Naplułem im do zupy

Udostępnij na:
Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Duży Format. Dodatek do Gazety Wyborczej. 30 kwietnia 2018.

Z Krzysztofem Skibą rozmawia Wojtek Staszewski.

Każdy musi przejść w życiu przez epokę kamienia rzucanego – mówi Krzysztof Skiba lider zespołu Big Cyc obchodzącego w tym roku 30-lecie działalności

Polski rock jest smutny, cierpią przez dziewczyny albo umierają za ojczyznę, cała polska kultura na tym się opiera. U nas ceni się zespoły, które płaczą, jęczą, stękają, cierpią i udają wielką sztukę. Myśmy uznali, że rock’n’roll to wygłupy

Jesteś kombatantem?

Pierwsze teksty Big Cyca nosiłem w PRL-u do cenzury. I w piosence „Sąsiedzi” pan cenzor skreślił dwie zwrotki, bo w PRL-u to się od razu kojarzyło ze Związkiem Radzieckim. Na festiwalu w Jarocinie rozrzucałem ulotki RSA czyli Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego.

I poszedłeś za to siedzieć.

– W 1985 r. przywiozłem cały plecak, z pięć tysięcy ulotek, rozrzucaliśmy je z dwoma kolegami z Gdańska w czasie koncertów. Aż trzeciego dnia milicja ściągnęła posiłki tajniaków z Kalisza. Chciałem iść na dużą scenę na Dżem i rzuciłem ulotki, zanim się ściemniło. Tajniacy mnie złapali – jeden, jak się potem dowiedziałem z akt IPN, miał na nazwisko Wesołek – założyli mi podwójnego Nelsona i doprowadzili do punktu medycznego, który był zakamuflowanym posterunkiem Służby Bezpieczeństwa.
Pały w ruch, przypięli mnie kajdankami do kaloryfera, esbek wykręcił numer telefonu i mówi „Szefie, mamy go!”. Nie miałem żadnych dokumentów, byłem tylko w krótkich spodenkach i kurtce z torbą na ramieniu. Przez dwa dni mówiłem, że nazywam się Jimmy Hendrix, mieszkam na ławce. I miałem nadzieję, że oni się nie domyślą, że to damska torebka…

Renaty, dzisiaj twojej żony?

– Tak. Żeby ona nie została powiązana z tą sprawą. Znaleźli w tej torebce tampony, ale powiedziałem im, że to takie zatyczki na katar. Robiłem z siebie świra. Chciałem też, żeby moim znajomi się zorientowali, że zniknąłem i ostrzegli moich rodziców, żeby wyczyścić chatę z trefnych rzeczy. Jak po trzech dniach w końcu podałem nazwisko i to już niczego nie znaleźli.
Chciałem już, żeby rodzice się dowiedzieli i jakieś majtki mi przywieźli. Bo siedzieć w celi bez majtek nie jest fajnie.

Rodzice?

– Mama, Albina Skiba, była bardzo aktywną zawodowo panią architekt. A ojciec Franciszek Skiba, marynarz, praktycznie był nieobecny. Wyruszał w rejsy na dwa-trzy miesiące, a jeśli płynął do Australii albo do Wietnamu, to go nie było pół roku. Wracał na dwa tygodnie i znów wypływał. .
Jeśli mam jakikolwiek talent, to po mamie. Była architektem, to twórczy zawód, specjalizowała się w dworcach kolejowych i nastawniach, bo pracowała w biurze projektów PKP. Najsłynniejszą budowlą mamy stojącą do dzisiaj jest nastawnia kolejowa w Tczewie. Do dzisiaj jest nowoczesna, a w latach 60. była jak z kosmosu, dostawała nagrody architektoniczne. Mama wracała do domu 18-19. Pracowała już trochę jak w kapitalizmie, tyle że płacili jej jak w socjalizmie. Gdybyśmy żyli we Francji – gdzie urodził się mój ojciec – to żylibyśmy inaczej.

Ojciec z Francji?

– Urodził się w rodzinie polskich robotników. Nazwisko Skiba świadczy, że wywodzimy się z kompletnego gnoju, z chłopskiego rodu Skibów spod Kalisza, który ma 500 lat tradycji. .
Mojego dziadka bieda wygnała tam do pracy w hucie w Hayange koło Metzu (Lotaryngia). Dziadek organizował strajki, może po nim odziedziczyłem temperament działacza. Był ideowym komunistą, więc w 1946 r. jak tylko komuniści objęli władzę w Polsce, zabrał rodzinę na statek i wrócili do Polski. Od razu go aresztowali, bo kto wracał z Francji do Polski? Pewnie szpieg. Mój ojciec miał wtedy 18 lat, lepiej mówił po francusku niż po polsku. Później miałem kompleksy, bo on mówił tyloma językami: miał w klasie trzech kumpli Niemców, więc się nauczył po niemiecku i trzech Włochów, więc mówił też po włosku. Jako marynarz nauczył się jeszcze angielskiego i hiszpańskiego. Był obieżyświatem. Gnało go w świat, ta Francja w nim została. I był ochmistrzem-przemytnikiem, byliśmy zawsze bardziej zasobni niż rodziny moich kolegów ze szkoły.

