty Szymona Majewskiego o nim i Olga Lipińska, która się źle wyraziła o jego programie. A teraz do tego towarzystwa dołączył jeszcze Big Cyc i rzuca kalumnie. Dla mnie to narcyzm.

- To musieliście za tę akcję od tych wywiadów zgarnąć niezłą forsę... Wy, Majewski, Lipińska.

- Pani sobie kpi, a takie głosy się pojawiają! Otóż: nie zarobiliśmy w żaden sposób na tej piosence. Pojawiła się tylko w sieci. Nie wykluczam oczywiście, że w przyszłym roku czy za dwa lata może się pojawić na kolejnej płycie. Ale wtedy już pewnie będzie raczej kolekcjonerskim gadżetem dla starych fanów. Co do finansów to dołożyliśmy wręcz do interesu nagrywając ją za własne pieniądze. I przy okazji podkreślę jeszcze, że nie była to piosenka na zamówienie.

- To skoro już jesteśmy przy tłumaczeniach się z czegoś: dlaczego się Pan tłumaczy na stronie Big Cyca z bycia opozycjonistą? Pisze Pan np. „w stanie wojennym siedziałem w więzieniu za działalność w antykomunistycznym podziemiu. Byłem też kilkanaście razy zatrzymywany przez SB za działalność w ruchu „Wolność i Pokój” i Pomarańczowej Alternatywie”.

- To odpowiedź na zaczepki. Nigdy się do tej pory ani tym nie przechwalałem, ani nie reklamowałem swoją opozycyjną kartą. Potwierdzałem, jeśli ktoś się do tego dokopał, ale nie snułem kombatanckich opowieści. Tymczasem po nagraniu piosenki „Warto rozmawiać” Pospieszalski w komentarzu nazwał mnie pałkarzem systemu, a za tym poszły kubły pomyj wylane na moją głowę przez jego sympatyków w internecie. Wśród różnych inwektyw pojawiła się na przykład taka, że jestem stary komuch. Tego nie chciałem przemilczeć. Dla minimalnego choćby poczucia przyzwoitości i przywrócenia proporcji postanowiłem wydać oświadczenie. I stąd ten wpis na stronie Big Cyca.

- Stąd również gorzka refleksja w piosence, że rewolucja ścina głowy i pożera swoje dzieci? Działacze opozycyjni sprzed lat obrzucają się błotem?

- To stały mechanizm historyczny. Przerażające jest jednak to, co się dzieje z dawnymi działaczami Solidarności. Z góry wiadomo było, że się podzielą, będą mieć inne obozy. Tak się zdarzyło we wszystkich dawnych demoludach, które się wyzwoliły spod okupacji Związku Radzieckiego: w Czechach, na Węgrzech. Ale chyba nigdzie ten spór nie jest aż tak zażarty i nie trwa aż tak długo, jak u nas. Jako dawny uczestnik walki z komuna jestem tym zwyczajnie załamany. Rzadko albo wcale nie spieramy się na klasyczne tematy: podatki, rozwiązania prawne. O to powinien być normalnym dyskurs w polityce. U nas ciągle jest wojna na ideologie. I to wojna na wyniszczenie. Oskarżenia w stylu tych, że Donald Tusk ma krew na rękach i między wierszami, że maczał palce w katastrofie, jest obrzydliwe. Ale żeby była jasność – druga strona nie pozostaje dłużna. Janusz Palikot po stronie PO działa w ten sam sposób, czyli z dużą przesadą i czasem bez smaku. Dla mnie to objawy zaklętego polskiego chocholego tańca, rodem z Wyspiańskiego. W walce jesteśmy doskonali, w budowaniu bardzo słabi. Jako naród bardzo silni, jako społeczeństwo beznadziejni. Dlatego teraz część ludzi, korzystając z wakacji, wyłącza telewizory, nie zagląda do gazet, bo nie może na to patrzeć. Jeszcze trochę tej pisowskiej zawziętości, a zupełnie stracimy zainteresowanie krajem, znieczulimy się i nie będziemy się tą sferą zajmować. Część zagłosuje dla świętego spokoju na PO, a część w ogóle nie pójdzie do urn.

- Pan tak ciągle o tym PiS-ie, a Platforma też nie jest czysta i biała.

- Ale oczywiście! I wiele osób wcale nie pała do niej miłością. Jak powiedziałem - oddaje na nią głos dla świętego spokoju. Obawiam się, że to da politykom tej partii pretekst, by osiąść na laurach. Jest wiele absurdów prawnych, wiele kretyńskich rozwiązań, za które trzeba by się wziąć. Palikot ze swoją komisją „Przyjazne Państwo” odpuścił, bo może było to za trudne na zespół, który skompletował. Ale ze wszystkim tak odpuszczać nie można.

- To znaczy?

- Nie można iść na łatwiznę i realizować się w pyskówkach, wojenkach, a nie w pracy, która ma przynieść jakiś efekt. Kłopot może w tym, że taka żmudna praca jest mało medialna. Ale jeśli takie jest podejście, to będziemy się turlać z show Palikota i rządem, który będzie puszczał oczko: zobaczcie co oni robią, ci z PiS-u, na wariatów głosować nie można, głosujcie na nas. Już wiadomo, że nie wybudujemy wszystkich dróg do Euro 2012. Trochę przeszkodziła powódź, ale to nie jedyny powód opóźnień. Stadiony pewnie staną, choć niewykluczone że będzie tak, że w czasie kiedy zawodnicy będą wychodzić na murawę żeby grać, ktoś w szatni będzie kładł ostatnie kafelki. A szkoda – mistrzostwa to świetny pretekst, by gonić z inwestycjami i świetny czas na wyciąganie strumienia pieniędzy. Sporo jeżdżę i wiem, że stan większości dróg jest słaby. A kiedy jeszcze, tak jak teraz, tu i ówdzie ruszą jakieś remonty, to stajemy się nieprzejezdni. I zamiast się wyluzować jadąc na urlop, wściekamy się, że stoimy w korkach dojeżdżając do morza.

-A propos aktualnych muzycznych komentarzy na Youtube jest kawałek „Jak słodko zostać świrem w tym popieprzonym kraju” ze zdjęciami nowego prezydenta…

- Big Cyc od lat ma metkę zespołu, który jest muzyczną gazetą publicystyczną. Od lat komentujemy wydarzenia. Były polityczne płyty – „Moherowe berety” z 2006 roku, potem w 2009 „Szambo i perfumeria”, tytuł zaczerpnięty z cytatu Ojca Dyrektora, który stwierdził że szamba nie należy nazywać perfumerią. Spodobało się nam. Uznaliśmy, że określenie „szambo i perfumeria” to metafora czasów, w których żyjemy: wielkie szambo, w którym czasem udajemy, że przyjemnie pachnie.

- A czemu „dobrze zostać świrem”, jak Komorowski wygrywa wybory prezydenckie?

- To jest piosenka, którą gramy od lat 90-tych. Jak wiele naszych utworów może być naginana do obecnej sytuacji. I tak się teraz stało. Ten clip to zresztą nie nasze dzieło tylko jakiegoś naszego fana. Piosenka jest z 1993 i nie mogła być napisana z okazji wyborów prezydenckich 2010. To, że ktoś podłożył takie obrazki, jest fantazją tworzącego klip. Poza tym – kiedy się wsłucha w tekst to się okazuje, że ten świr to w zasadzie postać pozytywna. Zresztą dzięki tej piosence postał pomysł na nagrody – Świry - które są wręczane od kilku lat na Śląsku. Jestem pod wrażeniem, że nasi celebryci przyjmują te nagrody. Mogliby przecież nie mieć do siebie dystansu. Ale chyba nam, Big Cycowi udało się wykreować postać pozytywnego świra – takiego, co oddaje serce i duszę temu, co robi. Taki świr nam nie zaszkodzi. Jak go nie trawimy, to przełączamy kanał. Świr polityczny jest niebezpieczny – jego decyzje mogą zaszkodzić społeczeństwu albo sporej jego części. Jak wprowadzi kretyński przepis albo choćby – nawiązując do ostatnich wydarzeń – podniesie podatki, to odczujemy to wręcz fizycznie.

- Będzie kiedyś czas, że wbije się Pan w garnitur i będzie poważnym mężczyzną średnim wieku?

- To sobie zostawiam na emeryturę (śmiech). Choć nie przypuszczam, żebym i wtedy zbyt mocno się zmienił. Przywilej naszych czasów jest taki, że starzejemy się później, wolniej. Kiedyś 40-latek, taki inżynier Karwowski z serialu Jerzego Gruzy, to był stary chłop. Chodził w niemodnym ortalionie, zastanawiał się nad życiem. A ostatnio czytałem, że Johnny Depp, który ma bodaj 47 lata, został przez czytelniczki jakiegoś pisma czy portalu wybrany symbolem seksu. Skoro tak, to nie jest źle. To znaczy, że dojrzali faceci są w modzie. Zresztą – to widać. Ojcowie rock’n’rolla wciąż grają. Mają się dobrze, koncertują po 60-tce i ciągle ściągają tłumy. Mnie to mocno cieszy. Człowiek tetryczeje przede wszystkim umysłowo i na własne życzenie.

- Panu to nie grozi?

- Mam nadzieję, że nie. Chciałbym być wesołym staruszkiem.

- Takim, co to jak coś się będzie działo, to jak dotychczas będzie chodził z pluszowym Tinky Winkym, pokazywał pośladki premierowi albo rzucał krówkami, jak podobno kiedyś, za czasów Pomarańczowej Alternatywy, w ZOMO?

- To wszystko były przemyślane happeningi. Mam w tym doświadczenie, bo zaczynałem w latach 80-tych właśnie od Pomarańczowej Alternatywy. Trochę z tego ducha mi zostało. Stąd piosenki o sympatycznym pluszaku Tinki Winkim, którego pani Ewa Sowińska, eks-rzecznik praw dziecka z ramienia LPR, posądziło o to, że jest gejem. Śmiał się z tego cały świat. Newsa opublikował nawet New York Times. Te nasze muzyczne happeningi to uszczypliwości, które są po to, by wytykać absurdy. Wyśmiewając je domagamy się normalności. Wbrew pozorom to nie my jesteśmy wariatami, tylko rzeczywistość wokół jest ześwirowana. Zwracamy w ten ironiczny sposób uwagę, że coś jest nie tak. Nawet ten słynny tyłek nie był ot tak sobie. Odbyło się głosowanie publiczności, która miała wskazać: Jerzy Buzek, który był wtedy na koncercie w katowickim Spodku ma zobaczyć mój tyłek, czy kolano. Nie moja to wina, że ludzie postawili na tyłek. Więc zobaczył.

- A nie żałuje Pan teraz. Dziś Jerzy Buzek to szef Parlamentu Europejskiego, poważna persona.

- Wtedy profesor Buzek był premierem, jak wiadomo nieszczególnie udanym, kierowanym z tylnego siedzenia przez Mariana Krzaklewskiego. Jego rządy spowodowało sporą dziurę budżetową i kilka innych historii. Zresztą – to był polityk, którego partia po wyborach, bezpośrednio po swoich rządach, w ogóle nie weszła do parlamentu. Społeczeństwo pokazało mu wtedy czerwoną kartkę. I ten tyłek był komentarzem do tamtej, bieżącej rzeczywistości. To, że profesor Buzek tak się odnalazł i jest kim jest, to fantastyczna rzecz. W Polsce to fenomen. Swoją pracą i konsekwencją wygrzebał się z ogromnego dołka. Wielu premierów popada w niebyt. To, że Leszek Miller jest teraz wziętym komentatorem wynika tylko z tego, że jest inteligentny i dowcipny. Ale powrót do polityki nie był mu dany. Jako poseł z list Samoobrony przegrał z kretesem. Profesor Buzek powrócił w pełnym orężu.

- Można też wrócić na scenę, niekoniecznie polityczną, tak jak Marcinkiewicz. Jako celebryta niemal. O nim zresztą i o jego nowej partnerce śpiewacie piosenkę „Izabel”.

- No tak… Kazimierz i Izabel to piękna romantyczna polska przygoda… Zresztą – ten serial się ciągnie. Ostatnio słyszałem, że Izabel ma być w ciąży.

- Będziecie dopisywać dalszy ciąg piosenki?

- Mam nadzieję, że nie. Ale to jest właśnie historia, która pokazuje klasyczny przykład hipokryzji polityków. Facet, który był jeszcze niedawno politykiem prawicowym i wypowiadał się o wartościach chrześcijańskich, rozprawiał o tym jak ważna jest dla niego żona, dzieci, nagle się rozwodzi. Generalnie oczywiście tysiące ludzi się rozwodzi. To nic niezwykłego, każdy ma prawo. Rzecz zawsze jest przykra. Ale nie byłaby warta piosenki, gdyby nie to, że ten polityk mając chwilę temu usta pełne chrześcijańskich frazesów teraz rzuca je do kosza na oczach tłumu i z nową wybranką robi sobie sesje fotograficzne dla prasy brukowej. Zachowuje się jak gwiazda showbiznesu. Zresztą nie tylko on. To cecha wielu współczesnych polityków. Taki jest też Janusz Palikot, taka była Renata Beger. To są ludzie, którzy powinni raczej występować na cyrkowych arenach, czy mieć własne show w tej czy innej stacji. Taki tok-szoł w stylu Kuby Wojewódzkiego, choćby porady sercowe Kazimierza i Izabel.

- To jeszcze wrócę do świrów – w domu też Pan robi happeningi?

- W domu jestem sobą. Na scenie oczywiście też, ale tam to artystyczne działanie. Trudno, żebym robił happeningi przy zmywaniu talerzy. To oczywiście odwieczny problem – ludziom się wydaje, że skoro klaun w cyrku ma czerwony nos, to w domu go nie zdejmuje. Tymczasem kostium sceniczny się odkłada. Ale charakteru nie tracę. Żartuję sobie z synami, z żoną, robimy domowe wariacje.

- W ubiegłym roku Big Cyc rozwalił nam amfiteatr podczas ostatniego koncertu. Kiedy wrócicie go odbudować?

- Mam nadzieję, że jak najszybciej. W tym roku raczej się nie uda, choć miałem w tej sprawie kontakt z telewizją. Zadzwoniła do mnie pewna bardzo ważna pani i zapytała czy mógłbym poprowadzić jeden z koncertów. Ale nie wiem, czy coś z tego wyjdzie. Natomiast za rok mam nadzieję, że my i wszyscy polscy artyści pojawimy się w nowym, wygodnym, nowoczesnym amfiteatrze. Fama głosi, że będzie to obiekt super nowoczesny, funkcjonalna widownia, duża scena, komfortowe garderoby i pełen luksus. Mam nadzieję, że będzie to widać i z bliska i w telewizji. Do tej pory było tak, że kto widział amfiteatr w telewizji, przystrojony tysiącami świateł, ten miał wrażenie że to wielka, nowoczesna budowla. Wystarało raz być na koncercie, żeby się przekonać, że wcale nie. Miejmy nadzieję, że ten czas za nami.

- Dziękuję za rozmowę.




Wywiad/ankieta z cyklu „Rentgen”, której poddany został Krzysztof Skiba w lipcowym numerze (lipiec 2010) miesięcznika „Sukces”.



Gdybym był/a bogaty/a...

Wybudowałbym darmowy park wodny z licznymi basenami oraz nowoczesną sieć kolejową, która wykończyłaby PKP, założyłbym też własną telewizję w której programy informacyjne prowadziłaby tegoroczna Miss Natura

Moje marzenie o szczęściu...

Znaleźć diament w koszu na śmieci, dowiedzieć się, że nakład mojej książki przekroczył nakład książki telefonicznej, usłyszeć od ukochanej kobiety, że badanie cholesterolu wypadło pozytywnie, z mediów wchłonąć informację, że Polakom coś się wreszcie udało…

Dorosły poczułem/am się gdy...

Mając dziewięć lat zarobiłem pierwsze pieniądze występując jako prezenter mody szkolnej. Chodziłem po wybiegu, a w przerwach występował iluzjonista. Za dwa tygodnie pracy dostałem kasę jaką moja matka architekt otrzymywała za dwa miesiące siedzenia w biurze.

Innym zazdroszczę...

Nauczyłem się nikomu, niczego nie zazdrościć, ale pewnie chciałbym mieć głos tak przepity jak Ozzy Osbourne czy Tom Waits…ciągle nad tym pracuję

Mój pierwszy sukces...

W szkole podstawowej założyłem kabaret, który po premierowym spektaklu otrzymał administracyjny zakaz dalszych występów…a tak na poważnie to dawno temu wybrano mnie „autorem tekstów roku” za piosenki, które napisałem na pierwszą płytę zespołu Big Cyc. Do dziś kilka z nich gramy na koncertach np. Berlin Zachodni.

Nie potrafię zrozumieć...

Osób, które z własnej woli robią sobie operacje plastyczne pośladków…Spać na brzuchu przez trzy miesiące i nie móc usiąść na fotelu to musi być koszmar…

W życiu kieruję się...

Kilkoma zasadami…po pierwsze nigdy nie brać kredytów, po drugie nie brać na poważnie tego co mówią prezenterzy pogody, po trzecie nie zabierać na autostop szesnastoletniej uczennicy z wielkimi cycami, bo to się źle skończy…

Autorytetem jest dla mnie...

Moja księgowa. Liczy szybciej niż Balcerowicz, Belka, Kołodko i minister Rostowski. Powinna dostać matematycznego Nobla.

Lekcję życia dostałem/am...

Gdy urodził mi się pierwszy syn. Mieszkałem z żoną w małej dziupli w akademiku. Było to jeszcze za czasów PRL-u wiec brakowało nam wielu rzeczy niezbędnych dla dzieci. Wszystkie te zupki i kleiki trzeba było samemu gotować, a pieluchy były tylko tetrowe. Dzieciak miał kosmiczną energie i sypiał tylko cztery godziny na dobę.

Moment, który chciałbym/abym przeżyć jeszcze raz...

Jadę taksówką w Warszawie. Kurs jest długi. Dojeżdżamy na miejsce, a kierowca mówi, że czyta moje felietony, zna moje piosenki i w związku z tym nie musze płacić za kurs…

Chciałbym/abym na jeden dzień zamienić się miejscem z...

Sprzedawcą bielizny erotycznej w sklepie w którym przymierza stringi Scarlett Johansson. Oczywiście w dniu jej wizyty w sklepie…

Szkoda mi czasu na...

Oglądanie seriali w telewizji. Od czasu „Stawki większej niż życie” nie obejrzałem żadnego serialu. Szkoda mi też czasu na czytanie plotkarskich informacji w Internecie. Ileż tam jadu, zawiści, chamstwa i bezkresnej głupoty…

Spokój znajduję, gdy...

Znajdę swoje skarpetki. Nie od dziś wiadomo, że szukanie własnych skarpetek to dla każdego mężczyzny horror.

Moja największa wygrana...

Nigdy nie wygrałem żadnej wartościowej rzeczy, nawet grzebyka czy wibratora, bo z zasady nie biorę udziału w loteriach, konkursach czy zdrapkach. Za wygraną uważam fakt wyjścia cało z groźnego wypadku kilka lat temu. Jadąc na koncert miałem poważne dachowanie. Skończyło się na małym siniaku i skasowaniu auta. Godzinę później już stałem na scenie.

W podróż życia wyjechałbym/abym do...

Australii. Byłem tam dawno temu z ojcem. Gdy miałem 11 lat chciała mnie kupić australijska milionerka jako domową zabawkę. Jej syn uciekł z bandą harleyowców i milionerce potrzebny był mały, biały chłopczyk z Polski. Wówczas byłem przeciwny. Teraz chciałbym sprawdzić czy oferta jest dalej aktualna…

Świat należy do...

Ludzi, którzy potrafią skoczyć przez kreskę narysowana na ścianie…

Talent, z którego jestem dumny/a...

Potrafię bardzo szybko uciec z restauracji nie płacąc rachunku…

Kłamię gdy...

Koledzy pytają na scenie w trakcie koncertu czy został jeszcze jakiś alkohol…

Nigdy nie oddałbym/abym...

Swoich linii papilarnych, bo bardzo się do nich przywiązałem…

W trudnych sytuacjach ratuje mnie...

Mój kolega Końjo, który zawsze inteligentnie i dowcipnie wytłumaczy, że miało być inaczej i to wszystko pewnie wina kosmitów

Słowa, których nadużywam...

Moja żona twierdzi, że nadużywam słowa „genialne”. Dla mnie genialne może być proste danie złożone z sosu i makaronu jak również skomplikowane urządzenie elektroniczne do usuwania pypci.

Najważniejszy w życiu jest...

Nie nabić sobie guza przy ściąganiu portek…

Obecny stan mojego ducha...

Przypomina rozgrzaną plażę na Ibizie…



Wywiad z Krzysztofem Skibą, który został opublikowany 22 kwietnia 2010 w „Sic! E-gazeta studencka” internetowej gazetce Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM w Poznaniu. Rozmawiała Izabela Hildebrandt.



Swoją karierę dziennikarską zaczynałeś już jako nastolatek, potem w latach 80-tych byłeś trzy w jednym: redaktorem naczelnym, autorem i wydawcą. Jakich wskazówek mógłbyś udzielić przyszłym dziennikarzom?

Mój debiut miał miejsce w niezależnej gazetce szkolnej „Gilotyna”, a później szlifowałem swoje ostre pióro w pismach anarchistycznych wydawanych poza cenzurą takich jak „Przegięcie pały” czy „A’cappela”. Właściwie trudno mówić w tym wypadku o dziennikarstwie w dzisiejszym rozumieniu. To była misja walki z systemem, młodzieńczy bunt i dramatyczne szukanie swojego kawałka świata w jednym. W „Gilotynie” robiliśmy potworne błędy ortograficzne. Walczyliśmy z zakłamywaniem historii łamiąc zasady ortografii i stylistyki. Wzbudzało to zachwyt uczniów i przerażenie nauczycieli. W „Przegięciu Pały” piśmie Pomarańczowej Alternatywy takich byków już nie było. Tam ukazały się moje pierwsze felietony i opowiadania satyryczne. Jedyna wskazówka jaką mogę udzielić to rada, że warto podchodzić do tego zawodu z pasją, a nie z karierowiczowskim wyrachowaniem.

Pracowałeś z Michałem Ogórkiem w „13 kolumnie”. Jak wspominasz tamte czasy?

