ATRAKCJA WIECZORU

Udostępnij na:
Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Z KRZYSZTOFEM SKIBĄ, frontmanem zespołu BIG CYC rozmawia Bogdan Gadomski. Tygodnik Angora. Styczeń 2019.

Jest muzykiem, autorem tekstów, satyrykiem, publicystą, aktorem, konferansjerem, felietonistą, autorem happeningów i wokalistą oraz liderem medialnym zespołu BIG CYC, z którym obchodzi 30-lecie pracy. Z tej okazji ukazała się imponująca autobiografia „Skiba. Ciągle na wolności” i dwupłytowy album „30 lat z wariatami”. Znany z kontrowersyjnych zachowań. Autor felietonów i opowiadań w pismach niezależnych. Przed laty publicysta tygodnika „Wprost” i miesięcznika CKM, na temat jego felietonów napisano trzy prace magisterskie. Na koncie ma zbiór felietonów „Skibą w mur”. Jest absolwentem kulturoznawstwa na wydziale teorii literatury, teatru i filmu Uniwersytetu Łódzkiego. Specjalność teatrologia.

– Pan i zespół BIG CYC weszliście w rok jubileuszowy. Jak się czujecie ze swoim imponującym 30 letnim stażem?
– Czujemy się wyśmienicie. Zespół mimo upływu lat jest w świetnej kondycji. Nadal potrafimy sporo wypić. Trzydzieści lat intensywnego grania na scenie rockowej zahartowało nas lepiej niż korespondencyjny kurs szachowy dla niewidomych płetwonurków.

– Już po oficjalnych obchodach?
– Na szczęście tak. Jeszcze trochę i musiałbym zgłosić siebie i swojego kota na terapię dla osób, które uważają się za kosmitów. Urodziny obchodziliśmy cały rok. Były koncerty z udziałem gości, torty w kształcie biustu i przyspieszone procesy o ustalenie ojcostwa.

-Były nagrody, odznaczenia?
– Medale i odznaczenia wręcza się tym artystom, którzy mogą za chwile umrzeć, a my na razie mamy dobry profil lipidowy. Dla nas największą nagrodą są pozytywne reakcje publiczności na koncertach. Gdy 150 tysięcy ludzi (a tak było na festiwalu Pol and Rock) śpiewa razem z Big Cycem, to jest to największa nagroda jaką zespół rockowy może sobie wyobrazić.

– Ale jest za to dwupłytowy album „30 lat z wariatami”. Dlaczego utrzymany w żółto-różowym kolorze?
Ta kolorystyka to ukłon w kierunku tradycji. W takich kolorach ukazał się przed laty słynny album Never Mind The Bollocks grupy Sex Pistols. Nasza, urodzinowa płyta „30 lat z wariatami” to wykwintne wydawnictwo na którym 38 zespołów gra znane piosenki Big Cyca w swoich wersjach. Znajdziemy tu cały przekrój wykonawców od Renaty Przemyk po zespół Wilki, od Eneja po Video, od Golden Life po grupę Piersi. Prawdziwa orgia zmysłów. Jest w kim wybierać.

– Był też show na festiwalu TVN „Top of The Top” w Sopocie. W recenzji miałem zastrzeżenia do gości tam zaproszonych. Kto decydował o ich składzie?
– Koncert w Operze Leśnej był przedsmakiem tego co będzie działo się na płycie. Zagrali z nami Nocny Kochanek, Poparzeni Kawą 3, Kobranocka, De Mono, Grzegorz Skawiński z grupy Kombii, kabaret łowcy.B oraz Arek Jakubik z zespołem Dr Misio. Mój przyjaciel, satyryk Maciek Kraszewski wcielił się w rolę Bogusława Wołoszańskiego, który opowiada historię zespołu w stylu słynnego programu „Sensacje XX wieku”. Jak na telewizyjny jubileusz była to rekordowa liczba gości, bo zaproszone zespoły grały w swoich pełnych składach. O doborze wykonawców decydował reżyser koncertu w porozumieniu ze swoim pluszowym misiem.