Co przemycał?

– Przede wszystkim krem Nivea. To była dobra waluta, w krajach arabskich szedł jak woda. A przywoził kawę z Ameryki Południowej, przebicie było kilkukrotne, kilka worków kawy to był majątek. Potrafił przywieźć na lewo 100-200 kg. Sprzedawał też alkohol w Arabii Saudyjskiej, za co groziło mu pewnie obcięcie wszystkich członków i ukamienowanie. Za trzy kartony whisky można było niemalże kupić małego fiata

Co ci rodzice dali?

– Mama ma niesamowite poczucie humoru, zawsze miała tzw. gadane. Na studiach bawiła się we wróżenie z kart, robiła z tego spektakl, kolejki się do niej ustawiały. Aż było jej głupio, że ludzie w to wierzą. Miała dużą wyobraźnię. Jak opowiadała bajki, to je wymyślała. Ja swoim synom tak samo wymyślałem dziwne bajki, np. o krainie ludzi, którzy zamiast mówić pierdzą. .
Rozpuściła mnie jak dziadowski bicz, mogłem robić wszystko, co chciałem. Mając dziewięć lat wygrałem z moim kolegą Maćkiem Kosycarzem casting na pokazy mody na kiermaszu szkolnym podczas Jarmarku Dominikańskiego. Byliśmy ładnymi, szczupłymi chłopcami, poszliśmy i wygraliśmy, a mama nic o tym nie wiedziała. W ciągu dwóch tygodni pokazów zarobiłem tyle, co ona jako pani architekt przez dwa miesiące. Wtedy stwierdziłem, że show-biznes to jest to, tam inaczej płacą.

A co masz po ojcu?

– Awanturnictwo, przygodę, gnanie w świat. On nam ten świat pokazywał, bo odwrotnie niż większość jego kolegów, nie przepił wszystkich pieniędzy, tylko zabierał nas w rejsy. Pracownik Polskich Linii Oceanicznych mógł bodajże raz na rok zabrać ze sobą kogoś z rodziny w rejs płacąc tylko za wyżywienie. Ojciec brał matkę, a potem nas. Mając 11 lat w 1975 r. po raz pierwszy byłem na Zachodzie. Rotterdam, Hamburg, to był dla mnie szok, a rejs był do Australii przez Atlantyk, Kanał Panamski, Pacyfik, Nową Zelandię, absolutna bajka. To był drobnicowiec, nie kontenerowiec, jak współczesne statki. To ważne, bo rozładowanie i załadowanie kontenerowca trwa góra 10-12 godzin, więc statki stoją w porcie krótko, a drobnicowiec przeładowywało się wiele dni. W Sydney staliśmy dwa tygodnie, w Melbourne tydzień. Mogliśmy zwiedzić kawał Australii, szczególnie że na statek przychodzili polonusi, dla których to był wtedy jedyny kontakt z krajem. Ojciec dawał im polskie piwo, do którego oni tęsknili, a oni w zamian za to brali nas na wycieczki po okolicy. Chorzy na Polskę.

Kiedy zacząłeś rozumieć, w jakim kraju żyjesz?

– Pamiętam Grudzień 70, miałem sześć lat, mieszkałem na gdańskiej Starówce i dużo widziałem. Mieliśmy gosposię, dziewczynę ze wsi, która opiekowała się mną i moją starszą siostrą, i matka wysłała ją na zakupy. A tu zamieszki, sklepy porozbijane, bo do rozruchów politycznych dołączyła się chuliganeria. Pamiętam babę idącą w trzech futrach, a za nią menela z worem nakradzionych rzeczy. Nie ma milicji, rozbijamy okna w sklepach. Ale jak teraz kupić chleb? Gosposia dała dużemu panu na ulicy cztery złote, bo tyle wtedy kosztował chleb, on wszedł do piekarni i jej ten chleb wyniósł. Pamiętam starszych kumpli z podwórka z maskami pływackimi na oczach, żeby się chociaż trochę osłonić od gazów łzawiących i z kijami w ręku, jak szli się lać z milicją. .
W wieku 15 lat założyłem w podstawówce swój pierwszy kabaret, w czasach karnawału „Solidarności” wydawałem pismo „Gilotyna”. Buntowałem się przeciwko szkole. Wykształcenie zdobywałem na przerwach. Miałem grupę przyjaciół w liceum, od których dowiadywałem się ciekawszych rzeczy niż na lekcjach. O zespołach Deep Purple, Genesis albo francuskich symbolistach. „Kwiaty zła” Baudelaire’a albo paryskie wydanie „Ferdydurke” Gombrowicza czytałem pod ławką.

Dziś jest w lekturach i dzieciaków nie zachwyca.