To były absolutne początki Gazety Wyborczej. Już zniesiono cenzurę, a u władzy pojawili się ludzie Solidarności. Po kilku miesiącach wydawania Gazety uznano, że przydałaby się kolumna satyryczna. W październiku 1989 powstała więc „13 kolumna” strona, która była częścią sobotniego wydania. Pisało do niej trzech autorów: Stanisław Tym, Michał Ogórek i ja. Mnie wykopał z podziemia Juliusz Rawicz, któremu wpadło do ręki redagowane przeze mnie „Przegięcie Pały”. Wyborcza szukała autorów, którzy nie szmacili się za Jaruzela w oficjalnych pismach i tak trafili na mnie. Widocznie te anarchistyczne żarty wydały im się jakoś ciekawe i zabawne. Komputery nie były tak powszechne jak dziś. Pisałem teksty na tradycyjnej maszynie i wysyłałem je faxem bądź pocztą, a sekretarka przepisywała je w redakcji. Z tekstami satyrycznymi był jednak problem. Gdy były za ostre czy za śmiałe redakcja obawiała się, że mogą być postrzegane jako stanowisko „poważnej” Wyborczej. Stanisław Tym wkurzył się, gdy mu kilka razy coś zmieniono, czy wygładzono w tekście i zrezygnował ze współpracy. Napisał, że jest za stary aby mu coś w tekstach skreślać. U mnie było jeszcze gorzej, bo mi nie skreślano zdań, tylko nie puszczano do druku całych tekstów. Gdy pewnego razu zatrzymano mi pod rząd cztery teksty dałem sobie spokój. Z 13 kolumny ocalał tylko Michał Ogórek, który jest tam do dzisiaj. To raczej nie była jakaś cenzura ze strony Wyborczej tylko chyba nasza nieumiejętność wpisania się w ich poczucie humoru. Babcia, taka sympatyczna weteranka opozycji, która redagowała wydanie weekendowe zawsze mówiła, że mój tekst jest za słaby, ją osobiście w ogóle nie śmieszy, a jedynie przeraża i mam przynieść coś nowego. Ciężko mi było pisać coś co rozbawi osobę chirurgicznie pozbawioną poczucia humoru. Po pewnym czasie zauważyłem, że mają autoironiczne podejście do siebie. Gdy wymyślałem żarty z Gazety Wyborczej zawsze to puszczali. Gdy pojawiał się żart z jakiejś nawiedzonej osoby duchownej czy z Kościoła to tekst od razu wylatywał. Trzeba przyznać, że to ciekawe podejście w gazecie uchodzącej za laicką.

Ale przecież nie tylko ,, Gazetą Wyborczą’’ Skiba żył. Jak to się stało, ze przedstawiciel zepsutego świata rocka zadebiutował w 2002r. jako felietonista w tygodniku ,,Wprost ‘’?

Tym razem wyłapał mnie Piotr Gabryel, który wówczas był zastępcą redaktora naczelnego Wprost. Czytał kilka wywiadów ze mną oraz moje felietony, które po rozpadzie 13 kolumny ukazywały się nie w głównym wydaniu tylko w gdańskim dodatku Gazety. Zaproszono mnie na rozmowę do redakcji gdzie chwalono moje zgryźliwe poczucie humoru, a Marek Król nieco na wyrost porównał niektóre moje teksty do słynnych, przedwojennych felietonów Antoniego Słonimskiego. Po takich komplementach polubiłem tych facetów, bo każdy jest łasy na pochwały. Od ośmiu lat mam we Wprost swoje stałe miejsce, przetrwałem różne burze i opublikowałem tam już ponad czterysta felietonów.

Redaktor Andrzej Niczyperowicz, wykładowca UAM w Poznaniu w jednym z wywiadów stwierdził: „ Skiba jest jeden jedyny i cudowny…dla mnie jest to wzorzec świetnego felietonisty polskiego, kupuje Wprost, czytam Skibę a potem wyrzucam Wprost do kosza’’. Czy łatwo jest zachować obiektywizm pisząc dla tygodnika, który jak wiadomo sympatyzuje z pewną partią polityczną?

Smutno mi, że Wprost tak jest, niesprawiedliwie postrzegane. Jako organ PiS-u i gazeta lustratorów. Różne polityczne emocje kierowały szefami tygodnika, ale chciałbym zaznaczyć to bardzo wyraźnie, że nigdy nie miałem żadnych nacisków czy sugestii ze strony szefostwa „co i jak mam pisać”. Nawet w okresie wielkiej sympatii czy wręcz miłości Wprost do „Prawa i Sprawiedliwości” zachowywałem absolutną niezależność opinii i żartów. Już na początku mojej współpracy z Wprost ustaliłem z szefami, że mogę kpić z kogo chcę, bez względu na poglądy, zasługi i legitymację partyjną. Warunek jest jeden. Ma to się dobrze czytać. Wiem że tygodnik stracił wielu swych stałych i wiernych czytelników po głupim tekście o Herbercie. Sugerowano w nim uwikłanie poety w bagno SB. Szybko zamieszczono artykuł polemiczny, prostujący tę niesprawiedliwą ocenę, ale mleko się już rozlało i niesmak pozostał. Po oskarżeniu Herberta o współprace z SB przestał czytać Wprost mój wyśmienity kolega z telewizji Włodzimierz Szaranowicz. Do tych którzy porzucili Wprost mogę tylko gorąco zaapelować: Wracajcie! Tygodnik bardzo się zmienił (także graficznie) i jest coraz ciekawszy!

W 2009r. wydawnictwo ZYSK I S-KA opublikowało zbiór opowiadań satyrycznych ,, Opowiadania podwodne’’. Co było bodźcem do ich napisania?

To jest zbiór moich opowiadań drukowanych w większości w tzw. niszowej prasie literackiej. Są tu perełki, które ukazywały się w pismach takich jak kwartalnik literacki „brulion”, redagowany przez Dunina Wąsowicza literacki organ „Lampa”, pismo młodej emigracji z Londynu „Cooltura” czy wydawane w Berlinie pismo literackie „B-1”. Niektóre z nich ukazały się jeszcze w pismach podziemnych. Postanowiłem zebrać te rozsiane po świecie opowiadania w jeden tom. Gdy książka się ukazała nagle do wielu dotarła porażająca jak czajnik prawda, że Skiba jest mistrzem, krótkiej formy. Moje opowiadania porównywano do twórczości głośnego izraelskiego pisarza Etgara Kereta. To wielki komplement, bo Keret to gwiazda literatury światowej, ale osobiście uważam, że z pisarstwem Kereta łączy mnie tylko pewna formuła literacka. Opowiadania są krótkie, wkurzające i zabawne zarazem. Mój świat i styl to jednak inna planeta. Keret jest zawodowym pisarzem, który mimo zabawnych point czy żartobliwej narracji pisze absolutnie „na poważnie”. Dla mnie to czysta zabawa w literaturę. Ja piszę opowiadania na kolanie w przerwach między koncertami, a moim jedynym bodźcem jest komiczna, kretyńska rzeczywistość, która mnie otacza i chęć skopania tyłka jej najbardziej popapranym uczestnikom.

,,Wkurwiający teleturniej’’ to scenariusz jednego z odcinków Skibomagla, a pojawił się w opowiadaniach obok takich tytułów jak ,,Fotel wielkiej mocy’’ czy ,, Obiad’’. Tematy obecnie bardzo na czasie, dlatego chcielibyśmy te trzy powyżej wymienione opublikować w naszej gazetce studenckiej, mamy Twoja zgodę?

Moim marzeniem podobnie jak marzeniem wszystkich piszących jest aby być czytanym. Jak pisał Gombrowicz nie ważne jest wydanie książki, liczy się tylko to czy masz czytelników. Żyjemy w świecie w którym rośnie liczba autorów książek, których za żadna cholerę nikt nie chce czytać. Biblioteki uginają się od nadmiaru mądrych i głupich książek, których nikt nie przeczytał. Tak więc każda forma dotarcia do czytelnika jest godna współpracy. W temacie publikacji opowiadań „jestem na tak” jak mówił Robert Leszczyński w programie „Idol” głosując na osoby pozbawione talentu.



Wywiad, który ukazał się w marcowym numerze miesięcznika „Bluszcz”.




Krzysztof Skiba




Narodowy test faceta



1. Samochód – ważny czy najważniejszy?

Tylko ważny, ale też bez przesady. Do 25 roku życia jeździłem tramwajem lub beczkowozem. Auto nie jest mi potrzebne do robienia wrażenia czy budowania męskości. Zauważyłem jednak pewną tendencję. Im jestem bardziej zdziadziały tym częściej kupuję droższe, luksusowe auta. Podświadomość?

2. Kawa z gazetą czy książka z papierosem?

Niestety oba zestawy wybrakowane. Wybieram wariant herbata z książką, ale także wódka z gazetą, bo trudno się nie zdenerwować czytając wiadomości.

3. 8 czy 18 godzin w pracy?

Mam wrażenie, że pracuję 24 godziny na dobę, ale wolny zawód ma to do siebie, że pracujesz na własny rachunek, a nie dla kogoś. W pracy czuje się jak na wakacjach w końcu moja robota to imprezy, balangi, koncerty…

4. Scarlett Johansson czy Penelope Cruz?

Moja miłość do Scarlett Johansson zaczęła się po obejrzeniu „Dziewczyny z perłą”. Film uważam za arcydzieło. A Scarlett podziwiam nawet jak pojawia się w nieudanych filmach.

5. Kobieta na lata czy na lato?

Seksowna kochanka potrafi uskrzydlić nawet słonia, ale mądra żona przedłuża życie tak więc zdecydowanie kobieta na lata.

6. Seks – wykwintna potrawa czy fast food?

Na wykwintne potrawy nikt nie ma dziś czasu. Ludzie spieszą się na pogrzebach i w łóżku. Oczywiście w tym miejscu większość facetów kłamie i wybiera „wykwintną potrawę”, a przecież szybki numerek ma swój urok. Kobietom też się spieszy bo jest promocja w sklepie Diora. Na wykwintny seks mają dziś czas tylko bezrobotni i rolnicy zimą.

7. Tor wyścigu szczurów – do omijania czy wygrywania?

Problem w tym, że w Polsce mało kto chce się ścigać. Panuje raczej duży stopień wyluzowania. Szczególnie w instytucjach państwowych. Tam już nikt nie ma energii do pracy, a tym bardziej do ścigania. Polacy cały czas myślą w kategorii ciepłej posadki na etacie. Gdzie tu wyścig szczurów? To mit w obrębie trzech ulic w Warszawie.

8. Koalicja czy opozycja?

Jako satyryk i artysta rockowy jestem poza koalicją i poza opozycją. Jestem w permanentnym podziemiu czyli w partyzantce śmiechu.

9. Japonki do szortów czy mokasyny do garnituru?

Japonki to najlepiej do jacuzzi. Garnitury nakładam tylko w sytuacji gdy w teledysku mam zagrać bufona z korporacji lub jakiegoś polityka. W mokasynach nigdy nie chodziłem. Lubię Indian i podziwiam, ale bez przesady.

10. Paczka papierosów czy jedno cygaro?

Jestem absolutnie antynikotynowy choć zdarzało mi się palić święte ziele. Jednak nie robię wielkiego problemu gdy ktoś pali przy mnie np. w klubie czy w basenie.

11. Ernest Hemingway czy Truman Capote?

Zdecydowanie Truman Capote. Hemingwaya uważam za coś w rodzaju spróchniałego mebla w gabinecie, którego się nie wyrzuca, bo ma pewien wdzięk i styl.

12. Oczy szeroko zamknięte czy Fight Club?

Jestem wielkim fanem pisarstwa Chucka Palahniuka. Przeczytałem prawie wszystko co zostało przetłumaczone na język polski także Fight Club na podstawie którego nakręcono głośny film. No cóż... Książka lepsza!

13. Steven Seagal czy Woody Allen?

Wszyscy kochamy tego nowojorskiego słabeusza i neurotyka, który jest tak zabawny, że momentami go nie rozumiemy. Woody Allen zmusza do czytania lektur i interesowania się filozofią choćby w stopniu podstawowym, bo bez tego nie są czytelne jego dowcipy. Seagal nie wymaga od nas wiele. Nie ma nawet co liczyć ciosów w jego filmach, bo po pierwszej setce można wpaść w katatonię.

14. Squash z szefem czy noga z kumplami?

Zestaw nie dla mnie, bo nie mam szefa, a moi kumple nie grają w nogę tylko chodzą do knajpy, albo podrywają młode dziewczyny. Jeżeli już to koszykówka z synem.

15. Sushi czy bigos?

Kocham bigos! Najlepszy na świecie robi moja mama. Dobrze zrobiony przebija wszystko co można sobie wyobrazić. Potrawa o wiele trudniejsza do zrobienia niż sushi, którego przygotowanie jest łatwizną. Sushi to potrawa japońskich robotników portowych. Królewski bigos to szlacheckie danie z pańskiego stołu.



Wywiad z Krzysztofem Skibą opublikowany na portalu ogólnoinformacyjnym Netbird w styczniu 2010. Rozmawia Mateusz Maciejczyk.




W tej branży nie ma zwolnień lekarskich…



Pomijając muzykę, satyrę, aktorstwo, teatr, publicystykę itp., czy jest coś poza tym wszystkim, co mógłby Pan nazwać swoją największą pasją?

Zdecydowanie najbardziej lubię żywy kontakt z widzem. Występy przed inteligentną publicznością, która pozytywnie reaguje na moje słowa. Jeżeli publiczność jest ciekawa to klub w którym trwa występ nie musi być duży. Z kolei najbardziej emocjonalne sytuacje to wielkie koncerty przed wielotysięczną publicznością. Lubię duże sceny i koncerty plenerowe. Największy swój koncert grałem dla 300 tys. osób. Był to koncert w ramach Inwazji Mocy RMF na lotnisku pod Olsztynem. Ze sceny widziałem morze głów, które ciągnęło się przez kilka kilometrów. Pisanie felietonów czy okazjonalne granie jakiś małych rólek w filmach sprawia mi także wielką frajdę, ale nie ma tego co porównywać z koncertami. Aktorstwo to w ogóle margines tego co robię. Traktuję to w kategorii zdobywania nowych doświadczeń oraz ciekawostki. Co do pasji poza własną aktywnością to uwielbiam czytać dobrą literaturę np. książki historyczne, reportaże, ale także powieści z pewną metafizyczną poświatą.

Czy z tego co wymieniłem wcześniej jest coś, co robił Pan lub robi nadal z musu? Coś co jest zwykłą koniecznością, a nie przyjemnością i pewnego rodzaju satysfakcją?

Bywają sytuacje gdy człowiek nie ma ochoty na granie koncertu, ale musi wyjść na scenę. Zdarzało mi się grać koncerty gdy byłem przeziębiony, miałem temperaturę czy ledwo stałem na nogach ze zmęczenia. Jedną z tras (ok. 12 koncertów w klubach) zagrałem w latach 90-tych będąc poważnie chory na grypę. Brałem antybiotyki i wyłaziłem na scenę. Teledysk do piosenki „Złoty warkocz” z 2004 roku kręciłem totalnie przeziębiony z temperaturą bliska 40 stopniom gorączki. Trudno o takich sytuacjach mówić, że to przyjemność. Ale w tej branży nie ma zwolnień lekarskich. Publiczność kupiła bilety i czeka. Artysta musi wyjść na scenę nawet gdy ma sraczkę, urwało mu nogę czy głowa mu pęka. Jestem zdania, że odwołać koncert możesz tylko wówczas gdy ktoś cię zastrzeli.

Czy ten Krzysztof Skiba, którego widzimy na co dzień choćby w telewizji, to ten prawdziwy? Czy raczej pod "skórą" satyryka kryje się zupełnie inna osoba?

Ja uważam się za prawdziwego, ale to normalne, że w każdym wystąpieniu publicznym zawsze jest jakaś kreacja i udawanie. Aktor nie musi być prawdziwy, wystarczy, że udaje prawdę. Podobnie jest z satyrykami, którzy rozśmieszają nas na scenie. Wielu z nich poza sceną to strasznie smętne wały. Za to na scenie tryskają humorem i są autentycznie zabawni. Twórcy kabaretowi mają wręcz kompleks, że wszyscy wokół wymagają od nich aby bez przerwy sypali dowcipami i byli śmieszni. Nie ma nic gorszego niż osoba, która na siłę lub pod przymusem otoczenia próbuje być śmieszna.

Gdy jest Pan w domu i patrzy nie raz w lustro, kogo tak na prawdę Pan tam widzi w odbiciu?

Człowieka, który wiele widział i wiele przeżył, ale nadal jest głodny życia, nowych wyzwań i zdobywania doświadczeń oraz kogoś o twarzy seryjnego mordercy.

Co będzie, kiedy to i Panu przyjdzie stanąć na zakręcie? Czyli kiedy przyjdzie ten moment, że trzeba będzie zejść ze sceny na zasłużoną emeryturę? Co będzie najbardziej zaprzątało Panu głowę i czym będzie się Pan chciał zająć?

Mam plany aby nie iść na emeryturę. W Polsce jest najwięcej emerytów w Europie i ja chcę odwrócić te tendencje. Polakom śpieszy się do emerytury, bo marzą o tym momencie, gdy nie będą musieli już chodzić do swojej okropnej pracy i rozłożą się na swych wygodnych kanapach i będą zażerać chipsy. A ja swoją robotę kocham! Pójście na emeryturę to pójście na łatwiznę. Wielu artystów występuje i tworzy do końca życia. Leonard Cohen, Bob Dylan to kolesie, którzy nagrywają płyty mimo, że są po siedemdziesiątce. Słynny, niemiecki poeta Goethe najlepsze swoje wiersze napisał gdy miał 90 lat. Jak nie będę mógł już wejść na scenę to zawsze mogę pisać teksty piosenek, monologi kabaretowe, scenariusze programów telewizyjnych itd. Mam jednak nadzieję, umrzeć na koncercie z mikrofonem w ręku tak jak Mark Sandman wokalista i gitarzysta słynnej amerykańskiej grupy Morphine czy Tadeusz Łomnicki który zmarł na scenie grając króla Leara w teatrze w Poznaniu.

Każdy w swoim życiu szuka osoby, tak zwanego idola, na którym chciałby się wzorować. Czy w trakcie Pana kariery zdarzyła się taka sytuacja, że przyszedł ktoś do Pana i powiedział: "Panie Krzysztofie, chcę być taki jak Pan!"?

Tak zdarzali się tacy nieboracy, ale to zła droga i zawsze im odradzałem. Lepiej być sobą niż naśladować kogoś. Czyż nie?

A Pan miał właśnie takiego idola?

Słowo idol kojarzy mi się z niskiej rangi zauroczeniem w wykonaniu niedojrzałej piętnastolatki. Gdy byłem mały podobali mi się śmieciarze z naszej okolicy, bo mogli mieć brudne spodnie, a ode mnie matka zawsze wymagała abym miał czyste. A jak tu mieć czyste spodnie gdy wraca się z podwórka? Moimi idolami byli więc we wczesnej młodości faceci w brudnych gaciach. Uważałem, że mają fajny zawód i super stroje.

Bierze Pan udział w wielu przedsięwzięciach (radio, telewizja itp). Czy zauważył Pan na naszej polskiej scenie kogoś, kto w przyszłości godnie przejmie pałeczkę po Krzysztofie Skibie?

„Przejmowanie pałeczki” kojarzy mi się z filmami erotycznymi typu „Analne zauroczenie 4” więc z godnością pominę to zagadnienie.

I tak na koniec z innej beczki. Czy lubi Pan cukierki "Krówki"? Czytałem, że kiedyś podczas jednej akcji z przyjaciółmi obrzuciliście ZOMO-wców właśnie tymi smakołykami. Jak wspomina Pan tamte czasy i właśnie te cukierki?

To było podczas happeningu Pomarańczowej Alternatywy „Niezależne obchody Dnia Dziecka” w Łodzi pierwszego czerwca 1988 roku. Jako zbuntowani przeciwnicy systemu, ubrani w komiczne stroje wdrapaliśmy się na kiosk Ruchu i śpiewaliśmy dziecięce piosenki. Mieliśmy też transparent z napisem „Światu – pokój, dzieciom – mieszkania”. Jak widać hasło aktualne do dziś. Gdy pojawiła się Milicja Obywatelska rzucaliśmy w milicjantów cukierkami i krzyczeliśmy „Smerfy! Smerfy”. Szybko zebrał się tłum, który się cieszył bo wszystkie smerfy podobnie jak milicjanci były niebieskie. Tłum oraz nasza manifestacja były nielegalne więc dwie kompanie ZOMO przepędziły zebranych, a nas wsadzono do paki. Na kolegium do spraw wykroczeń zomowcy zeznawali, że rzucaliśmy w nich twardymi landrynkami, a my się upieraliśmy, że to były miękkie „krówki” i „toffi” czyli towar w PRL-u luksusowy i rzadko dostępny. Po pół godzinnej dyskusji na temat cukierków kolegium zorientowało się, że robimy sobie z nich jaja i wlepiło nam spore kary finansowe z ewentualną zamianą na trzy miesiące aresztu. Na szczęście nałożone na nas płatności uregulowało związkowe podziemie. Dziś już nie pamiętam jakimi cukierkami rzucaliśmy naprawdę, ale na pewno nie były to „krówki”. Te były trudno dostępne i sam bym je zjadł, a nie rzucał zomowcom.




2009

Wywiad z Krzysztofem Skibą jaki ukazał się w grudniowym numerze miesięcznika studenckiego „Dlaczego”. Rozmawia Paweł Rusak.

Minister Skiba

INFORMACJA Z OSTATNIEJ CHWILI! Rekonstrukcja w gabinecie. Polski nie-rząd powiększa się o kolejny resort – Ministerstwo Studenckiego humoru. Jego ministrem na wieki, ale bez teki został Krzysztof Skiba, który ma ambitny plan podniesienia poziomu studenckiego humoru. Tylko u nas można przeczytać ekskluzywny wywiad z nowo powołanym ministrem. I dowiedzieć się, czy wykładowcy będą przeprowadzali egzaminy z kanonu dowcipów polskich oraz dlaczego kabarety studenckie są jak zespoły disco polo.



To dość zaskakująca decyzja – Krzysztof Skiba w rządzie. Jak do tego doszło?

