Naplułem im do zupy

Duży Format. Dodatek do Gazety Wyborczej. 30 kwietnia 2018.

Z Krzysztofem Skibą rozmawia Wojtek Staszewski.

Każdy musi przejść w życiu przez epokę kamienia rzucanego – mówi Krzysztof Skiba lider zespołu Big Cyc obchodzącego w tym roku 30-lecie działalności

Polski rock jest smutny, cierpią przez dziewczyny albo umierają za ojczyznę, cała polska kultura na tym się opiera. U nas ceni się zespoły, które płaczą, jęczą, stękają, cierpią i udają wielką sztukę. Myśmy uznali, że rock’n’roll to wygłupy

Jesteś kombatantem?

Pierwsze teksty Big Cyca nosiłem w PRL-u do cenzury. I w piosence „Sąsiedzi” pan cenzor skreślił dwie zwrotki, bo w PRL-u to się od razu kojarzyło ze Związkiem Radzieckim. Na festiwalu w Jarocinie rozrzucałem ulotki RSA czyli Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego.

I poszedłeś za to siedzieć.

- W 1985 r. przywiozłem cały plecak, z pięć tysięcy ulotek, rozrzucaliśmy je z dwoma kolegami z Gdańska w czasie koncertów. Aż trzeciego dnia milicja ściągnęła posiłki tajniaków z Kalisza. Chciałem iść na dużą scenę na Dżem i rzuciłem ulotki, zanim się ściemniło. Tajniacy mnie złapali – jeden, jak się potem dowiedziałem z akt IPN, miał na nazwisko Wesołek – założyli mi podwójnego Nelsona i doprowadzili do punktu medycznego, który był zakamuflowanym posterunkiem Służby Bezpieczeństwa.
Pały w ruch, przypięli mnie kajdankami do kaloryfera, esbek wykręcił numer telefonu i mówi „Szefie, mamy go!”. Nie miałem żadnych dokumentów, byłem tylko w krótkich spodenkach i kurtce z torbą na ramieniu. Przez dwa dni mówiłem, że nazywam się Jimmy Hendrix, mieszkam na ławce. I miałem nadzieję, że oni się nie domyślą, że to damska torebka…


Renaty, dzisiaj twojej żony?

- Tak. Żeby ona nie została powiązana z tą sprawą. Znaleźli w tej torebce tampony, ale powiedziałem im, że to takie zatyczki na katar. Robiłem z siebie świra. Chciałem też, żeby moim znajomi się zorientowali, że zniknąłem i ostrzegli moich rodziców, żeby wyczyścić chatę z trefnych rzeczy. Jak po trzech dniach w końcu podałem nazwisko i to już niczego nie znaleźli. Chciałem już, żeby rodzice się dowiedzieli i jakieś majtki mi przywieźli. Bo siedzieć w celi bez majtek nie jest fajnie.

Rodzice?

- Mama, Albina Skiba, była bardzo aktywną zawodowo panią architekt. A ojciec Franciszek Skiba, marynarz, praktycznie był nieobecny. Wyruszał w rejsy na dwa-trzy miesiące, a jeśli płynął do Australii albo do Wietnamu, to go nie było pół roku. Wracał na dwa tygodnie i znów wypływał. .
Jeśli mam jakikolwiek talent, to po mamie. Była architektem, to twórczy zawód, specjalizowała się w dworcach kolejowych i nastawniach, bo pracowała w biurze projektów PKP. Najsłynniejszą budowlą mamy stojącą do dzisiaj jest nastawnia kolejowa w Tczewie. Do dzisiaj jest nowoczesna, a w latach 60. była jak z kosmosu, dostawała nagrody architektoniczne. Mama wracała do domu 18-19. Pracowała już trochę jak w kapitalizmie, tyle że płacili jej jak w socjalizmie. Gdybyśmy żyli we Francji – gdzie urodził się mój ojciec – to żylibyśmy inaczej.


Ojciec z Francji?

- Urodził się w rodzinie polskich robotników. Nazwisko Skiba świadczy, że wywodzimy się z kompletnego gnoju, z chłopskiego rodu Skibów spod Kalisza, który ma 500 lat tradycji. .
Mojego dziadka bieda wygnała tam do pracy w hucie w Hayange koło Metzu (Lotaryngia). Dziadek organizował strajki, może po nim odziedziczyłem temperament działacza. Był ideowym komunistą, więc w 1946 r. jak tylko komuniści objęli władzę w Polsce, zabrał rodzinę na statek i wrócili do Polski. Od razu go aresztowali, bo kto wracał z Francji do Polski? Pewnie szpieg. Mój ojciec miał wtedy 18 lat, lepiej mówił po francusku niż po polsku. Później miałem kompleksy, bo on mówił tyloma językami: miał w klasie trzech kumpli Niemców, więc się nauczył po niemiecku i trzech Włochów, więc mówił też po włosku. Jako marynarz nauczył się jeszcze angielskiego i hiszpańskiego. Był obieżyświatem. Gnało go w świat, ta Francja w nim została. I był ochmistrzem-przemytnikiem, byliśmy zawsze bardziej zasobni niż rodziny moich kolegów ze szkoły.


Co przemycał?

- Przede wszystkim krem Nivea. To była dobra waluta, w krajach arabskich szedł jak woda. A przywoził kawę z Ameryki Południowej, przebicie było kilkukrotne, kilka worków kawy to był majątek. Potrafił przywieźć na lewo 100-200 kg. Sprzedawał też alkohol w Arabii Saudyjskiej, za co groziło mu pewnie obcięcie wszystkich członków i ukamienowanie. Za trzy kartony whisky można było niemalże kupić małego fiata

Co ci rodzice dali?

- Mama ma niesamowite poczucie humoru, zawsze miała tzw. gadane. Na studiach bawiła się we wróżenie z kart, robiła z tego spektakl, kolejki się do niej ustawiały. Aż było jej głupio, że ludzie w to wierzą. Miała dużą wyobraźnię. Jak opowiadała bajki, to je wymyślała. Ja swoim synom tak samo wymyślałem dziwne bajki, np. o krainie ludzi, którzy zamiast mówić pierdzą. .
Rozpuściła mnie jak dziadowski bicz, mogłem robić wszystko, co chciałem. Mając dziewięć lat wygrałem z moim kolegą Maćkiem Kosycarzem casting na pokazy mody na kiermaszu szkolnym podczas Jarmarku Dominikańskiego. Byliśmy ładnymi, szczupłymi chłopcami, poszliśmy i wygraliśmy, a mama nic o tym nie wiedziała. W ciągu dwóch tygodni pokazów zarobiłem tyle, co ona jako pani architekt przez dwa miesiące. Wtedy stwierdziłem, że show-biznes to jest to, tam inaczej płacą.


A co masz po ojcu?

- Awanturnictwo, przygodę, gnanie w świat. On nam ten świat pokazywał, bo odwrotnie niż większość jego kolegów, nie przepił wszystkich pieniędzy, tylko zabierał nas w rejsy. Pracownik Polskich Linii Oceanicznych mógł bodajże raz na rok zabrać ze sobą kogoś z rodziny w rejs płacąc tylko za wyżywienie. Ojciec brał matkę, a potem nas. Mając 11 lat w 1975 r. po raz pierwszy byłem na Zachodzie. Rotterdam, Hamburg, to był dla mnie szok, a rejs był do Australii przez Atlantyk, Kanał Panamski, Pacyfik, Nową Zelandię, absolutna bajka. To był drobnicowiec, nie kontenerowiec, jak współczesne statki. To ważne, bo rozładowanie i załadowanie kontenerowca trwa góra 10-12 godzin, więc statki stoją w porcie krótko, a drobnicowiec przeładowywało się wiele dni. W Sydney staliśmy dwa tygodnie, w Melbourne tydzień. Mogliśmy zwiedzić kawał Australii, szczególnie że na statek przychodzili polonusi, dla których to był wtedy jedyny kontakt z krajem. Ojciec dawał im polskie piwo, do którego oni tęsknili, a oni w zamian za to brali nas na wycieczki po okolicy. Chorzy na Polskę.

Kiedy zacząłeś rozumieć, w jakim kraju żyjesz?

- Pamiętam Grudzień 70, miałem sześć lat, mieszkałem na gdańskiej Starówce i dużo widziałem. Mieliśmy gosposię, dziewczynę ze wsi, która opiekowała się mną i moją starszą siostrą, i matka wysłała ją na zakupy. A tu zamieszki, sklepy porozbijane, bo do rozruchów politycznych dołączyła się chuliganeria. Pamiętam babę idącą w trzech futrach, a za nią menela z worem nakradzionych rzeczy. Nie ma milicji, rozbijamy okna w sklepach. Ale jak teraz kupić chleb? Gosposia dała dużemu panu na ulicy cztery złote, bo tyle wtedy kosztował chleb, on wszedł do piekarni i jej ten chleb wyniósł. Pamiętam starszych kumpli z podwórka z maskami pływackimi na oczach, żeby się chociaż trochę osłonić od gazów łzawiących i z kijami w ręku, jak szli się lać z milicją. .
W wieku 15 lat założyłem w podstawówce swój pierwszy kabaret, w czasach karnawału „Solidarności” wydawałem pismo „Gilotyna”. Buntowałem się przeciwko szkole. Wykształcenie zdobywałem na przerwach. Miałem grupę przyjaciół w liceum, od których dowiadywałem się ciekawszych rzeczy niż na lekcjach. O zespołach Deep Purple, Genesis albo francuskich symbolistach. „Kwiaty zła” Baudelaire’a albo paryskie wydanie „Ferdydurke” Gombrowicza czytałem pod ławką.