– Pewnie fakt, że to było nielegalne dodawał pieprzyku. Czytałem nielegalnie wydany „Kompleks polski” Konwickiego, do dzisiaj pamiętam myśl, że w Polsce „dramat chodzi pod rękę z błazenadą”. Wpadliśmy na esej Jasienicy „Rozważania o wojnie domowej” – powstaniu Wandei i chłopskim ruchu rojalistów. I jak koleś w sztuce Moliera, który dowiaduje się, że mówi prozą, my się dowiedzieliśmy, że razem z grupą kolegów wyznajemy anarchizm.
Krytyka państwa jako struktury totalitarnej u Bakunina czy Kropotkina była świetna. Tylko zawsze trudniejsza jest kwestia „co dalej”.

Właśnie: co dalej? Mogłeś wyrosnąć na poważnego opozycjonistę, a poszedłeś w wygłupy na scenie.

– Ja się zawsze wygłupiałem. Już w podstawówce zauważyłem, że kiedy jest tak nudno, że nawet muchy usypiają, przedrzeźnianie nauczycieli, żarty wzbudzają sympatię kolegów i koleżanek. Zjadłem raz kredę na lekcji matematyki i z braku kredy lekcja nie mogła się odbyć. Tłumaczyłem się, że pochodzę z biednej rodziny i mam niedobory wapnia. Raz się udało, ale za drugim razem nauczyciel nie uwierzył i wezwał rodziców. Pierwszy kabaret – Tapeta – założyliśmy w podstawówce i na 8 marca przygotowaliśmy występ na Dzień Kobiet. Pani była zachwycona, że wreszcie ktoś wymyślił coś innego niż goździk. .
Kabaret nie przetrwał stanu wojennego, bo nasz pianista, Piotr Makoś, został zatrzymany na akcji ulotkowej. Wtedy stałem się rewolucjonistą, bo jak ci zatrzymają pianistę za rozrzucanie ulotek, to masz ochotę rzucać kamieniami. W grudniu 1981 r. widzieliśmy bramę stoczni rozwaloną przez czołgi. Rozruchy trwały ze trzy dni, a smród gazów łzawiących utrzymywał się z miesiąc, bo petardy czasem leżały w śniegu tygodniami. .
To był piękny czas, kiedy wszyscy ze sobą współpracowali. Rozrzucaliśmy raz nawet ulotki Ruchu Młodej Polski, młodych konserwatystów od Aleksandra Halla. Dzisiaj byłaby to prawica marzeń. Aram Rybicki, który potem zginął w katastrofie smoleńskiej czy Wiesiu Walendziak, patrzyli na nas z pewnym pobłażaniem, ale byliśmy razem przeciw komunie. Rzucaliśmy ulotki „Solidarności” i czekaliśmy na wiosenne powstanie, bo było hasło „Zima wasza, wiosna nasza”. Aż zaczęliśmy czytać te ulotki, a tam były wezwania Wałęsy do jakiegoś porozumienia. Ale jak masz 17-18 lat, to nie chcesz się z nikim porozumiewać, tylko walczyć, podpalać komitety. Każdy musi przejść w życiu przez epokę kamienia rzucanego.

Rzucałeś?

– Jasne, ale nie zawsze trafiałem, byli lepsi. To oczywiście nie miało żadnego sensu, Wałęsa miał wtedy rację wzywając do porozumienia, bo konfrontacja kamienie kontra czołgi jest przesądzona. Ale jak masz lat 17, to tego nie wiesz.
Wtedy stwierdziliśmy, że trzeba założyć własną grupę. Przeszliśmy szkolenia druku na wałku i powstał Ruch Społeczeństwa Alternatywnego. Działaliśmy od 1983 roku, część z nas weszła do ruchu Wolność i Pokój, gdzie byli tacy luminarze jak Jacek Czaputowicz, dzisiejszy minister spraw zagranicznych albo niegdysiejszy minister Jan Maria Rokita. .
Absurdalne, że połowa ludzi z ruchów pacyfistyczno-anarchistycznych jest dzisiaj PiS-owcami. Wtedy byliśmy antyjaruzelscy i antymilitarni. .
Największy sukces RSA, to było rozbicie demonstracji 1-majowej w 1985 r. w Gdańsku. Jedna z największych zadym w stanie wojennym. „Solidarność” robiła swój pochód, ktoś organizował bojkot pochodu, a anarchiści się włączyli w pochód oficjalny krzycząc „Precz z komuną!” albo „Solidarność!”. Na czele szła orkiestra i weterani z partyjnymi transparentami, zrobiła się zadyma. Jak weterani zobaczyli, że naciera ZOMO, orkiestra rzuciła trąby. A jak orkiestra rzuca trąby, to wszyscy uciekają. .
Myśmy chcieli zbuntować subkultury, które w Polsce nie był polityczne. Inaczej niż na Zachodzie, gdzie ruch hippisowski w 1968 r. był bardzo polityczny, zakładano komitety, pisano manifesty. A u nas subkultura ograniczała się do „pierdolić system, pić piwo i słuchać punka”. Myśmy chcieli to podnieść na wyższy, polityczny poziom. Stąd ulotki w Jarocinie, za które trafiłem do więzienia.

Długo siedziałeś?