Premier Tusk zrealizował dyrektywę Unii Europejskiej, która nakazała wprowadzić do każdego rządu osobę odpowiedzialną za poziom humoru studenckiego. Unia zauważyła, że w krajach członkowskich rządy są pełne smutasów. Szczególnie widoczne jest to w naszym kraju. Żarty naszych polityków sprawiają, że – podobno ukochani przez premiera – studenci chowają się do szafy. Zorganizowano wewnętrzny casting, ale dowcipy wszystkich kandydatów były sztywne jak onuce żołnierza zawodowego. Ja tego dnia akurat przechodziłem ulicą i zostałem porwany do Kancelarii Premiera. Nie chciałem angażować się w politykę, ale kiedy pokazano mi moją sekretarkę przypominającą skrzyżowanie Pameli Anderson i Violetty Villas, zdecydowałem się pełnić funkcję Ministra Studenckiego Humoru.

W takim razie chyba należy zmienić ton. Panie ministrze, jakie będą pierwsze kroki Ministra Studenckiego Humoru?

Przede wszystkim chcemy stanowczo zaprotestować przeciwko wprowadzeniu matematyki na maturę.

Dlaczego? Co ma humor do tabliczki mnożenia?

Wiele. Uważamy, że matematycy to smutni ludzie. Studenci politechnik miewają zazwyczaj drętwe dowcipy. Ich śmieszy krzywa Gaussa albo mówią „Alt Binaris” i śmieją się z tego do rozpuku. Tylko oni.

Może w takim razie należałoby wprowadzić egzamin wstępny z humoru?

Obawiam się, że spora część mogłaby ten egzamin oblać. Złośliwie wyznaczyłbym samych ponuraków do komisji oceniających. Ludzi, których ciężko rozśmieszyć. Przykładowo z polityków mogliby to być Jarosław Kaczyński, Przemysław Gosiewski oraz Joachim Brudziński. To ekipa, która jeśli opowie dowcip, to większość społeczeństwa chce popełnić samobójstwo. Myślę, że to byłaby ta dodatkowa trudność.

Ale zawsze znalazłby się jakiś sposób. Wszak studenci to mistrzowie kombinowania na egzaminach. Jeden z nich doczekał się nawet dowcipu, w którym to student na egzaminie z biologii dostaje pytanie: co pan wie o tasiemcu? Ów jegomość nie zna odpowiedzi, ale mówi: Tasiemiec przypomina trąbę słonia. A o słoniu mogę wiele opowiedzieć.

Dokładnie. To inteligentne zmienianie tematu. Są wykładowcy, którzy przymykają na to oko. Wszystko jest możliwe, jeżeli potrafimy oczarować wykładowcę i w umiejętny sposób damy mu do zrozumienia, że jesteśmy oczytani. I tylko gdzieś wewnętrznie mrugamy do niego okiem, że akurat tego tematu nie znamy. To jest zresztą jedna z metod, którą sam stosowałem. Zdałem tak egzamin u profesor Ślusarskiej z literatury. Padło pytanie dotyczące „Popiołów” Żeromskiego. Aż wstyd się przyznać, ale tej pozycji akurat nie przeczytałem. Niemniej podjąłem dyskusję, że te bitwy napoleońskie mnie nie kręcą, ale za to podnieca mnie egzystencjalizm. W ten sposób udało mi się wybrnąć z sytuacji. Oczywiście na koniec pani profesor Ślusarska powiedziała, że wyczuwa, iż w sprytny sposób zmieniam temat. Nawet zaliczyła mi egzamin na piątkę, bo urzekły ją moje niebieskie oczy.

Istna szkoła kombinowania. Widzę, że metoda na inteligentne zmienianie tematu się nie zmieniła. Czy ministerstwo robiło może jakieś badania dotyczące zmiany poczucia humoru wśród studentów na przełomie ostatnich lat?

Nasz resort ma specjalny zespół badawczy, który od wielu lat zajmuje się analizowaniem poziomu humoru wśród studentów. Tym zespołem badawczym jest... grupa Big Cyc. Mają oni za zadanie kultywowanie stałego kontaktu ze studentami przez koncertowanie, ale również przez popijanie z nimi trunków wyskokowych przy różnych okazjach. Ostatnio graliśmy na serii koncertów otrzęsinowych – wśród nich zawitaliśmy do Krakowa.

I co się okazało?

Student jest otwarty na żywy i bezpośredni kontakt z humorem. Mimo że za chwilę w życiu młodych ludzi pojawi się kierat, karkołomne poszukiwanie pracy, później korporacja, drapieżni headhunterzy i łapanka na zdolnych – to student ma świadomość, że nie może poświęcić pięciu lat tylko na studiowanie. Inaczej życie ucieknie mu między palcami. Dlatego student chce „pożyć”. Ale nie zawsze może. Napotyka na tej drodze do szczęśliwości różne przeciwności.

Jakie?

Choćby tradycyjne polskie pory roku. Jesień i zima, kiedy słońce szybko zachodzi, nie skłaniają do przesadnego poczucia zadowolenia. W końcu to jedna z ulubionych pór roku poetów. A ci wzruszają się, kiedy inni płaczą i są zdołowani. Swoją drogą zastanawia mnie, dlaczego symbolem Polski jest płacząca wierzba. Przecież to ustawia nas w pozycji smętnego narodu. Stąd też chyba bierze się ta ponurość Polaków. Jeśli ktoś idzie ulicą i się uśmiecha, wówczas wszyscy myślą, że albo jest pijany, albo... głupi. A na Zachodzie ludzie uśmiechają się do siebie tak po prostu. Są optymistycznie nastawieni. Widać to nawet w... windzie. Często obserwuję choćby w hotelach, że na Zachodzie pasażerowie mówią sobie „hello”. To naturalne. U nas jedzie się milcząco. Jakby każdy się bał odezwać. Totalną katastrofą są windy w blokach. Mam wrażenie, że jeżdżą tam sami frustraci.

Teraz wiadomo, dlaczego w akademikach nie ma wind.

Coś w tym jest. Co prawda są akademiki, gdzie są windy, aczkolwiek rzeczywiście w większości trzeba piętra pokonywać na pieszo. Studencka winda różni się bardzo od tej blokowej i hotelowej.

Niektórzy potrafią nawet zrobić w niej regularną imprezę.

Ale to tylko pokazuje, jakie podejście do życia mają właśnie studenci. Szkoda, że są to tylko jednorazowe wybryki. Dlatego też chcemy stanowczo walczyć z ponuractwem.

W jaki sposób?

Mamy postulat: więcej czekolady! Jako ministerstwo będziemy zalecali, aby na studenckich stołówkach – zamiast zupy mlecznej, makaronów i gulaszy – dawać czekoladę w różnych postaciach. Ta przekąska wspomaga wydzielanie endorfin i tym samym działa na poczucie humoru.

Może to zdołowanie przenosi się z wykładowców, którzy raczej nie tryskają humorem?

Zdajemy sobie z tego sprawę. Dlatego będziemy apelować, aby wykładowcom również dawać po tabliczce czekolady dziennie. Obserwujemy jako ministerstwo niepokojącą tendencję wzrostu ponuractwa wśród wykładowców. Nauczyciel akademicki jest na ogół smutny. Bądźmy szczerzy – pracownicy akademiccy nie są beneficjentami wielkiego sukcesu ekonomicznego. Szczególnie, że studenci przyjeżdżają pod uczelnię lepszymi samochodami niż wykładowcy. To musi ich frustrować.

„Czekoladowy bonus” od Ministerstwa Studenckiego Humoru mógłby pomóc.

Z pewnością byłaby to słuszna inicjatywa. Poza tym w budżecie znajdą się pieniądze na czekoladę, ale na podwyżki dla profesorów już niekoniecznie. Czekolada będzie spełniała rolę analgetyku zmniejszającego sfrustrowanie pracowników uczelni. Możemy dodawać im jeszcze ciepłe rajtuzy na zimę. A obecnie nie chce im się nauczać. Zresztą system w tym nie pomaga. Coś mi się wydaje, że jak tak dalej pójdzie, to uczelnie będą kończyć ludzie, nadający się do startowania w teleturniejach, czyli tacy wiedzący wszystko i nic.

To źle?

Amerykanie mają system specjalistycznego szkolenia. Tam zdarza się, że wybitny biolog nie ma zielonego pojęcia o tym, kim był Kopernik, Atylla albo Hannibal...

... chyba że Hannibal Lecter...

... albo Hannibal Smith z „Drużyny A”. Natomiast będzie on wiedział wszystko o swoich motylkach. I możemy być pewni, że prędzej zdobędzie nagrodę Nobla w swojej dziedzinie niż naukowiec posiadający ogólną wiedzę. W naszej europejskiej szkole nauczania uważa się, że człowiek powinien wiedzieć zarówno o Koperniku, motylkach i Atylli. Ale przez to tworzymy rzeszę ludzi, którzy będą wygrywali konkursy w rodzaju „Milionerów” albo nieodżałowanej „Wielkiej Gry”. Omnibusy bez żadnych konkretnych umiejętności. A ja wolę iść naprawiać samochód u Gienka, który wie wszystko o moim samochodzie, a może nic kompletnie nie wiedzieć o Józefie Piłsudskim. Rzecz jasna z punktu widzenia polskiego etosu inteligenta jest to straszne. Jednak chyba lepiej być operowanym przez lekarza, który wszystko wie o ślepej kiszce niż takiego, który o ślepej kiszce wie niewiele, za to zna na pamięć wszystkie płyty z dyskografii Czesława Niemena.

Niby racja. Tylko mam wrażenie, że obecni studenci nie mają żadnej konkretnej – ani szczegółowej, ani ogólnej – wiedzy. Jak pan minister myśli – z czego to może wynikać?

Dzisiaj bycie studentem jest powszechne. Kiedyś pójście na studia było czymś nobilitującym. Słuchacz szkoły wyższej był wręcz gatunkiem chronionym, a legitymacja studencka wywoływała pomruk zachwytu wśród społeczeństwa. Nie zdarzało się, żeby student kogoś pobił lub okradł. Kiedyś, jeśli nawet zdarzała się rozróba studencka, to na wesoło – z żartem itd. Dzisiaj – to może być zwykła pijacka burda albo nawet gangsterskie porachunki. To, że studia stały się masowe, odbiło się na ich jakości. Kiedyś student był naprawdę elitą – dzisiaj już nie.

Czy pan minister przekonał się o tym na własnej skórze?

Owszem. Ostatnio piłem ze studentami w Zielonej Górze w klubie „4 Róże dla Lucienie” i nikt nie wiedział, skąd wzięła się nazwa knajpy! Uznałem to za skandal, że nie znają Rolanda Topora. Jak można nie wiedzieć, gdzie się pije? W Łodzi w knajpie Łódź Kaliska jest wiele parodii słynnych obrazów klasyków, m.in., „Wolność wiodąca ludzi na barykady” Delacroix. Kiedy zapytałem alkoholizujących się studentów, czy wiedzą, czyje malowidła zostały sparodiowane – wszyscy milczeli. Ja rozumiem, że student politechniki może tego nie znać. Ale uczelni humanistycznej? Toż to wstyd!

To wręcz smutne.

Za czasów mojej młodości było jakby weselej. Młodzież – poprzez ograniczoną liczbę rozrywek – musiała jakoś sobie radzić. Dlatego powstawały kabarety, mnóstwo żartów i ludzie byli chyba nieco radośniejsi.

Ale dzisiaj przecież działa wiele kabaretów – również studenckich.

Wydaje mi się, że jednak przeżywamy erę disco polo humoru. Miejsce discopolowców zajęli kabareciarze. Żarty są łatwe, przyjemne i proste. Przede wszystkim nie wymagają żadnego myślenia i nie niosą prawdy o rzeczywistości. Mamy dużo dowcipu absurdalnego, ale pustego. Oczywiście kabareciarze są gwiazdami, ale weszli w rolę discopolowców. A satyra i dowcipy powinny odkłamywać pewne schematy myślenia, działania i mówienia.

Może w takim razie trzeba jakoś systemowo i odgórnie rozwiązać problem ponuractwa. Może minister powinien czym prędzej wydać jakiś stosowny dekret?

Nic na siłę. Nie ma nic gorszego niż zmuszanie do żartu. Myślę, że ministerstwo powinno mieć inne zadanie. Przede wszystkim będziemy dbać o podnoszenie poziomu poczucia humoru. Druga rzecz – zależy nam na propagowaniu otwartości na różne sprawy i tematy, żeby nie mieć nieustannie spiętej dupy. My – Polacy – mamy tendencję do szybkiego wpadania w zacietrzewienie. Kiedy pojawiają się kawały o Polakach, od razu jesteśmy wkurzeni. A jeśli będziemy mieli dystans do siebie – wówczas nie będziemy tak nagminnie spinali dupy.

To chyba dotyczy głównie polityków.

Owszem. Chociaż nawet wśród nich znajdują się gejzery humoru. Potrafią przywalić żartem między oczy tak, że przeciwnikowi spadają skarpetki z zawiązanych butów. Niestety, chyba przykład idzie z góry – wszak Lech Kaczyński nie jest wzorcem do naśladowania, jeśli chodzi o poczucie humoru. Chociaż ten happening przy okazji walki o krzesła na szczycie UE był świetny. Kiedy nareszcie obaj panowie – premier i prezydent – dolecieli na miejsce, prezydent Kaczyński podszedł do premiera i zrobił mu „mukę” w plecy. To był świetny happening. Ale to są wyjątki – tak samo jak wśród studentów.

Co ministerstwo chce z tym zrobić? Resort będzie propagował wspomagacze? I wysunie postulat o legalizacji konopi indyjskich albo obniżeniu akcyzy na alkohol?

W świecie używek powinniśmy zastosować daleko idącą tolerancje, aczkolwiek miejmy świadomość, że niektóre z nich prowadzą do tragedii. W dziedzinie humoru najlepsze jest zawsze działanie bez wspomagaczy. Te zresztą oszukują, ponieważ potrafią zrobić z osoby smutnej jak zeszłoroczny śnieg personę szalenie zabawną. My jesteśmy za powrotem do korzeni – do sarmackiej i szlacheckiej tradycji biesiad. Postuluję odejście – przynajmniej na chwilę – od komputera, telewizora, na rzecz spotkań bezpośrednich. Wszelkie komunikatory internetowe są świetnym wynalazkiem, ale spotkanie się twarzą w twarz z kumplami i piękną kobietą przy alkoholu jest najlepsze. Nie doprowadźmy do sytuacji, kiedy z własną dziewczyną albo żoną będziemy rozmawiać w łóżku za pomocą laptopów. Trzeba zachować równowagę. Na koniec mogę zdradzić, że Ministerstwo Humoru Studenckiego przekazało specjalną dotację celową na zaktywizowanie zblazowanej braci studenckiej. Od stycznia na stronach serwisu internetowego www.dlaczego.com.pl można będzie głosować na najlepsze dowcipy studenckie. Te naprawdę najlepsze będą również publikowane na łamach magazynu studenckiego. Na najaktywniejszych dowcipnisiów czekają liczne nagrody. Więc nie zwlekajcie! Stańcie do walki o honor studenckiego humoru!

Rozmawiał Paweł Rusak




Wywiad z Krzysztofem Skibą, który ukazał się w majowym wydaniu pisma "Echo Miasta"


Tylko 13 procent Polaków deklaruje, że odda głos w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Pan pójdzie głosować?

Pójdę. Zrobię to bez większego entuzjazmu. I nie po to aby za kimś zagłosować, ale tylko po to by w Europie nie reprezentowali nas szaleńcy i wariaci, których niestety wśród startujących nie brakuje.

Co powiedziałby Pan tym, którzy nie pójdą do urn 7 czerwca?

Jest absolutna wolność i nikt nikogo do niczego nie zmusza. To, że ludzie nie idą na wybory oznacza zanik instynktu obywatelskiego.

Z czego Pana zdaniem wynika słaba frekwencja?

Ludzie machają ręką i jest im wszystko jedno, bo są rozczarowani całą klasą polityczną. Bez wskazywania na konkretne ugrupowania. To jest cichy strajk społeczeństwa. Pokazanie żółtej kartki politykom - kartki ostrzegawczej, a to poważny sygnał. Poza tym, ludzie nie wiedzą nawet, jakie jest zadanie Parlamentu Europejskiego czy Komisji Europejskiej, ale wiedzą, dzięki mediom, że wybrani będą mieli wysokie pensje. Instynktownie uruchamia się więc, mechanizm polskiej zawiści. Po co mam swoim głosowaniem "załatwiać" komuś ciepła posadkę. To też ma wpływ na to, że frekwencja jest tak niska.

Może, więc lepiej wyedukować społeczeństwo?

Nie ma jednej recepty. Natomiast uważam, że oczywiście można namawiać i zachęcać, ale ludzie często i tak nie mają poczucia, że ich głos na wyborach cos zmieni. Mówią sobie "będzie jak będzie, niech się sami wybierają". Oczywiście edukacja zawsze się przyda, ale uważam, że państwo, w którym żyjemy tak czy inaczej jest trochę ustawione przeciwko ludziom. Mam na myśli koszmarne podatki, chore przepisy utrudniające prowadzenie działalności gospodarczej, wszechwładzę urzędników. Państwo, które jest wrogo nastawione do swojego obywatela, nie może się dziwić, że obywatel je olewa.

Znajduje się Pan w nielicznej grupie głosujących Polaków. Nie drażni pana bierność ludzi?

Nie. Ludzie mają do tego prawo. Choć sam pójdę głosować, to ich rozumiem. Społeczeństwo pokazuje, że obecny sposób prowadzenia polityki: cyrk i skakanie sobie do oczu wcale nie jest emocjonujące. Obywatele coraz częściej mają to w nosie. Tak naprawdę te 13 procent głosujących, to kadry partyjne, ich rodziny, ludzie, których namiętnością jest polityka. Wcale nie uważam, żeby był to dramat. Bo gdyby rząd czy parlament zniknął nagle za pomocą czarodziejskiej różdżki, to zapewniam, że nic by się nie stało. Kto wie czy państwo bez rządu i armii partyjnych urzędników nie funkcjonowałoby lepiej.

Może w takim właśnie narzekaniu na polityków nakręcamy spiralę, a w rzeczywistości brakuje nam podstawowej wiedzy - nie wiemy często na kogo i dlaczego mielibyśmy głosować?

Pewnie tak, bo spora część obywateli nie ma poglądów politycznych: wydaje im się tylko, że je mają. Znaczna część społeczeństwa bardziej interesuje się serialem w telewizji niż tym, co dzieje się w ich państwie. Wiele osób ma poczucie, że ich głos nic nie zmieni, nadal będzie "po staremu". Tworzy się atmosfera "my-oni" i przekonanie, że co ma być to będzie. To rodzaj politycznego katastrofizmu.



Wywiad ze Skibą - o sztuce i Skibie


Za godzinę rozpoczyna Pan próbę do nowego spektaklu w teatrze Buffo. Całkiem nowa rola w życiu Krzysztofa Skiby. O czym jest spektakl?

Spektakl nosi tytuł „Karuzela marzeń” i jest satyrą na idiotyczne programy telewizyjne. Chcemy zrobić telewizję w teatrze. W spektaklu wykorzystano utwory Maanamu, które pełnią tu rolę komentarza. Janusz Józefowicz uznał, że będę idealny w roli prowadzącego teleturniej „Karuzela marzeń”. Dla mnie jest to przygoda artystyczna, mój absolutny debiut w teatrze.

Jakie programy telewizyjne będą parodiowane w spektaklu?

Nie parodiujemy żadnego konkretnego programu. To byłby już kabaret. „Karuzela marzeń” to fikcyjny teleturniej, uczestniczki tego teleturnieju biorą udział w różnych konkurencjach i zdobywają punkty, żeby zrealizować swoje marzenia. Jako prowadzący – Damian Barski, też nie parodiuję żadnej konkretnej postaci. Jestem zlepkiem tandetnych showmanów, których w telewizji jest coraz więcej.

Telewizja to dobry materiał na parodię?

Telewizja goniąc za widzem zgubiła coś najważniejszego – przekaz. Oglądając nową ramówkę załamałem ręce. Jest nowy program na azjatyckiej licencji, którzy prowadzą fajni chłopcy z dobrego kabaretu. Ale to, co oni tam wyprawiają, to nie jest już kabaret, ale żenada. Robienie z siebie błazna musi czemuś służyć, a w tym programie nic takiego nie ma. Można go oglądać z wyłączoną fonią.

I wyłączonym mózgiem.

I wyłączonym mózgiem. Ludzie oglądają coraz głupsze programy na coraz większych telewizorach. Widz nie potrafi już zrozumieć najprostszych aluzji, mówiąc kolokwialnie, ma coraz bardziej zryty beret. To syndrom naszych czasów, żyjemy w kulturze obrazkowej. Niedługo gazety zaczną przypominać albumy zdjęciowe. A do tego ta pogoń za sensacją. Dziś na pierwszych stronach musi byś skandal, musi być krew! Taką wizję narzuca właśnie ten potwór zwany telewizją. Rzeczywistość nam sprzyja, teatr Buffo idealnie trafił w moment, ponieważ istnieje potrzeba takiej satyry.

Jaka postać obecnie znalazła się na celowniku Skiby - autora tekstów piosenek?

Moja najnowsza piosenka nosi tytuł „Isabel”. To jest taki gorący felieton polityczny, jak „Makumba” czy „Moherowe berety”. Opowiada o premierze Marcinkiewiczu i jego młodej ukochanej - Isabel. Ku ścisłości, jestem człowiekiem o bardzo liberalnych poglądach. Nie przeszkadza mi fakt, że premier Marcinkiewicz postanowił się rozwieść. Szokujące jest tylko jego zachowanie, chwalenie się w mediach nową partnerką. Marcinkiewicz jest również hipokrytą. Promował wizję silnej rodziny, nawet zakładał konserwatywne stowarzyszenia, był tajną bronią braci Kaczyńskich. I co się okazało? Nie licząc się z tym, że prawdopodobnie jego rodzina cierpi, lansuje się z Isabel we wszystkich brukowcach. Z dziewczyną, która kaleczy język polski, żuje gumę w telewizji, a jej wypociny literackie wpisywane na blogu byłego premiera są na tak niskim poziomie, że liryka piosenek disco polo to przy tym Himalaje poezji.