Dziś jest w lekturach i dzieciaków nie zachwyca.

- Pewnie fakt, że to było nielegalne dodawał pieprzyku. Czytałem nielegalnie wydany „Kompleks polski” Konwickiego, do dzisiaj pamiętam myśl, że w Polsce „dramat chodzi pod rękę z błazenadą”. Wpadliśmy na esej Jasienicy „Rozważania o wojnie domowej” – powstaniu Wandei i chłopskim ruchu rojalistów. I jak koleś w sztuce Moliera, który dowiaduje się, że mówi prozą, my się dowiedzieliśmy, że razem z grupą kolegów wyznajemy anarchizm. Krytyka państwa jako struktury totalitarnej u Bakunina czy Kropotkina była świetna. Tylko zawsze trudniejsza jest kwestia „co dalej”.

Właśnie: co dalej? Mogłeś wyrosnąć na poważnego opozycjonistę, a poszedłeś w wygłupy na scenie.

- Ja się zawsze wygłupiałem. Już w podstawówce zauważyłem, że kiedy jest tak nudno, że nawet muchy usypiają, przedrzeźnianie nauczycieli, żarty wzbudzają sympatię kolegów i koleżanek. Zjadłem raz kredę na lekcji matematyki i z braku kredy lekcja nie mogła się odbyć. Tłumaczyłem się, że pochodzę z biednej rodziny i mam niedobory wapnia. Raz się udało, ale za drugim razem nauczyciel nie uwierzył i wezwał rodziców. Pierwszy kabaret – Tapeta – założyliśmy w podstawówce i na 8 marca przygotowaliśmy występ na Dzień Kobiet. Pani była zachwycona, że wreszcie ktoś wymyślił coś innego niż goździk. .
Kabaret nie przetrwał stanu wojennego, bo nasz pianista, Piotr Makoś, został zatrzymany na akcji ulotkowej. Wtedy stałem się rewolucjonistą, bo jak ci zatrzymają pianistę za rozrzucanie ulotek, to masz ochotę rzucać kamieniami. W grudniu 1981 r. widzieliśmy bramę stoczni rozwaloną przez czołgi. Rozruchy trwały ze trzy dni, a smród gazów łzawiących utrzymywał się z miesiąc, bo petardy czasem leżały w śniegu tygodniami. .
To był piękny czas, kiedy wszyscy ze sobą współpracowali. Rozrzucaliśmy raz nawet ulotki Ruchu Młodej Polski, młodych konserwatystów od Aleksandra Halla. Dzisiaj byłaby to prawica marzeń. Aram Rybicki, który potem zginął w katastrofie smoleńskiej czy Wiesiu Walendziak, patrzyli na nas z pewnym pobłażaniem, ale byliśmy razem przeciw komunie. Rzucaliśmy ulotki „Solidarności” i czekaliśmy na wiosenne powstanie, bo było hasło „Zima wasza, wiosna nasza”. Aż zaczęliśmy czytać te ulotki, a tam były wezwania Wałęsy do jakiegoś porozumienia. Ale jak masz 17-18 lat, to nie chcesz się z nikim porozumiewać, tylko walczyć, podpalać komitety. Każdy musi przejść w życiu przez epokę kamienia rzucanego.


Rzucałeś?

- Jasne, ale nie zawsze trafiałem, byli lepsi. To oczywiście nie miało żadnego sensu, Wałęsa miał wtedy rację wzywając do porozumienia, bo konfrontacja kamienie kontra czołgi jest przesądzona. Ale jak masz lat 17, to tego nie wiesz. Wtedy stwierdziliśmy, że trzeba założyć własną grupę. Przeszliśmy szkolenia druku na wałku i powstał Ruch Społeczeństwa Alternatywnego. Działaliśmy od 1983 roku, część z nas weszła do ruchu Wolność i Pokój, gdzie byli tacy luminarze jak Jacek Czaputowicz, dzisiejszy minister spraw zagranicznych albo niegdysiejszy minister Jan Maria Rokita. .
Absurdalne, że połowa ludzi z ruchów pacyfistyczno-anarchistycznych jest dzisiaj PiS-owcami. Wtedy byliśmy antyjaruzelscy i antymilitarni. .
Największy sukces RSA, to było rozbicie demonstracji 1-majowej w 1985 r. w Gdańsku. Jedna z największych zadym w stanie wojennym. „Solidarność” robiła swój pochód, ktoś organizował bojkot pochodu, a anarchiści się włączyli w pochód oficjalny krzycząc „Precz z komuną!” albo „Solidarność!”. Na czele szła orkiestra i weterani z partyjnymi transparentami, zrobiła się zadyma. Jak weterani zobaczyli, że naciera ZOMO, orkiestra rzuciła trąby. A jak orkiestra rzuca trąby, to wszyscy uciekają. .
Myśmy chcieli zbuntować subkultury, które w Polsce nie był polityczne. Inaczej niż na Zachodzie, gdzie ruch hippisowski w 1968 r. był bardzo polityczny, zakładano komitety, pisano manifesty. A u nas subkultura ograniczała się do „pierdolić system, pić piwo i słuchać punka”. Myśmy chcieli to podnieść na wyższy, polityczny poziom. Stąd ulotki w Jarocinie, za które trafiłem do więzienia.


Długo siedziałeś?

- Posadzili mnie ze słynnego artykułu starego kodeksu 282 paragraf A: „Kto zagraża sojuszom ze Związkiem Radzieckim… podlega karze więzienia do lat trzech”. Ale wyszedłem w wyniku amnestii na początku listopada. Rok akademicki trwał, byłem zawieszony w prawach studenta, SB naciskała – co jest w papierach IPN-u – żeby mnie wyrzucić z mojego kierunku kulturoznawstwa. Chodziłem na zajęcia uprzedzając wykładowców, że jestem tu nielegalnie, ale nie chcę stracić roku. Taka była wtedy solidarność akademicka, że wszyscy mnie witali z otwartymi rękami. Nawet jeden powiedział: „Niech mnie aresztują, ale pan ma tu chodzić”. .
W grudniu przed komisją dyscyplinarną stanęły trzy osoby. Jakaś wariatka, która w bibliotece wyrywała kartki ze starodruków, bo nie chciało jej się przepisywać. Wyleciała. Student prawa, który na dyskotece w klubie studenckim pobił się z własnym wykładowcą. Wyleciał. A mnie komisja postanowiła zostawić i to jednogłośnie. Głosował za mną nawet późniejszy minister edukacji, a dziś senator PiS-u, profesor Michał Seweryński – za co mu jestem bardzo wdzięczny.


Dlaczego wybrałeś studia w Łodzi?

- Łódź wydawała mi się magiczna – tam była szkoła filmowa, legenda Wajdy, Polańskiego. Na początku doznałem szoku estetycznego, bo przyjechałem do szarej, robotniczej Łodzi z pięknej gdańskiej Starówki. Ale się zaaklimatyzowałem i mieszkałem tam siedem lat, bo po studiach czekałem jeszcze na koleżankę-małżonkę, żeby skończyła swoje studia.

Renata uczy dziś łaciny i greki na uniwersytecie. Jakim cudem się poznaliście?

- Moja koleżanka z akademika organizowała w pokoju prywatkę, zaprosiła studentki filologii klasycznej. Tańczyliśmy całą imprezę, zabrakło alkoholu i ja się zadeklarowałem, że pójdę po alkohol na melinę. A Renata powiedziała, że pójdzie ze mną. Umówiliśmy się na randkę w najelegantszej pizzerii w Łodzi Papalolo. A po dwóch latach randkowania urodził nam się syn. .
Renata to dzielna kobieta. Wyobraź sobie, że mamy pokój w akademiku wielkości budki telefonicznej czyli około 12 m kwadratowych, małe dziecko, a ja siedzę w pierdlu. Bo mnie zatrzymywali na happeningach. Np. „Niezależne obchody dnia dziecka”, kiedy weszliśmy na dach kiosku Ruchu w żółtych kalesonach i rozwiesiliśmy transparent „Światu pokój – dzieciom mieszkania” parodiujący hasła pokojowe i zmieniający je w problem mieszkaniowy. I drugi, który nam zabrali „Precz z czerwonymi...” i na dole drobnym drukiem „... kapturkami”. Rzucaliśmy cukierkami w milicjantów i krzyczeliśmy do nich Smurfy. W ciągu kilku minut zebrało się dwa tysiące osób. Ludzie byli głodni takich akcji. .
Zatrzymali naszą trójkę na 48 godzin. Koleżankę mojej żony, Dorotę – hippiskę, która powiedziała, że ma wszystko w dupie i mogą ją zamknąć. I Tomka Gadułę, nieżyjącego już niestety współzałożyciela Galerii Działań Maniakalnych, którego wkurzało, że nic się w Łodzi nie dzieje. .
Nasz głupkowaty happening był pierwszą demonstracją w Łodzi od zakończenia stanu wojennego. Potem zrobiliśmy „Galopującą inflację” – po Piotrkowskiej galopowała grupa happenerów z tabliczkami „Inflacja” i kiedy zostaliśmy zatrzymani, ogłosiliśmy, że milicja zatrzymała galopującą inflację. A na trzeci happening „Pomóż milicji, pobij się sam” milicja nie przyjechała. Mieliśmy scenariusz na 10 minut, ludzie z tabliczkami „obiekt do zatrzymania” i para, która miała przywitać pierwszy radiowóz chlebem i solą, czekali na próżno. Skończyło się okrzykami „Zadzwońcie po milicję”, które nagrał Wojtek Bartczak. Tymi okrzykami kończy się „Piosenka góralska” Big Cyca, parodia Skaldów o jadących radiowozem zamiast saniami ZOMO-wcach.