– Posadzili mnie ze słynnego artykułu starego kodeksu 282 paragraf A: „Kto zagraża sojuszom ze Związkiem Radzieckim… podlega karze więzienia do lat trzech”. Ale wyszedłem w wyniku amnestii na początku listopada. Rok akademicki trwał, byłem zawieszony w prawach studenta, SB naciskała – co jest w papierach IPN-u – żeby mnie wyrzucić z mojego kierunku kulturoznawstwa. Chodziłem na zajęcia uprzedzając wykładowców, że jestem tu nielegalnie, ale nie chcę stracić roku. Taka była wtedy solidarność akademicka, że wszyscy mnie witali z otwartymi rękami. Nawet jeden powiedział: „Niech mnie aresztują, ale pan ma tu chodzić”. .
W grudniu przed komisją dyscyplinarną stanęły trzy osoby. Jakaś wariatka, która w bibliotece wyrywała kartki ze starodruków, bo nie chciało jej się przepisywać. Wyleciała. Student prawa, który na dyskotece w klubie studenckim pobił się z własnym wykładowcą. Wyleciał. A mnie komisja postanowiła zostawić i to jednogłośnie. Głosował za mną nawet późniejszy minister edukacji, a dziś senator PiS-u, profesor Michał Seweryński – za co mu jestem bardzo wdzięczny.

Dlaczego wybrałeś studia w Łodzi?

– Łódź wydawała mi się magiczna – tam była szkoła filmowa, legenda Wajdy, Polańskiego. Na początku doznałem szoku estetycznego, bo przyjechałem do szarej, robotniczej Łodzi z pięknej gdańskiej Starówki. Ale się zaaklimatyzowałem i mieszkałem tam siedem lat, bo po studiach czekałem jeszcze na koleżankę-małżonkę, żeby skończyła swoje studia.

Renata uczy dziś łaciny i greki na uniwersytecie. Jakim cudem się poznaliście?

– Moja koleżanka z akademika organizowała w pokoju prywatkę, zaprosiła studentki filologii klasycznej. Tańczyliśmy całą imprezę, zabrakło alkoholu i ja się zadeklarowałem, że pójdę po alkohol na melinę. A Renata powiedziała, że pójdzie ze mną. Umówiliśmy się na randkę w najelegantszej pizzerii w Łodzi Papalolo. A po dwóch latach randkowania urodził nam się syn. .
Renata to dzielna kobieta. Wyobraź sobie, że mamy pokój w akademiku wielkości budki telefonicznej czyli około 12 m kwadratowych, małe dziecko, a ja siedzę w pierdlu. Bo mnie zatrzymywali na happeningach. Np. „Niezależne obchody dnia dziecka”, kiedy weszliśmy na dach kiosku Ruchu w żółtych kalesonach i rozwiesiliśmy transparent „Światu pokój – dzieciom mieszkania” parodiujący hasła pokojowe i zmieniający je w problem mieszkaniowy. I drugi, który nam zabrali „Precz z czerwonymi…” i na dole drobnym drukiem „… kapturkami”. Rzucaliśmy cukierkami w milicjantów i krzyczeliśmy do nich Smurfy. W ciągu kilku minut zebrało się dwa tysiące osób. Ludzie byli głodni takich akcji. .
Zatrzymali naszą trójkę na 48 godzin. Koleżankę mojej żony, Dorotę – hippiskę, która powiedziała, że ma wszystko w dupie i mogą ją zamknąć. I Tomka Gadułę, nieżyjącego już niestety współzałożyciela Galerii Działań Maniakalnych, którego wkurzało, że nic się w Łodzi nie dzieje. .
Nasz głupkowaty happening był pierwszą demonstracją w Łodzi od zakończenia stanu wojennego. Potem zrobiliśmy „Galopującą inflację” – po Piotrkowskiej galopowała grupa happenerów z tabliczkami „Inflacja” i kiedy zostaliśmy zatrzymani, ogłosiliśmy, że milicja zatrzymała galopującą inflację. A na trzeci happening „Pomóż milicji, pobij się sam” milicja nie przyjechała. Mieliśmy scenariusz na 10 minut, ludzie z tabliczkami „obiekt do zatrzymania” i para, która miała przywitać pierwszy radiowóz chlebem i solą, czekali na próżno. Skończyło się okrzykami „Zadzwońcie po milicję”, które nagrał Wojtek Bartczak. Tymi okrzykami kończy się „Piosenka góralska” Big Cyca, parodia Skaldów o jadących radiowozem zamiast saniami ZOMO-wcach.

Sam Big Cyc też miał być happeningiem.