Big Cyc jest rockowym kabaretem, który często nawiązuje do polityki. Jednak od jakiegoś czasu można zauważyć odwrotną tendencję: to politycy nawiązują do kabaretu. Weźmy na przykład Janusza Palikota.

Bardzo słuszne spostrzeżenie. Według mnie wynika to z faktu przenikania się polityki ze światem showbiznesu. Ludzie, którzy chcą się wypromować na arenie politycznej, coraz częściej stosują chwyty z rekwizytorni gwiazd showbiznesu. Na przykład poseł Palikot – czy to wymachując wibratorem, czy zakładając śmieszną koszulkę, czy też rzucając kontrowersyjny komentarz bardziej wpisuje się w etos rockandrollowca aniżeli polityka. Nastąpiło odwrócenie ról. Jednak wierzę, że zachowanie Palikota czemuś służy. Obawiam się jedynie, że ten montaż atrakcji, gagów medialnych, jaki serwuje nam Palikot, odwróci uwagę od problemów, które trzeba rozwiązać. Autostrady, dziurawe drogi, marnowanie publicznych pieniędzy, Euro 2012…

Myśli Pan, że zdążymy z budową stadionów?

Sądzę, że tak. Co prawda na razie idzie to kiepsko, ale jak to leży w naturze Polaków pocieszamy się, że ktoś ma gorzej. W tym przypadku Ukraina. Naiwnie wierzę, że uda się to wszystko zrobić na czas, aczkolwiek nie zdziwiłbym się, jakby piłkarze już wybiegali na boisko, a pan w szatni będzie jeszcze kładł kafelki i kleił tapetę w kiblu.

Kto jest bliższy Pana wyobrażenia gentlemana: James Bond czy Fileas Fogg?

James Bond podobał mi się, gdy grał go Sean Connery, czy Roger Moore. To był James Bond komiczny, jedną zapałką mógł pokonać całą armię, a u boku miał zawsze piękne kobiety. Był postacią komiksową, fantastyczną. Zaś współczesny Bond jest Bondem na serio. Kolejne kino sensacyjne, przy pięćdziesiątym wybuchu zaczynam ziewać, przy setnym trupie wkładam kalesony i idę do łóżka. Dramat! Prawdziwi faceci, może nie gentlemani, to postacie z rosyjskich filmów sensacyjnych. Natomiast Fileas Fogg jak najbardziej. To człowiek przygoda, człowiek podróż. Ja jestem synem marynarza, mój ojciec był marynarzem przez trzydzieści lat. Zdecydowanie bardziej Fileas Fogg jest bliższy mojemu wyobrażeni gentlemana niż James Bond.

Pana ojciec był marynarzem?

Był niesłychanie barwną postacią. Prawdziwym wilkiem morskim. W czasach PRL-u ielu marynarzy dorabiało drobnym przemytem. Oczywiście ojciec nigdy nie przemycał broni czy narkotyków, ale na przykład handlował z Afryką kremem Nivea, a nawet sprzedawał whisky w Arabii Saudyjskiej za co grożą surowe kary. Ojciec był trochę takim awanturnikiem, ale i również wspaniałym facetem, który nie przepił wszystkich pieniędzy, jak to zdarzało się innym marynarzom, ale zabierał mnie, siostrę i matkę w rejsy jego statkiem.

Dużo Pan zwiedził dzięki takim rejsom?

Ojciec pływał w czasach gdy wyjazdy za granicę były czymś bardzo rzadkim. W tym biednym, szarym PRL-u, gdzie nie było nawet papieru toaletowego, a rzeczywistość wcale nie wyglądała tak wesoło, jak z filmów Barei. Jak miałem jedenaście lat, ojciec zabrał nas w rejs dookoła świata. Byłem na przykład w RPA, w Durbanie, w kraju, gdzie w lokalach wisiały tabliczki: no dogs, no women, no niggers. W takiej kolejności. Z kolei w Australii chciała mnie kupić Polka, milionerka. Byłem małym chłopcem, a jej syn uciekł z bandą harleyowców. Ona, już starsza kobieta, chciała mieć właśnie takiego chłopca z Polski jako swoją maskotkę. Pamiętam, że kusiła mnie motorynką. To była motorynka Hondy, więc w Polsce w tamtym czasie coś absolutnie nieosiągalnego.

Brakowało Panu ojca?

Oczywiście, ale ważna była świadomość, że on jest. Gdzieś tam na morzu, ale jest. Ojciec często nie wiedział, ze urosłem i ciągle kupował mi za małe rzeczy. A to za krótkie spodnie a to za małe buty. Matka musiała mu wysyłać moje bieżące rozmiary. To było dość zabawne. Jako marynarz fruwający po całym świecie nie miał większego wpływu na moje wychowanie.

Pana również można nazwać podróżnikiem. Tu spektakl w Buffo, tam nagranie programu dla telewizji, koncerty z zespołem…

Ten duch podróży odziedziczyłem właśnie po ojcu. Jako artysta prowadzę koczowniczy tryb życia, zwłaszcza w trasie z zespołem. Mam mocny imperatyw podróży, ale mam też swoją przystań w Gdańsku, w której muszę od czasu do czasu zarzucać kotwicę, aby nie zwariować.

Ma Pan jakieś dziwactwa? Ja na przykład zawsze, gdy wychodzą na dwór, muszę mieć watę w uszach. To taka moja mała obsesja.

(śmiech) Takich nie mam. Ale maniakalnie zbieram czapki. Mam całą kolekcję i zawsze wykorzystuje je na koncertach. Jestem chyba najczęściej zmieniającym czapki na koncertach artystą. Mam również kilka peruk.

Czemu służyło legendarne już pokazanie pośladków premierowi Buzkowi?

Właśnie mija dziesięć lat od tego zdarzenia. Wszyscy ciągle pamiętają moją dupę a nie premiera Buzka. Rozumiem, że wywiad jest z okazji dziesięciolecia tego happeningu (śmiech) To było tak, że spytałem publiczność, co mam pokazać premierowi, kolano czy dupę? Kolano, czyli pokłonić się – aprobata i dupę – dezaprobata. I stało się! Szanowna publiczność wybrała w głosowaniu dupę, a to już nie moja wina. Zgłaszano pretensje, że dupa jest blada i nieopalona, mieli żal, dlaczego Skiba nie chodzi na solarium. A ja twierdziłem, że skoro blady rząd to musi być blada dupa.

I tak dupa przeszła do legendy. Może na zakończenie zrobimy krótki quiz. Ja mówię słowo, a Pan swoje pierwsze skojarzenie, troszeczkę jak w „Marnie” Hitchcocka.

Okey.

Miłość

Uczucie, bez którego nie mógłbym żyć.

Polityka

Sztuka ogłupiania elektoratu.

Cyc

To pierwsze słowo, które wypowiada dziecko. Nie „mama”, nie „tata”, ale cyc, który w każdym języku brzmi niemal identycznie. Jestem wykarmiony na prawdziwym damskim kobiecym cycku. Big Cyc propaguje hasło „Karmcie swoje dzieci w sposób naturalny”.

Krzysztof Skiba

Wszechstronnie rozrywkowy artysta estradowy. Leonardo Da Vinci polskiej estrady. Di Caprio polskiego rocka.

Gentleman

Człowiek z klasą potrafiący zachować się w każdej sytuacji. To taki facet, który wchodząc do łazienki zobaczy nagą kobietę, która nie powinna się tam znaleźć, zamknie drzwi i powie: „przepraszam pana”.

Pana?

Tak, bo daje do zrozumienia, że nie przyglądał się. Aczkolwiek kobieta może wtedy pomyśleć, że nie dostrzegł w niej kobiety. Ale myślę, że tak właśnie powinien się zachować prototypowy gentleman.

Pan by się tak zachował?

Raczej nie. Ja bym zamknął drzwi łazienki od wewnątrz i udawał, ze się zatrzasnęły.



Wywiad, który się ukazał w tygodniku SUPER TV w lutym 2009.


Od ponad roku prowadzi Pan program “Mini szansa”. Rockman w końcuzlagodniał?

Krzysztof Skiba: Dobre pytanie! A odpowiedź twierdząca. Rozbrykany młodzieniec postanowił wreszcie spoważnieć, gdy skończył czterdziestkę.Jednak, inaczej niż wielu rówieśników, pokonał magiczną granicę wieku z uśmiechem i dystansem. Wiele cennych refleksji zyskał, prowadząc program “I ty zostaniesz czterdziestolatkiem”. Nie znaczy to jednak, że niepokorny duch całkiem mnie opuścił!

Kiedy daje o sobie znać?

- Rogata natura przypomina o sobie szczególnie podczas występów na scenie. A tylko w zeszłym roku zespól “Big Cyc” zagrał 60 koncertów z okazji swoich 20 urodzin. Czasem trzeba mnie przywoływać do porządku także w studiu telewizyjnym. Oj, nie miała przy mnie lekko Beata Pawlikowska, z którą prowadziłem “Podróże z żartem”. Choć obecność delikatnej blondynki i tak łagodziła moje dowcipy... Inaczej czuję się w “Mini szansie”. Bo w tym programie to nie ja jestem najbardziej nieobliczalną postacią. Dzieciaki potrafią zaskoczyć szczerymi do bólu uwagami. Praca z nimi jest trzy razy trudniejsza niż wywiady z elità polskiego show-biznesu. Rozmowa w programie na żywo z małomównym dorosłym ¬ takim jak np. Stachursky ¬ to pestka w porównaniu ze spotkaniem z 6-latkiem. Na szczęcie “Mini szansa” jest nagrywana na taśmę i jak zdarzy nam się jakaś wpadka, możemy to usunąć.

Nie można Pana nazwać małomównym. Wyprzedza pytania dziennikarza! Pana żona, lektor łaciny i greki na Uniwersytecie Gdańskim, wycisza niespokojnego artystę?

- Moja księżniczka stworzyła rodzinną “twierdze spokoju”. Ta przystań jest dla mnie drugim, równoległym wobec estrady, światem. Wulkan sceniczny milknie, gdy czuje zapach domowej zupy pomidorowej i widzi uśmiech wspaniałej kobiety. Ceni sobie życie rodzinne. Bez niego pewnie przykro bym skończył. Jak wielu wspaniałych, lecz samotnych, artystów na wiecznej balandze.

Pan wcześnie to zrozumiał i postanowił w młodym wieku założyć rodzinne gniazdo?

- Ożeniłem się ponad 20 lat temu, jeszcze na studiach. Wkrótce po tym, jak poznałem swoją wyjątkową fankę, a obecnie żonę. Strzała Amora, która trafiła wtedy w moje serce, do dziś tkwi w nim równie mocno. Solidne, rodzinne gniazdo to przede wszystkim dzieło mojej wspanialej żony, która dba nie tylko o ciepłą, domową atmosferę. Pełni też rolę kierownika podczas wszelkich remontów. Czuwa na pracą murarzy. Jest główną księgową rodziny, której z przyjemnością oddaję wszystkie zarobki. Moje domowe umiejętności ograniczają się do wkręcania żarówek.

Pan artystyczne zainteresowania przejawiał już od dzieciństwa. Czy któryś z synów wybiera się w ojcowskie ślady?

- Artystyczna dusza drzemie w młodszym synu. Tytus ma dopiero 11 lat, ale już założył w szkole kabaret. Tymoteusz bardziej wrodził się w swoją mamę. To typ naukowca. Jako olimpijczyk, dostał się na Uniwersytet Gdański bez egzaminów. Dziś jest na trzecim roku polonistyki. Mam nadzieje, że obaj spełnią dziecięce i młodzieńcze marzenia.

Jak bardzo przejęte bywają dzieci, które spełniają swoje marzenie w “Mini szansie”?

- Ich reakcje na mikrofon i kamery są nieprzewidywalne. Każde nagranie rozpoczyna wizyta dzieci w toalecie. Czasem jedna nie wystarcza. Kiedyś dziewczynka, zamiast ocenić wykonanie piosenki, zwróciła śniadanie. Spytałem, czy to jest jej opinia. Okazało się, że przyjechała z daleka i ma chorobę lokomocyjną.

Rozmawiała: Aleksandra Lipiec.




2008




Tekst który ukazał się w kwietniu 2008 w łódzkiej Gazecie Wyborczej. Zamiast dowodów nosiliśmy kamienie. Rozmowa z Krzysztofem Skibą, liderem zespołu Big Cyc i założycielem łódzkiej Pomarańczowej Alternatywy.

Bartłomiej Dana: Jak zostałeś rewolucjonistą?

Krzysztof Skiba: - To wynikało z moich zainteresowań artystycznych. Zawsze lubiłem się wygłupiać. System mi tego zabraniał. Dlatego postanowiłem z tym walczyć. Założyliśmy z kolegami z „Jedynki" (I Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku - przyp. red.) kabaret „Tapeta". Rada Pedagogiczna ostro cenzurowała nam teksty. W tamtym czasie jakiekolwiek aluzje, dotyczące nawet praw szkolnych traktowano bardzo politycznie. Wszystkie podteksty tego typu ścinano, tępiono. Podlegaliśmy niesamowitej kontroli. Niemniej po Sierpniu '80 w ogóle przestaliśmy się przejmować patronem szkoły czy etykietą.

To był dopiero początek.

Z czasem obśmiewanie władzy i żałosnych programów propagandowych powoli przestało nam wystarczać. Szukaliśmy czegoś więcej. Założyliśmy niezależne i antykomunistyczne pismo szkolne. Większość ówczesnych pism typu "Uczeń Polski" miały dumne, pompatyczne nazwy. My nazwaliśmy nasze „Gilotyna". Różniliśmy się tematyką od innych pism związanych z ruchem Młodej Polski. Gazety z tamtego okresu szeroko pisały o Katyniu, próbowały odkłamywać historię Polski. Nas bardziej interesowała obyczajowość. W jednym z numerów opisaliśmy relację ze zlotu naturystów. „Gilotyna" to było pismo satyryczne. Nikt nie traktował nas poważnie - ani obóz rządowy, ani opozycja. Kilku głupków nawet zastanawiało się, czy nie kieruje nami SB, żeby ośmieszyć opozycję.

Bardzo bruździliście władzy?

Wewnętrznie czuliśmy się anarchistami. Zamiast dowodów osobistych nosiliśmy w kieszeniach kamienie. Chcieliśmy podpalać komitety. Zjednaliśmy sobie radykalną młodzież, która chodziła ma mecze Lechii Gdańsk. To byli nasi zadymiarze, którym spodobała się głoszona przez nas idea walki z przymusem służby wojskowej. Ówcześni działacze opozycji, ukrywający whiskacze w lodówkach, nie znali prawdziwych problemów ludzi - że chodzą głodni, że nie mają na buty. Często urządzali absurdalne akcje. Raz Tymczasowa Komisja Koordynacyjna - szacowni ludzie, Bujak, Borusewicz, wymyślili imprezę „Bojkot tramwajów". Jakie to było wyrwane z życia! Nie wiedzieli, że robotnik nie ma samochodu, że musi dojechać tramwajem do stoczni pracować na swoją rodzinę? I nagle komuś takiemu proponuje się, żeby zapieprzał dziesięć kilometrów na piechotę. I to miała być walka z komuną? Śmieszne! To już lepiej, żeby robotnik rzucił kamieniem w milicyjną nyskę. Bo to wywoła jakiś efekt. Myśmy w tym całym swoim radykalizmie mieli racjonalne argumenty.

Prowadziliście zorganizowane protesty?

Rozrzucaliśmy dużo ulotek: Solidarności, Ruchu Młodej Polski. W gruncie rzeczy byliśmy w stanie rozrzucać wszystko, byleby było przeciwko generałowi Jaruzelskiemu. W 1983 roku powstał Ruch Społeczeństwa Alternatywnego, którego głównym ideologiem i pomysłodawcą był Janusz „Jany" Waluszko. Szybko zaczęliśmy wydawać swoje podziemne pismo „Homek". Dzięki kontaktom ulotkowym bardzo szybko nauczyliśmy się, jak pracować na wałku. Po każdej lekcji wałkowania mieszkanie okropnie śmierdziało farbą drukarską. Jak wchodziło się do klatki schodowej, to ktoś, kto znał zapach farby, od razu wiedział, że gdzieś tu jest drukarnia.

Swoje ideały anarchistyczne przywiozłeś do Łodzi.

Podobał mi się anarchizm jako platforma artystyczna. W Łodzi wpadłem w zupełnie nowe środowisko, które bardziej interesowało się sztuką. Zainspirowany występami Teatru „Jedynka", Teatru „Ósmego Dnia" w 1983 roku zacząłem studiować teatrologię. Marzyłem, żeby grać w teatrze studenckim. Pełniłem funkcję wysuniętej placówki RSA - kolportowałem „Homka", roznosiłem ulotki. I z punktu widzenia typowego działacza konspiracyjnego, który nie powinien zwracać na siebie uwagi, byłem odmieńcem. W oficjalnych rozmowach naśmiewałem się w władzy. Najbardziej wkurzało mnie, że to miasto jest takie ospałe. W porównaniu z Gdańskiem, Łódź była opozycją kanapową, rachityczną, która składa wieńce, modli się i urządza msze. Legenda Łodzi - Miasta Czerwonego, potwierdziła się. Z kilkoma kolegami ze studiów postanowiliśmy coś z tym zrobić. To były początki Galerii Działań Maniakalnych - łódzkiej Pomarańczowej Alternatywy.

Jak powstała nazwa?

To był mój pomysł. Chcieliśmy podkreślić własną autonomię. Byliśmy zwolennikami działań niekonwencjonalnych.
Co was inspirowało?

Byliśmy zafascynowani „Majorem", założycielem wrocławskiej Pomarańczowej Alternatywy. To on był pomysłodawcą stylu działania grupy - że można przedrzeźniać władze w widowiskowy sposób. Szybko złapałem kontakt z ludźmi z Wrocławia, którzy wprowadzili mnie w środowisko Pomarańczowej Alternatywy.

Pamiętasz pierwszy łódzki happening?

Na pierwszą akcję namówiłem dwie osoby - Dorotę Wysocką z filologii klasycznej i Tomka Gadułę z NZS-u, który był bardzo zdegustowany żałością i brakiem dynamiki łódzkiej opozycji. Wchodząc na dach nieistniejącego już kiosku pod D.H. Magda wiedzieliśmy, że nas złapią. Pic polegał na tym, żeby zgarnęli nas jak najpóźniej. Na dachu kiosku urządziliśmy Niezależne Obchody Dnia Dziecka. Mieliśmy transparent „Światu - Pokój, dzieciom - mieszkania”. Szybko zebrało się ze dwa tysiące ludzi. I dwustu milicjantów, którzy zabrali nas na komisariat milicji. Milicja oskarżyła nas, że zakłóciliśmy spokój publiczny i rzucaliśmy w nich landrynkami. Po dwóch dniach odsiadki dostaliśmy kolegium, które zapłaciła za nas podziemna „Solidarność”.

Który happening zapadł ci szczególnie w pamięć?

Dynamitem okazała się „Galopująca inflacja". Biegaliśmy po Piotrkowskiej tabliczkami z takim napisem. Kiedy wyłapała nas milicja, ogłosiliśmy, że świat jest uratowany, bo władza powstrzymała inflację. To był ostatni happening, w którym uczestniczyła MO. Zorientowali się, że są częścią absurdalnych działań. I na następnej akcji „Dzień solidarności z Milicją Obywatelską", kiedy głosiliśmy hasło „Pomóż milicji - pobij się sam" już się nie pojawili. Niektórzy stwierdzili, że przez to obniżył się poziom artystyczny naszych występów.

Niedługo w mieście stanie krasnal przypominający tamte wydarzenia.

I dobrze. Krasnal to postać sympatyczna, pozytywna. Krasnoludy zawsze służyły ludziom. Niestraszne im MO, Jaruzelski, ani inne potwory. Łódź powinna mieć krasnala. Nie wiadomo, jakie czasy nadejdą.

Rozmawiał Bartłomiej Dana





Ankieta z pytaniami Tomka Rozwadowskiego, na którą odpowiedział Skiba. Ukazało się to w jednym z wrześniowych numerów Dziennika Bałtyckiego.

- Bez czego nie mógłbyś się w życiu obejść?

Bez wygodnego łóżka, zimnego prysznica i kanapki z łososiem norweskim.

- Dokończ zdanie: "Jestem szczęśliwym człowiekiem. ponieważ..."

ponieważ nie zaciągałem kredytów w banku

- Co dla ciebie znaczy "dużo pieniędzy"?

mniej niż ma Gudzowaty więcej niż ma premier na koncie z mamą

- Który ze swoich przymiotów uważasz za najatrakcyjniejszy dla płci przeciwnej?

zdolność do rozśmieszania na swój temat

- Dobra rada, której nie posłuchałaś, a powinieneś?

Legenda sceny niezależnej, bard, poeta Jacek Kleyff po moim występie powiedział „Skiba bądź trudniejszy”. Wszyscy, którzy znają moje występy wiedzą, że go nie posłuchałem.

-Kiedy ostatni raz płakałeś?

ze śmiechu gdy Janusz Karczmarek mówił o rządach totalitarnych dwa dni po ustąpieniu z rządu. Karczmarek to kawalarz i ma niebanalne poczucie humoru. Wiem to bo czyta moje felietony.

- Komu nie podałbyś ręki?

facetowi, który kładzie asfalt na autostradzie bez odpowiedniej ilości żwiru

- Czy wyobrażasz sobie sytuację, w której dajesz swojemu nastoletniemu dziecku prezerwatywy przed wyjazdem na wakacje?

Oczywiście. Ponieważ mam syna mogę mu dać także dodatkowo seksowne męskie stringi, ale nie jestem pewien czy weźmie od taty, bo zwykle nie trafiam z rozmiarem.

– Czy niepłacenie podatków jest grzechem?

Uczciwy obywatel płaci podatki. Uczciwe państwo nie gnębi obywatela wysokimi podatkami. I jedno i drugie na razie w sferze dalekich marzeń idealistów. Grzechem jest nie zarabiać pieniędzy i mieć o to pretensje do Pomocy Społecznej lub Pana Boga.

- Czy zabijasz karpia na święta?

Nigdy nie zabiłem karpia. Starałem się zawsze jeść już martwe.

- Jaką inskrypcję chciałbyś mieć wyrytą na swoim grobie?