-Co należało do pana w programie?
Show był pomyślany jako sąd nad zespołem Big Cyc. Opera Leśna zamieniła się w wielką salę rozpraw. Ja jako prowadzący koncert byłem sędzią i prokuratorem w jednym, a nasi muzyczni goście wcielili się w role świadków obrony lub oskarżenia. Mój kolega Paweł „Konjo” Konnak biegał w stroju sportowym po scenie i udawał „biegłego sądowego”. Bartek Gajda z kabaretu Łowcy.B parodiował prezydenta Donalda Trumpa, który składa życzenia urodzinowe Big Cycowi. Działo się nie tylko muzycznie, ale i komicznie. To nie mógł być zwyczajny koncert z przebojami. Telewizji zależało aby to był taki happening w stylu Big Cyca. Byłem autorem scenariusza tego rockowego „cyrku”.

-Czytam, że w BIG CYCU pełni pan rolę „Atrakcji wieczoru”. Odpowiada panu taka rola?
To wymarzona rola dla każdego artysty. Świetnie się w tej roli czuję. Wszak „atrakcja wieczoru” to zawsze coś specjalnego, na co czeka publiczność np. kobieta z brodą.

– Jest także książka „Skiba ciągle na wolności. Autobiografia łobuza”. To pana pomysł, żeby nadać jej taki długi tytuł?
– Połowa tytułu jest moja czyli „Skiba ciągle na wolności”. Dopisek „Autobiografia łobuza” dodali współautorzy. Ta książka to piękne dopełnienie jubileuszu zespołu. Opowiada o kulisach tras koncertowych, barwnych przygodach w telewizji, a także o niełatwych ścieżkach życiowych. To także fascynująca historia zespołu na tle zmieniających się epok. Można powiedzieć w skrócie, że to losy Big Cyca od czasów generała Jaruzelskiego po czasy prezesa Kaczyńskiego.

– Jest obok pana dwóch autorów Jakub Jabłonka i Paweł Łęczuk. Co to za ludzie?
To autorzy kilku biografii, którzy pewnego dnia dotarli do mnie z pomysłem napisania książki. Podczas rozmowy przy piwie okazało sie, że mamy podobne poczucie humoru oraz podobne długi w płaceniu rachunków za światło i gaz. Z entuzjazmem rozpoczęliśmy współpracę, której plonem jest wydanie tego dzieła. Uważam, że było warto, bo książka ma świetne recenzje i to zarówno tych, którzy ją czytali jak i tych którzy nie widzieli jej na oczy.

-Jak długo powstała ta 502 stronicowa książka?
– Rzeczywiście książka jest grubsza niż biografia zespołu Pink Floyd. Widocznie muzycy Pink Floydów nie mieli nic ciekawego do powiedzenia (śmiech). Pisaliśmy ją jak na skrzydłach. Zaczęliśmy w kwietniu, a we wrześniu już oddaliśmy ją do wydawnictwa. Tempo jak u Kubicy na wirażu.

– Sam chyba nie dałby pan rady ogarnąć tak obszernego materiału o sobie?
– Ja sam napisałbym to na pewno inaczej. Bardzo dobrze gdy ktoś jednak czuwa i patrzy na wszystko z boku. Potrzebny jest pewien dystans. Ja byłem na przykład za tym, aby nie pisać za dużo o swoim dzieciństwie czy o swoich rodzicach. Wydawało mi się to takie sentymentalne. Tymczasem współautorzy przekonali mnie, że to jest niesłychanie ważne, bo pokazuje Skibę z innej strony. Nie tylko jako wariata ze sceny, ale także jako faceta, który ma rodzinę, a dawno temu sam siedział na nocniku.

– Jest w niej rozrywkowo i politycznie. Jakich tematów jest więcej?
– Zdecydowanie rozrywkowych. Jesteśmy dziś nieco przekarmieni polityką. Skupiłem się na anegdotycznych zdarzeniach z mojej historii, a tych nie brakowało. Bywa i tak, że te dwie sfery poważna i niepoważna się ze sobą mieszają.

– W dawnych czasach ludzie rozpoznawali pana po głosie i twarzy. A dzisiaj?
Dzisiaj niektórzy rozpoznają mnie po jajach. Stoję na stacji benzynowej. Tankuję auto w pozycji na żurawia czyli z jedną nogą do góry i ramionami jak do lotu, a za mną jakaś kobieta woła do męża: „Stefan! Zobacz! To Skiba! On zawsze robi sobie jaja”.

– Słynie pan z tego, że robi sobie jaja z wielu sytuacji i zdarzeń. Czy to ciężka praca?
Robienie żartów to nie tyle ciężka, co poważna robota. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że żarty wymyśla się na poważnie. Obserwując świat dochodzę do wniosku, że politycy robią sobie jaja, a komicy mówią nam jak jest.