Sam Big Cyc też miał być happeningiem.

- Mój kolega z akademika Jacek Jędrzejak grał wcześniej w grupie Rokosz, ale ciężko utrzymać zespół, który ma kilkanaście osób, sekcję dętą, wokalną. Oni mieli ochotę na coś punkowego i prześmiewczego. Przyniosłem pierwsze teksty: „Kapitan Żbik”, „Babcia klozetowa”. Jacek z kolegami perkusistą Jarkiem Lisem i gitarzystą Romkiem Lechowiczem dorobili muzykę i jak mieliśmy już z 10 piosenek, postanowiliśmy zrobić koncert. .
Wyczytałem w gazecie, że mija 75 lat od wynalezienia damskiego biustonosza i zaprosiłem media na „uroczystą akademię” z tej okazji – z turniejem biustów i koncertem zespołu Big Cyc. Przyjechało 45 dziennikarzy, wiemy, bo stemplowaliśmy im delegacje. Na miejscu był skandal, bo okazało się, że żadnego turnieju nie ma, tylko jacyś jajcarze. Wszyscy oburzeni wyjechali poza dziennikarzem z „Itd.”, który napisał artykuł i Moniką Olejnik oraz Beatą Michniewicz, które zrobiły o nas reportaż do radiowej Trójki. I zrobiło się o nas głośno. .
To był marzec 1988 r. Polityczna cenzura trwała, ale popuścili trochę w temacie erotyki. Pojawiły się ruchy naturystyczne, „Chałupy Welcome To”, pismo „Pan”: artykuł o łowieniu szczupaka albo jak zrobić samodzielnie karmnik dla ptaków, a obok goła baba. Z „Pana” przyjechało chyba pięciu dziennikarzy z wielkimi aparatami, bo się szykowali na te biusty. A był tylko Big Cyc grający ostrego punka. .
Nagle zaczęli dzwonić kierownicy klubów studenckich, że oni chcieliby to zrobić u siebie, więc ruszyliśmy z „objazdową akademią”. A później nagraliśmy kilka piosenek w studiu za własne pieniądze i się zaczęło na ostro.


Pierwszy hit Big Cyca to „Berlin Zachodni”.

- Miałem światowe kontakty anarchistyczne, mój łódzki adres był drukowany w wielu alternatywnych pismach jako kontakt na anarchistyczny ośrodek w Łodzi. Przyjeżdżało mnóstwo świrów z całego świata, między innymi Lorentz Hettich, sympatyczny, niemiecki anarchista, który zaprosił nas na Czarny Tydzień kultury anarchistycznej do Berlina Zachodniego. Wsiedliśmy z gitarami, całym sprzętem do pociągu, a tam pełno ludzi. Bo z Berlina Wschodniego można było wtedy bez wizy przejść przez słynny Checkpoint Charlie do Berlina Zachodniego czyli najbliższego skrawka wolnego świata. Cały pociąg pełen handlarzy: kryształy, wóda, papierosy, masło, jaja, żywe kury, wszystko, co dało się sprzedać. My jako jedyni nie mieliśmy nic takiego, tylko gitary. Czuliśmy się wyróżnieni, chociaż nikt nam nie wierzył, że jedziemy na koncert do Berlina Zachodniego i to za kasę, symboliczną wprawdzie, ale wtedy za 100 marek mogłeś przeżyć miesiąc, a dla nich to były grosze. Pytali nas, ile mamy sztang, a ja nie wiedziałem nawet, że to kartony papierosów. .
Piosenka narodziła się właśnie w tym pociągu. Doszła do pierwszego czy drugiego miejsca na liście Marka Niedźwieckiego w Trójce. No i znała nas cała Polska. .
Nikt tak wtedy nie śpiewał, „Berlin Zachodni” to jakby reportaż z tego, co się akurat wtedy działo. Zespoły takie jak Izrael czy Armia śpiewały, że Babilon upada. Inne zespoły kiedyś mocno polityczne poszły w miłosne erotyki. Generalnie polski rock jest smutny, cierpią przez dziewczyny albo umierają za ojczyznę, cała polska kultura na tym się opiera. U nas ceni się zespoły, które płaczą, jęczą, stękają, cierpią i udają wielką sztukę. Myśmy uznali, że rock’n’roll to wygłupy. Beatelsi się wygłupiali, Lennon pisał opowiadania i rysował komiksy pełne pindoli, latających penisów. Żółta łódź podwodna – wszyscy mówią, że to wizje narkotyczne, a dla mnie najważniejsze jest to, że to było pisane dla jaj. Tak samo Red Hot Chili Peppers – jak można poważnie traktować ludzi, którzy rozbierają się do naga i ze skarpetkami na penisach wchodzą na koncert? A u nas zawsze Budka Suflera w chmurach albo Kult o Bogu i Polsce. Dlatego myśmy zawsze byli nielubiani, bo myśmy im napluli do zupy, nabijaliśmy się z nich. Byliśmy granatem, który polską rzeczywistość ośmieszał.


A jednocześnie weszliście do mainstreamu.

- Polskie Nagrania wydają nam płytę „Z partyjnym pozdrowieniem” – z Leninem z irokezem na okładce. Zdobywamy płytę roku, „Berlin Zachodni” jest przebojem roku. Ludzie bez układów, znikąd, z ulicy, z piwnicy, z jakiejś Pomarańczowej Alternatywy. Wydaję ostatni numer „Przegięcia pały”, bo nie ma sensu wydawać podziemnych gazetek, skoro można wszystko pisać w naziemnych. Zespół wystrzeliwuje w powietrze. Jedziemy na wielki koncert w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg. Co to był za czas! Tam gdzie upadł mur berliński, grają zespoły z krajów, które się w przeszłości żarły – niemiecka ska orkiestra Test Bild Testers, my, zespół z Rosji, z Izraela, z Litwy i Białorusi. Byliśmy przygotowani do wolności, bo myśmy o tę wolność walczyli. Ale nie do kapitalizmu. U nas kapitalizm zdefiniował jeszcze w 1988 r. Minister Wilczek mówiąc, że co nie jest zabronione, jest dozwolone. Polacy w ciągu roku założyli 2 mln firm, sprzedawali na trawnikach mięso, masło i jajka. Albo kasety magnetofonowe. Około miliona – wynika to z szacunków Polskich Nagrań – naszych nielegalnie skopiowanych kaset sprzedano z łóżek polowych. A oficjalnie Polskie Nagrania sprzedały 200 tys. płyt, wypłacając nam oficjalne tantiemy na poziomie dwumiesięcznej pensji robotnika. .
Dlatego musieliśmy być tak płodni. W 1991 r. wydaliśmy płytę „Nie wierzcie elektrykom” z Wałęsą, w 1992 „Miłość, muzyka, mordobicie”, w 1993 „Wojna plemników” z zakonnicą, która suszy plemniki na okładce. Co roku był komentarz do rzeczywistości i co roku po 250 tys. sprzedanych kaset i płyt. A piraci kopiowali jeszcze więcej, urządziliśmy nawet happening i całym zespołem jako jedyni muzycy zaatakowaliśmy bazę piratów czyli Stadion Dziesięciolecia. Przyszliśmy tam z demonstracją antypiracką, transparentem „Złodzieje, piraci, podzielcie się z nami kasą”, ochrona nas nie wpuściła, dziennikarze to nagrywali. Dopiero w 1994 r. weszła ustawa o prawie autorskim, piractwo zaczęło się kończyć. .
W tamtym radosnym czasie nie było żadnej cenzury – ani tej politycznej, ani tej obecnej zależnej od słuchalności. RMF puszczał piosenki z „Wojny plemników”: „Z plemnikami nie ma żartów, dzięki nim jest więcej ludzi/ Wszyscy pieprzą na okrągło i nikogo to nie nudzi/ Szybki przyrost naturalny, co dzień jakieś dwa miliardy/ Świat już nie ma prezerwatyw odkąd papież rządzi światem”. Piosenka „Kręcimy pornola” doszła do pierwszego miejsca Listy Przebojów Radia Zet. I to w wydaniu świątecznym. Dziś to nie do pomyślenia, bo w święta musi być „dzyń, dzyń, dzyń, marzną uszy, śnieżek prószy”. .
To była prawdziwa wolność.


Jak walczyć o wolność, kiedy ona po prostu jest? Z czego drwić?

- Głupoty mieliśmy nad Wisłą zawsze pod dostatkiem. Szokiem były pierwsze kłótnie w parlamencie? Janusz Korwin-Mikke był wtedy posłem, a to błazen większy od Skiby. Napuszony Jan Olszewski, cały ZChN ze Stefanem Niesiołowskim. Poseł Marek Jurek twierdzący, że można bić dzieci, bo na tym polega wychowanie. Na drugiej płycie był Wałęsa, który wtedy był bogiem, dostał 10 mln głosów w wyborach, najwięcej ze wszystkich wyborów prezydenckich w Polsce. I my go pokazaliśmy ze znaczkiem Playboya w klapie, gdy prawdziwy Wałęsa nosił tam Matkę Boską. .
Dużo później przyszły nudne czasy. Nudna Platforma z ciepłą wodą w kranie. Polacy to odrzucili, bo im się znudziło. Jesteśmy obdarzeni jakimś genem szaleństwa, musi być jakaś wojna, coś się musi dziać. Nie lubimy spokoju, uwielbiamy chaos, nie nadajemy się do mieszczańskiego życia. Musi być permanentna rewolucja, lewicowa, prawicowa, byle zmieniać.


