Wywiad dla portalu sportowego Firsteleven.com

Udostępnij na:
Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Z Krzysztofem Skibą rozmawia Łukasz Linkosz.
Październik 2016.

Oglądał pan ostatnie dwa mecze reprezentacji?

Tak, oglądałem. Myślę, że mam niezbyt oryginalne refleksje na ten temat, ale polska drużyna w moim przekonaniu jest nierówna. To znaczy w meczu z Danią – przynajmniej w pierwszej połowie – grali jak natchnieni. W drugiej odsłonie gry sprawa się posypała. Sport to raczej kwestia psychiki. Nasi piłkarze są na dobrym poziomie. Zawsze można powiedzieć, że czasem brakuje zgrania albo strategii – chociaż ufam Adamowi Nawałce, który na pewno opracowuje jakieś tajemnicze plany. Natomiast psychika to kwestia podstawowa. Chodzi o to, że jeżeli prowadzimy 3:0, to odpuszczamy i głupio tracimy pierwszą bramkę, tak samo drugą i diametralnie zmienia się obraz naszej gry. A zamiast trzech punktów – może być jeden. Tak samo było z Armenią, gdzie na wejściu nasi piłkarze zrobili sobie wakacje.

Wyszli na murawę bardzo pewni siebie. I zlekceważyli rywala.

Byli faworytem. Pewnie pomyśleli:
– Gramy u siebie, przed chwilą pokonaliśmy Danię i gramy z mającą kłopoty Armenią, która trzy razy zmieniła trenera, a drużyna jest pokłócona. Musimy wygrać.
To też jest fascynujące w sporcie. Że nie ma ciągłych pewniaków. W 1998 roku Francja była mistrzem świata, a cztery lata później nie wyszła z grupy. A Holandia, jaka ona była wspaniała! Jakie oni strzelali bramki. Grali tak pięknie, jakby dyrygowali najlepszą orkiestrą świata. A później przychodziła inna, powiedziałbym drugoligowa drużyna i ich pokonywała. Dla nas z kolei Hiszpania jest jeszcze na poziomie nieosiągalnym, ale taką Brazylię już jak najbardziej moglibyśmy pokonać.

Hiszpania nie jest już teraz taka straszna. Na ostatnich mistrzostwach Europy odpadła już w 1/8 finału, a dwa lata temu na mundialu w Brazylii nie wyszła z grupy.

Uważam, że nawet ich średni mecz jest dobry. Wracając jednak do naszych: przez długi czas funkcjonowało takie złośliwe powiedzenie, że Lewandowski dobrze gra, ale strzela tylko dla Niemców. Ale tam miał mu kto podawać! To nie jest tak, że sam „Lewy” wygrywa mecze. Jest tak, jak na wyścigach kolarskich. Jeden jedzie na mistrza, ale jego team cały czas na niego pracuje. Podobnie w reprezentacji. On sam nam nie wystarczy. Ostatnio dobrze zagrał Kuba Błaszczykowski, wcześniej dobrze prezentował się Arek Milik. Jednak nasza gra to sinusoida. W ogóle piłka nożna w Polsce jest na średnim poziomie.

Chodzi o samą reprezentację czy też ligę?

Ekstraklasą w ogóle się nie interesuje. Uważam, że jest fatalna. Zmierzam jednak do tego, że nasz kraj miał mistrzów w niszowych dziedzinach sportu. Ktoś zdobył złoty medal, jakiś judoka został mistrzem świata. Serwisy informacyjne to podawały, ale trudno było się tym jakoś przejmować.

Kiedy jeszcze skakał Adam Małysz, a Justyna Kowalczyk zwyciężała w co drugich zawodach, ludzie się jeszcze tym interesowali.