– Na estradzie też lubi pan to robić?
Big Cyc zawsze miał coś sensownego do przekazania swoim odbiorcom. Zabawna, kpiarska forma to tylko sposób dotarcia z przesłaniem do widza. Jesteśmy jak prezydent Duda na nartach. Robimy jaja, ale chodzi nam o poważne sprawy czyli o dotarcie do „mety”.

– Czy dzisiaj w zalewie fałszywych informacji ludzie mają takie samo poczucie humoru jak dawniej?
– Poczucie humoru bardzo nam się zmieniło. Kiedyś nasze receptory śmiechu były wyczulone na aluzje polityczne. Dziś uciekamy w żarty obyczajowe. Internet który jest dla wszystkich sprawił, że dokonałem wstrząsającego odkrycia. Wielu ludzi nie rozumie co to jest ironia czy sarkazm. Wszystko biorą i komentują na serio. Naród bez poczucia humoru zginie jak portfel w tramwaju pełnym kieszonkowców. Nie pomogą nawet modły na Jasnej Górze

-Kto ma największy wkład w to, że społeczeństwo utraciło poczucie humoru?
– Niestety spore zasługi na tym polu mają politycy, którzy niebezpiecznie zgubili różnicę między światem serio, a światem jaj. Swoim kochankom dają niebotycznie wysokie pensje, a nam tłumaczą, że to ich asystentki, które mają wysokie kompetencje. Chyba w siadaniu na kolanach (śmiech). PiS pomaga biednym ludziom. To prawda, ale dlaczego ci biedni ludzie, to zawsze młode, ładne kobiety z dużym biustem?

– Jak dzisiaj traktować happeningi, które robił pan z BIG CYCEM przez cale życie?
Jako poważne akcje o charakterze społeczno politycznym, które w sposób niekonwencjonalny badały stan duchowo emocjonalny polskiego społeczeństwa w czasach kryzysu.

– Kolega z zespołu Jacek Jędrzejak pomaga panu?
– Jacek to niezwykle istotna osoba w zespole. Ktoś w rodzaju kierownika w domu wariatów. Ma dostęp do kluczy i kaftanów bezpieczeństwa. Ja jestem szefem sekcji gimnastycznej.

– A pozostali koledzy jakie mają zadania?
Szarpią w gitary i robią hałas na bębnach. Jesteśmy zgraną paczką jak wojskowa orkiestra dęta.

– Powiedział pan w książce, że szara rzeczywistość lat 80-tych miała też swoje blaski. Jakie?
– Było więcej miejsc parkingowych, bo mało kto miał samochód. Dziś nawet bezdomni od Rydzyka mają samochody i przez to nie ma gdzie parkować.

– Jak wspomina pan czas spędzony w tym okresie w Lodzi?
– To był okres gdy byłem studentem. Robiliśmy różne akcje np. wchodziłem w żółtych kalesonach na dach kiosku Ruchu i rzucałem landrynkami w milicjantów. Malowałem sprayem na murach karykaturę generała Jaruzelskiego na czołgu i podpisywałem „General Motors”, biegałem z tabliczką z napisem „Galopująca inflacja” do momentu aż nie zatrzymała mnie milicja. Ale bywało, że wchodziłem do kawiarni zjadałem lody i uciekałem nie płacąc rachunku.

– Był pan tu często zatrzymywany…
– W sumie to chyba z kilkanaście razy. Miałem kolegów którzy zaliczyli więcej zatrzymań. Rekordzista miał ponad pięćdziesiąt.

– Główne za co?
– Pierwszy raz zatrzymano mnie za rozrzucanie ulotek. To było podczas festiwalu rockowego w Jarocinie w 1985 roku. Przesiedziałem trzy miesiące w areszcie śledczym w Kaliszu. A potem jako notowany działacz opozycyjny to byłem zatrzymywany zwykle podczas happeningów, akcji czy marszów protestacyjnych lub prewencyjnie.

– Czy to prawda, że w więzieniu siedział pan na podłodze celi, skuty kajdankami i przypięty do kaloryfera?
-Siedziałem w areszcie śledczym. Tam oczywiście nikt już nie ma kajdanek. Kajdanki zakłada się przy zatrzymaniu. Raz rzeczywiście przypięto mnie do kaloryfera.