A ty? Czujesz się mieszczuchem czy wiecznym rewolucjonistą?

- Ja przez całe życie byłem zbuntowany, ale to oczywiste, że z czasem jak pisał poeta Jacek Podsiadło "ten bunt nam się ustatecznia". Jako rockowy satyryk jestem na wiecznej wojnie, bo zawsze jest co obśmiewać i komu dołożyć. Z rewolucji wszelakich i anarchizmu dawno zdążyłem się wyleczyć.

Jak do władzy wróciła prawica, wy wróciliście do polityki z płytą „Moherowe berety”.

- Z lewicy też się śmialiśmy. Jak Kwaśniewski został prezydentem, to Jacek śpiewał „Kwas jest żrący i wypali nawet bardzo tęgi mózg”. Albo o złotym warkoczu Renaty Beger z Samoobrony. .
Ostatni nasz polityczny numer powstał, kiedy były minister Waszczykowski odkrył nieistniejącą wyspę San Escobar. To jest zresztą fantastyczny happening, powstała mapa, hymn, język, nawet kawa sprowadzana z San Escobar. Dziś miejscem najlepszych happeningów nie jest ulica, ale przestrzeń internetowa. Wielu Polaków wie więcej o San Escobar niż o Kolumbii albo Wenezueli. .
Minister się przejęzyczył, każdy się może przejęzyczyć. My zrobiliśmy o tym piosenkę. A u nas w Gdańsku wyrzucili z państwowego radia Jarka Janiszewskiego, bo puścił tę piosenkę w nocnej audycji muzycznej. .
Wróciliśmy do PRL-u. Big Cyc był pod koniec PRL-u blokowany administracyjnie przez Służbę Bezpieczeństwa. Kierownicy klubów studenckich mieli telefony, żeby odwoływać nasze koncerty. I teraz jest tak samo.


Odkąd zagraliście na demonstracji KOD-u?

- I przez numer „Antoni wzywa do broni”, który ma 2 mln wyświetleń na You Tube. Były przypadki, że organizatorzy imprezy – np. dni miasta – prosili o listę utworów, które zamierzamy zagrać i jak dochodziło do „Antoni wzywa do broni”, to się okazywało, że nie zagramy. Dlatego więcej gramy teraz w klubach niż na plenerowych festynach. Chociaż kluby też nie są w pełni wolne, są uzależnione od koncesji, które wydaje miasto, więc jak w mieście rządzi PiS, to też nie zagramy. .
Raz mi odwołano spotkanie, miałem wygłosić wykład dla młodzieży o Pomarańczowej Alternatywie w Goniądzu na Podlasiu. Nie chciało mi się jechać, śnieg na drogach, ale animator kultury z tego regionu to mój kolega, więc ok. Ale za dwa tygodnie on dzwoni, że bardzo przeprasza, 30 lat tu organizuje koncerty, wydarzenia kulturalne, czy rządziła Platforma, czy SLD, nie było nigdy problemu, ale teraz zablokowali mu budżet na przyjazd i nie mogę się pojawić nawet za darmo. .
Nawet tam, gdzie rządzi Platforma, to się boją – że to może nie będzie do końca koncert, że może pan Skiba będzie ze sceny obrażał Jarosława Kaczyńskiego. Żyjemy już w innym kraju.


Obrażasz Kaczyńskiego ze sceny?

- Czasem opowiadam o nim dowcipy np. że wreszcie odkryto w IPN zagubioną, opozycyjną teczkę Jarosława, niestety w środku znaleziono jedynie pokarm dla kotów. Nigdy nie planuję tego, co powiem, rzucam żarty w zależności od tego, jaka jest atmosfera na koncercie. Zdarza się, że gramy „San Escobar” albo „Antoni wzywa do broni” – w Wielkopolsce czy na Pomorzu wszyscy się chichrają, a na Podlasiu albo w Podkarpaciu cisza. W tym roku gramy już tylko w zaborze pruskim. .
To samo opowiadają kabarety. Jak mają skecz polityczny, to są takie tereny, gdzie nikt się nie śmieje. Rozbito naszą wspólnotę. Kiedyś mieliśmy przynajmniej wspólne poczucie humoru. Teraz z innych dowcipów śmieją się w Polsce zachodniej, a z innych we wschodniej. Wymowne milczenie i przerażenie, tamta strona nie ma poczucia humoru. My możemy się śmiać ze Schetyny, ale tamta strona z Jarosława nie potrafi.


Co robiłeś we „W tyle wizji” w rządowej TVP?

- Poszedłem tam w dobrej wierze wiedząc, że program jest na żywo. Gra się w takim składzie, w jakim jesteś, w programach publicystycznych też jest strona rządowa i strona opozycyjna. Manipulacja zaczynała się od doboru tematów. Petru znowu się pomylił, Schetynie zdarzył się lapsus słowny, opozycja nie ma programu i żarty z Lecha Wałęsy. Mówię: oczywiście śmiejmy się z Petru, ze Schetyny, z Wałęsy, brawo. Ale dlaczego nie ma dowcipów o Jarosławie Kaczyńskim? .
Zadawałem takie pytania na antenie. A jak była afera ze zdychającymi końmi w Janowie Podlaskim, to powiedziałem, że to taka metafora rządów PiS, że wszystko zdycha: gospodarka, złotówka, konie w Janowie. Powiedzenie czegoś takiego w telewizji rządowej, to sama radość. Zaprosili mnie na salony rządowe, plułem im do zupy i jeszcze mi za to płacili. Nie wytrzymali, po moich internetowych wierszykach o ekshumacjach zostałam wyrzucony.


Pokazałbyś dupę Kaczyńskiemu?

- Nie, to zgrana karta. Raz pokazałem i wystarczy.

Warto było pokazywać dupę Buzkowi?

- To było tak. Zaczyna się w 1999 r. uporządkowany kapitalizm korporacyjny, z całą poprawnością polityczną. A to był chyba ostatni podryg dzikiego kapitalizmu. Na rozdanie nagród stacji radiowych sprzedano 10 tys. biletów, ludzie usiedli na trybunach Spodka. Na scenie grały zespoły, a na płycie był bankiet dla VIP-ów. Stoły zastawione po śląsku, fura żarcia, wóda. W pierwszych rzędach siedzieli muzycy, a dalej politycy w tym premier Buzek z całą ministerialną świtą. Chcieli ocieplić sobie wizerunek, premier tego potrzebował, bo Lepper mu organizował blokady, pielęgniarki groziły strajkiem. Wyobraź sobie: elita je i pije za darmo, a za siatką odgradzającą widownię lud, który zapłacił, żeby móc na to popatrzeć. Dzisiaj nikt by tak tego nie zorganizował. Mnie to wszystko wkurzyło i wlazłem na scenę, urządziłem głosowanie. Czy mam pokazać kolano czy dupę?

Byłeś trzeźwy?

- Dwa-trzy drinki wypiłem, bo to był bankiet, ale nie byłem pijany. A na widowni entuzjazm. Agnieszka Chylińska, Grzegorz Ciechowski, uznani muzycy, głosowali za dupą. Jak schodziłem, klaskali, byli zachwyceni. Tylko Bajm był trochę zniesmaczony. .
Potem odwołano mi kilkanaście koncertów. Miałem kolegium ds. wykroczeń za obnażenie się w miejscu publicznym. Napisałem elaborat, że to był happening nawiązujący do starego, ludowego obyczaju, że w XIX wieku kobiety na wsi odstraszały poborców podatkowych podciągając do góry spódnice. Otrzymałem odpowiedź, że nie jest wskazane kultywowanie tego obyczaju na Śląsku, powiększyliśmy tę epistołę i trafiła do Muzeum Polskiego Rocka w Gdańsku. I zasądzili mi 1200 złotych kary.


Zadowolony z siebie jesteś. Pokazałbyś tę dupę jeszcze raz?

- Są w życiu sytuacje gdy trzeba pokazać dupę. Ja to mam już za sobą. Miewałem oczywiście lepsze happeningi. Zapędziłem się trochę na życzenie publiczności.

Buzkowi się to nie należało.

- Ja do pana profesora nic nie mam. Ale to jednak był premier sterowany przez Mariana Krzaklewskiego. Beata Szydło tamtej epoki. AWS kontrolowała wtedy wszystko i wszystkich. Mówiło się, że w państwowej instytucji nawet sprzątaczka musi mieć akceptację Krzaklewskiego.

„Znów jestem młoda…W niedzielę sklepy zamknięte, jedna partia rządzi, milicja inwigiluje, TVP kłamie, na Zachodzie – imperializm”. Widziałeś tego mema? 5 tys. udostępnień na Facebooku. Znów jesteś młody?