Tu leży sobie wygodnie Krzysztof Skiba wolny artysta znany na całym świecie, a może i jeszcze dalej, pochowany promocyjnie dzięki sponsorom takim jak (i tu lista sponsorów, którzy dokonali odpowiednich wpłat). Niech spoczywa, bo się w życiu nachodził. Daj zarobić kwiaciarce! Amen

- Jakie pytanie zadałbyś samemu sobie, gdybyś chciał być szczególnie złośliwy?

Dlaczego dawno nie napisałeś przeboju, który śpiewałaby cała Polska.

- (teraz odpowiedź na to niewygodne pytanie)

Pewnie dlatego, że takie rzeczy udają się normalnym twórcom tylko kilka razy w życiu. Ja już mam na koncie taki mini zestaw i być może mój limit w tej materii się wyczerpał. Ale poczekajmy. Za rok nowa płyta Big Cyca i 20 lecie zespołu. Wierzę, że coś z nowych piosenek wypali jak dawniej „Makumba” czy „Berlin Zachodni”.




O jedzeniu szkolnej kredy, Gombrowiczu i mundurkach

Co sądzisz o pomyśle ubrania uczniów w mundurki?

O tym, czy dzieci mają chodzić w mundurkach, czy nie, powinni decydować rodzice. To ich suwerenna decyzja. Młodzieży nie może ubierać ministerstwo. Kłopotliwą sytuację spowodowały chyba problemy psychiczne eks-ministra edukacji, który chciał odziać w mundurki także nauczycieli – bo i takie pomysły były. W perspektywie pewnie też rodziców, a może całą Polskę! Powinniśmy wszyscy chodzić w mundurach i maszerować na paradach. Wtedy kraj byłby wielki, piękny i skrojony na miarę wyobraźni pana Giertycha. Przecież nawet w czasach komuny każdy mógł ubierać się w miarę swobodnie.

Giertych chyba cię denerwuje...

Denerwuje i bawi. Nie zna się na edukacji, na pedagogice i na literaturze. W ogóle ma podstawowe braki w wykształceniu. Być może jest dobrym liderem partyjnym, ale jeśli chodzi o edukację, nie był właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Zaszkodził szkolnictwu. Wykorzystał stanowisko do promocji własnej osoby. Przeszedł do historii jako minister, który co pięć minut miał inny pomysł i 90% z nich nigdy nie zostanie zrealizowana. Całe szczęście! Choć, oczywiście, czasem rzucał słuszne hasła, jak walka z narkotykami czy przemocą.

Chciałbyś pokazać mu tyłek – jak Buzkowi?

Nie, bo nawet na to nie zasługuje. Poza tym akcja z Buzkiem była jednorazowa – to był mój twórczy wkład w rozwinięcie sztuki teatralnej w Polsce.

Skąd pomysł na Giertych Party?

A to była jeszcze inna akcja kabaretowa. Zrobiłem ją z moim kumplem, Końjem, z którym przez siedem lat prowadziłem w telewizji publicznej program „Lalamido”. Emitowano go wczasach, gdy nie było jeszcze w Polsce MTV i VIVY. Byliśmy pionierami na rynku takiej estetyki i humoru rockandrollowego. Od kilku lat w klubie Yesterday w Gdańsku mamy cykl prezentacji – Kabaret Ekstremalny Końja i Skiby. To w jego ramach urządziliśmy pierwsze Giertych Party, a ponieważ cieszyło się dużą popularnością, zorganizowaliśmy je jeszcze w kilku innych miastach Polski. Podczas show prezentowaliśmy nasze propozycje odjechanych mundurków szkolnych, np. uszytych z portretów braci Kaczyńskich albo we wzory z lat 50.

A jak walczyłeś z monotonią w szkole za swoich czasów?

Byłem klasowym śmieszkiem – popisywałem się, komentowałem wypowiedzi nauczycieli itp. Najczęściej zjadałem kredę. Za PRL-u brakowało wszystkiego: w kiblach papieru, a w klasie – kredy, więc gdy ją pożarłem, nauczyciel nie mógł prowadzić lekcji. Najczęściej wcinałem przed matematyką – strasznie mnie stresowała. Dokonałem paru takich sabotaży. Pewnego razu rzecz się wydała. Zostałem przyłapany na gorącym uczynku. Broniłem się, że byłem głodny, miałem niedobór wapnia, a w domu się nie przelewa.

Myślisz o napisaniu z Big Cycem piosenki o Giertychu?

Dobry pomysł, zespół znany jest z tego, że komentuje rzeczywistość. Teraz mamy utwór o homotubisiach – słynnej aferze z panią rzecznik Sowińską, która uznała, że ta bajka to propaganda homoseksualna. Jeżeli we wrześniu wybuchnie wojna mundurkowa, teledysk mundurkowy na pewno powstanie!
Masz jakiś mundurek w szafie?

Posiadam parę kostiumów i mundurów: milicjanta z czasów PRL, oficera marynarki i księdza. Znudziło mi się wypożyczanie tych rzeczy i dorobiłem się prywatnej minikolekcji. Mam też dużo innych ubiorów scenicznych, pasujących do mundurów – kask ORMO-wca z czasów stanu wojennego, zdobyczny z resztą podczas jakiejś zadymy, kapelusze, cylindry i peruki.

Co powinno się zmienić w polskiej szkole?

Najważniejszą rzeczą jest kanon lektur – bardzo archaiczny. Moje dzieci strasznie męczyły się z „Jankiem Muzykantem” i „Anielką”. To są XIX-wieczne powieści napisane niezrozumiałym językiem. Trzeba dokonać przewietrzenia. Na pewno znajdą się obrońcy literatury tego typu, niemniej uważam, że jakieś zmiany powinny nastąpić. MEN pod kierownictwem Giertycha traktował kanon lektur jak poligon doświadczalny, front walki o polskość. A przecież wszyscy nasi wielcy pisarze wadzili się z polskością, zastanawiali, co znaczy być Polakiem, czy jesteśmy dobrymi Polakami etc. Zadawali kontrowersyjne pytania, stawiali kontrowersyjne tezy. Nazwiska twórców awangardowych, jak Gombrowicz, Witkacy czy Schulz, powinny być obecne, ich książki to są rzeczy priorytetowe. Pozbywanie się tych autorów z kanonu lektur jest barbarzyństwem!

Czytałeś lektury w szkole?

Oczywiście, choć miałem problem z nudnymi powieściami pozytywistycznymi – opisy przyrody strasznie mnie nudziły. Byłem łobuzem, ale większość książek przerobiłem. Musiałem się jednak starać, żeby szkoła nie przeszkodziła mi w edukacji. Szybko zorientowałem się, że na historii kłamano i jeśli chcę się czegoś dowiedzieć, to muszę czytać inne rzeczy: Sołżenicyna, Jerofiejewa, Herlinga-Grudzińskiego. To oni otworzyli mi oczy.

A co byś zrobił, gdybyś miał teraz chodzić w szkole w mundurku?

Poprowadziłbym front antymundurkowy! Bo co mogą zrobić uczniom nauczyciele? Obniżyć ocenę z zachowania? Za moich czasów w liceum, podczas stanu wojennego, ludzie każdego 13. dnia miesiąca przychodzili ubrani na czarno. Dyrekcja to tępiła, ale co mieli zrobić? Wyrzucić ponad połowę uczniów? Prostym gestem pokazywaliśmy, że jesteśmy przeciwko władzy.

Na szczęście Giertych już nie jest ministrem.

Myślę, że niedługo w ogóle nie będzie Ligi Polskich Rodzin. Właściwie tej partii już teraz nie ma – poparcie dla niej mieści się w granicach błędu statystycznego. Mam nadzieję, że pozytywnym efektem przyspieszonych wyborów będzie to, że LPR zniknie z mapy politycznej naszego kraju. Za parę lat młodzież będzie się uczyć na historii o dziwnej, archaicznej partii, która walczyła z Karolem Darwinem, chciała wprowadzić mundurki i uważała, że smok wawelski był dinozaurem.

Wywiad opublikowany w piśmie ACTIVIST wrzesień 2007




Rockowa publicystyka

Autor śpiewanych felietonów – Krzysztof Skiba – w IV RP czuje się jak ryba w wodzie z kilku powodów. Po pierwsze: w polityce siedzi taka galeria zabawnych postaci, że bardziej się opędzać trzeba, niż czerpać garściami, a po drugie: nikt go za nic nie ściga. A że czasami z jego zapowiedzi na żywo w relacji telewizyjnej zostaje tylko „dzień dobry”, to już inna sprawa. Kto miał słyszeć, to słyszał, kto poda dalej, to poda, a jego rockowa publicystyka ma się dobrze i życzymy jej jeszcze lepiej. A jeśli kiedyś Skiba zaśpiewa żałośnie, że dziewczyna go rzuciła, to będzie oznaczało, że: albo w Polsce wszystko, ale to wszystko jest porządku, albo nasz kraj jest bardzo, ale to bardzo smutny albo, że sobie pan Krzysztof jaja, ale to jaja robi... Ta ostatnia opcja jest najbardziej prawdopodobna. Na szczęście?

Jesteś rockowcem z ukrytą rodziną...

Moja rodzina po prostu nie bierze udziału w życiu publicznym. Jest normalna i standardowa, a przynajmniej o to się staram - nie chodzimy na rękach, nie ćwiczymy dziwnych kroków... Mam żonę i dwóch synów. Obaj mają imię na T (taką mam linię). Jeden ma 20 lat, a drugi 10.

Co 10 lat? Czyli przyszła pora na kolejnego potomka?

Żona stwierdziła, że w tej dziedzinie już wypełniliśmy obowiązki. Nie jest to wprawdzie model PIS, gdzie ma być 2+4, czy może nawet 2+6 (taka uświadomiona, genetycznie patriotyczna rodzina). My jesteśmy rodziną dobrze sklejoną.

W swoim blogu (Skibą w łeb) piszesz, że rodzina, która nie ma dla siebie czasu jest szczęśliwsza. Tak uważasz, czy to tylko prowokacja?

Lekka prowokacja. Opinia, o której mówimy, jest oparta na badaniach przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii. Naukowcy brytyjscy, prowadząc przez wiele lat badania socjologiczne, doszli do wniosku, że zapracowane rodziny są bardziej trwałe niż te, które siedzą, gapią się w telewizor i mają dla siebie czas. To nie tak, że do końca się z nimi zgadzam. Myślę, że należy znaleźć złoty środek, bo z jednej strony rodzina, która wcale nie ma dla siebie czasu staje się sobie obca, a z drugiej ciągłe przebywanie ze sobą daje czas na zbyt wiele obserwacji i przemyśleń. Wspólne siedzenie może spowodować, że zaczyna się dostrzegać pewne wady, których się nie stwierdza mając mnóstwo zajęć i nosząc w sobie fajny obraz partnera. Brytyjczycy we wspomnianych badaniach zauważyli, że najwięcej rozwodów jest po świętach...

A nie jest przypadkiem tak, że złe małżeństwa czekają do świąt, żeby było „normalnie”, a dopiero potem następuje działanie rozwodowe? Bo tak jakoś na święta się rozstawać to niezręcznie?

Może i trochę tak jest, bo jeszcze dochodzą plany noworoczne i chęć wyprostowania sobie życia od 1 stycznia. Badania były brytyjskie, więc nie do końca się przekładają na Polskę. Przemyślenia i wolny czas też jednak mogą mieć wpływ. Po tym, jak to napisałem, pojawiło się mnóstwo komentarzy. Niekoniecznie pochlebnych.

A często się ludzie wpisują?

Te wpisy to jest temat na osobny felieton, a może nawet na pracę doktorską. Czasami bowiem wpisują się blogowi, etatowi szaleńcy, którzy szukają jakiegoś forum do wyrażenia swoich paranoi. Wybierają blogi znanych ludzi, bo na ich własne nikt nie zagląda. Tu mają szansę, że ktoś ich jednak przeczyta.

I czytasz te komentarze regularnie?

Regularnie nie. Przeglądam, może nie z wypiekami na twarzy, ale z ciekawością. W końcu ktoś, kto się wpisuje jest też moim odbiorcą.

Czyli szaleńcy mają szansę. Szaleńcy wszystkich krajów wpisujcie się?

Nie, nie... Oni zniechęcają innych do wypowiadania się. Widząc mocno nawiedzony komentarz, ktoś myślący i rozsądny się nie wpisze, bo nie chce znaleźć się w ciągu wariatów. Zresztą parę sławnych osób, dysponujących dobrym piórem nie wytrzymało i wprowadziło cenzurę lub zablokowało komentarze na swoich blogach. Ja jestem uodporniony na różne okrzyki – negatywna reakcja jest też reakcją i lepsze to niż robienie czegoś, co nie budzi żadnych emocji. Doceniam rzecz jasna mądre komentarze.

Lubisz więc budzić emocje. A gdybyś nagle stał się anonimowy i wszystkich przestałoby interesować to, co robisz?

To byłoby klęską – jak zresztą dla każdego twórcy. Po to się pisze, aby być czytanym, po to się gra, aby być słuchanym. Nagrywamy płyty, aby kogoś zmusić do myślenia, kogoś oczarować, innego wzruszyć. Big Cyc jest zespołem nieco publicystycznym – taką śpiewaną gazetą ze śpiewanymi felietonami. Jeżeli piszemy piosenkę, chcemy aby poszła w świat. O Moherowe berety byliśmy spokojni - reakcje się pojawiły i to w dużej ilości. Nie lansowano nas wprawdzie za bardzo w radiu. I mam wrażenie, że jeśli nas puszczano to po to, aby pokazać „u nas nie ma cenzury”, ale w Internecie świecimy triumfy. Teledysk Atakują klony miał 2,5 miliona ściągnięć – to absolutny rekord w kategorii piosenka.

A gdzie są u Skiby granice prowokacji?

Lubię czasami jako satyryk przekraczać dobry smak, czego w Polsce się boimy. A Monthy Python, tworzący dowcip dla ludzi inteligentnych, wielokrotnie robił takie prowokacje! Pamiętam np. przykład taki ich skecz o tym, jak facet wymiotuje do grobu matki! Cynicznym kpiarzom daleko do delikatnych poetów. Często, aby kogoś poruszyć, przekraczamy granice dobrego smaku, ale robimy to świadomie. Wielu wykonawców np. z kręgu disco polo przekracza dobry smak nie mając o tym najmniejszego pojęcia. Oni myślą, że tak jest fajnie i tak trzeba. Nasza sztuka nie polega jednak i nie chcę, aby polegała głównie na szokowaniu. Propozycja Big Cyca czy Skiby nie może się składać z samych prowokacji. Trzeba jednak przyznać, że ostatnia płyta była mocno polityczna i był to powrót do naszych mocno buntowniczych korzeni..

Wtedy Big Cyc był ostry.

Mieliśmy ostre teksty polityczne, byliśmy (i jesteśmy) bacznymi obserwatorami życia politycznego. Pojawiły się wtedy piosenki Berlin zachodni, Ballada o smutnym skinie, Piosenka góralska. Mieliśmy okładki płyt z Leninem czy z Lechem Wałęsą. Potem wypruliśmy się politycznych tematów i trochę przyznam nam się po prostu znudziły, więc nagraliśmy piosenkę „feministyczną” Facet to świnia czy Makumbę.

Ale Makumba jest polityczna...

No tak. W Polsce wiele tematów staje się politycznych.

A co z tą granica?

Nie jest nią na pewno tzw. dobry smak...

No tak, każdy ma przecież inny. A z czego byś się nie śmiał?

Nie bawi mnie dowcip rasistowski. Zresztą otrzymaliśmy nagrodę Antyfaszysty 2006 za płytę Moherowe berety, a ja osobiście za felietony. Nie śmieję się z innych nacji czy z kalek. Takie dowcipy pojawiają się w komediach czy brytyjskich czy jakichkolwiek innych, ale dla mnie tu leży granica.

Ze wszystkiego innego się śmiejesz.

Ze wszystkiego nie... Śmieszy mnie żart absurdalny, polityczny. Obecnie satyra polityczna w Polsce odżyła. Poprzednio było smutniej, rząd był mniej hardcorowy. Z premiera Marka Belki, który miał śmieszne nazwisko i mówił śmieszne rzeczy (np. że zna osobiście Jenifer Lopez) nikt się jakoś za bardzo nie śmiał, nie powstały żadne dowcipy. Teraz z kolei u władzy są bardzo barwne postaci, które mają nieograniczone możliwości dostarczania śmiesznych tematów. Satyra odżyła. Mogę to oficjalnie zaświadczyć, że w IV RP czuję się jak ryba w wodzie! Nie odczuwam cenzury, chociaż DJ-e z różnych radiostacji nie chcieli puszczać Moherowych beretów, przyznając podczas prywatnych rozmów, że nie chcą się narażać. Kilka programów odmówiło promowania płyty czy teledysku, stwierdzając, że tematyka jest nieodpowiednia. Ale za to jest świetne medium, jakim jest Internet.

Jesteście na rynku od 19 lat. Czy dostrzegasz jakąś różnicę w publiczności? W jej reakcjach?

Na szczęście część publiczności, starzeje się razem z nami. :D Chociaż są tacy, którzy wybrali inne rozrywki – np. gonitwę za kasą. Tyle że oni nie słuchają ani nas, ani żadnej innej muzyki.

Szybko się Polacy starzeją?

Szybko. Mam nawet wrażenie, że faceci szybciej niż kobiety, bo te przynajmniej dbają o urodę. Ale kierat typu dom, dzieci, pomidorowa, może zniechęcić do wszystkiego, nie tylko do muzyki. Faceci z kolei dziadzieją, siedząc przed telewizorem, pijąc piwo i zapuszczając brzuchy. Wycofują się z życia towarzyskiego, poza spotkaniami rodzinnymi przy sałatce i wódce czy żałosnym mieszczańskim grillu.

Nie lubisz grilla?

Lubię, ale nie robię z tego celebry – gryl, piwo plus rodzina.

A nie jest grill symbolem wolności? Wreszcie każdy może, bo grill kosztuje 20 złotych?

To była nowość kilkanaście lat temu! Zresztą wcześniej takie spotkania mogły uchodzić za opozycyjne taka miła ogródkowa konspiracja. A teraz? A niech sobie ludzie grillują na zdrowie, ale bez dołączania do tego ideologii że to jest jakaś manifestacja wolności. Marny to kraj w którym wyrazem postawy wolnościowej jest smażenie kiełbachy!

A co z tą nową publicznością? Rozumie, o czym śpiewacie, co mówicie?

Kiedy 150 tysięcy ludzi śpiewa Moherowe berety czy otrzymujemy przysłowiową owację na stojąco plus Sto lat, jest to dowód na to, że mamy nową publiczność, która się identyfikuje z naszą muzyką, z tekstami. Gdybym śpiewał po angielsku, że rzuciła mnie dziewczyna i źle się czuję, to pewnie by tak nie było. My mówimy o aktualnych problemach – pojawia się Giertych, Kaczyńscy, protest przeciwko Łukaszence czy piosenka o Janku, który jedzie do Iraku, bo zbiera na mieszkanie, żeby z ukochaną żyć. Spotkałem nawet takiego „Janka”. Pojechał na wojnę, zbierał, a jak wrócił z połową kasy na mieszkanie, to dziewczyny już nie było. Chłopak zupełnie stracił motywację. Niby to banał, ale jest tragedią w czysto ludzkim wymiarze.

Czyli z sensem śpiewacie?

Jesteśmy taką rockendrolową gazetą. Zresztą zespoły rockowe tym różnią się od pojedynczych wokalistów czy wokalistek śpiewających zgrabne kompozycje o niczym, że mają fanów. Ci zgadzają się z czymś lub nie, chodzą na koncerty, uczestniczą w życiu zespołu.

Ale nowe pokolenie chyba różni się od starego?

Urodziło się z myszką komputerową w dłoni, lepiej zna języki, nie ma takich kompleksów, jak my mieliśmy. Oczywiście, że kiedyś było inaczej – ja udzielałem się w Pomarańczowej Alternatywie, byłem notowany, siedziałem w więzieniu, wchodziłem w żółtych kalesonach na dachy kiosków ruchu i zrzucałem ulotki. Dzięki temu nie musiałem iść do wojska, bo uznali mnie za element niepewny politycznie. Nie mam jednak w sobie kombatanckich zapędów. Nie ma też powodu, aby potępiać obecną młodzież dlatego, że czasy są inne. Zresztą, kiedy jest taka potrzeba to ci młodzi ludzie potrafią się zorganizować – np. w akcji przeciwko ministrowi edukacji. Są też aktywni w Internecie np. fanatycy animacji, którzy tworzą ostrą satyrę dostępna w sieci.

Jedni się organizują, a inni już wyjechali lub marzą o tym, żeby opuścić Polskę.

Faktycznie część naszej publiczności wyjeżdża. A my zaczynamy podążać za nimi z koncertami. Zresztą ta nowa emigracja nie tylko pracuje, ale także organizuje sobie życie za granicą. Pamiętam, że po koncercie udzielałem wywiadu do polskiego pisma w Londynie. Mówiąc szczerze myślałem, że to taka polonijna gazetka z cierpiętniczym orłem w koronie, ale okazało się, że to fajne pismo z informacjami, lifestylowe, bez partyzanckich historii.

A Skiba nie chce wyjechać?

Nie, ja się tutaj dobrze czuję. Na Zachodzie bym zwariował. Wytrzymuję tam nie dłużej niż dwa tygodnie. Piszę felietony ostro lub bardzo ostro i nikt mi niczego nie narzuca i nie sugeruje.

Czy zdarzało się, że obśmiałeś kogoś i później dochodziłeś do wniosku, że niesłusznie?

Zdarzało się, że poznawałem kogoś po uprzednim obśmianiu. Niekiedy okazywało się, że jest całkiem w porządku. Zresztą sam dla siebie też nie jestem łagodny. Śmieję się z siebie i to daje mi moralne prawo do obśmiewania innych.

A przepraszałeś kogoś?

Nie miałem za co – obśmiewam to, co ktoś powiedział czy zrobił. Jeśli człowiek jest inteligentny i ma do siebie dystans, to się nie obraża. Zresztą teraz jest odwrotnie – jesteśmy proszeni...