-Jak długo działał pan w podziemiu?
– Od początku stanu wojennego, aż do czerwca 1989 roku gdy PZPR przegrała wybory. Dłużej nie było potrzeby, bo komuna zdechła.

– Nie zniechęciło to pana do robienia coraz to nowych happeningów?
W Polsce zawsze jest dobry czas do robienia happeningów. Teraz jest chyba nawet trudniej je robić niż w latach 80.

– Jaki był ostatni?
Ostatnio wraz z Żółtą Alternatywą stawialiśmy pomniki gumowej kaczki. Dokonałem uroczystego otwarcia takiego pomnika w Łodzi. Niestety policja uważa, że gumowa kaczka to aluzja do jakiegoś polityka i zamyka te kaczki w areszcie. Już chyba z pięć takich kaczek nam zamknęli. Będą następne.

– W jakich okolicznościach zawiązał się zespół Big Cyc?
– Zespół powstał pod wpływem wyładowań atmosferycznych. Piorun uderzył w akademik, zgasło światło i wówczas ktoś krzyknął z ciemnej sypialni: „Big Cyc!”

– Jak długo towarzyszyła wam fala sukcesów po wylansowaniu przeboju „Makumba”?
– Przez pięć lat byliśmy w ciągłej trasie koncertowej. Gdy wracaliśmy do domów dzieci miały problem z rozpoznaniem ojców, a my z rozpoznaniem własnych rodzin.

– To wtedy nastały tłuste lata dla BIG CYCA?
– Tak. Mieliśmy na koncie Złote i Platynowe płyty oraz wspaniałą kolekcję policyjnych mandatów za przekroczenie dozwolonej prędkości.

– Jak to było ze skandalem, kiedy zdjął pan majtki i odwrócił się tyłem do publiczności?
– To publiczność głosowała za tym abym w proteście zdjął gacie i pokazał tyłek premierowi, który był na sali. Uległem demokratycznej sugestii zebranych i z finezją opuściłem portki. Po tej akcji rząd premiera Buzka upadł i nie podniósł się do dzisiaj.

– Ilu wywiadów udzielił pan tłumacząc to zajście?
– Ponad dwieście.

– Co było skutkiem ubocznym tego zdarzenia?
– Przejście do historii męskiej bielizny w Polsce.

-Nie było oficjalnego pociągnięcia pana do odpowiedzialności?
– Zapłaciłem mandat 1200 zł. Niestety nie przyjęto mojej argumentacji, że był to happening artystyczno-polityczny.

– Czy był jeszcze długo wspominany skandal z pana udziałem?
-Wielu pamięta go do dziś. Szczególnie ci którzy byli w pierwszych rzędach. Podobno kilku z nich chodziło potem przez jakiś czas do psychologa.

– Pamiętam, że w branży telewizyjnej miał pan ksywę „oblatywacz”. Czym zainspirowaną?
– Byłem oblatywaczem czyli uczestnikiem nowych, testowych programów telewizyjnych. Uważano, że Skiba to pewniak jako gość programu i brano mnie wszędzie. Niektóre z tych programów nie wpuszczono na antenę. Oblatywaczem był Jurij Gagarin, który zginał testując nowy typ samolotu. Oblatywanie programów telewizyjnych jest bezpieczniejsze.

– W jaki sposób udało się BIG CYCOWI wytrzymać ze sobą?
-Staramy się zawsze myśleć pozytywnie. Robimy przysiady i stosujemy ćwiczenia oddechowe.

– Jest pan liderem medialnym w zespole?
– Tak. Miałem nawet ku chwale zespołu wystąpić w reklamie fabryki balonów, ale obawiano się, że pęknę.

-Niedawno wróciliście z Wielkiej Brytanii. Jak było?
-Graliśmy koncert sylwestrowy w Crown Banquet Hall w Birmingham. Było elegancko i z bisami. Birmingham to miasto z którego pochodzą takie zespoły jak Led Zeppelin czy Black Sabbath więc czuliśmy, że to jest świetne miejsce także dla nas.

– Nadal dużo jeździcie po kraju i świecie?
-Miniony rok był pod tym względem rzeczywiście intensywny. Graliśmy wiele koncertów w Polsce a także w Niemczech, Szwecji i USA.

-Nie zamierzacie zwolnić tempa?
Może za kolejne 30 lat?

Close Menu