Małysz właśnie to wszystko napędził. Pamiętam, jak śledziłem przez lata Turniej Czterech Skoczni, wtedy któryś z naszych zajmował pięćdziesiąte, sześćdziesiąte miejsce. Jak był w dziesiątce, to już w ogóle była sensacja. Był tylko Wojciech Fortuna, złoty medalista olimpijski, którego rozpili później. Jak już przyjechał do Zakopanego to wszyscy mu wódkę stawiali. Typowo polski sposób ugoszczenia. I on, biedak, stał się alkoholikiem. Na szczęście historia ma szczęśliwe zakończenie, bo jakby się odbił życiowo. Ale tam były dramaty, rozwód, pobicia, siedział w więzieniu, później uciekał do Stanów. Polski mistrz świata!
Pamiętam, jak kilkanaście lat temu graliśmy z Big Cycem koncert w Zakopanem. To była impreza która promowała organizację olimpiady zimowej na Podhalu. Na zapleczu urządzono mały piknik i obok, przy stoliku, siedział człowiek z czerwonym nosem. Wyglądał jak menel. Pomyślałem, że to jakiś pijaczek, znajomy organizatorów, wiadomo – ktoś go wpuścił. Później ktoś mi powiedział:
– To jest Wojciech Fortuna! Mistrz Olimpijski.
Był na koncercie, ale go nie oglądał. Gratuluję panu Wojtkowi, że udało mu się z tych życiowych kłopotów wygrzebać. Te przykłady przywołałem, żeby uświadomić wszystkich, że nawet jeśli przytrafiają się nam sukcesy w innych sportach, to są one dla kibiców chwilowym przebłyskiem, wątkiem pobocznym. Dla Polaków najważniejsza jest piłka nożna. I to jest nasza narodowa, sportowa religia. Mimo że oprócz orłów Kazimierza Górskiego i Zbigniewa Bońka nie mieliśmy wielkich nazwisk. Teraz oczywiście jest Lewandowski, jednak przez długi czas było pusto. Pamiętam piosenkę Kazika, który śpiewał, że przez ileś tam minut nie strzeliliśmy bramki. Przez długie okresy nasi grali jak patałachy.

Mówiono też, że ostatniego gola reprezentacji można obejrzeć na TVP Historia.

Doskonały żart, ale niestety był prawdziwy. Pamiętam jeszcze entuzjazm związany z mistrzostwami w Korei Południowej i Japonii. Wtedy przegraliśmy właśnie z Koreą, chociaż wszyscy mówili, że nie ma opcji, że oni są przy naszych tacy mali i słabi. Mali, ale szybko biegali. Drugi mecz to porażka z Portugalią. A trzeci, o honor ze Stanami Zjednoczonymi, wygraliśmy. Ówczesny selekcjoner dał szansę wielu rezerwowym i dzięki nim zwyciężyliśmy 3:1. O tym zdarzeniu piosenkę napisał Maciej Maleńczuk. Te tematy sportowe w piosenkach to też dowód tego, że piłka nożna jest w Polsce bardzo ważna. Big Cyc natomiast nagrał piosenkę „Marian – wierny kibic”, ale to bardziej o kibolach. Była też piosenka „Pechowy jak Polak”, w której zwrotkę poświęciliśmy piłkarzom.

W czasie Euro 2016 wszyscy zakochali się w Michale Pazdanie, niektórzy nawet dla niego zgolili włosy. Przypomina się teledysk do piosenki „Dres”, w której pan z resztą zespołu wchodzi do salonu fryzjerskiego i prosi o obcięcie „na łysą pałę”.

Wiąże się z tym fajna anegdota. Teraz moda na dresiarzy dawno minęła, ale lata dziewięćdziesiąte to była absolutna kultura tego stylu. Wszyscy chodzili w dresach, nawet do kościoła, na randki, do kina czy pubu. Pamiętam napisy przed wejściem do niektórych klubów: „w dresach na boisko”. Wracając do teledysku – kręciliśmy go w Nowej Hucie, bardzo chuligańskiej dzielnicy Krakowa, gdzie są ciągłe bitwy między Cracovią a Wisłą. Wybraliśmy zakład fryzjerski, zrobiliśmy teledysk w starym stylu, trochę PRL-owskim, a głównym golibrodą był naturszczyk taki trochę bez zęba, zupełnie jak z filmu Rejs. Napisałem mu jedno zdanie, które miał powiedzieć, ale on nie potrafił się jego nauczyć.
Teledysk kręciliśmy rano, natomiast wieczorem graliśmy w Nowej Hucie koncert. Pełno ludzi. Zdjęcia nam się trochę opóźniły, więc i my się trochę spóźniliśmy, a tłum już czekał. Do sceny, trzeba było przejść przez widownię. Więc my, łysi – a wtedy bycie łysym oznaczało dresiarstwo – przechodzimy. I pojawiają się pytania, dlaczego Big Cyc zmienił ideologię. Fani tacy zmieszani, bo wyszło sześciu takich Pazdanów. Na widowni konsternacja. Udało się jednak uspokoić słuchaczy, powiedziałem, że ogoliliśmy się tylko i wyłącznie na potrzeby teledysku. Wówczas wszyscy ryknęli śmiechem, a my zaczęliśmy grać i było ok.

