Gazeta Krotoszyńska. Marzec 2015

Udostępnij na:
Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

„Wchodziliśmy w kalesonach na kioski ruchu i rzucaliśmy w milicjantów cukierkami”

Jego opowieść o Polakach wałęsających się po Berlinie Zachodnim czy skinie nakładającym na „świecącą glacę” czapkę w latach 90-tych śpiewały tłumy. Do dziś znany jest z sarkastycznego komentowania rzeczywistości. Z Krzysztofem Skibą, liderem zespołu Big Cyc i współtwórcą ruchu happeningowego Pomarańczowa Alternatywa, o świętach, polityce i czasach PRL-u rozmawia Adrian Femiak

Wokalista zespołu rockowego, radiowiec, satyryk, prowadzący program telewizyjny. Posiada pan tak wiele wcieleń, że ciężko pana zaszufladkować.

Taka karma. Lubię być aktywnym na wielu polach.

W swoim cv może pan również ująć przygodę z modelingiem.

To był mój debiut sceniczny. Miałem wtedy 10 lat. Może moja obecna figura na to nie wskazuje, ale występowałem zawodowo za pieniądze jako model, bo to nie był występ u cioci na imieninach. Prezentowałem modę szkolną, czyli nowe mundurki, wiatrówki, kurtki czy tornistry. Razem z kolegą Maćkiem, synem fotoreportera, wygraliśmy casting w ramach kiermaszu szkolnego, który odbywał się tuż po słynnym Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku. Byliśmy wtedy pięknymi, młodymi i szczupłymi chłopcami (śmiech). Nasze pokazy były przeplatane popisami iluzjonisty, facet wyciągał m.in. królika z kapelusza i dmuchane piłki z nosa. No cóż…pewnie wówczas właśnie łyknąłem coś co się popularnie nazywa „magią sceny”.

Próbował pan sił w kabarecie.

Pierwsze próby były już w podstawówce, ale poważniejsze występy dopiero w liceum. Uczestniczyliśmy w różnych przeglądach młodzieżowych kabaretów czy festiwalach. Graliśmy wtedy na festiwalu harcerskim w Kielcach i dostaliśmy nagrodę publiczności. To było w 1980r. Uczestniczyliśmy też w warsztatach kabaretowych, gdzie poznaliśmy ówczesne gwiazdy kabaretu m.in. Marcina Wolskiego czy Jacka Fedorowicza.

Nie miał pan ochoty pójść za ciosem i związać się z kabaretem?

Nagle wybuchł stan wojenny. Po ulicach jeździły czołgi i nie chciało nam się już robić kabaretu. Szczególnie po tym, jak nasz pianista został zatrzymany za roznoszenie ulotek. Kiedy pianista siedział w więzieniu, to myśmy chcieli podpalać komitety i walczyć z systemem, ale nie przy pomocy wierszyków, tylko czynów. Oczywiście dusza satyryka i prześmiewcy jest we mnie cały czas, co widać w moich felietonach. Często koledzy z kabaretów zapraszają mnie do siebie na gościnne występy.

Samodzielnie pan w tym kierunku nie działa?

Debiutuję w klubach, jako standuper. Mam program złożony z monologów, w którym startuję na „prezydenta kosmosu”. Nosi nazwę „Skiba zrobi wam dobrze”. To jest ostry program satyryczny bez cenzury, który można obejrzeć wyłącznie w klubach.

A propos prezydentury. Nie kusiło pana, by podobnie jak Paweł Kukiz spróbować sił w prawdziwym życiu politycznym?

Moim zdaniem życie polityka jest bardzo nudne no i niestety cały czas trzeba kłamać wyborcom. Nie wytrzymałbym zbyt długo w takiej atmosferze. Prędzej wyskoczyłbym przez okno. A tak poważnie to uważam, że każdy powinien robić to, na czym się zna. Od lat piszę piosenki, felietony i komentuję rzeczywistość, ale jestem daleki od tego, by startować nie tylko na prezydenta, ale także na posła, radnego, a nawet sołtysa. Ode mnie oczekuje się jakiejś sensownej satyrycznej refleksji nad światem, który nas otacza. Politycy to ludzie którzy zbyt często używają wielkich słów takich jak Polska, Ojczyzna czy Naród. Natomiast za tym kryją się małe słowa takie jak własny interes, kasa czy cwaniactwo. Ostatnimi osobami, którym jeszcze zależy na tym kraju są bezkompromisowi prześmiewcy.

Jest coś, co pana szczególnie mierzi i wkurza w polityce?