- Dla ludzi z zewnątrz jesteśmy milionerami, elitą platformianego świata, który śpi na forsie, żre ośmiorniczki. Jak Krystyna Janda opowiedziała o realnych problemach, jakie stwarza PiS w jej teatrze, że nie ma dotacji, dokłada do spektakli, to taki był hejt, taka radość, że wreszcie temu bogatemu się dostało. Więc ja nie chcę się skarżyć. Widzę plusy rządów PiS – że odżyła polska satyra, pojawiło się choćby „Ucho prezesa”. .
Jeżeli w mojej sprawie interweniują władze, że pan Skiba nie może gdzieś wystąpić, to znaczy, że jestem ważny. O Big Cycu po manifestacjach, na których graliśmy, wypowiada się minister spraw wewnętrznych Błaszczak. A minister nie może się wypowiadać o zespołach nieistotnych, o Varius Manx albo Margaret nie mówi. Jeżeli o mnie telewizja Republika robi program „Kulisy manipulacji”, a publiczna daje mi powszechnego bana i zakaz wstępu, to ja chyba jestem bardzo ważny. .
Zrobiłem happening w programie „Wielki Test o NATO” w rządowej TVP. Podejrzewałem, że może tam być Antoni Macierewicz, bo on lubi się pokazywać, kiedy są splendory. Wziąłem ze sobą płytę „Czarne słońce narodu” z piosenką o Antonim. Kiedy pod koniec programu pojawił się Antoni, by wręczyć nagrody zwycięzcom, stwierdziłem, że to jedyna okazja, żeby mu wręczyć tę płytę. Wokół pełno reporterów. Z tyłu Jacek Kurski, który, jak widziałem potem na zdjęciach miał minę, jakby się miał zaraz zesrać, bo nie wiedział, czy ja np. nie ściągnę gaci. A ja kulturalnie się przedstawiłem, że jestem Krzysztof Skiba z zespołu Big Cyc i mam dla pana naszą płytę, na której jest piosenka o panu. On zachował się full profesjonalnie – objął mnie, wziął płytę. Mówi, że zna Big Cyca, nie wszystkie piosenki mu się podobają, ale za płytę dziękuje. .
A płyty rozeszło się ponad 15 tys. egzemplarzy, czyli nabiło złotą płytę. Najlepiej się sprzedawała na protestach KOD-u, na pierwszym była kolejka około tysiąca osób. Mówiłem ludziom: róbcie zdjęcia, bo takie kolejki po płyty były w latach 80., jak się ukazywały pierwsze płyty Perfectu albo Oddziału Zamkniętego. Jak byłem młody.





Trzy dekady rockowej szydery.

Dziennik Bałtycki. Kwiecień 2018.

Z Krzysztofem Skibą, liderem Big Cyca, rozmawia Ryszarda Wojciechowska.

Zastanawiam się, jak Big Cycowi udało się przetrwać trzydzieści lat na scenie?

Dla nas to też zagadka. Przynajmniej zadajemy kłam stwierdzeniu, że Polacy się tylko kłócą.

Chociaż tam gdzie są artystyczne indywidualności, musi buzować.

Jeśli zespoły rozpadają się, to w dużej mierze przez ambicje. Bo ktoś chce rządzić, zapominając, że zespół to nie tylko on, a cały organizm, na który wszyscy w grupie pracują. Poza tym bieda trzyma w kupie. Trudniej przeżyć sukces.

Wam się udało.

Bo dotarliśmy się dość szybko. Poza tym każdy z nas pochodzi z innego miasta. I po koncertach wylewnie się żegnamy i odpoczywamy od siebie. Mieliśmy też kłótnie i zatargi, ale przetrwaliśmy. Każdy z nas posiada wewnętrzną instrukcję obsługi, której pozostali musieli się nauczyć.

Co to znaczy?

Wiemy, czym się nawzajem nie drażnić. Nie jesteśmy zespołem wodzowskim, w którym lider decyduje, co gramy i jak gramy, a reszta musi słuchać jak w wojsku.

Jak na Big Cyca przystało, zaczęliście dokładnie 30 lat temu od... turnieju biustów.

Byliśmy pionierami PR, chociaż jeszcze nie wiedzieliśmy, że to się tak nazywa. I nasz pierwszy koncert był raczej happeningiem. Gdybyśmy wtedy rozwiesili zaproszenia z informacją, że zespół Big Cyc zaprasza na swój pierwszy, debiutancki koncert, to przyszliby tylko znajomi i może paru przypadkowych gości. Wymyśliliśmy, że zorganizujemy koncert pod przykrywką turnieju biustów. Przeczytałem, że mija właśnie 75 rocznica wynalezienia biustonosza. Zaprosiliśmy więc na uroczystą akademię - które w PRL-u były na porządku dziennym - z okazji wynalezienia biustonosza. Akademia miała też w programie odsłonięcie pomnika wynalazcy stanika. To oczywiście była z naszej strony szydera. Chociaż sam pomnik, gipsowy, został na scenie odsłonięty.

Taka zapowiedź musiała chwycić.

Przyjechało ponad czterdziestu dziennikarzy, którzy spodziewali się obyczajowej sensacji. Wśród nich Monika Olejnik i Beata Michniewicz z radiowej Trójki. Na miejscu przekonały się, że zamiast pokazów topless jest punkowy koncert. Większość dziennikarzy po dwóch piosenkach w popłochu uciekła. Ale Monika Olejnik została do końca i zrobiła reportaż z tego naszego happeningu.

Gdzie był ten koncert?

W studenckim klubie Balbina w Łodzi. Przyszły dzikie tłumy. Dym zrobił się niesamowity. Zaczęli dzwonić z innych klubów, że też nas chcą. A kiedy pojawiły się propozycje występów na Juwenaliach, powiedziałem: - panowie, potrzebujemy więcej piosenek. I tak się zaczęło. Wszystko potoczyło się niemal błyskawicznie. W radiowej "Trójce" u Marka Niedźwieckiego, którego słuchała cała Polska, piosenki: Berlin Zachodni i Piosenka góralska doszły do pierwszego miejsca. A być w pierwszej trójce u Niedźwiedzia to było coś. Nikt nie wiedział, jak wyglądamy, ale wszyscy już o nas usłyszeli.

Okładki płyt Big Cyca, już od pierwszej, też wzbudzały sensację, wywoływały skandale.

Na pierwszej był Lenin z irokezem. Już wtedy wiedzieliśmy, że naszym znakiem rozpoznawczym będzie rockowa satyra. I ta okładka miała być prowokacją, taką płachtą na byka. Bo co prawda był już początek III RP, ale dekoracje PRL nadal wisiały, a w społeczeństwie siedział jeszcze homo sovieticus. Polskie Nagrania namawiały nas do zmiany okładki. Ale w końcu ulegli i wydali płytę z Leninem punkowym i opatrzyli hasłem pomarańczowa muza. Ocenzurowali jednak trochę nasz absolutny pure nonsens. Bo na okładce zamieściliśmy jeszcze informacje, że płytę nagrano w bunkrze generała Jaruzelskiego, a realizatorem nagrań był generał Kiszczak. Te napisy zamazano.

Z jednej strony Lenin, a z drugiej już rok później płyta "Nie wierzcie elektrykom" z Lechem Wałęsą na okładce. I znowu skandalik i rockowa satyra.

W tym czasie Lech Wałęsa w prezydenckich wyborach otrzymał dziesięć milionów głosów. A my nie dość, że bohaterem okładki płyty robimy urzędującego prezydenta, to jeszcze zamiast znaczka z Matki Boską, wpinamy mu w klapę króliczka playboya. Po raz kolejny z Polskimi Nagraniami zaczęły się przetargi. Zostawcie sobie tytuł ale bez Lecha Wałęsy na okładce, albo dajcie Lecha Wałęsę z innym tytułem - słyszeliśmy. Walczyliśmy i wywalczyliśmy, że zostało jedno i drugie. Dzisiaj niektórzy mają do nas pretensję o to, że Big Cyc nabija się z PiS. Zapominając, że my nie oszczędzaliśmy żadnej władzy.

"Rudy się żeni", też śpiewaliście

Ale to nie było o Donaldzie Tusku (śmiech). To już nadinterpretacja. Co ciekawe, ta piosenka zawędrowała pod weselne strzechy. I przytulają ją wszystkie kapele, zmieniając tylko imię pana młodego na... Krzysiek się żeni, Mietek się żeni itd. To piosenka tak znana jak "Płonie ognisko w lesie". Wielu wykonawców marzy o takim evergreenie, który wszyscy znają. Ale mówiąc o Platformie pamiętam zabawną historię, związaną z płytą "Szambo i perfumeria" z 2009 roku. Zaproponowaliśmy Pawłowi Kukizowi nagranie piosenki tytułowej, w której pada hasło "platfusy" o Platformie. Paweł był wtedy bardzo platformerski. Jeździł na wiece PO, agitował. Dziwiłem się, że muzyk tak mocno wchodzi w politykę. Owszem, mamy prawo do swoich poglądów, ale żeby sobie od razu przyklejać legitymację partyjną do czoła? Przecież człowiek przestaje być wtedy wolny. I rzeczywiście, Paweł nam odpowiedział, że nie może tej piosenki zaśpiewać, bo tam występuje słowo "platfusy" i Donald Tusk oraz Grzegorz Schetyna mogą się obrazić na niego. Daliśmy mu inną, neutralną piosenkę, bo to była płyta, nagrywana z naszymi gośćmi. A po latach okazało się, że Paweł, który w trosce o wizerunek Platformy odmówił zaśpiewania piosenki, po kilku latach zrobił taką polityczną woltę.

Big Cyc jest konsekwentny w uprawianiu tej, jak mówisz, rockowej szydery.