Słyszał pan, że piłkarze po meczu z Danią i przed Armenią trochę zabalowali?

To nie jest żadna nowość, że w polskiej reprezentacji się pije.

Mówi pan o obecnej kadrze czy ogólnie? Bo wiadomo, że w poprzednich drużynach alkohol nie wychodził z mody, o czym w swoich autobiografiach pisali chociażby Wojciech Kowalczyk czy Andrzej Iwan.

W latach 80. głośno było o tym jak bramkarz Józef Młynarczyk podczas wylotu reprezentacji na ważny mecz międzypaństwowy pojawił się pijany na lotnisku. W 2007 roku, razem z Beatą Pawlikowską – wspaniałą kobietą i podróżniczką – prowadziłem program „Podróże z żartem”. Odwiedzali nas w tym programie różni ciekawi goście. W jednym odcinku byli prawie sami sportowcy, a wśród nich „człowiek, który zatrzymał Anglię” czyli Jan Tomaszewski. Po nagraniu programu był rozluźniony i opowiedział mi kilka zabawnych historyjek o alkoholu i naszych piłkarzach. Oczywiście nie do kamery. Te historie przebijały, wybryki muzyków rockowych na trasach.

Sportowcy są jednak zawodowcami, płaci im się za profesjonalizm. Chociaż jedno piwko po wygranym meczu chyba nie jest grzechem.

Wiadomo, że po meczach jest rozluźnienie. Wcześniej jest napięcie, później można odreagować. W warszawskiej „Enklawie” widziałem wielu piłkarzy, z niektórymi zdarzało mi się – że tak powiem – wspólnie przebywać przy barze. Na przykład z Tomkiem Iwanem. Chociaż już wtedy nie był czynnym piłkarzem, ale tez jeszcze nie był współpracownikiem Adama Nawałki. Bardzo towarzyski człowiek. Tak samo Jerzy Dudek, z którym kiedyś piłem dobre whisky w klubie „Maska” Michała Milowicza. Sportowcy też ludzie, każdy ma prawo się napić. Ale to, że ktoś jest w klubie nie od razu oznacza, że pije do rana. Może wypić sobie jednego, dwa drinki i tyle. Bardziej niebezpieczne jest krycie się w hotelu, gdzie posłuszny kelner zawsze przyniesie, i to w dużej ilości. W takim klubie, wiadomo, trzeba się pilnować. Paparazzi i te sprawy. Doświadczenie moje uczy, że twarde picie organizuje się w hotelu przy zamkniętych drzwiach.
Mam jednak nadzieję, że piłkarze kontrolują ilości alkoholu które w siebie wprowadzają, w końcu są profesjonalnymi sportowcami. To już nie są te czasy, gdzie dzień w dzień się pije, a później idzie się grać. W czasach PRL-u sportowcy – oprócz medali – nie mieli wiele. Mam na myśli pieniądze. Te wielkie zaczęły się dopiero chyba w latach 90. To było dla mnie przykre, kiedy dowiedziałem się, że Kazimierz Górski, legenda polskiej piłki, człowiek, który stworzył tak świetny zespół, mieszkał gdzieś w bloku w dwupokojowym mieszkaniu. Otrzymywał tytuły, medale, puchary, ale żył bardzo skromnie.

Teraz pieniądze w sporcie są szokujące. Tygodniówki w Premier League ogromne. Piłkarze są przepłacani.

