Impreza u Maćka

Udostępnij na:

W czasach PRL-u rzadko kto robił „kinder party”. Imprezy były dla dorosłych, a dzieci bawiły się przy okazji. Wesela, urodziny babci czy ciotki to były spotkania starszych. Dziecko miało na takich imprezach swoją rolę do odegrania. Klepało przygotowany, okolicznościowy wierszyk, a dorośli bili brawo i pili wódkę.

Wyjątkiem były zakładowe imprezy mikołajkowe czy zabawy na Dzień Dziecka. Ale to były masówki i szło się na te spędy, nie dla atmosfery, ale głównie ze względu na paczkę z prezentami, w której czasem trafiała się nawet pomarańcza i prawdziwa czekolada. Prywatki i spotkania towarzyskie organizowała sobie młodzież starsza. Zwykle pod koniec podstawówki (15-16 lat) i w liceum. To już były imprezy domowe, w mieszanym towarzystwie, z przyciemnionymi światłami, całowaniem i muzyką.

Kiedy więc pani Ludmiła Kosycarz zorganizowała imieniny swojego syna Maćka i ja zostałem na nie zaproszony, byłem w lekkim szoku. Mieliśmy po dziesięć lat. Po raz pierwszy w życiu wybierałem się na prawdziwą imprezę do kolegi. Nie do starej, głuchej ciotki z Wrzeszcza, nie do babci z Sopotu tylko do kumpla, z którym w szkole siedziałem w tej samej ławce i który mieszkał dwie ulice dalej ode mnie.

Jakież to było wielkie przeżycie dla chłopaka takiego jak ja. Jest rok 1974. Zdjęcie zrobił ojciec Maćka znany fotoreporter Zbigniew Kosycarz. Siedzimy w mieszkaniu jego rodziców przy Podwalu Staromiejskim w Gdańsku. Jemy tort i pijemy hit tamtych czasów czyli pepsi colę. Napój dzięki któremu sekretarz Gierek został zapamiętany przez lud jako ten, który otworzył nieco Polskę na świat. Po latach jedzenia kapusty, komunistyczny kraj mógł zasmakować nie tylko pierogów i pasztetowej, ale także krakersów i coli.

Kupiłem Maćkowi prezent (książkę przygodową Edmunda Niziurskiego). I choć to były imieniny śpiewaliśmy Maćkowi „Sto lat”, gdy pojawił się tort. Od lewej siedzi Maciek (w koszulce w paski) i uśmiecha się tym swoim charakterystycznym uśmieszkiem, jakby śmiał się trochę do siebie, drugi z lewej kolega, którego nie pamiętam imienia (Maciek na pewno by wiedział, a może to jakiś kuzyn Maćka?) i ja z fryzurą na pazia. Zwróćcie uwagę kto pierwszy zjadł swój kawałek!

Z Maćkiem byłem też na pierwszym obozie harcerskim w Olpuchu i na koncercie rockowym. Był to koncert SBB w Operze Leśnej w Sopocie. W czasach szkolnych robiliśmy wiele rzeczy razem. Występowaliśmy w szkolnym kabarecie Tapeta. Wydawaliśmy niezależną gazetkę satyryczną GILOTYNA. To Maćkowi dostarczałem spore ilości podziemnych gazetek w stanie wojennym, które on potem rozprowadzał. Raz nawet samochodem jego ojca wieźliśmy nielegalny powielacz. I to na imprezie u Maćka na Kaszubach wypiłem kiedyś za dużo bimbru. To razem z Maćkiem występowałem w pierwszych amatorskich filmach kręconych przez naszych pasjonatów filmowych, kolegów z Jedynki Wojtka Kłoczkę i Marka Wałuszkę.

I cały czas mieliśmy ze sobą kontakt, choć już tak nie imprezowaliśmy jak w czasach liceum. Maciek założył prywatną agencję fotograficzną, wydawał albumy o Gdańsku, Gdyni i Sopocie, organizował wystawy. Wczoraj gdy Maciek odszedł od nas, wiele osób pytało mnie w wywiadach jakie jest najważniejsze zdjęcie z Maćkiem. Myślę, że właśnie to zdjęcie z pierwszej w moim życiu imprezy u kolegi. Uważam, że dobrze mieć kolegę, którego mama zaprosi cię na sernik i pepsi.

Zobacz podobne felietony:

JEST DOBRZE!

W każdej, nawet beznadziejnej sytuacji należy szukać pozytywów. Zespół psychologów pod kierownictwem doktora Antoniego Kowadło

Czytaj więcej »
Przewiń do góry

ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA!

Bądź na bieżąco ze wszystkimi spotkaniami ze Skibą oraz wszystkimi ważnymi nowinkami.