– Mój kolega z akademika Jacek Jędrzejak grał wcześniej w grupie Rokosz, ale ciężko utrzymać zespół, który ma kilkanaście osób, sekcję dętą, wokalną. Oni mieli ochotę na coś punkowego i prześmiewczego. Przyniosłem pierwsze teksty: „Kapitan Żbik”, „Babcia klozetowa”. Jacek z kolegami perkusistą Jarkiem Lisem i gitarzystą Romkiem Lechowiczem dorobili muzykę i jak mieliśmy już z 10 piosenek, postanowiliśmy zrobić koncert. .
Wyczytałem w gazecie, że mija 75 lat od wynalezienia damskiego biustonosza i zaprosiłem media na „uroczystą akademię” z tej okazji – z turniejem biustów i koncertem zespołu Big Cyc. Przyjechało 45 dziennikarzy, wiemy, bo stemplowaliśmy im delegacje. Na miejscu był skandal, bo okazało się, że żadnego turnieju nie ma, tylko jacyś jajcarze. Wszyscy oburzeni wyjechali poza dziennikarzem z „Itd.”, który napisał artykuł i Moniką Olejnik oraz Beatą Michniewicz, które zrobiły o nas reportaż do radiowej Trójki. I zrobiło się o nas głośno. .
To był marzec 1988 r. Polityczna cenzura trwała, ale popuścili trochę w temacie erotyki. Pojawiły się ruchy naturystyczne, „Chałupy Welcome To”, pismo „Pan”: artykuł o łowieniu szczupaka albo jak zrobić samodzielnie karmnik dla ptaków, a obok goła baba. Z „Pana” przyjechało chyba pięciu dziennikarzy z wielkimi aparatami, bo się szykowali na te biusty. A był tylko Big Cyc grający ostrego punka. .
Nagle zaczęli dzwonić kierownicy klubów studenckich, że oni chcieliby to zrobić u siebie, więc ruszyliśmy z „objazdową akademią”. A później nagraliśmy kilka piosenek w studiu za własne pieniądze i się zaczęło na ostro.

Pierwszy hit Big Cyca to „Berlin Zachodni”.

– Miałem światowe kontakty anarchistyczne, mój łódzki adres był drukowany w wielu alternatywnych pismach jako kontakt na anarchistyczny ośrodek w Łodzi. Przyjeżdżało mnóstwo świrów z całego świata, między innymi Lorentz Hettich, sympatyczny, niemiecki anarchista, który zaprosił nas na Czarny Tydzień kultury anarchistycznej do Berlina Zachodniego. Wsiedliśmy z gitarami, całym sprzętem do pociągu, a tam pełno ludzi. Bo z Berlina Wschodniego można było wtedy bez wizy przejść przez słynny Checkpoint Charlie do Berlina Zachodniego czyli najbliższego skrawka wolnego świata. Cały pociąg pełen handlarzy: kryształy, wóda, papierosy, masło, jaja, żywe kury, wszystko, co dało się sprzedać. My jako jedyni nie mieliśmy nic takiego, tylko gitary. Czuliśmy się wyróżnieni, chociaż nikt nam nie wierzył, że jedziemy na koncert do Berlina Zachodniego i to za kasę, symboliczną wprawdzie, ale wtedy za 100 marek mogłeś przeżyć miesiąc, a dla nich to były grosze. Pytali nas, ile mamy sztang, a ja nie wiedziałem nawet, że to kartony papierosów. .
Piosenka narodziła się właśnie w tym pociągu. Doszła do pierwszego czy drugiego miejsca na liście Marka Niedźwieckiego w Trójce. No i znała nas cała Polska. .
Nikt tak wtedy nie śpiewał, „Berlin Zachodni” to jakby reportaż z tego, co się akurat wtedy działo. Zespoły takie jak Izrael czy Armia śpiewały, że Babilon upada. Inne zespoły kiedyś mocno polityczne poszły w miłosne erotyki. Generalnie polski rock jest smutny, cierpią przez dziewczyny albo umierają za ojczyznę, cała polska kultura na tym się opiera. U nas ceni się zespoły, które płaczą, jęczą, stękają, cierpią i udają wielką sztukę. Myśmy uznali, że rock’n’roll to wygłupy. Beatelsi się wygłupiali, Lennon pisał opowiadania i rysował komiksy pełne pindoli, latających penisów. Żółta łódź podwodna – wszyscy mówią, że to wizje narkotyczne, a dla mnie najważniejsze jest to, że to było pisane dla jaj. Tak samo Red Hot Chili Peppers – jak można poważnie traktować ludzi, którzy rozbierają się do naga i ze skarpetkami na penisach wchodzą na koncert? A u nas zawsze Budka Suflera w chmurach albo Kult o Bogu i Polsce. Dlatego myśmy zawsze byli nielubiani, bo myśmy im napluli do zupy, nabijaliśmy się z nich. Byliśmy granatem, który polską rzeczywistość ośmieszał.

A jednocześnie weszliście do mainstreamu.