Fakt. Chociaż za bardzo nie interesuje się cudzymi pieniędzmi. Nie zaglądam nikomu do portfela. Jest w narodzie jakaś taka wredna cecha, która powoduje myślenie w stylu:
– Ale jak to on ma mercedesa? Pewnie ukradł! Musiał ukraść, no bo jak inaczej!
Moje postrzeganie tych spraw jest bardziej amerykańskie. Ja nikomu nie zazdroszczę pieniędzy, a jeżeli ktoś mi bliski czy znajomy odnosi sukces to się cieszę i jest to dla mnie dopingujące. Bo to oznacza, że ja też taki sukces mogę osiągnąć. W Polsce obowiązuje tendencja do ciągnięcia wszystkiego w dół, a nie górę. Zupełnie nie robi na mnie wrażenia to, ile ktoś ma pieniędzy. Mam takich kolegów, którym brakuje na piwo oraz takich, którzy są milionerami.
Wracając do tematu zarobków sportowców. Dramat polega na tym, że młodzi piłkarze, którzy jeszcze nie są dorosłymi ludźmi, nagle otrzymują fantastyczne sumy i sobie z tym nie radzą psychicznie. To trudna sprawa. W świecie muzyki jest podobnie. Mówi się, że artysta jest jak małpa i co jakiś czas potrzebuje banana, czyli pochwały. Żebyś wiedział, że to, co robisz, ma sens. Albo, przyjmijmy, wydasz płytę, która okaże się bestsellerem. Jednego dnia masz na koncie dwa złote, a kolejnego już dwa miliony. I wtedy musisz nauczyć się przeżyć sukces. Najlepszym tego przykładem jest Kurt Cobain, chyba ostatnia tak wielka postać rocka. To był człowiek, który płytę nagrał za 500 dolarów, który nie dojadał i nosił dziurawe spodnie. Ale nie dlatego, że kupił takie, on naprawdę miał w nich dziury .I śmierdzące trampki. Po „Nevermind” dowiedział się, że jest milionerem i wszyscy nagle coś od niego chcieli. A on tak żyć nie chciał. Jeszcze miał kobietę, która upewniała go w tym, że bycie punkiem to ćpanie i ładowanie sobie w żyłę. On się tym przejął i strzelił sobie w łeb. Tak po prostu. Oczywiście do dzisiaj trwają teorie spiskowe, że go Courtney Love zamordowała, że chciał uciec przed dłużnikami…

Że jeszcze żyje w Holandii i sprzedaje kawę w małym sklepie.

Tak, razem z Michaelem Jacksonem i Elvisem Presleyem. Nie jest łatwo przeżyć własny sukces. Jak Fortuna – zostajesz mistrzem, później popadasz w alkoholizm. Pieniądze dają ci pewną siłę. A potem wchodzisz na boisko, kibice drużyny przeciwnej cię nie lubią i krzyczą twoje nazwisko dodając do tego przepiękne epitety typu „chuj”. Trzeba być silnym psychicznie, żeby to wytrzymać. Na przykład na trybunach nikt nie krzyczy „Peace and love”. W przekładzie na język polski to w ogóle nie ma rytmu. Pokój i miłość, mi-łość. Co innego wy-pier-dalaj!, wy-pier-dalaj!.

To ma rytm.

Albo wchodzisz na scenę w jakimś małym domu kultury, gdzie przychodzi dziesięciu takich, co tak krzyczą. I musisz to wytrzymać. Nie potrafisz, to się nie pchaj na afisz. Nie srasz w gacie ze strachu, tylko swoją sztuką pokonujesz przeciwnika. Tak samo w piłce nożnej, swoją grą udowadniasz wartość, którą prezentujesz.

Pana sąsiad nadal jest sędzią piłkarskim?