Większość naszych wykonawców śpiewa głównie o cierpieniu. Jak śpiewa facet to skarży się, że opuściła go kobieta. Jak kobieta to o tym, że facet zranił jej duszę. Sporo piosenek jest w takim płaczliwym, sentymentalnym klimacie. Albo patetyczno-narodowym jak w przypadku Kaczmarskiego czy Kazika, który śpiewa o Bogu i Polsce. A my na te wszystkie tematy nałożyliśmy żartobliwy filtr. Owszem polityka się pojawia, ale w naszych piosenkach nie ma nienawiści. Jest kpina, sarkazm jak w piosence o Aleksandrze Kwaśniewskim, która nazywa się "Gierek forever" mniej więcej z takim tekstem: Kwas jest żrący i wypali nawet bardzo tęgi mózg". Powstała po tym jak Aleksander Kwaśniewski został prezydentem. Dla nas to był pewien szok, że ledwie parę lat temu obalono komunę, a już mamy trochę w innej formie jej recydywę.

"Makumba", "Facet to świnia" to też wielkie przeboje lat 90. Mieliście wtedy prawdziwie gwiazdorski czas.

Internauci zwrócili nam uwagę, że niektóre nasze piosenki, mimo upływu lat są nadal aktualne. Jedna szczególnie nabrała aktualności po 25 latach. To "Wojna plemników". Płyta pod tym tytułem została zresztą uznana przez naszych fanów za jedną z najlepszych, najostrzejszych naszych płyt. Tam nie przejmowaliśmy się żadną cenzurą.

Ale zadyma była i to znowu z powodu okładki.

Autorem zadymy był nie żyjący już polityk ZCHN Ryszard Bender. Otóż w trakcie przesłuchań na żywo Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która przydzielała koncesje radiowo-telewizyjne pokazał plakat tej płyty, wskazując na widniejącą na okładce zakonnicę suszącą prezerwatywy i na logo RMF FM. To był zdaniem senatora argument za tym, żeby to radio, którego logo widniało na plakacie, nie otrzymało koncesji. Ku jego zaskoczeniu rozgłośnia koncesję, na szczęście, dostała. Tłumaczyłem, że to nie jest zakonnica tylko pielęgniarka z czasów I wojny światowej. Ale senator nie wierzył.

Były też "Moherowe berety".

Nagraliśmy te płytę za czasów pierwszego PiS, w 2006 roku. Piosenki tytułowej nie można było posłuchać we wszystkich, większych stacjach radiowych. Zablokowano jej odtwarzanie.

Poseł Tadeusz Cymański domagał się nawet zmiany tekstu piosenki i przepraszał za nią ojca Tadeusza Rydzyka.

Tłumaczył, że refren może być ale, że tym moherem obraziliśmy starsze panie. A przecież moherowy beret to określenie nakrycia głowy. Moher jest zresztą szlachetną dzianiną. Zwykle są berety z włóczki. My tylko nawiązaliśmy dowcipnie do oddziałów wojskowych. Bo te panie zachowywały się podobnie bojowo jak niebieskie czy czerwone berety.

Trudno nie wspomnieć o ostatniej z 2016 roku płycie "Czarne słońce narodu" z Jarosławem na okładce, w środku z krzyżówką antyrządową.

PiS pozwoliło nam przypomnieć sobie młodość. Dzisiaj znowu jesteśmy młodzi, tylko zamiast Pomarańczowej Alternatywy nakręcamy Żółtą Alternatywę, która walczy o uwolnienie gumowej kaczki, aresztowanej niedawno w Legnicy przez policję. Historia zatoczyła koło. Hitem tej płyty jest "Antoni wzywa do broni". I jak wynika z ostatniej konferencji pana Antoniego, nasza piosenka przepowiedziała prawdę o tym bajkopisarzu sekty smoleńskiej, który zmarnował publiczne pieniądze na próbie udowodnienia, że koło jest kwadratem. Ale znowu staramy się patrzeć na rzeczywistość satyrycznie, bo to jest w naszym charakterze. Ale nie patrzymy złośliwie tylko na polityków. Jest wiele naszych hitów o innej, neutralnej tematyce. Piosenki takie jak Dres, Bo z dziewczynami czy Świat według Kiepskich mają miliony wyświetleń na You Tube. Wiem, Sławomir ma więcej, ale trudno konkurować z piosenkami typu usia siusia.

Nie zazdrościsz popularności Sławomirowi?

Sławomir na rynku jest od ilu, dwóch, trzech lat? A my jesteśmy od 30 lat. I zobaczymy gdzie będzie Sławomir za 30 lat. Czy ludzie będą chcieli oglądać łysego pana z wąsami w złotej marynarce? To jest pytanie. Chłopak świetnie się bawi konwencją i ja mu życzę jak najlepiej. A Big Cyc jest jak dobre wino. Cały czas jesteśmy w obiegu. Chociaż znowu wymiotło nas z radia i telewizji, bo PiS nas przyblokował. Jakby zapomniał, że Polacy to przekorny naród i im bardziej będziemy sekowani, tym lepiej dla naszej popularności. Myślę, że zamknięcie Skiby mogłoby spowodować wzrost zainteresowania naszymi płytami.

Zwłaszcza, że już za Big Cyca raz cię zwinięto, w PRL.

To był czerwiec 1988 roku. Pamiętam ten koncert, na którym opowiedziałem kilka dowcipów o Milicji Obywatelskiej, bo organizator powiedział nam, że jest Hyde Park i można mówić, co się chce. Potraktowałem to zupełnie serio i zażartowałem, że z łódzkiej tuczarni uciekło kilka świń. I świnie kierując się instynktem, podążyły w kierunku ulicy Lutomierskiej. A tam, jak wiedzieli mieszkańcy, mieściła się siedziba SB i milicji. SB uznało to za przegięcie. Akustyk został aresztowany, wyłączono nam prąd. Zespół musiał zejść ze sceny. Mnie też zwinęła milicja, wsadziła do radiowozu, fundując po drodze bezpłatny masaż pleców. Zostałem wypuszczony po kilku godzinach.

Big Cyc ma w swoim dorobku także parodie polskich wykonawców m.in. zespołu De Mono czy Jerzego Połomskiego albo Krzysztofa Krawczyka.

Nawet Republikę sparodiowaliśmy, chociaż to był bardzo ceniony zespół i na piedestale. Oni śpiewali "Nowe sytuacje", a my napisaliśmy sobie "Nowe kombinacje". Ci muzycy, którzy nie mieli poczucia humoru od razu się obrażali. Shazza poszła jeszcze dalej i chciała nam wytoczyć proces. Ale świętej pamięci Grzegorz Ciechowski to nie był taki brat łata, ale jak każdy inteligentny człowiek miał poczucie humoru. I nie dość, że się nie obraził, to jeszcze zaprosił nas do programu telewizyjnego, w którym był bohaterem. Powiedział mi potem: -Skiba, to naprawdę fajna parodia, więc czemu nie miałbym was zaprosić. Ja byłem więc przebrany za Grzesia Ciechowskiego.

Uderzające podobieństwo...

Wtedy byłem szczuplejszy i ufarbowany na blondyna.

Przygód koncertowych było pewnie dużo.

Kiedyś zapomnieliśmy jednego muzyka. I dopiero tuż przed wyjściem na scenę okazało się, że go nie ma. Na szczęście ktoś szybko od nas podjechał i po wyważeniu drzwi go obudził.
Organizatorzy koncertów lubią Big Cyca. I często chcą nas przesadnie ugościć, na przykład alkoholem. Pamiętam burmistrza pewnego miasteczka na Dolnym Śląsku, który tak się z nami zaprzyjaźnił, że po koncercie poszedł z nami do hotelowej restauracji, mówiąc, że on stawia. My mamy już rockandrollową zaprawę. Ale burmistrz jej nie miał. Wyniesiono go. Rano podczas śniadania, do restauracji hotelowej wpadły dziewczyny z magistratu z pytaniem, czy ktoś znalazł klucze do urzędu, burmistrz je zgubił. A on jako jedyny miał te klucze i pracownicy nie mogą wejść. Na szczęście klucze się znalazły.


Kiedy nowa płyta się pojawi?

W tym roku, w październiku, wydamy płytę urodzinową.
Będzie to podsumowanie naszej twórczości. I do udziału zaprosiliśmy wielu artystów, m.in. zespoły: Enej, De Mono, Wideo, Wilki, Sztywny Pal Azji, Kobranocka, Feel ale też Kayah czy mega popularnego wśród młodzieży artystę Jelonka oraz metalowy zespół Nocny kochanek. Oni zaśpiewają na tej płycie nasze piosenki ale po swojemu.
To będzie płyta dla fanów, którzy znając nas, będą mieli frajdę, słuchając tych piosenek niejako na nowo.





Wywiad dla Magazynu Polonijnego z Niemiec "Twoje Miasto".

Kwiecień-maj 2018. Nr 51.

Z Krzysztofem SKIBĄ rozmawia Michał Kochański.

Grasz i tworzysz muzykę wraz z zespołem Big Cyc już od 30 lat. Który z tych trzech dziesięcioleci był dla Ciebie najciekawszy. W którym z nich najlepiej Ci się pracowało?