– Polskie Nagrania wydają nam płytę „Z partyjnym pozdrowieniem” – z Leninem z irokezem na okładce. Zdobywamy płytę roku, „Berlin Zachodni” jest przebojem roku. Ludzie bez układów, znikąd, z ulicy, z piwnicy, z jakiejś Pomarańczowej Alternatywy. Wydaję ostatni numer „Przegięcia pały”, bo nie ma sensu wydawać podziemnych gazetek, skoro można wszystko pisać w naziemnych. Zespół wystrzeliwuje w powietrze. Jedziemy na wielki koncert w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg. Co to był za czas! Tam gdzie upadł mur berliński, grają zespoły z krajów, które się w przeszłości żarły – niemiecka ska orkiestra Test Bild Testers, my, zespół z Rosji, z Izraela, z Litwy i Białorusi.
Byliśmy przygotowani do wolności, bo myśmy o tę wolność walczyli. Ale nie do kapitalizmu. U nas kapitalizm zdefiniował jeszcze w 1988 r. Minister Wilczek mówiąc, że co nie jest zabronione, jest dozwolone. Polacy w ciągu roku założyli 2 mln firm, sprzedawali na trawnikach mięso, masło i jajka. Albo kasety magnetofonowe. Około miliona – wynika to z szacunków Polskich Nagrań – naszych nielegalnie skopiowanych kaset sprzedano z łóżek polowych. A oficjalnie Polskie Nagrania sprzedały 200 tys. płyt, wypłacając nam oficjalne tantiemy na poziomie dwumiesięcznej pensji robotnika. .
Dlatego musieliśmy być tak płodni. W 1991 r. wydaliśmy płytę „Nie wierzcie elektrykom” z Wałęsą, w 1992 „Miłość, muzyka, mordobicie”, w 1993 „Wojna plemników” z zakonnicą, która suszy plemniki na okładce. Co roku był komentarz do rzeczywistości i co roku po 250 tys. sprzedanych kaset i płyt. A piraci kopiowali jeszcze więcej, urządziliśmy nawet happening i całym zespołem jako jedyni muzycy zaatakowaliśmy bazę piratów czyli Stadion Dziesięciolecia. Przyszliśmy tam z demonstracją antypiracką, transparentem „Złodzieje, piraci, podzielcie się z nami kasą”, ochrona nas nie wpuściła, dziennikarze to nagrywali. Dopiero w 1994 r. weszła ustawa o prawie autorskim, piractwo zaczęło się kończyć. .
W tamtym radosnym czasie nie było żadnej cenzury – ani tej politycznej, ani tej obecnej zależnej od słuchalności. RMF puszczał piosenki z „Wojny plemników”: „Z plemnikami nie ma żartów, dzięki nim jest więcej ludzi/ Wszyscy pieprzą na okrągło i nikogo to nie nudzi/ Szybki przyrost naturalny, co dzień jakieś dwa miliardy/ Świat już nie ma prezerwatyw odkąd papież rządzi światem”. Piosenka „Kręcimy pornola” doszła do pierwszego miejsca Listy Przebojów Radia Zet. I to w wydaniu świątecznym. Dziś to nie do pomyślenia, bo w święta musi być „dzyń, dzyń, dzyń, marzną uszy, śnieżek prószy”. .
To była prawdziwa wolność.

Jak walczyć o wolność, kiedy ona po prostu jest? Z czego drwić?

– Głupoty mieliśmy nad Wisłą zawsze pod dostatkiem. Szokiem były pierwsze kłótnie w parlamencie? Janusz Korwin-Mikke był wtedy posłem, a to błazen większy od Skiby. Napuszony Jan Olszewski, cały ZChN ze Stefanem Niesiołowskim. Poseł Marek Jurek twierdzący, że można bić dzieci, bo na tym polega wychowanie. Na drugiej płycie był Wałęsa, który wtedy był bogiem, dostał 10 mln głosów w wyborach, najwięcej ze wszystkich wyborów prezydenckich w Polsce. I my go pokazaliśmy ze znaczkiem Playboya w klapie, gdy prawdziwy Wałęsa nosił tam Matkę Boską. .
Dużo później przyszły nudne czasy. Nudna Platforma z ciepłą wodą w kranie. Polacy to odrzucili, bo im się znudziło. Jesteśmy obdarzeni jakimś genem szaleństwa, musi być jakaś wojna, coś się musi dziać. Nie lubimy spokoju, uwielbiamy chaos, nie nadajemy się do mieszczańskiego życia. Musi być permanentna rewolucja, lewicowa, prawicowa, byle zmieniać.

A ty? Czujesz się mieszczuchem czy wiecznym rewolucjonistą?

– Ja przez całe życie byłem zbuntowany, ale to oczywiste, że z czasem jak pisał poeta Jacek Podsiadło „ten bunt nam się ustatecznia”. Jako rockowy satyryk jestem na wiecznej wojnie, bo zawsze jest co obśmiewać i komu dołożyć. Z rewolucji wszelakich i anarchizmu dawno zdążyłem się wyleczyć.

Jak do władzy wróciła prawica, wy wróciliście do polityki z płytą „Moherowe berety”.

– Z lewicy też się śmialiśmy. Jak Kwaśniewski został prezydentem, to Jacek śpiewał „Kwas jest żrący i wypali nawet bardzo tęgi mózg”. Albo o złotym warkoczu Renaty Beger z Samoobrony. .
Ostatni nasz polityczny numer powstał, kiedy były minister Waszczykowski odkrył nieistniejącą wyspę San Escobar. To jest zresztą fantastyczny happening, powstała mapa, hymn, język, nawet kawa sprowadzana z San Escobar. Dziś miejscem najlepszych happeningów nie jest ulica, ale przestrzeń internetowa. Wielu Polaków wie więcej o San Escobar niż o Kolumbii albo Wenezueli. .
Minister się przejęzyczył, każdy się może przejęzyczyć. My zrobiliśmy o tym piosenkę. A u nas w Gdańsku wyrzucili z państwowego radia Jarka Janiszewskiego, bo puścił tę piosenkę w nocnej audycji muzycznej. .
Wróciliśmy do PRL-u. Big Cyc był pod koniec PRL-u blokowany administracyjnie przez Służbę Bezpieczeństwa. Kierownicy klubów studenckich mieli telefony, żeby odwoływać nasze koncerty. I teraz jest tak samo.