Już nie, bo rodzina mu się powiększyła i nie ma na to czasu. Ale mam dwóch takich sąsiadów, którzy są absolutnie fanatykami i znawcami piłki nożnej. Zdarzało mi się, że niektóre sprawy konsultowałem z nimi, kiedy szedłem na jakiś wywiad. Również kiedy zostałem ambasadorem Euro 2012. Członkami grupy Ambasadorów byli wybitni sportowcy, chociażby Adam Małysz oraz postacie ze świata kultury czy rozrywki. Zostałem tam przyjęty jako jeden z ostatnich razem z Olafem Lubaszenko, z którym zresztą bardzo sie lubimy. Był w tej grupie wspierającej Euro Muniek Staszczyk. Pamiętam, że siedząc na widowni w trakcie meczu towarzyskiego Polska – Portugalia tak się z nim zagadałem, że słabo obserwowałem mecz. W pewnym momencie mówię do Muńka:
– Ale który to jest ten Ronaldo?
– On już nie gra od piętnastu minut.
Tak obserwowałem mecz.

Skąd w ogóle przyszła propozycja, bo został pan ambasadorem Euro 2012?

To chyba rzecznik prasowy organizatorów zadzwonił do mnie i zapytał, czy zostałbym ambasadorem tych mistrzostw. Zgodziłem się. Zapytałem później, jakie będą moje obowiązki. Jeden z nich odpowiedział:
– Panie Krzysztofie, przynajmniej raz dziennie trzeba wypić pięćdziesiątkę za zdrowie naszej drużyny.
I byłem to w stanie wykonać.
Kończąc wątek Euro 2012. Gdańsk do dzisiaj jest beneficjentem tego wydarzenia. Ta impreza pod względem organizacyjnym znakomicie nam się udała. Nadal przyjeżdżają do nas Hiszpanie czy Irlandczycy. Wiedzą, że Polska to świetny kraj, gdzie są ciekawe miejsca do zwiedzenia oraz ładne dziewczęta. Są tylko pewne obawy aby ostatnie wydarzenia w kraju tego pozytywnego wrażenia nie zatarły.

Przez te cztery lata reprezentacja przeszła sporą metamorfozę.

Przede wszystkim potrzeba nam było nowego selekcjonera. Franek Smuda był trochę takim kosmitą, ale sympatycznym. I na pewno nie wiedział, kim jest Skiba. Adam Nawałka na pewno to wie, a Tomasz Iwan to już na pewno. Zmienił się także prezes PZPN-u. Z wcześniejszym, Grzegorzem Lato, uciąłem sobie kiedyś krótką pogawędkę. Znany był on z takiego biesiadnego poczucia humoru, mówiąc niedyplomatycznie – w stylu Big Cyca.
Zawsze jest tak, że drużyna potrzebuje nowego ducha. Nawałka przede wszystkim stworzył drużynę. I przejrzysty system. On rzeczywiście jeździ na te mecze i wybiera piłkarzy do swojej koncepcji. Wcześniej miałem wrażenie, że poprzednie kadry były kompletowane na zasadzie takiej, że ktoś kogoś lubi, ktoś z kimś pił wódkę. Ale tak można umówić się na imprezę, a nie na poważne mecze. Nie chcę przesadnie słodzić selekcjonerowi, ale widać, że zna się na rzeczy. Rzecz jasna w Polsce wszyscy znają się na piłce nożnej, od małego Henia z Sieradza po dużego Zbyszka z Radomia są, kurwa, super specjalistami. Więc i ja ulegnę tej modzie i podpowiem, że coś trzeba by zrobić z psychiką piłkarzy, żeby nie powtarzały się takie sytuacje jak z ostatnich meczów. Nad głową zawsze warto popracować.

Bo wiadomo, że umiejętności ci piłkarze mają. Grają w naprawdę poważnych klubach.

W drużynie Smudy widać było, że nie mają żadnego pomysłu na grę. W ogóle kiedyś wstydziliśmy się za to, w jakim stylu oni przegrywali. Wiadomo, nie zawsze się wygrywa, ale naszym nie zawsze chciało się grać. Pamiętam jak kiedyś byłem na bankiecie z piłkarzem drugiej ligi. Tam też można całkiem nieźle zarabiać. Nieważne kto, to było wiele lat temu, ale mówił tak:
– Słuchaj, miałem propozycję z pierwszej ligi, ale, kurwa, nie chciałem tam iść, bo musiałbym tak tyrać… Tutaj spokojnie dopukam do swojej sportowej emerytury.
Podziwiałem jego filozofię. Nie myślał: kurwa, muszę być najlepszy. Nie, obrobił swoją działkę, ileś tam meczów w sezonie zagrał. I był szczęśliwy.