...o to, żeby kogoś wyśmiać?
Tak. Niektórzy twórcy mają świadomość, że osoba z której robi się żarty wbrew pozorom zyskuje. My wyśmiejemy, więc zrobi się głośniej o wyśmianym... jako rockowy kabaret robiliśmy już wiele parodii różnych zespołów. Niektórzy podchodzili do nich normalnie, a zdarzali się tacy, którzy byli nimi zachwyceni (np. Grzegorz Ciechowski, który nawet nas zaprosił do swojego programu). Nie zawsze bywało jednak tak słodko. Dawno temu pewna gwiazda chciała nam wytoczyć proces. Mowa o Shazzie (piosenkarce disco polo). Wszystko jednak rozeszło się po kościach. Po latach trochę w sumie żałuję. Mogłoby być wesoło.

Zrobilibyście parodię „na zamówienie”?

Nie. Na zamówienie nie będziemy się z nikogo śmiać.

Jesteście razem jako Big Cyc prawie 20 lat. Jak Wam się to udało?

To swojego rodzaju fenomen. Gramy od 19 lat w tym samym składzie. Były między nami konflikty, ale nie doprowadziły do rozpadu. Kluczem jest chyba akceptacja. Do człowieka trzeba mieć instrukcję obsługi i przestrzegać jej. Każdy z nas wie, że kolega perkusista do południa jest nie do życia, ma fochy, nos na kwintę itp., gitarzysta ma fioła na punkcie porządku, a basista to bałaganiarz. Ja z kolei to, jak na mnie mówią, wesoły dziadek. Teoretycznie powinna być wojna... Myślę jednak, że świetnie się uzupełniamy. Zresztą zespoły rozpadają się głównie dlatego, że każdy chce być liderem. My nie mamy takiego ciśnienia. Każdy wie, co ma robić. Ja poza Big Cycem prowadzę koncerty, programy telewizyjne, piszę felietony, mam swój kabaret. Chłopaki mają drugi zespół – Czarno-Czarnych. Każdy więc się spełnia.

Zespół to jednak zakład pracy, gdzie w grę wchodzą też finanse.

Staramy się równo dzielić zyski. Na tym polu też więc nie dochodzi do konfliktów.

A teraz coś z zupełnie innej beczki: masz garnitur?

Powoli dojrzewałem do garnituru i... już mam. Zacząłem jednak od marynarek i mam sporą kolekcję – około 20 – każda szyta na zamówienie, w jednym egzemplarzu. One jednak są bardziej sceniczne – jedna jest w „żyrafę”, inna we „wściekłą krowę”, jeszcze inna w „zebrę”. Ta ostatnia, garniturowa jest normalna, klasyczna, ale - o dziwo - dobrze się w niej poczułem.

Chyba generalnie dobrze się czujesz?

Kluczem do dobrego samopoczucia jest dystans, akceptacja i świadomość swoich wad i atutów. Zresztą teraz już nie jestem takim „kogutem”. Były już przygody, skandale, życiorys zespołu jest usiany aferami, o których pisano i przez które trochę straciliśmy, ale z drugiej strony... Buzka mogą zapomnieć, a d... Skiby przejdzie do legendy...

I co dalej?

Z nowości: szykuję książkę z serią absurdalnych opowiadań. Piszę je od jakiegoś czasu. Już dawno powinienem to wydać, ale ciągle mam jakieś koncerty i imprezy. To będzie taki żart w stylu starego „Lalamido”. Każdy kto lubi takie poczucie humoru znajdzie tam coś ciekawego dla siebie.

A w filmie nie chcesz zagrać?

Najchętniej zagrałbym zwłoki w programie 997. A tak na serio z kręcenia bardziej mnie kręci robienie programów telewizyjnych choć mam na koncie kilka epizodów w paru serialach komediowych.

I na koniec – masz jakieś niezrealizowane marzenie - z kategorii WIELKIE marzenie?

Chciałbym, aby wymyśloną przez nas piosenkę grali w klubach i stacjach radiowych całego świata od Las Vegas po Kamczatkę.

Oby!

Rozmawiała:Hanna Żuławska (miesięcznik Gentelmen).Wywiad ukazał się w marcowym numerze Gentelmena.




Bracia Kaczyńscy a owca Dolly

Kim jest teraz Krzysztof Skiba? Rokendrolowcem? Felietonistą? Satyrykiem?

- Jestem człowiekiem renesansu (śmiech). Oprócz Big Cyca robiłem bardzo dużo rzeczy, chociażby program telewizyjny Lalamido. Zawsze pisałem felietony, mam kabaret. Uprawiam tzw. - jak to w średniowieczu mówiono trójpolówkę.

Tematów na pewno panu nie brakuje. Rzeczywistość ich dostarcza. I to w nadmiarze.

- W tym kraju na pewno jeszcze długo tak będzie, że rzeczywistość będzie nam dostarczała różnych ciekawych tematów. Akurat o to się nie obawiam.

A czy temat przewodni nowej płyty nie jest nieco wyeksploatowany? Teraz wszyscy kpią z rządów PiS-u.

- Ja bym tak nie powiedział, że wszyscy. Zespoły rockowe np. unikają tej tematyki. Big Cyc jest tu wyjątkiem. Na Zachodzie wiele kapel rockowych angażuje się politycznie. Na ostatnich płytach znanych wykonawców, jak Rolling Stones chociażby, którzy przez lata unikali polityki, są numery antybushowskie. Nie mówiąc o hiphopowcach typu Eminem czy punkowcach typu Green Day. Mnóstwo ludzi robi piosenki polityczne, całe płyty są manifestami poglądów politycznych. Trafiają się na nich bardzo ostre, agitacyjne wręcz kawałki, wskazujące, na kogo głosować, a na kogo nie. To jest trend ogólnoświatowy. Rock zawsze był zaangażowany. Najbardziej - w latach 60., kiedy rodził się jako hipisowska muzyka buntu i rewolucji. Przecież nawet The Beatles śpiewali o LSD, uważając, że będzie wielką rewolucją, która zmieni świadomość nie tylko poszczególnych ludzi, ale całych społeczeństw. Z perspektywy patrząc, te ryzykowne idee, wmawiające ludziom, że jak się wszyscy naćpamy, to nie będzie wojen i świat stanie się piękny, były dość naiwne i głupie. Ale w Polsce? Gdzie to zaangażowanie? Kto je ma? Monika Brodka? To przynosi zespołom, a szczególnie rockowym, wstyd. Bo przynajmniej rockowcy powinni się polityką interesować. Taki Piasek, wiadomo, urodził się po to, żeby śpiewać o swoich nieudanych randkach. Czy o udanych randkach, nie wiem. W każdym razie o miłości, a nie o polityce. Gdyby Piasek zaczął śpiewać piosenki o braciach Kaczyńskich, chyba byłby nieautentyczny. Natomiast ostatnie płyty zespołów rockowych to absolutny kondonizm, piosenki o niczym, kompletny plastik. Ani nie mają chłopcy poglądów, ani niczym się nie interesują. Ciągle jest tekst, że ona odeszła, jesień nadchodzi, jest mu smutno, jest sam w pokoju, ogląda MTV, ściąga skarpetkę, pije drinka. Przykładem wszystkie te beznadziejne pseudo rockowe bandy które puszcza radiowa Trójka.

Poczynając od drugiego albumu "Nie wierzcie elektrykom", ciągle narzekacie na rządzących.

- My nie narzekamy nigdy. My szydzimy. Jak mówił Voltaire: "Idź przez życie szydząc". I tego się trzymamy. Zaczynaliśmy w podziemiu, mamy dobre korzenie. Znalazłem sobie kilku muzyków, którzy tak naprawdę tworzą całą oprawę muzyczną, a ja dodaję ideologię. Jestem szamanem, czarodziejem, który miesza składniki i tworzy mieszankę wybuchową. Dostaliśmy od życia trochę w tyłek. W stanie wojennym siedziałem w pierdlu za rozrzucanie ulotek, notabene z człowiekiem, który udusił pięć kobiet "wampirem z Krotoszyna", bardzo dewiacyjną postacią. Działaliśmy w Pomarańczowej Alternatywie. W żółtych kalesonach wchodziliśmy na dachy kiosków ruchu i rzucaliśmy w milicjantów landrynkami. Później oni oskarżali nas o to przed kolegium, a myśmy twierdzili, że to nie były landrynki, tylko miękkie krówki toffi, które to ciągutki były w PRL-u towarem luksusowym. No to jak ktoś komuś rzucał krówkę, to nie żeby mu krzywdę zrobić, tylko żeby go poczęstować. No i po godzinie czasu takiej absurdalnej dyskusji kolegium ds. wykroczeń orientowało się, że to jest jakaś pułapka i była kolejna awantura.

Jak powstał Big Cyc?

To był żart z akademika, jeden happening. Zaprosiliśmy wszystkich na koncert połączony z pierwszym turniejem biustów. Oczywiście wszyscy dziennikarze przyjechali na te biusty. Teraz to się wydaje banalne, bo mamy pełno imprez typu miss mokrego podkoszulka, już nikogo to nie szokuje, nie podnieca szczególnie. Ale w tamtych czasach siermiężna komuna, zapięta na ostatni guzik, przykręcała cenzurę obyczajową. Na koncert nikomu nieznanej kapeli przyjechało więc 45 dziennikarzy. Oczywiście, wszyscy przyjechali dla gołych cycków z ulotki reklamowej, a nie dla nas. A żadnych cycków nie było. Powiedzieliśmy, że jedyne biusty, jakie możemy pokazać, to owłosiony tors naszego basisty. Po pierwszych dwóch piosenkach dziennikarze uciekli w popłochu. Została tylko Monika Olejnik z Trójki i Piotr Gadzinowski z ówczesnego pisma "ITD", a dzisiejszy poseł i felietonista tygodnika Urbana. Oni zrobili niesamowite relacje, że grupa hucpiarzy zrobiła wszystkich w konia. Że ośmieszyła media, które nie zainteresują się ciekawym wydarzeniem artystycznym, ale tylko gołymi cyckami. Od tego kawału staliśmy się słynni. Myśleliśmy, że jeszcze zagramy na studenckich juwenaliach i na tym się skończy. Nagraliśmy trzy piosenki, które poszły w radiu i okazały się przebojami. Teraz gubimy się w ilości nagranych płyt, zagranych koncertów.

Czy istnieje partia polityczna, którą by pan oszczędził, nie obśmiał?

- Sympatyzowaliśmy z PO i głosowaliśmy na nią. Natomiast zapewniam panią, że gdyby Donald Tusk - który ma moją dużą sympatię - został prezydentem, to na pewno w swoich felietonach byłbym bezlitosny, bo satyrycy z definicji powinni nie ufać każdej władzy. Taka jest rola prześmiewców, komediantów, żeby patrzeć władzy na ręce, przedrzeźniać ją. Cała Pomarańczowa Alternatrywa na tym polegała. Karykaturalnie wyolbrzymialiśmy hasła komunistów. Np. podczas akcji wiosennych porządków zainicjowaliśmy parodię czystek partyjnych. Wyszliśmy na ulice Łodzi z czerwonymi flagami, portretami Lenina i napisem "Jest ok", z dużym transparentem "Niech żyje Karol Marks i jego szatańskie wersety". Było w tym dużo zabawy i prowokacji. Służby porządkowe kompletnie zgłupiały gdy podczas innego happeningu musiały zatrzymywać sierotkę Marysie, Misie Uszatki czy świętych Mikołajów. Pierwsze happeningi były pacyfikowane. Jeden z moich lepszych trwał raptem około 10 minut. Polegało to na tym, że biegaliśmy po ulicy Piotrkowskiej z transparentami "Galopująca inflacja". Milicjanci wszystkich wyłapali, choć mieliśmy kilka sztafet. Następnego dnia wydaliśmy oświadczenie, że skończyły się kłopoty gospodarcze Polski, bo Milicja Obywatelska na ulicy Piotrkowskiej zatrzymała galopującą inflację. Po tym milicja w Łodzi przestała pojawiać się na happeningach, co powiem szczerze, wpłynęło ujemnie na poziom artystyczny naszych akcji. Pomarańczowa Alternatywa uświadomiła wielu ludziom absurdalność mechanizmów systemu, który był nie tylko groźny, ale także śmieszny.

Teraz mamy demokrację. A jednak wiele aspektów życia wciąż śmieszy, boli, drażni. Które najbardziej?

- Razi mnie państwowa celebra. Nasze święta są strasznie smutne, te oficjalne imprezy są jakieś niesamowicie nadęte, a PiS chyba zmierza w tym kierunku aby to było jeszcze bardziej denne. Rytuał przejęcia władzy przez nowego prezydenta to był teatr propagandowy rodem z PRL-u. Duma narodowa to coś czego nie można wyszkolić na kursach, albo kupić w sklepie. Albo się ją ma, albo nie. Podziw dla własnego państwa i narodu musi być czymś spontanicznym, naturalnym, a nie kaftanem narzuconym przez urzędników. Z Szopena jesteśmy dumni, z Marii Curie-Skłodowskiej jesteśmy dumni. Z Kopernika możemy być dumni... Ta lista jest dosyć krótka. Z obecnych polityków nie za bardzo możemy być dumni. Ja czuję, że ta nowa, obecna władza chce tak odgórnie uczyć patriotyzmu. Nie tędy droga. To skończy się niechęcią i odrzuceniem. Patriotyzm to jest wartościowa rzecz i bardzo potrzebna, natomiast myślę, że zabierają się do tego z niewłaściwej strony. Jakąś kosmiczną pomyłką jest fakt, że obchodzimy rocznicę śmierci papieża. Świętem powinien być dzień, w którym papież się urodził, albo dzień wyboru Karola Wojtyły na papieża. Dlaczego my obchodzimy uroczyście dzień, w którym on od nas odszedł? Poza tym mamy tendencję do obchodzenia klęsk. Z pełnym szacunkiem, ale powstanie warszawskie było totalną klęską, zabito całą młodą, patriotyczną Warszawę i my to świętujemy... Rozumiem, żeby pamiętać o tym, wydawać książki historyczne, ale celebrować? Na całym świecie obchodzi się zwycięstwa. A my jesteśmy jedynym krajem, które obchodzi klęski wszystkich powstań, bo wszystkie przegraliśmy. No, jedno wygraliśmy, wielkopolskie, ale jego akurat nie obchodzimy. Ta pamięć o przegranych powstaniach to jest jakiś dramat.

Taka narodowa przywara. Big Cyc śpiewa też o Polakach, że mają pecha. Dlaczego?

- Gdzieś czytałem taki artykuł, że nikt tak źle nie ocenia Polaków, jak sami Polacy. Że lepiej nas ocieniają Irlandczycy, Szkoci, Włosi, Szwedzi. My siebie oceniamy najbardziej surowo. Z czego to wynika, nie wiem. Dużo pisał o tym Gombrowicz. Polak bardzo się przejmuje, co o nim sądzą inni. Będąc za granicą Polak zastanawia się czy otoczenie wie, że jestem Polakiem i męczy go czy widać, że on jestem nie stąd? To jest syndrom krajów biednych, które dostały w dupę od historii. Było kiedyś spotkanie Busha i Putina. Paparazzi, jak to oni, wszystko dostrzegli, nawet to, kto jaki ma zegarek. Okazało się, że Bush, prezydent najbogatszego państwa na świecie, człowiek, który nie musi udowadniać, że jest kimś ważnym, miał zegarek za około 200 dolarów. Natomiast Putin, człowiek, który ma wojnę w Czeczenii, gdzie w Moskwie jest 100 tysięcy żebrzących na ulicach dzieci, gdzie ludzie żyją za parę dolarów, a ludzie prubójacy wspierać opozycję jak Chodorkowski lądują na Syberii po dziwnych procesach miał zegarek za 100 tysięcy dolarów. Bill Gates, najbogatszy człowiek świata, zmusza się, żeby nakładać garnitury. Wpieprza ohydne hamburgery za 4,50 USD i chodzi w jeansach. A porównajmy teraz Billa Gatesa i pana Misztala z Samoobrony, który przed telewizorem pokazuje, jak dużo ma pieniędzy. Robić to w takim kraju jak Polska, gdzie są ludzie, którzy za 500 złotych zapieprzają przy kasie w hipermarkecie, to jest przynajmniej w wypadku parlamentarzysty niewłaściwe. Ale wszystko się zmienia. Kiedyś jak ktoś był złodziejem, to przynajmniej starał się to ukryć, bo wiedział, że to jest złe. A teraz są takie czasy, że gangster i cwaniak jest na topie. Doszło do tego, że bardzo dużo ludzi pozuje na gangsterów nie będąc nimi. Załamały się hierarchie wartości. Na topie jest przystojny gangster, który opowiada dowcipy i napada na banki. To jest bohater pozytywny, któregto zafundowały nam amerykańskie filmy. Takimi płytami jak "Moherowe Berety" trzeba przywracać wartości.

Poza posłem Misztalem ma pan jakichś ulubieńców w ławach parlamentarnych? Co pan sądzi o Podlasianinie ministrze rolnictwa Krzysztofie Jurgielu?

- Na szczęście problemy rolników nie są mi za bliskie, jestem typowym mieszczuchem. Ale ten minister dał się poznać z różnych ciekawych stron, teraz jest na wylocie. Samoobrona wejdzie do rządu i na pewno bedzie miała swojego kandydata na ministra rolnictwa. Na naszą płytę trzeba patrzeć jako na satyrę polityczną. Wielu ludzi ona przestraszyła. Spotkałem się z takimi głosami: O rany, wy się nie boicie? No bez przesady! W każdej dojrzałej demokracji satyra polityczna jest niezbędnym elementem życia codziennego. Jeżeli jej nie ma, to wtedy należy podejrzewać, że coś jest nie tak. W Stanach jest mnóstwo programów satyrycznych, gdzie nabijają się z głowy państwa. To nieprawda, że w Anglii nie wolno nabijać się z królowej, to mit. Jest mnóstwo programów czy filmów (np. "Szpital Brytania"), gdzie królowa jest pokazana jako kompletna idiotka, mumia, dołączona do archaicznego i kabotyńskiego, dworskiego rytuału.

Czy podczas promocji płyty zdarzył się, że jakaś stacja odmówiła emisji piosenki „Moherowe berety”?

- Oczywiście, "Moherowe Berety" są oficjalnie blokowane. Nam się to nie zdarzyło nigdy, w całej 18-letniej historii Big Cyca. Jedynie prywatne telewizje, jak TVN i TVN 24 i telewizje muzyczne jak VIVA i 4funTV emitują teledysk. Natomiast żadna stacja telewizji publicznej, nie wyemitowała tej piosenki. Ja nie płaczę, że jesteśmy blokowani w mediach. To nam bardzo dobrze służy! Płyta świetnie się sprzedaje. Polacy to jednak przy całej naszej paranoi krnąbrny naród, przewrotny. Jak napiszemy nie deptać trawników, to w tym miejscu będzie ścieżka. Na szczęście istnieje Internet. Pobiliśmy absolutny rekord i mamy ponad milion ściągnięć tej piosenki. Bo jej naprawdę poza paroma stacjami rockowymi nigdzie nie można usłyszeć. Duże nie puszczają, bo mogą się narazić. Ja mam osobiście żal do Trójki, ze nas nie gra, bo zawsze postrzegaliśmy ją jako stację inteligentnych ludzi, nie unikającą publicystyki rockowej. A teraz się okazuje, że się tej piosenki boją. Ale wpływa to na zamieszanie wokół zespołu idealnie. Złotym środkiem byłoby, jakby Skibę na 2 dni zamknęli. Sami się nie spodziewaliśmy, że z tą piosenką tak trafimy w sedno. Wszyscy dziennikarze zastanawiali się, czy Lepper wejdzie do rządu, czy nie. A my to przewidzieliśmy już dawno. Bo "Moherowe Berety" to nie jest piosenka o tych biednych babciach, manipulowanych przez ojca Tadeusza...

Tylko o rządzących. Ale pan śpiewa, że Lepper często myli krok, a tu proszę, całkiem gładko sobie poczyna w tym tangu.

- Tangu? Chocholim tańcu polityków! Im się wydaje, że to taniec z gwiazdami, a tak naprawdę to jest taniec z chochołami. Tylko mam nadzieję, że Andrzej Lepper to nie jest adresat powiedzenia „Miałeś chamie złoty róg”. Adresatem powinien być brak koalicji PO z PiS-em. „Mieliście chamy złoty róg, a nie wykorzystaliście tego”. Można było stworzyć taki rząd, który miałby zdecydowaną większość i trochę uporządkować sprawy w kraju. Proszę popatrzeć na Niemców: też dwie partie nienawidzące się, a dogadały się. Nasi nie. W tym tkwi jakiś polski tragizm. Pisał o tym Tadeusz Konwicki w „Kompleksie polskim” że polski tragizm chodzi pod rękę z błazenadą. To, co robi Big Cyc, jest tak celne, bo my wychwytujemy ten element błazeński. Ale tak naprawdę to smutna piosenka, bo to już nie są żarty! Poruszamy się w jakiejś smole, z której nie możemy się wydostać. Wszyscy radzą sobie lepiej od nas: Węgry, Słowacja, Czesi mają lepsze wyniki gospodarcze. Mówi się oficjalnie o tym, że jeżeli nic za bardzo nie spieprzą i na ziemi nie wybuchnie trzecia wojna światowa, to za 5 lat dojdziemy do takiego poziomu jak 1999 roku. O czym my mówimy? Gdzie tu rozwój? Dzięki tej pianie politycznej satyrycy mają o czym pisać, ale gorzej będzie jak politycy zaczną manipulować przy gospodarce. Piosenki wtedy nie wystarczą.

Na razie „według Big Cyca" manipulują przy kodzie genetycznym...

-(śmiech). Nasza piosenka jest opisem fenomenu światowego. Ja bardzo żałuję, że Jarosław Kaczyński nie został premierem, bo to już by było potwierdzenie tego układu. Jest oczywiście premierem z tzw. tylnego fotela. Czymś więc możemy się w historii zapisać bliźniakami. Na potrzeby piosenki założyliśmy, że Kaczyńscy mają coś wspólnego z owcą Dolly.