Odkąd zagraliście na demonstracji KOD-u?

– I przez numer „Antoni wzywa do broni”, który ma 2 mln wyświetleń na You Tube. Były przypadki, że organizatorzy imprezy – np. dni miasta – prosili o listę utworów, które zamierzamy zagrać i jak dochodziło do „Antoni wzywa do broni”, to się okazywało, że nie zagramy. Dlatego więcej gramy teraz w klubach niż na plenerowych festynach. Chociaż kluby też nie są w pełni wolne, są uzależnione od koncesji, które wydaje miasto, więc jak w mieście rządzi PiS, to też nie zagramy. .
Raz mi odwołano spotkanie, miałem wygłosić wykład dla młodzieży o Pomarańczowej Alternatywie w Goniądzu na Podlasiu. Nie chciało mi się jechać, śnieg na drogach, ale animator kultury z tego regionu to mój kolega, więc ok. Ale za dwa tygodnie on dzwoni, że bardzo przeprasza, 30 lat tu organizuje koncerty, wydarzenia kulturalne, czy rządziła Platforma, czy SLD, nie było nigdy problemu, ale teraz zablokowali mu budżet na przyjazd i nie mogę się pojawić nawet za darmo. .
Nawet tam, gdzie rządzi Platforma, to się boją – że to może nie będzie do końca koncert, że może pan Skiba będzie ze sceny obrażał Jarosława Kaczyńskiego. Żyjemy już w innym kraju.

Obrażasz Kaczyńskiego ze sceny?

– Czasem opowiadam o nim dowcipy np. że wreszcie odkryto w IPN zagubioną, opozycyjną teczkę Jarosława, niestety w środku znaleziono jedynie pokarm dla kotów. Nigdy nie planuję tego, co powiem, rzucam żarty w zależności od tego, jaka jest atmosfera na koncercie. Zdarza się, że gramy „San Escobar” albo „Antoni wzywa do broni” – w Wielkopolsce czy na Pomorzu wszyscy się chichrają, a na Podlasiu albo w Podkarpaciu cisza. W tym roku gramy już tylko w zaborze pruskim. .
To samo opowiadają kabarety. Jak mają skecz polityczny, to są takie tereny, gdzie nikt się nie śmieje. Rozbito naszą wspólnotę. Kiedyś mieliśmy przynajmniej wspólne poczucie humoru. Teraz z innych dowcipów śmieją się w Polsce zachodniej, a z innych we wschodniej. Wymowne milczenie i przerażenie, tamta strona nie ma poczucia humoru. My możemy się śmiać ze Schetyny, ale tamta strona z Jarosława nie potrafi.

Co robiłeś we „W tyle wizji” w rządowej TVP?

– Poszedłem tam w dobrej wierze wiedząc, że program jest na żywo. Gra się w takim składzie, w jakim jesteś, w programach publicystycznych też jest strona rządowa i strona opozycyjna. Manipulacja zaczynała się od doboru tematów. Petru znowu się pomylił, Schetynie zdarzył się lapsus słowny, opozycja nie ma programu i żarty z Lecha Wałęsy. Mówię: oczywiście śmiejmy się z Petru, ze Schetyny, z Wałęsy, brawo. Ale dlaczego nie ma dowcipów o Jarosławie Kaczyńskim? .
Zadawałem takie pytania na antenie. A jak była afera ze zdychającymi końmi w Janowie Podlaskim, to powiedziałem, że to taka metafora rządów PiS, że wszystko zdycha: gospodarka, złotówka, konie w Janowie. Powiedzenie czegoś takiego w telewizji rządowej, to sama radość. Zaprosili mnie na salony rządowe, plułem im do zupy i jeszcze mi za to płacili. Nie wytrzymali, po moich internetowych wierszykach o ekshumacjach zostałam wyrzucony.

Pokazałbyś dupę Kaczyńskiemu?

– Nie, to zgrana karta. Raz pokazałem i wystarczy.

Warto było pokazywać dupę Buzkowi?