Nie dzielę tego czasu na dziesięciolecia, bo dzielenie czasu jest sztuczne i wymyślone przez człowieka, tak jak kalendarz. Jednak to prawda, że zespół Big Cyc grał w trzech epokach, które podzieliłbym w inny sposób. Pierwsza epoka to PRL i komunizm, czyli druga połowa lat 80-tych. W tych czasach zaliczyliśmy konfrontacje z ZOMO i SB, pałowania, przerywania koncertów, aresztowania. Sam osobiście byłem zamknięty w więzieniu za rozrzucanie ulotek, walkę z „komuną” i przebieranie się za krasnoludki. Druga epoka to lata dziewiędziesiąte. Niesamowita radość po upadku systemu, który nas nękał przez tyle lat. Wolność z którą nikt nie wiedział dokładnie co zrobić. To był czas chaosu, bo my kapitalizm znaliśmy jedynie z książek i z filmów. Uczyliśmy się sami jak z błota komunizmu zbudować normalny kraj. W sklepach rządziła pornografia, same nagie półki, króre trzeba było nagle napełnić towarami. To był na prawdę przewrotny okres. Te z niczego, nagle wyrastające fortuny, radość z odzyskanego śmietnika, nagle można było samemu otworzyć rozgłośnię radiową, czy telewizję. W Niemczech ludzie przyzwyczajeni do dojżałej demokracji, nawet nie mogą sobie wyobrazić ile radości sprawiło nam to nagłe poczucie wolności. W końcu nadeszła trzecia epoka, czyli czas takiego nudnego, kooperacyjnego kapitalizmu, gdzie już wszystko jest poukładane, gdzie istnieje już jakaś poprawność polityczna itd. Od pewnego czasu zastanawiam się czy od dwóch lat nie rozpoczęliśmy nowej, czwartej epoki pod rządami PiS. Każda z tych epok była dla mnie, jako artysty, interesującą. Najcięższym okresem były dla mnie czasy PRL-u, a najbardziej kreatywnie mogłem się rozwijać w zwariowanych dla Polski latach 90-ych. Myślę, że nawet porażki, których doświadczyłem, były dla mnie wartościowe, bo mogłem się z nich czegoś nauczyć.

W tekstach Twoich piosenek opowiadasz często nie tylko o sprawach społecznych, ale i politycznych. Czy nie uważasz, że muzyka to odpowiednia forma wyrażania swoich poglądów?

Big Cyc wywodzi się z tego szlachetnego nurtu muzyki rockowej, która uważa, że rock jest idealną formą do wypowiedzi politycznych. Polityczny był Jimi Hendrix, The Beatles. Mimo, że śpiewali „I Wanna Hold Your Hand” i wiele piosenek o miłości. Zwłaszcza John Lennon w swoich solowych utworach śpiewał wiele o działaczach związkowych, o strajkach robotników, badzo angażował się w różnego rodzaju akcje pacyfistyczne, przeciwko wojnie w Wietnamie. To była muzyka, w której można było usłyszeć nie tylko bunt brzmienia gitar, ale także teksty o przesłaniach politycznych. Podobnie Bob Dylan w początkowej fazie swojej twórczości, który śpiewając „Like a Rolling Stone” sięga do tematów głęboko filozoficznych, pełnych niezgody na obecny świat. W sztuce trzeba mieć pewien własy styl, czasem nawet prowokujący, jak Picasso który malował kwadratowe i krzywe twarze. Z czasem okazało się, że dzięki temu dokonał rewolucji w malarstwie. Podobnie fani rocka uważani byli kiedyś za dzikusów. Może dziś rock jest czymś całkiem normalnym. My wywodzimy się właśnie z takiego polskiego nurtu rocka lat 80-ych, czyli rocka publicystycznego i robimy to na swój sposób. Staramy się oceniać rzeczywistość, naśmiewając się z wszystkich po trochu, w tym również z siebie.

Patrząc historycznie, to wydawałoby się, że my Europejczycy żyjemy aktualnie jak „pączki w maśle”. Co Twoim zdaniem jest aktualnie przyczyną społecznego niezadowolenia i napięć społecznych?

Nie czuję się autorytetem w tej kwestii, ale jestem człowiekiem który interesuje się polityką, czyta książki i ptrzy na ten świat z lekkim przerażeniem. Powiem tak – to wszysko już było. Wystarczy przeczytać książkę niemieckiego historyka prof. Petera Longericha pt. „Hitler. Biographia”, która w Niemczech ukazała się dwa lata temu, a w zeszłym roku także w Polsce. Czytając tą książkę zuważam, że to co działo się w Niemczech w latach 30-tych jest bardzo aktualne dla wsółczesnego Polaka. Autor opisuje odwoływanie się do nacionalizmu, tłumaczenie ludziom, że to my jesteśmy narodem wybranym, jesteśmy lepsi niż inni, kpina i lekceważenie zasad demokracji, mówienie, że inni są zagrożeniem. Ten schemat już był i wiemy czym się zakończył. Pamietamy, że w I i II Wojnie Światowej zginęło ok. 100 mln ludzi. Unia Europejska była fantastycznym pomysłem na to, aby uchronić Europę od wojny przez ostatnich 70 lat. To sprawia, że przeciętny Europejczyk mających prąd, ciepłą wodę w kranie, internet i 150 kanałów telewizyjnych, nie potrafi sobie uświadomić czym jest wojna. To, że Polska i inne kraje tak szybko dołączą do Unii Europejskiej, to jest splot wydarzeń, o których jeszcze 30 lat temu nikt nawet nie marzył. Prawdą jest i muszę przyznać tu rację ruchom antyglobalistycznym, że elity europejskie jakby oderwały się od problemów zwykłych ludzi i obrosły w biurokrację. Druga sprawa to fakt, że to co w tabelkach Excela wyglądało dobrze, na dobrobyt ludzi na ulicy się nie przełożyło. Do tego dochodzi ludzka zazdrość, że komuś się lepiej wiedzie niż mnie i wiele innych lokalnych poroblemów i roszczeń.

Czy czujesz się polskim patriotą? Czym jest dla Ciebie patriotyzm?

To aktualnie trudne pytanie, patrząc na to jak patriotyzm jest dziś wykorzystywany propagandowo. Ja się sprawdziłem jako patriota w trudnych czasach, kiedy wielu Polaków miało nasz kraj gdzieś.... Wtedy, kiedy większość ludzi dbała tylko o swoją pensję, prace i dobrobyt. Chdziłem na manifestacje niepodległościowe 11. listopada wtedy, kiedy były one jeszcze nielegalne. Teraz kiedy na takie uroczystościach chodzi się po to, by się pokazać, przychodzi premier, prezydent, to ja na takie jubileusze nie chodzę. Dziś patriotyzm powinien być nowoczesny. To jest selekcja śmieci, płacenie podatków, pomaganie innym. Tylko w takiej formie on już ludzi tak nie porywa. Niestety mam wrażenie, że w Polsce trzeba się poświęcić i „pięknie” zginąć za Ojczyznę. Owszem powinniśmy być dumni ze swojej historii, interesować się naszą historią, ale też wyciągać wnioski ze swoich błędów. Silny naród to taki, który wie o swoich grzeszkach. Kto zrobił najlepsze filmy antyamerykańskie? Właśnie Amerykanie. Mnie szkoła Witkacego i Gombrowicza wiele nauczyła. Mickiewicz czy Słowacki też otwarcie pisali o ważnych sprawach. To jest zadanie artystów, a nie tylko po cichu, przemilczeć, pokryć to lukrem i pomalować. A może nikt nie zauważy? Wtedy będziemy piękni i wszyscy będą nas kochać.

Co powinniśmy Twoim zdaniem robić, by Polska mogla się cieszyć niepodległością i rozwijała się co najmniej przez kolejne 100lat? Czy Krzysztof Skiba ma na to jakąś swoją receptę?

Wielu filozofów twierdzi, że my Polacy nie potrafimy się uporać z pewnymi problemami z przeszłości, nie możemy ich zamiatać pod dywan. Jeżeli pewne fakty omówimy, wytłumaczymy, napiszemy o nich książki i nakręcimy filmy, to staniemy się silnym narodem. Silny naród jest świadomy swoich wielkich fragmentów historii, z których można być dumnym, ale również swoich błędów. Właśnie rozmowa o tych błędach jest nam potrzebna by nas wzmocnić. Natomiast ukrywając je i pokrywając lukrem propagandy niczego nie osiągniemy. Myślę, że nasza młodzież jest w stanie to osiągnąć. My jeszcze mamy może taki trochę kompleks PRL-u. Jednak młodzi Polacy władają często kilkoma językami, poruszają się wyśmienicie po internecie, dzięki temu mają przyjaciół na całym świecie. Młodzi Polacy wygrywają olimpiady matematyczne, tworzą programy o jakich się filozofom nie śniło, pracują z najlepszymi w Dolinie Krzemowej i to jest fantastyczne. Może wśród nich znajdą się osoby takie jak handlarze złomu spod Ostrołęki, czyli bracia Warner którzy stworzyli Hollywood. Kiedyś zwiedzjąc Chicago spoglądaliśmy na to ogromne miasto z jednego z tarasu widokowego na jednym z drapaczy chmur. Oprowadzająca nas osoba objaśniła nam, że 100 lat temu w tym miejscu nic nie było, region wokół Chicago nie posiada żadnych bogactw mineralanych. Wtedy to właśnie uświadomiłem sobie, że najważniejsze jest stworzenie ludziom odpowienich możliwości i warunków do rozwoju. Myślę, że o to właśnie musimy zadbać w naszym kraju.

Rozmawiał Michał Kochański




Wywiad opublikowany na portalu gdansk.pl Styczeń 2018.

Z Krzysztofem Skibą rozmawia Sebastian Łupak.

Big Cyc 1988-2018.

30 lat naśmiewania się z systemu

Grupa Big Cyc powstała w 1988 roku w akademiku w Łodzi. Jest jednak związana z Gdańskiem osobą Krzysztofa Skiby, autora tekstów i wokalisty. Skiba wspomina początki grupy w czasach późnej “komuny” oraz mówi, jak zespół będzie obchodził 30 urodziny.

Sebastian Łupak: W 1988, w czasach chylącej się ku upadkowi “komuny”, wasza nazwa, Big Cyc, była szokiem. Pierwszy koncert też...