Nie unikacie też tematów politycznych dotyczących sytuacji na świecie. Łukaszenkę porównuje pan do Pinocheta. Śledził pan wybory na Białorusi?
- Tak, nawiązaliśmy kontakt z białoruską opozycją, ze studentami mieszkającymi w Polsce, graliśmy na ich koncercie w klubie Riviera Remont, poświęconym szerzeniu swobód demokratycznych na Białorusi. Graliśmy z zakazanym zespołem Neuro Dubel. Ku naszemu zaskoczeniu to bardzo sprawny zespół i dojrzały muzycznie, reprezentujący wysoki poziom, a nie jakaś amatorska grupa z domu kultury. Nagraliśmy piosenkę pt. „Dyktator” także w wersji białoruskiej i przesłaliśmy ją Internetem bo to jedyna droga na Białoruś. Przed wyborami była przez opozycję rozpowszechniana. A wynik wyborów skomentuję tak: jeszcze potrzeba kilku lat, żeby ten mur skruszyć, ale możemy być tego pewni. Udało się w takich krajach, gdzie nikt się tego nie spodziewał. Dlaczego ma się nie udać na Białorusi?

Dziękuję za rozmowę


Rozmawiała Joanna Klimowicz




1. Kim jest Krzysztof Skiba? Jak określiłby Pan siebie?

Myślę, że jestem wesołym człowiekiem, który czuje się wolny, robi to, na co ma ochotę, dla którego praca jest pasją. Urodziłem się w niepokornym mieście Gdańsku. Mój ojciec był oficerem marynarki handlowej i pływał przez trzydzieści lat po całym świecie na statkach PLO. Ojca widywałem rzadko więc wychowywała mnie matka - artystyczna dusza. Matka była architektem po Politechnice Gdańskiej i specjalizowała się w projektach dworców i obiektów kolejowych. Jeżeli w moim wypadku możemy mówić o jakimkolwiek talencie to z pewnością mam go po matce. Zawsze miałem taką trochę krnąbrną, buntowniczą naturę. Zaczynałem jako śmieszek klasowy, który na przykład zjadał kredę, żeby nie odbyła się lekcja matematyki. A było to w czasach PRL-u, gdzie kreda do tablicy była problemem, bo były kłopoty z zaopatrzeniem. Więc jak zjadłem kredę to był sabotaż lekcji, matematyka się nie odbywała. Miało to oczywiście swoje uzasadnienie, że pochodzę z biednego domu, że mi się nie przelewa, mam niedobór wapnia w organizmie i dlatego zjadam kredę. Oczywiście dość szybko zorientowano się, że to nie jest prawda. Po jakimś czasie zauważyłem, że te moje wygłupy przerodziły się w jakąś formę zorganizowaną. W podstawówce założyłem jakiś kabaret, później w liceum też miałem kabaret, na studiach miałem kapelę rockową, która działa do dziś, nazywa się Big Cyc i nagrała czternaście płyt. Skończyłem kulturoznawstwo na Wydziale Teorii Literatury, Teatru i Filmu Uniwersytetu Łódzkiego. Napisałem pierwszą w Polsce pracę magisterską o ruchu Pomarańczowa Alternatywa. Od kilkunastu lat piszę felietony.

2. A jak zaczęła się Pańska przygoda z felietonem?

Na studia chodziłem w potwornym okresie, podczas PRL-u, stanu wojennego, kiedy do oficjalnych gazet nie wypadało pisać, bo to były gazety reżimowe. Byłem związany z podziemiem, najpierw pisałem do różnych anarchistycznych pism. Pierwsze moje teksty ukazywały się w takich dziwnych pismach jak Homek, Trawa czy słynna A'Capella, która była w latach 80-tych kultowym, podziemnym pismem anarchistów. W okresie Pomarańczowej Alternatywy organizowałem happeningi, byłem aktywnym działaczem tego ruchu. Wydawałem swoje pismo satyryczne, które nazywało się Przegięcie Pały, pismo w którym się podpisywałem normalnie imieniem i nazwiskiem. To było pismo, w którym pojawiały się zalążki tekstów satyrycznych, czegoś, co można by uznać za felietony. Później jak wiadomo nastała Wolna Polska, w 89 r. powstawały nowe media, nowe gazety, zresztą to był niesamowity, przełomowy okres, bo ludzie z podziemia nagle zakładali oficjalne gazety. Cała ta klasa dziennikarzy, którzy pisali w pismach komunistycznych została częściowo odsunięta, wiele z tych pism zbankrutowało lub pokończyło się w inny sposób. Szukano nowych ludzi, którzy piszą, i to był okres najszybszych karier. Ja na przykład wtedy dostałem propozycję, z której się bardzo cieszyłem. Juliusz Rawicz dziennikarz, który kiedyś pisał w Życiu Warszawy, a później tworzył razem z Heleną Łuczywo Gazetę Wyborczą, wymyślił sobie taką stronę satyryczną, nazywało się to XIII kolumna, ukazywała się raz w tygodniu, w sobotę. To było wydanie magazynowe, trochę bogatsze, grubsze. Szukali jakichś nowych ludzi z otwartą głową i świeżymi pomysłami. Z poważnych osób pisał tam Stanisław Tym i Michał Ogórek, a ja wskoczyłem tam jako ciekawostka z undergroundu. Byłem tam takim młodym, wyrwanym z lasu, gdzieś z partyzantki, jakimś nikomu nieznanym Skibą. Od razu zacząłem pisać felietony, a także krótkie formy satyryczne. Trzynasta kolumna nie przetrwała nawet roku. Ze stroną satyryczną jest tak, że różni ludzie z różnych rzeczy się śmieją, coś dla kogoś jest bardzo śmieszne, a drugiej osoby w ogóle nie śmieszy. Nie ma obiektywnych narzędzi badawczych, żeby stwierdzić, że to jest na pewno dobry tekst satyryczny. Jest to związane z tym, że ludzie mają różne poczucie humoru. Najpierw wycofał się Stanisław Tym, bo mu coś tam skreślali. W Wyborczej się skreśla wszystkim, podobno nawet Michnikowi skreślali, bo nie ma tekstów, których by nie można skrócić albo zmienić tytułu. Więc Tym się wycofał, powiedział, że on jest za stary, żeby mu ciągle coś skreślać i zmieniać. Mnie tak trzech, czterech, do pięciu tekstów nie puścili, w sensie, że czekają na coś lepszego, bo „że ty potrafisz lepiej, zrób to śmieszniej…” I ja po pięciu tekstach sam zrezygnowałem, kolumna się rozpadła, został tylko Michał Ogórek, a myśmy poprzechodzili do innych pism. Ale nie obraziłem się na Wyborczą. Ja później przez jedenaście lat miałem swoją kolumnę felietonową w gdańskim dodatku Gazety Wyborczej. Ta seria felietonów nazywała się "Z deszczu pod rynnę". Była to najdłużej ukazująca się rubryka w tym piśmie. Gdy było już głośno o zespole rockowym Big Cyc w którym występowałem, dostawałem różne ciekawe propozycje publikowania. Pisałem trochę w męskiej prasie na przykład w Playboyu. Przez dwa lata miałem swoją stałą rubrykę w rozrywkowym magazynie CKM. Pisywałem w bardzo różnych pismach. Często gościłem ze swoimi tekstami na łamach pism studenckich (np. miesięcznik "Dlaczego") i znanych pism artystycznych (np. miesięcznik Max"). Kilka felietonów trafiło mi się w starym "Przekroju", "Dzienniku Bałtyckim" i.... "Trybunie". Ciekawostką jest fakt, że miałem nawet jeden gościnny felieton w Tygodniku Powszechnym. Jak wiadomo jest to pismo bardzo poważne, etosowe i katolickie. Poproszono mnie o krótki tekst na temat pierwszego maja. Obecnie od ponad czterech lat publikuję felietony w tygodniku Wprost.

3. Kto jest odbiorcą Pana felietonów? Do kogo kieruje Pan swoje teksty?

Ja się w ogóle nad tym nie zastanawiam. Nie piszę pod konkretnego czytelnika. Nie zastanawiam się, czy on będzie w takim wieku czy w innym, czy to jest osoba młoda czy stara. Czasem stosuję w tekstach słownictwo z tzw. slangu młodzieżowego, które mogą innych razić czy też być niezrozumiałe dla niektórych starszych osób. Ale robię to całkowicie świadomie. Wiele określeń ze slangu młodzieżowego wchodzi do masowego obiegu, przykładem jest piosenka Moherowe Berety. To określenie powstało w Internecie, ale zrobiło niesamowitą karierę. A wcześniej przykładem było słowo „zadyma”, które wzięło się od rozruchów w stanie wojennym. Mówiono, że na ulicy jest zadyma w nawiązaniu od gazu łzawiącego, którym siły porządkowe rozpraszały demonstrantów. Później w Jarocinie na koncertach tańczono rytualny taniec pogo, pojawiał się dym i dużo piachu, wtedy mówiono, też że jest zadyma. Z czasem to słowo stało się bardzo powszechne i zaczęło funkcjonować jako określenie pewnego zamieszania i stosowano je nie tylko w związku z rozruchami ulicznymi czy koncertami. A jeszcze później weszło do oficjalnego obiegu, zaczęli go używać parlamentarzyści, dziennikarze. To słowo zrobiło niesamowitą karierę, mimo że pochodziło właśnie z takiego slangu kontrkulturowego. Mówiono np. że była ostra zadyma w parlamencie, mimo, że nikt z nikim się nie bił. Nie było rozruchów, a chodziło tylko o jakąś pyskówkę, wymianę zdań. Był taki moment, gdzieś na początku czy w połowie lat 90. kiedy słowo „zadyma” było na absolutnym topie. Teraz tak naprawdę straciło znaczenie i przestało być modne, raczej przeszło do historii, a jego stosowanie trąci myszką.Świadomie więc stosuję określenia, które są w obiegu kontrkulturowym dla podkreślenia, czasem ośmieszenia czegoś. One są takim wykrzyknikiem, czymś, co właściwie wyraża daną myśl, ostrzej, mocniej.

4. Dlaczego stosuje Pan pewne zabiegi językowe? By przyciągnąć odbiorcę? Sprowokować? Zaskoczyć?

Czy zaskoczyć…? Jak przyjmowano mnie do Wprostu powiedziano, że mogę bić w lewicę, mogę bić w prawicę, mogę bić w centrum, tylko ma się to dobrze czytać i takie jest moje założenie. Oprócz tego, że mam jakiś temat to jest oczywiste, że chcę coś ośmieszyć i staram się, żeby po prostu dobrze się czytało, żebym nie nudził. Jest wielu felietonistów, którzy, tak myślę, mają archaiczny styl. Forma felietonów się zmienia. Kiedyś były felietony przyjmujące formę pamiętnika, coś w rodzaju pamiętnika inteligenta. Rano Mozart, jak ktoś słuchał Mozarta, patrzył przez okno, wróbelek i tak dalej, później wieczorem Bach, po południu coś innego…czyli taki zapis życia wewnętrznego. Felietonista pisał, jak wygląda jego życie duchowe, że rano słucha takiej muzyki, popołudniu innej, wieczorem jeszcze innej, lub zamieszczał cytaty, opinie z jakichś lektur, z obejrzanych filmów. Teraz tego nie ma. Typ felietonu literackiego zaniknął, teraz raczej są felietony publicystyczne, w których jest dużo polityki, dużo takiej nerwowości, dużo tego, co jest na pierwszych stronach gazet. Ja myślę, że mam swój sposób pisania, w tym sensie, że od razu widać po trzech zdaniach, że to jest Skiba i to jest bardzo ważne, bo znaczy, że mam swój styl. Okazuje się, że wiele osób zaczyna lekturę tygodnika Wprost od ostatniej strony.

5. Gazeta nie narzucała Panu linii programowej?

Nie. To jest podstawa, że w tej dziedzinie panuje absolutna wolność. Dopóki jestem czytany i dopóki dobrze się to czyta myślę, że tygodnik będzie chciał umieszczać te felietony, aczkolwiek powiem jako ciekawostkę, że nie mam żadnej umowy. Bardzo często jest tak, że jak cię przyjmują do redakcji musisz podać życiorys, odpis dyplomu, niemalże musisz linie papilarne zostawić, imię ojca i matki, urząd skarbowy itd. Tu tego nie ma, bo Wprost to jest bardzo liberalne pismo, które jest za tym, by te wszystkie administracyjne, biurokratyczne rzeczy sprowadzić do parteru, do minimum. I realizuje to w praktyce. Wydawałem swoją książkę, która się ukazała w grudniu minionego roku, pod tytułem takim samym jak rubryka felietonowa czyli „Skibą w mur”. Jest to wybór kilkudziesięciu moim zdaniem najbardziej soczystych, ciekawych felietonów. Lojalnie zadzwoniłem do redakcji z pytaniem czy się zgadzają, żebym wydał książkę i okazało się, że ja mogę ją wydać choćby na księżycu, w USA czy w Australii, a oni nie mają do tego praw. Ta współpraca jest bardzo luźna, nie ma narzucania tematów. Tak naprawdę to ja jestem wolnym strzelcem. Nie uczestniczę w życiu redakcji. Co prawda przychodzi do mnie dużo listów, one co jakiś czas są mi przekazywane. Tak naprawdę kontaktuję się z redakcją głównie poprzez maila, wystukuję felietony, przesyłam. Oczywiście czasem ucinam sobie sympatyczną rozmowę z redaktorem naczelnym, ale na tym się kończy. Często żałuję, że nie mogę uczestniczyć w jakichś imprezach tygodnika z bardzo prostych względów, ja mieszkam w Gdańsku, a redakcja jest w Warszawie. Nawet jak są jakieś fajne imprezy, na których chciałbym być to po prostu nie mogę, bo gram koncert gdzieś z Big Cycem np. w Suwałkach albo jestem w Gdańsku u siebie.

6. Skąd czerpie Pan natchnienie do pisania felietonów? Z wyobraźni czy obserwacji rzeczywistości?

Szukam i tropię niczym myśliwski pies. Czytam dużo prasy. Czytam wszystko z takich najważniejszych tytułów czyli "Wprost", "Politykę", „Newsweeka”, "Wyborczą”, „Forum”. Taki codzienny przegląd prasy potrafi dostarczyć wielu tematów do przemyśleń. Tematem może być artykuł w gazecie, wypowiedź posła, jakaś kretyńska inicjatywa poselska czy nowy przepis, który ma wejść lub jakaś niedorzeczna wypowiedź osoby publicznej. I wokół tego szukam punktu zaczepienia, jeżeli jest jakiś punkt zaczepienia, jeżeli jest temat warty grzechu to wówczas spuszczam swoje zdolności satyryczne ze smyczy. Obok lektury prasy sporo tematów dostarcza mi codzienna obserwacja zachowań rodaków. Tu kopalnia tematów także bywa niewyczerpana. Parę osób zwróciło mi uwagę, że niektóre z moich felietonów to niemalże gotowe monologi nadające się na scenę do kabaretu. Dzwoniło do mnie kilku aktorów z prośbą o użyczenie moich tekstów bo chcą je wykonywać na scenie. Gdyby je nieco przerobić, skrócić i wybrać esencję pewnie nadawałyby się jako materiał sceniczny. Być może jest to jakieś wyzwanie i z tych tekstów dałoby się ulepić jakiś mini spektakl.

7. Co jest ważniejsze w Pana felietonach: forma czy treść?

Ja myślę, że jedno i drugie, tego nie można rozdzielić. Ciekawa treść, mądra treść w ciekawej formie. Co z tego, że będziemy mieli bardzo słuszny felieton, z którym wszyscy się zgodzą, powiedzą: „tak, ten autor ma rację” jak będzie źle napisany? Po 3 zdaniach zaśniemy i w ogóle nie będziemy go chcieli czytać dalej. Zdarzają się tacy autorzy (nie chcę im robić przykrości, dlatego nie będę wymieniał nazwisk) ale czytając ich dochodzę do połowy tekstu i naprawdę nie mam ochoty czytać dalej. Po prostu nie interesuje mnie co mają do powiedzenia, bo to co powiedzieli do tej pory było komunałem lub powtarzaniem ogólnie znanych i słusznych dyrdymałów. Uważam, że szkoda czasu na nudne rzeczy i szukam wtedy innych tekstów w tej samej gazecie, bądź w innej. Ja myślę, że felieton jest taką szlachetną formą, która łączy rzeczy poważne z niepoważnymi i to jest bardzo istotne, to jest klucz. Z drugiej strony jeżeli felieton byłby tylko i wyłącznie takim właśnie tekstem satyrycznym, takim absurdalnym monologiem, rodem z angielskiej szkoły dowcipu to uważam, że straciłby coś ważnego, że on jednak pewne myśli, spostrzeżenia autora powinien przekazywać. Poza tym wielu ludzi czyta felietony dla autora, bo jest ciekawa co ich ulubiony autor myśli w danej sprawie i jak ją komentuje. Felieton jest bardzo osobistą wypowiedzią, nacechowaną stylem i obsesjami autorów. Felietonista może czasem pozwolić sobie na bycie ignorantem. Powinien się znać troszeczkę na wszystkim, ale przecież na wszystkim znać się nie sposób. Każdy felietonista powinien postawić jakąś oryginalną tezę, która postawi znane i omawiane przez wszystkich rzeczy na głowie. Felietonista piejący w chórze to katastrofa. Ja lubię bardzo styl Korwin – Mikkego, bo to jest autor piszący soczystym stylem i bezpardonowo, stawiający często wszystko na głowie. Tego rodzaju niepokorne teksty pozwalają nam przeczyścić nasze zwoje mózgowe. Takie postawienie problemu na głowie jest bardzo dobre dla treningu mózgowego. Na pewne rzeczy, które wydają nam się, że są oczywiste można spojrzeć zupełnie z innej strony. I myślę, że taka jest rola felietonisty, że on powinien nie koniecznie być w stadzie. Jeżeli wszyscy mają podobne zdanie, dobrze, żeby znalazł się taki felietonista, który troszkę zamiesza, wprowadzi element niepokoju, wsadzi kij w mrowisko i tym kijem pokręci. To jest cecha dobrego felietonisty. Poza tym każdy dobry felieton, to jest oczywiście już klasyka to co mówię, powinien mieć pointę. To jest banał, bo to jest oczywista rzecz, że powinien mieć pointę, i mówi się, jest takie obiegowe powiedzenie, że dobry felietonista, za dobrą pointę, sprzeda własną matkę. To jest ten akcent, który powinien być pewnym podsumowaniem. Byli tacy felietoniści, jak na przykład Stefan Kisielewski, którego często się czytało dla pointy, miał dobre felietony, ale na końcu była jeszcze jakaś złota myśl, która potem często była powtarzana, wchodziła w obieg językowy. Często to funkcjonuje do dzisiaj. Powiedzonka z jego felietonów weszły w taki obieg powszechny, często nie wiemy kto jest ich autorem, a okazuje się, że to coś, co zostało kiedyś napisane właśnie w formie takiego cotygodniowego tekstu, a tam funkcjonuje jako jakaś mądrość życiowa.

8. Czy ma Pan jakieś ulubione zwroty, sformułowania, słowa, których używa Pan częściej niż innych?

Staram się walczyć z każdą formą skostnienia i przyzwyczajenia, ale nie zawsze mi wychodzi. Usiłuję nie powtarzać się w tekstach. Kiedyś miałem taki mały, gotowy schemacik, taką sztancę którą seryjnie produkowałem. Teraz staram się jej unikać jak mogę. Bywa, że mam swoje małe, ulubione figury stylistyczne. Brałem jedno słowo i wokół niego robiłem całą zabawę, bawiłem się w skojarzenia, po chwili mi się to rozrastało, mnożyłem rozwój znaczenia, metafory, powoli to urastało do poważnej formy. Takim ulubionym zwrotem było zdanie: „w świecie przyrody obserwujemy coraz więcej zjawisk i zapytań z dziedziny .....”. Tekst przybierał formę niby to rozprawki naukowej w której analizowałem różne wydarzenia kpiąc w żywe oczy z głupot i dziwactw naszej rzeczywistości. To była taka forma czysto satyryczna. Jednym z ulubionych moich chwytów felietonowych jest powołanie się na nieistniejące badania naukowe. To szyderstwo ze stylu w jakim często pisze się w gazetach gdzie powoływania się na badania naukowe mają uzasadniać oczywiste idiotyzmy. Ja tu mrugam okiem do czytelnika, a czytelnik zdaje sobie sprawę, że tych badaczy wymyślił Skiba. Często poruszam poważny problem i dodaję, że „zdaniem dermatologów jest tak i tak” – Co do tego mają dermatolodzy? Najprawdopodobniej nic, ale jest to rodzaj budowania żartu na takich absurdalnych właśnie skojarzeniach.

9. Czy jakieś wydarzenia z przeszłości wpłynęły na ukształtowanie języka Pana felietonów?

Ja wywodzę się z Pomarańczowej Alternatywy, był to ruch happeningowy, który rozwinął się w drugiej połowie lat 80, szlachetny parateatralny ruch, który ośmieszał władzę i kpił z rzeczywistości PRL-u. Nie była to opozycja cierpiętnicza, która składa wieńce na cmentarzach, organizuje strajki i msze za ojczyznę. Pomarańczowa Alternatywa to był protest młodych ludzi przeciwko szarości życia w komunie. Myśmy się przebierali za krasnoludki, a policja nas zatrzymywała na ulicach. Idiotyzm tego rodzaju działań dawał do myślenia nawet służbom porządkowym. Ja np. wchodziłem w żółtych kalesonach na dachy kiosków ruchu i rzucałem landrynkami w milicjantów. To teraz się może wydać kretyńskie, ale wówczas odbierano to jako próbę obalenia ustroju. Pewne hasła propagandowe władzy doprowadzaliśmy do absurdu i to powodowało, że ludzie przestawali się tej władzy bać. Nie możesz bać się karykatury bo karykatura może być tylko śmieszna, a nie groźna. Przedrzeźnianie jest bardzo mocną bronią. W trakcie tych działań kształtowała się moja osobowość i język. Taka skłonność do szyderstwa została mi z tamtych czasów niewątpliwe do dziś . Moim ulubionym hasłem jest taka myśl Woltaira „Idź przez życie szydząc”. Staram się to realizować w praktyce, nie tylko w felietonach, ale także w mojej działalności estradowej. Zawsze pisałem tak jakby nie było cenzury. Wielu ludzi ze starszego pokolenia ma pewne opory , pamięta czasy, gdy wyrzucano z gazet , którym zakładano kagańce i to są ludzie, którzy mają wewnętrzne bariery, blokady . Ja zawsze czułem się wolny, zawsze pisałem jakby nie było cenzury i tak się zachowuję teraz. Często słyszę od czytelników moich felietonów pytania: Skiba, ty się nie boisz? Te felietony są tak naprawdę niegroźne i są elementem satyry politycznej, a satyra zjawiskiem niezbędnym, a nawet koniecznym w każdej dojrzałej demokracji. Gdyby jej nie było wówczas należałoby dojść do wniosku, że coś jest nie tak, że coś jest nie w porządku.