– To było tak. Zaczyna się w 1999 r. uporządkowany kapitalizm korporacyjny, z całą poprawnością polityczną. A to był chyba ostatni podryg dzikiego kapitalizmu. Na rozdanie nagród stacji radiowych sprzedano 10 tys. biletów, ludzie usiedli na trybunach Spodka. Na scenie grały zespoły, a na płycie był bankiet dla VIP-ów. Stoły zastawione po śląsku, fura żarcia, wóda. W pierwszych rzędach siedzieli muzycy, a dalej politycy w tym premier Buzek z całą ministerialną świtą. Chcieli ocieplić sobie wizerunek, premier tego potrzebował, bo Lepper mu organizował blokady, pielęgniarki groziły strajkiem.
Wyobraź sobie: elita je i pije za darmo, a za siatką odgradzającą widownię lud, który zapłacił, żeby móc na to popatrzeć. Dzisiaj nikt by tak tego nie zorganizował. Mnie to wszystko wkurzyło i wlazłem na scenę, urządziłem głosowanie. Czy mam pokazać kolano czy dupę?

Byłeś trzeźwy?

– Dwa-trzy drinki wypiłem, bo to był bankiet, ale nie byłem pijany. A na widowni entuzjazm. Agnieszka Chylińska, Grzegorz Ciechowski, uznani muzycy, głosowali za dupą. Jak schodziłem, klaskali, byli zachwyceni. Tylko Bajm był trochę zniesmaczony. .
Potem odwołano mi kilkanaście koncertów. Miałem kolegium ds. wykroczeń za obnażenie się w miejscu publicznym. Napisałem elaborat, że to był happening nawiązujący do starego, ludowego obyczaju, że w XIX wieku kobiety na wsi odstraszały poborców podatkowych podciągając do góry spódnice. Otrzymałem odpowiedź, że nie jest wskazane kultywowanie tego obyczaju na Śląsku, powiększyliśmy tę epistołę i trafiła do Muzeum Polskiego Rocka w Gdańsku. I zasądzili mi 1200 złotych kary.

Zadowolony z siebie jesteś. Pokazałbyś tę dupę jeszcze raz?

– Są w życiu sytuacje gdy trzeba pokazać dupę. Ja to mam już za sobą. Miewałem oczywiście lepsze happeningi. Zapędziłem się trochę na życzenie publiczności.

Buzkowi się to nie należało.

– Ja do pana profesora nic nie mam. Ale to jednak był premier sterowany przez Mariana Krzaklewskiego. Beata Szydło tamtej epoki. AWS kontrolowała wtedy wszystko i wszystkich. Mówiło się, że w państwowej instytucji nawet sprzątaczka musi mieć akceptację Krzaklewskiego.

„Znów jestem młoda…W niedzielę sklepy zamknięte, jedna partia rządzi, milicja inwigiluje, TVP kłamie, na Zachodzie – imperializm”. Widziałeś tego mema? 5 tys. udostępnień na Facebooku. Znów jesteś młody?

– Dla ludzi z zewnątrz jesteśmy milionerami, elitą platformianego świata, który śpi na forsie, żre ośmiorniczki. Jak Krystyna Janda opowiedziała o realnych problemach, jakie stwarza PiS w jej teatrze, że nie ma dotacji, dokłada do spektakli, to taki był hejt, taka radość, że wreszcie temu bogatemu się dostało. Więc ja nie chcę się skarżyć. Widzę plusy rządów PiS – że odżyła polska satyra, pojawiło się choćby „Ucho prezesa”. .
Jeżeli w mojej sprawie interweniują władze, że pan Skiba nie może gdzieś wystąpić, to znaczy, że jestem ważny. O Big Cycu po manifestacjach, na których graliśmy, wypowiada się minister spraw wewnętrznych Błaszczak. A minister nie może się wypowiadać o zespołach nieistotnych, o Varius Manx albo Margaret nie mówi.
Jeżeli o mnie telewizja Republika robi program „Kulisy manipulacji”, a publiczna daje mi powszechnego bana i zakaz wstępu, to ja chyba jestem bardzo ważny. .
Zrobiłem happening w programie „Wielki Test o NATO” w rządowej TVP. Podejrzewałem, że może tam być Antoni Macierewicz, bo on lubi się pokazywać, kiedy są splendory. Wziąłem ze sobą płytę „Czarne słońce narodu” z piosenką o Antonim. Kiedy pod koniec programu pojawił się Antoni, by wręczyć nagrody zwycięzcom, stwierdziłem, że to jedyna okazja, żeby mu wręczyć tę płytę. Wokół pełno reporterów. Z tyłu Jacek Kurski, który, jak widziałem potem na zdjęciach miał minę, jakby się miał zaraz zesrać, bo nie wiedział, czy ja np. nie ściągnę gaci. A ja kulturalnie się przedstawiłem, że jestem Krzysztof Skiba z zespołu Big Cyc i mam dla pana naszą płytę, na której jest piosenka o panu. On zachował się full profesjonalnie – objął mnie, wziął płytę. Mówi, że zna Big Cyca, nie wszystkie piosenki mu się podobają, ale za płytę dziękuje. .
A płyty rozeszło się ponad 15 tys. egzemplarzy, czyli nabiło złotą płytę. Najlepiej się sprzedawała na protestach KOD-u, na pierwszym była kolejka około tysiąca osób. Mówiłem ludziom: róbcie zdjęcia, bo takie kolejki po płyty były w latach 80., jak się ukazywały pierwsze płyty Perfectu albo Oddziału Zamkniętego. Jak byłem młody.

Close Menu