Krzysztof Skiba: Byliśmy studentami w Łodzi. W 1988 zrobiliśmy prowokację. Na koncert nieznanego zespołu przyszłoby może paru kolegów, więc wymyśliliśmy rodzaj prowokacji: że niby koncert jest tylko dodatkiem do turnieju biustów. To był dobry wabik, bo przyszło ponad 50 dziennikarzy. Wtedy to była sensacja! Wcześniej władze PRL stosowały politykę seksualności zapiętej na ostatni guzik. Jak aktorka pokazała pośladki w filmie, to tłum walił do kina i czekał na tę scenę. Niestety, kiedy oświadczyliśmy, że żadnych biustów nie będzie, że to studencka zgrywa, że będzie tylko ostry punk rock, to wszyscy uciekli. Została tylko młoda reporterka “Trójki” Monika Olejnik oraz dziennikarz z pisma “Itd”. Olejnik zrobiła z tego reportaż radiowy i zrobiło się o nas głośno. Potem ruszyliśmy w pierwszą trasę pod nazwą “Objazdowa akademia z okazji 75. rocznicy powstania damskiego biustonosza”. Za własne pieniądze nagraliśmy w pierwszym prywatnym studiu nagraniowym w Polsce - Izabelin Andrzeja Puczyńskiego - trzy piosenki i daliśmy je do radia. Były to Rozgłośnia Harcerska i “Trójka”. Pierwszym naszym przebojem był “Kapitan Żbik”, później “Berlin Zachodni”, no i "Piosenka góralska"…

Tej nie pamiętam. Góralska?

- Piosenka o ZOMO. Udawaliśmy, że jest o góralach, ale aluzja była czytelna. To była parodia “Kuligu” Skaldów: “Jada wozy jadą, w górze coś im mryga/ hej, nie uciekajcie ludzie, to próżna fatyga/ Wszyscy są młodzieńcy, wszyscy uśmiechnięci/hej, wszyscy wyglądają jak niebiescy święci..."

To był przełom lat 1988/89. Komuna wciąż istniała, wciąż istniało ZOMO i wciąż można było solidnie dostać pałką, czy trafić do aresztu...

- Niszczono pomnik Feliksa Dzierżyńskiego na placu Dzierżyńskiego w Warszawie. Były zadymy i demonstracje. Pałowano młodzież. To był chaos, nikt nie wiedział, co się dalej stanie. W tym czasie, w 1990 roku, ukazała się nasza pierwsza płyta: na kasecie i na winylu, bo mało kto miał wtedy odtwarzacz kompaktowy. Łączny nakład - milion egzemplarzy! Na okładce Lenin z irokezem. 12 hitów w stylu hardcore lambada...

Wy byliście w opozycji, ale chcieliście raczej wyśmiać i wyszydzić system, niż się z nim bić…

- Młodzież była rozczarowana, bo solidarnościowe podziemie proponowało msze za ojczyznę i składanie wieńców, manifestacje bogoojczyźniane. Pod koniec lat 80. panował rodzaj apatii, wiele osób miało dosyć protestowania i strajków. I wtedy we Wrocławiu młodzi ludzie zaczęli przebierać się za krasnoludki z ramach tzw. Pomarańczowej Alternatywy. I to już był happening, bo gdy ZOMO-owiec goni krasnoludka, to jest happening. Albo, gdy milicja zgarnia do radiowozu gościa przebranego za Misia Uszatka. Ja w Dzień Dziecka w żółtych kalesonach wszedłem w Łodzi na dach kiosku Ruchu i rzucałem w milicjantów landrynkami. W sądzie oni zeznają, że rzucałem landrynkami. Ja mówię, że przede wszystkim nie rzucałem, tylko częstowałem, a po drugie - nie landrynkami, tylko krówkami ciągutkami. Taka krówka ciągutka to był wtedy towar luksusowy. Stało się po nie w kolejce. Pół godziny trwała przed sądem dyskusja, czy to były landrynki, czy krówki ciągutki, a może jednak cukierki toffee? Biegałem też po ulicy Piotrkowskiej z transparentem “Galopująca inflacja”. Gdy milicja mnie aresztowała, NZS wydał oświadczenie, że milicja zatrzymała galopującą inflację w Polsce. Robiliśmy kolarski Wyścig Zbrojeń zamiast Wyścigu Pokoju. “Armia Radziecka z tobą od dziecka” - kpiny z militarnych zapędów Układu Warszawskiego. Były więc jednocześnie i happeningi uliczne i muzyka Big Cyca. Zapisałem się wtedy do wszystkich możliwych organizacji: do Niezależnego Zrzeszenia Studentów (NZS), do Wolności i Pokoju (WiP), do Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego (RSA). Założyłem też Galerię Działań Maniakalnych. Każda z tych organizacji była nieliczna, ale okazało się, że system się nas bał. A do tego była muzyka: graliśmy jako Big Cyc koncert w Łodzi. W trakcie wykonywania piosenki “Kapitan Żbik pomoże ci”, przyszli ZOMO-wcy, którzy najpierw - mądrze - aresztowali akustyka. Prąd wyłączony, muzyka ściszona, a milicjanci ściągnęli mnie ze sceny, wrzucili do radiowozu i tam pobili pałkami. To był czerwiec 1988. 1 czerwca stałem na kiosku Ruchu, a 9 czerwca grałem ten koncert. I ta sama załoga ZOMO dwa razy mnie zwinęła.

W wolnej Polsce też były problemy z waszą muzyką...

- Pamiętam, jak były przyznawane koncesje dla Radia Zet i RMF na początku lat 90. Była komisja Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, w której zasiadał Ryszard Bender - polityk ZChN, później Ligi Polskich Rodzin. Wyciągnął plakat Big Cyca z płyty “Wojna plemników”. A na nim zakonnica rozwiesza prezerwatywy na linkach do suszenia bielizny. I na tym plakacie było logo RMF. Zaczęła się zadyma: jak taka poważna stacja radiowa może firmować takie plakaty?! RMF mógł nie dostać koncesji przez nasz plakat! Tym się wtedy zajmowała poważna komisja…

A teraz? Gracie przecież utwór “Antoni wzywa do broni” o Macierewiczu...

- Robimy to, co robiliśmy od początku - satyrycznie i wesołkowato oceniamy rzeczywistość. Nagraliśmy płytę “Czarne słońce narodu”, gdzie na okładce jest Jarosław z kotem. Gramy utwór "Viva San Escobar" o Witoldzie Waszczykowskim, który przez Caracas leci na wakacje do San Escobar. Wcześniej nikt się nie obrażał, a teraz jest naprawdę straszny opór. Wszędzie, gdzie gramy, protestują radni PiS. Czy to plener, czy koncert klubowy, radni PiS protestują, że będzie obrażany Jarosław Kaczyński. Tylko w jednej miejscowości na południu Polski przyszedł wójt i powiedział, że on jest co prawda z PiS, ale możemy grać, to co chcemy, bo on cenzury nie popiera. Publiczność z reguły reaguje bardzo dobrze. Ale są koncerty, gdy publiczność bawi się świetnie do piosenki “Świat według Kiepskich”, ale na “Antoni wzywa do broni” jest wymowne milczenie. Kiedyś łączyło nas poczucie humoru, ale teraz nawet z tym jest problem.

Ty jesteś z Gdańska. A reszta zespołu?

- Jesteśmy międzymiastówką rockandrollową. Basista i wokalista Jacek Jedrzejak, gitarzysta Romek Lechowicz i perkusista Jarek Lis są z Ostrowa Wielkopolskiego, gdzie mamy naszą bazę. Ja jestem z Gdańska, klawiszowiec Piotr Sztajdel z Lublina, drugi gitarzysta Marek Szajda z Inowrocławia, menadżerka Kasia Wydra z Wrocławia, akustyk Leszek Wojtas z Rzeszowa. W Gdańsku nagrywaliśmy mnóstwo teledysków z Yachem Paszkiewiczem, w Gdańsku z kolegą Pawłem “Konjo” Konnakiem - naszym konferansjerem - nagrywaliśmy program telewizyjny “Lalamido”. W Gdańsku założyłem, nieistniejące już niestety, Muzeum Polskiego Rocka. I jest nasza piosenka o Gdańsku: “Zawsze Gdańsk” ze słowami “Tam gdzie Tusk za piłką latał, gdzie Wałęsa przez płot skakał…”

Jak będziecie obchodzić 30-lecie zespołu?

- Szykuje się dużo koncertów w Polsce. Ale będziemy też koncertowali w Niemczech, Belgii, Szwecji i USA dla Polonii. Na przełomie lutego i marca ruszamy w trasę po Polsce z Farben Lehre i Gutkiem. To trasa “Punk i Reggae Live”. W Gdańsku w marcu zagramy w klubie Parlament. Są reedycje płyt: po raz pierwszy ukazały się na winylu - wydane przez londyńską firmę Huzar Records - dwie płyty z lat 90, czyli “Wojna plemników” i “Miłość, muzyka, mordobicie”. To coś dla kolekcjonerów. Te płyty nie są tanie, ale to “wypasione” wydania. Będzie też płyta urodzinowa, która ukaże się w październiku. Na tej płycie wielu znanych artystów śpiewa piosenki Big Cyca w swoich wersjach. My dajemy im wolną rękę. Będą na tej płycie Enej, Kobranocka, Farben Lehre, De Mono, Video, młodzi hiphopowcy oraz kabaret Łowcy.B, który nagrał plażową wersję “Świata według Kiepskich”.