10. Zauważyłam, że w Pana felietonach jest ostatnio więcej polityki niż wcześniej. Lubi Pan pisać o politykach?

To prawda, ja w ogóle przyznam się szczerze, że jak ostatnio siadam do pisania felietonu to zakładam, że tylko nie o polityce. Ale oczywiście to spostrzeżenie jest celne. Wcześniej może więcej było tekstów obyczajowych, może dlatego, że mamy tak ciekawą władzę. Ja bym chciał żyć w Szwajcarii, gdzie nikt nie wie kto jest premierem, nie mówiąc o tym, że nikt nie wie kim jest minister przemysłu. Bo ktoś kto rządzi bez afer i bałaganu nie musi zwoływać konferencji prasowych i tłumaczyć się co pięć minut przed dziennikarzami. U nas jest tak, że wszyscy się interesują polityką, gdyż ona wpycha się w nasze życie niczym spaliny z rur wydechowych samochodów. Polityka wylewa się z wszystkich możliwych komunikatorów i nie ma na to rady. Ciężko przed nią uciec, choć czasem można i trzeba. Od pół roku jest bardzo ciekawie w polskiej polityce, jest wesoło i zabawnie jak dawno już nie było. Dzięki temu satyra ożyła, a felietony są bardziej polityczne. Był taki moment posuchy. Znikły dowcipy polityczne i nikomu nie chciało się stroić żartów z ekip rządzących. Takie zajęcia wydawały się jałowe i nudne. Teraz jest cała fala nowych dowcipów politycznych, które królują głównie w Internecie. Kontrowersyjna władza zawsze ożywia światek kabaretowy i satyryczny, a nudna władza powoduje, że satyra zaczyna zajmować się jakimiś problemami obyczajowymi. Ja z przyjemnością wrócę do tematyki obyczajowej, bo chyba rzeczywiście tej polityki jest za dużo. Staram się wyszukiwać raczej elementy pozapolityczne, ale nie zawsze mi to wychodzi, bo już nawet trafia się jakiś dobry pomysł na felieton niepolityczny, ale nagle wybucha smakowita bomba z krainy politycznej i po prostu serce się kroi, żeby o tym nie napisać. I wracam do polityki jak morderca na miejsce zbrodni. Zawsze mam nadzieję, że to tak ostatni raz sobie poużywam na tych wspaniałych władzach, a już za tydzień będzie inaczej. Felietonista to pryszcz na tyłku władzy.

11. Jaka jest Pańska recepta na życie?

Recepta na życie? Rany Boskie…. No ja myślę, że przede wszystkim takim złotym środkiem, który udało mi się znaleźć to jest prawda banalna, ale prawdy banalne są często jakby tak oczywiste, że się o nich nie wspomina, w związku z tym może warto czasem ją przypomnieć, żeby sobie pewne rzeczy uświadomić. Recepta na szczęście jest taka: znaleźć pracę, która będzie ci sprawiała przyjemność, a jednocześnie będzie można się z niej utrzymać, bo nie ma nic gorszego jak praca, która cię wkurza i z której nie ma pieniędzy. Ja akurat wychodzę na scenę, mówię trzy głupie zdania i mi za to płacą. Tak jest od kilkunastu lat. Jestem pracoholikiem, a poza tym jestem człowiekiem, który prowadzi dość intensywne, aktywne życie estradowe, koncertowe i na przykład zauważyłem jedną rzecz, że jak mam mało czasu i mam pełno roboty to pracuje mi się lepiej. Lubię takie zwariowane życie między jednym koncertem, a drugim, między nagraniem w studiu, a pisaniem felietonów, kręceniem teledysków, a występowaniem w kabarecie. Gdy mam sto rzeczy do zrobienia to mnie taka sytuacja pozytywnie nakręca. To mi daję siłę i energię. Gdy mam dużo czasu wpadam w panikę i głupieję. Lepiej mi się pisze gdy cały świat wali mi się na głowę. Gdy mam spokój i luksus wolnego dnia pisze mi się ciężko i opornie. Generalnie lubię pisać, sprawia mi to przyjemność, mam frajdę w pisaniu tekstów z których ludzie się śmieją. Obecnie mam trzy stałe rubryki felietonowe (Wprost, Hustler i Dlaczego) i nie daję już rady więcej choć są propozycje i zachęty z różnych stron. Podziwiam moich kolegów np. Macieja Rybińskiego, który w tej chwili pisze już chyba do wszystkich pism. Boję się, że niedługo jego felietony będą się ukazywały w książkach telefonicznych. On pisze codziennie w „Fakcie” i co tydzień we „Wprost” i „Dzienniku”. Janusz Korwin - Mikke swego czasu był rekordzistą i pisał felietony w kilkunastu pismach. To jest człowiek wulkan. Na szczęście w Polsce felietonistom tematów nigdy nie zabraknie.

Wysłuchały: Michalina Wiśniewska i Magdalena Mucińska




Dziennik Zachodni: Krzysztof Skiba jest kojarzony przez większość swoich rodaków jako żartowniś i lekkoduch. A jaki Skiba jest na prawdę?

Krzysztof Skiba: Takie kojarzenie mojej osoby przez moich rodaków wynika z tego, że jestem niesamowicie towarzyski, lubię się bawić i jestem człowiekiem otwartym na ludzi. Jestem ekstrawertykiem. Nie jestem typem artysty zamkniętego przed świtem w wieży z kości słoniowej. Cenię sobie spotkania i rozmowy twarzą w twarz. Uważam naiwnie, że świat jest piękny, a ludzie są dobrzy. Z drugiej strony niewielu ludzi wie, że ten człowiek, który ubiera się czasem w dziwne marynarki, nie ukrywa, że lubi alkohol i szalone zabawy jest także odpowiedzialnym mężem i tatą dla dwóch swoich synów.

DZ: Czy Krzysztof Skiba jest dobrym wzorcem dla swoich dzieci czyli dla Tytusa i Tymoteusza?

KS: Na pewno jestem dla nich dużym autorytetem. Widzą tatę w telewizji i czytają moje felietony. Znają moje płyty więc, tata jest dla nich kimś ważnym. Staram się przekazywać im wiedze o życiu, którą sam zdobyłem. W życiu należy liczyć tylko na siebie. Jak się sam czegoś nie nauczysz, to nikt za ciebie tego nie zrobi. Nie ważne, że udało ci się ściągnąć na klasówce. Udając, że się uczysz oszukujesz tylko siebie. Chłopaki wiedzą, że warto się uczyć języków, że trzeba dużo czytać. Myślę, że te wszystkie rady biorą sobie do serca. Obaj mają humanistyczne zacięcie. Starszy syn, Tymoteusz ma swój zespół hip hopowy, pisze teksty.

DZ: Nie daleko pada jabłko od jabłoni.

KS: No tak. Piesze również opowiadania, ostatnio dał coś tacie do zrecenzowania i widać, że ma chłopak absurdalne poczucie humoru. Musi jeszcze popracować nad stylem, ale to jest coś, co się wyrabia z czasem. Jego próby literackie są takie młodzieńcze i jeszcze trochę nieopierzone, ale widać tam już pewną wyobraźnię literacką. Może z czasem wykluje się z tych prób coś ciekawego do czytania nie tylko dla rodziców i kumpli. Młodszy, Tytus jest niesamowicie ciekawy świata. Bardzo dużo czyta, oczywiście zaczął od komiksów. Jego ulubiony to "Tytus, Romek i Atomek". Pewnie poniekąd dlatego, że bohater ma na imię Tytus. To są inteligentne komiksy, które od lat wymyśla człowiek z wyobraźnią i poczuciem humoru Henryk Jerzy Chmielewski. Ten komiks ma wielu fanów i to nie tylko wśród dzieci

DZ: Nie zdarza się tak, że synowie po którymś z kolei występie taty w telewizji mówią - tato aleś się wygłupił?

KS: Nie, oni sami lubią się wygłupiać. Maja taki charakter. Ten starszy zgrywa czasami takiego poważniejszego, ale szybko mu przechodzi.

DZ: A jak synowie, zareagowali na ten incydent z premierem Buzkiem?

KS: To było sześć lat temu więc Tytus miał dwa lata i w tym wieku raczej trudno jest analizować tego rodzaju wydarzenia. Starszemu się to bardzo podobało, ale to normalne, bo gdy się jest małolatem to ma się zawsze wielki podziw dla zgrywy i wygłupów. Wiem, że nawet poważnie dyskutował na ten temat z kolegami w szkole i okazało się, że akcja taty budzi pozytywne reakcje uczniów. Akcje premiera Buzka (który jak wiadomo był tylko marionetką w rękach Mariana Krzaklewskiego) już wówczas leciały strasznie w dół. Pokazanie gołego tyłka premierowi należy rozpatrywać w kategoriach, radykalnego ale jednak happeningu politycznego.

DZ: Skiba radykałem?

KS: Wielu tak uważa, ale to raczej przeszłość. Wywodzę się z pamiętnej Pomarańczowej Alternatywy - ruchu, który organizował polityczne happeningi w czasach komuny. Pisałem w wielu pismach podziemnych. Byłem autorem wielu happeningów i inicjatorem ciekawych akcji ulicznych. Wielokrotnie byłem zatrzymywany przez milicję. Siedziałem trzy miesiące w pierdlu za działalność polityczną, więc pokazanie dupy Buzkowi było, czymś absolutnie normalnym i zwyczajnym. Jestem artysta rockowym, który walczy z różnymi paranojami. Jeśli ktoś wchodzi w żółtych kalesonach na dach kiosku ruchu i rzuca landrynkami w milicjantów, to trudno go nazwać twórcą nie radykalnym. Trochę się zmieniły czasy, teraz się uspokoiłem choć mam nadzieję, że nie do końca. Uważam się bardziej za artystę rewiowego niż radykalnego. Akcja z Buzkiem wyglądała tak, że podczas dużej imprezy muzycznej zadałem pytanie co mam pokazać premierowi, który siedzi na widowni, kolano czy dupę. Nie moją winą jest, że kilkutysięczna publiczność uznała, że premier zasłużył na dupę. To była dupa pokazana na życzenie widzów.

DZ: Od dupy przejdźmy do miłości. W jednym z wywiadów przeczytałem, że dla Krzysztofa Skiby najważniejszą rzeczą na świecie jest miłość.

KS: Co jakiś czas atakują mnie pisma kobiece zadając istotne dla nich pytania. Raz chcą aby coś powiedział o swoim ulubionym kolorze, innym razem o jakiejś przygodzie z dzieciństwa, a jeszcze innym o pierwszej, szkolnej miłości. Ostatnio spytano mnie jaki jest ideał kobiety.

DZ: A jaki jest?

KS: Ideałem kobiety dla każdego samca jest zawsze ta kobieta, która pierze mu kalesony. Kobieta, która nie pierze facetowi kaleson, jest daleka od ideału. Pewnego dnia jedno z tych pism zadało mi pytanie, co jest w życiu najważniejsze? Wobec tak monumentalnie postawionej sprawy odpowiedziałem zgodnie z sumieniem, że miłość. Nigdy dość prawd oczywistych. Uważam, że miłość jest czymś, czego brakuje nam wszystkim. Oczywiście oprócz miłości jest wiele innych ważnych rzeczy. Ale miłość jest tą najważniejszą. Może gdyby Adolf Hitler był zakochany nie byłoby II wojny światowej.

DZ: Sprawiasz wrażenie człowieka, który zna odpowiedź na każde pytanie. Jaki jest sens życia?

KS: Na to pytanie próbowali odpowiedzieć wszyscy wielcy mędrcy tego świata. Od św. Tomasza z Akwinu po filozofów-komików z grupy Monthy Pythona. Woody Allen powiedział kiedyś mniej więcej coś takiego: "Nie obchodzi mnie moja własna twórczość, ani to co po mnie zostanie. Liczy się dla mnie moje obecne życie, moja teraźniejszość i moje tu i teraz". Jest w tej wypowiedzi pewna właściwa tej osobie przesada ale jest również niesamowita prawda o człowieku. Śmieszą mnie ludzie tacy jak Jan Rokita, który już ogłosił, że marzy o tym aby zostało po nim coś wielkiego. Pewnie już sobie cichutko myśli o jakimś małym pomniczku. Taka kabaretowa megalomania jest charakterystyczna dla wielu Polaków. To bardzo śmieszne i sztuczne. Nie powinniśmy udawać, że żyjemy dla jakiś wydumanych idei tylko dlatego, żeby coś po nas pozostało. To fałszywa perspektywa. Powinniśmy żyć tu i teraz. Dla siebie i dla swoich bliskich. Ja staram się być dobry tu i teraz, a nie być dobrym na pokaz i kiedy jest mi to wygodne. Taki jest sens życia. Wystarczy być dobrym.

DZ: Zastanawiam się kto jest idolem, wzorcem dla Krzysztofa Skiby?

KS: Idoli nie mam. Pojecie idol pochodzi ze sfery pop kultury, i pasuje raczej do kogoś kto na co dzień karmi się tego rodzaju pożywką. W moim przypadku można mówić raczej o guru lub o mistrzu. Dobrze jest mieć swojego mistrza. Pierwszym moim mistrzem był Marcin Wolski, którego poznałem jak mialem 17 lat. Wolski to autor kultowej audycji "60 minut na godzinę" i głośnego "Polskiego Zoo". Dawno temu jako kompletny szczyl pojechałem na festiwal artystyczny do Kielc ze swoim kabaretem Tapeta, który był kabaretem wyrzuconym ze szkoły za jakieś niepoprawne do końca teksty. Szkoła nie chciała się do nas przyznać, twierdziła, że jesteśmy niebezpieczni. Udając harcerzy pojechaliśmy na ten festiwal tylko po to aby się spotkać z naszymi mistrzami. Z Marcinem Wolskim i Jackiem Fedorowiczem. Tam otworzyły nam się oczy na wiele spraw. Można powiedzieć, że w pewnym sensie jestem uczniem Marcina Wolskiego. A na marginesie należy odnotować, że wywalczyliśmy sobie na tym festiwalu nagrodę publiczności. Natomiast moimi mistrzami duchowymi których poznałem obcując z ich twórczością są tacy panowie jak Roland Topor, Charles Bukowski, Witold Gombrowicz, Stanisław Ignacy Witkiewicz czy Woody Allen.

DZ: Kilka dni temu odbyła się premiera Twoich felietonów "Skibą w mur" i nagrania Big Cyca pilotującego nową płytę. Nowa piosenka nosi tytuł "Moherowe berety" i traktuje o środowisku Radia Maryja i samym księdzu Rydzyku. I zastanawiam się co było pierwsze, czy pomysł Big Cyca na "Moherowe berety" czy "moherowa koalicja" Tuska?

KS: Tekst piosenki był pierwszy. Napisałem go już z pół roku temu. "Moherową koalicję" wydobył na salony polityczne Donald Tusk. Od tego momentu zaczęła się oszałamiająca kariera tego pojęcia. Zresztą Tusk niepotrzebnie przepraszał za moherowe berety jakąś starszą panią w telewizji. Przecież w tym nie ma nic obraźliwego. Jest to żartobliwe nawiązanie do jednostek powietrzno desantowych. Przecież niebieskie czy czerwone berety, to komandosi, ewidentna elita wojska polskiego. Już kilka lat temu ktoś dowcipnie w internecie określił tak starsze panie od ksiadza Rydzyka. Bo jak się na nie popatrzy to babcie tworzą coś w rodzaju elitarnej gwardii ojca Tadeusza. Zaraz po tym próbowano pojęcie moherowych beretów rozciągnąć na ludzi biednych. Co jest nadużyciem, bo takie berety wcale nie są takie tanie.

DZ Oczywiście premiera piosenki o "Moherowych Beretach" nie przez przypadek odbyła się przeddzień 14 rocznicy powstania Radia Maryja?

KS. Wszystko było precyzyjnie zaplanowane jak w filmach z Jamesem Bondem. Początkowo zamierzaliśmy nagrać piosenkę nieco później ale sytuacja polityczna wokół moherowych beretów tak się rozkręciła, że przyspieszyliśmy nagrania. W styczniu chcemy nakręcić do niej teledysk, a w kwietniu ukaże się cała płyta pod takim właśnie tytułem.

DZ: Nie obawiacie się, że stacje radiowe nie będą puszczać tego nagrania?

KS: Powiem szczerze. Mnie nie obchodzi czy ktoś mnie będzie puszczał czy nie. Nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia. Muzycy Big Cyca robią płytę taką na jaką mają ochotę gdyż są wolnymi ludźmi. To że pewne nagrania nie będą puszczane w tej czy innej stacji, to jest problem tych ludzi którzy podejmą taką decyzję. Blokowanie piosenek politycznych na antenie świadczy źle o naszej demokracji, która jest trochę pokraczna. Piosenka "Moherowe berety" poza kilkoma małymi rockowymi stacjami jest już praktycznie całkowicie zakazana. W prawdziwych demokracjach politycy nie straszą mediów, a tym bardziej nie tłumią satyry politycznej, bo tak należy traktować piosenkę "Moherowe berety" i cała płytę, która ukaże się na wiosnę. To jest w ich psim interesie, żeby się ktoś z nich naśmiewał, bo jest to sygnał, że żyjemy w normalnym kraju. Politycy muszą się nauczyć , że są wolne media, że jest satyra i że będą tematem dla satyryków i to bez znaczenia z jakiej pochodzą opcji politycznej. To wszystko dla naszego wspólnego dobra, satyra jest regulatorem pewnych napięć społecznych,która zamienia beczkę prochu w beczkę śmiechu.Wracając do stacji radiowych. Tak czy inaczej od dnia premiery "Moherowe berety" są do ściągnięcia na kilku portalach internetowych. Tylko w ciągu pierwszego tygodnia ściągnęło to nagranie ponad 50 tys. osób. Przykre, że ostra satyra polityczna jest możliwa już tylko w internecie.

DZ: Ze zbiorem felietonów " Skibą w mur" jest inaczej, znalazł się wydawca i prawdopodobnie nikt nie będzie zakazywał ich sprzedaży.Czego mogą się spodziewać czytelnicy, kupując Twoją książkę?

KS: "Skibą w mur" to figlarny gatunek literatury, który ja określam mianem dobrej literatury toaletowej. To znaczy, każdy zamieszczony tam felieton ma około półtorej strony maszynopisu w związku z tym jest to około (w zależności jak kto czyta) od czterech do pięciu minut lektury. To akurat na ten moment wchodzimy do toalety musimy się odprężyć, nie mamy co zrobić z rękami i tutaj ratunkiem jest moja książka. Moment ten można oczywiście przedłużyć na kilka felietonów. Każdy z nich jest zamkniętą całością. W każdym pojawia się albo intrygujący problem filozoficzny, albo opis jakiejś zabawnej sytuacji lub śmieszne potraktowanie jakiegoś ważkiego zagadnienia społecznego. Lektura "Skibą w mur" na pewno pozwoli miło przetrwać te pięć minut w toalecie.




O piciu bez ściemy


Świat Alkoholi - Nazwa czasopisma dla którego pracuje, niejako wymusza temat naszej rozmowy, ale akurat temat alkoholi jest rockendrolowcom chyba bliski?

Krzysztof Skiba - Jak najbardziej. To stały towarzysz naszego życia, pracy. Przypomina mi się taki piękny wywiad z Leonardem Cohenem. Dziennikarka zapytała go, co sadzi o tych różnych mitach, jakie krążą, że artyści, a szczególnie muzycy, nadużywają mocniejszych trunków. A on jej na to, że pije, ale tylko zawodowo - butelkę wina przed koncertem. Żeby się rozluźnić, żeby struny głosowe lepiej pracowały, żeby wprowadzić się w taki miły nastrój.

Mimo, że muzycy piją, to nie ma za dużo utworów o piciu.

- Nie, jest całkiem sporo, Big Cyca chociażby i innych artystów rockowych. Popowi to raczej o oranżadzie śpiewają. A w rocku się pije, mówi o piciu i śpiewa o tym. Na przykład piosenka "Kocham piwo", o takim jednoznacznym tytule, była swego czasu przebojem wśród studentów. Nie była nawet promowana, specjalnie nie chodziła w radiu, ale stała się takim autentycznym przebojem. Bardziej wartościowym niż te narzucane przez media, puszczane sto razy, takie które kiedy słyszymy sto pierwszy raz to już chcemy puścić pawia. I "Kocham piwo" była takim nieoficjalnym hymnem wielu akademików.

Trasy koncertowe na pewno sprzyjają takiemu trybowi życia. Jak to jest, czy wtedy się zwraca uwagę na to, co się pije, czy już w pewnym momencie, tygodniu, miesiącu, to nieistotne.

- Nie, nie, aż tak źle z nami nie jest. Kontrolujemy to, co robimy. Zresztą to jest praca. My to oczywiście lubimy, ale taką trasę koncertową można przyrównać do pracy w kopalni.

- l Chodzi mi bardziej o ten syndrom pustego pokoju hotelowego, do którego wraca się po koncercie.

- Big Cyc prezentuje postawę epikurejską, otwartą na ludzi. Często po koncercie robimy imprezy. Nierzadko zaczynamy je wcześniej, już przed koncertem. Ale żeby nie robić z nas jakichś strasznych pijaków, to powiem, że alkohol nie jest nam potrzebny, żeby zabić straszny stres, nudę, problemy. Raczej jest to towarzysz zabawy. Jesteśmy przecież kabaretem muzycznym. - Chociaż większość komików światowej sławy to są ludzie strasznie smutni, którzy w osobistych kontaktach wypadają bardzo nieciekawie. Gra w filmie i sprawia, że pół świata trzyma się za brzuch i pęka ze śmiechu, natomiast prywatnie - ponurak. Ja spotkałem w Polsce też takich kilku prywatnie bardzo smutnych ludzi. Oni kumulują energię, wchodzą na scenę i wtedy to ponuractwo odreagowują. My jesteśmy inni. Naturalni. Specjalnie nie musimy udawać. Tacy jacy jesteśmy na scenie, tacy też jesteśmy prywatnie. Więc ta impreza w hotelu po koncercie jest przedłużeniem troszkę koncertu. I troszkę ten alkohol jej towarzyszy.