Zdarza się Panu zawitać na stadionie Lechii?

Byłem wielokrotnie zapraszany, ale jakoś mnie do tego nie ciągnie. Cieszy mnie, jak Lechia gra dobrze. Ostatnio dobrze jej idzie i fajnie wygląda jej pozycja w tabeli. Jestem entuzjastą Gdańska i wszystko, co jest z tego miasta – popieram. Na Lechię patrzę jednak jak na Neptuna, czyli wizytówkę. Z wykształcenia jestem teatrologiem i przyznam, że zwracam dużą uwagę na oprawy. Ale nie jakieś wulgarne, tylko pomysłowe. Bardzo często jest też tak, że jak Lechia wygra mecz, to właśnie na Neptunie jest zawiązany biało-zielony szalik. I bardzo mi się to podoba, uważam, że to sympatyczne. Tak samo jak Jezus w Świebodzinie z szalikiem Falubazu Zielona Góra.
Teatralizacja w sporcie jest fascynująca. Na przykład walki bokserskie uległy kompletnej przemianie. Wejście zawodnika na ring to cały spektakl. Zanim taki bokser dojdzie, to minie 15-20 minut. Tyle czasu w telewizji trochę kosztuje. A potem jakiś pretendent w pierwszej rundzie już ląduje na deskach. Ale show zrobił i swoje zarobił

W Polsce z kolei trudno zarobić na piłce nożnej.

Większość ludzi dokłada do interesu. Pamiętam wywiad z Mariuszem Walterem z ITI, który wspomniał kiedyś, że miesięcznie dorzuca do Legii milion złotych. Musiał bardzo kochać piłkę nożną. Mistrzowie Polski teraz mają pieniądze, ale i tak mają mnóstwo problemów. Z Realem Madryt zagrają przy pustych trybunach. Pamiętam stary stadion Lechii, na którym nikt nie chciał się reklamować. Żadnego Lotosu ani innych znanych marek. A co było? Piwo Gdańskie. I to jeszcze takie najgorsze i najtańsze.

Wspomniał pan o Legii. Niby są oni w tej Lidze Mistrzów, ale większych korzyści z tego nie odnoszą.

Coś się ruszyło, kiedy Jacek Magiera zastąpił Besnika Hasiego. Z Albańczykiem Legia grała bardzo słabo, awansowała do Ligi Mistrzów czołgając się. No i pewnie długo sobie tam nie pograją. Ale w drugim meczu, ze Sportingiem Lizbona, grali już całkiem nieźle. Widać było, że nastąpiła jakaś zmiana. Jestem co prawda z Gdańska, ale trzymam kciuki za tę Legię w Lidze Mistrzów, bo to polska drużyna. Chociaż pamiętam ustalenia przed meczem z Borussią. Mówiło się, że jak będzie 3:0 dla niemieckiej drużyny, to nie będzie wstydu. W jakim my kraju żyjemy, jak zryta jest nasza psychika. To tak, jakby cieszyć się z ósmego miejsca. Można podkreślić, że zawodnik który je zajął jest rokujący i tyle. Cieszyć można się z pierwszego, drugiego, trzeciego.
Zresztą tyle razy dostaliśmy w dupę w historii, jesteśmy małym, nieznaczącym krajem i mamy nadzieję, że przegramy tylko 0:3, ale niestety, jest 0:6. Generalnie historia Polski wygląda w skrócie tak, że nikt nas nigdy nie lubił. Bo my też nikogo nie lubimy. Rosjan, Niemców, z Czechów się naśmiewaliśmy. Nawet Szwedzi, którzy są mieszczuchami, zrobili nam Potop i nas napadli, bo ich tak wkurwialiśmy. Dopiero teraz, po latach, zrozumiałem, dlaczego były te rozbiory. My sami im wszystkim pomogliśmy swoimi kłótniami.

Close Menu