Politycy są winni temu, że toniemy w biurokracji. Uważa się, że biurokratyczne, to były czasy Edwarda Gierka. Natomiast ktoś ostatnio zrobił badania i wyszło, że w porównaniu z tamtymi czasami dzisiejsza biurokracja w Polsce rozwinęła się przynajmniej o 300%. Na każdą bzdurę potrzeba 150 pieczątek. Prezydent Warszawy zatrudnia około 7 tys. pracowników. Hitem najnowszym jest oczywiście miałkość kandydatów na prezydenta. Jako obywatel dziwię się, że część ludzi ma w ogóle czelność ubiegania się o ten urząd. Fotel prezydenta to miejsce, gdzie winni zasiadać doświadczeni politycy. Wiadomo jaka jest sytuacja międzynarodowa. Niebawem wybuchnie poważny konflikt między Rosją a Europą. Mamy konflikty na płaszczyźnie religijnej związanej z islamem. Do tego zawirowania finansowe. Takie niepewne czasy wymagają znakomitych polityków.

Czyli żaden z kandydatów sobie z tym nie poradzi?

Nie sądzę. Do wyboru mamy bramkarza bez matury i blondynkę z doktoratem ale bez doświadczenia. Pan Jarubas wyróżnia się tylko swoją siwą grzywką i zna trzy słowa po węgiersku. Kandydat Duda, który przypomina mi Miedwiediewa, jako odbicie Putina, ewidentnie człowiek pacynka kierowany przez Jarosława, mający twarz jakby rozwiązywał krzyżówkę dla dziewięciolatków. No i zastany prezydent Bronisław Komorowski, który wydaje się być chyba najlepszym kandydatem. Choć jest postacią, która cały czas kojarzy nam się z osobą, która wiecznie zasypia na zebraniach i która chętniej poszłaby polować na króliki do lasu niż do swojego gabinetu. To jest dramat.

A co robi w tym towarzystwie pana kolega po fachu Paweł Kukiz?

Mój dawny kolega postanowił zostać politykiem. Bywali tacy ludzie którzy najpierw byli artystami, a potem zostali politykami, jak choćby Ronald Regan, który grał w westernach a później został prezydentem USA, czy wokalista australijskiego zespołu Midnight Oil, który piastował stanowisko ministra ochrony środowiska. Artyści miewają epizody polityczne. To są ludzie, który wiedzą jak występować na scenie. Jak trzymać mikrofon. Prezentować się publicznie. Dlatego doświadczenie estradowe pomaga Pawłowi robić karierę polityczną. Za to program, który ogłosił jest dość populistyczny i demagogiczny, z którym się nie do końca zgadzam. Jako artysta widocznie osiągnął już wszystko i szuka nowych podniet. Bawi się w rewolucjonistę. Dobrodziejstwem demokracji jest natomiast to, że każdy może startować na prezydenta.

Władza w pewnym momencie jednak doceniła pana dotychczasową działalność. Prezydent Komorowski odznaczył pana za nią Krzyżem Wolności i Solidarności.

Ten medal otrzymało do tej pory około 1000 osób zaangażowanych w działalność opozycyjną w czasach PRL. To tylko symboliczne podziękowanie w imieniu wolnej Polski dla tych którzy walczyli z systemem komunistycznym. Za głoszenie poglądów przeciwnych ówczesnej władzy można było być zatrzymanym, aresztowanym, ściganym przez służby bezpieczeństwa, pałowanym przez Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej, a także wyrzuconym z pracy czy z uczelni.

Właśnie o tamtych czasach pisze pan w swojej najnowszej książce „Komisariat naszym domem. Pomarańczowa historia”.

To jest książka wspominkowa wydana w formie albumu. Zawiera dokumenty z tamtych czasów, donosy, meldunki służb bezpieczeństwa czy unikalne zdjęcia. Są też opisy happeningów, które wtedy organizowałem. Oczywiście nie ograniczam się tylko do opisywania kolejnych akcji , kiedy to przebieraliśmy się za krasnoludki i biegaliśmy po ulicach czy wchodziliśmy w żółtych kalesonach na kioski ruchu i rzucaliśmy w milicjantów cukierkami. Dla wszystkich, którzy interesują się czasami PRL-u, opis ówczesnych obyczajów może być interesujący. Z książki można się dowiedzieć jak wyglądało życie studenckie czy koncerty. W jaki sposób zdobywało się alkohol, bo przecież nie było sklepów 24h, więc alkohol nabywało się w tzw. prywatnych nielegalnych sklepach, czyli melinach, prowadzonych przez przedsiębiorcze babcie. A tytuł książki jest okrzykiem z jednego z happeningów.

Kiedy się patrzy na dzisiejszą ulicę, można odnieść wrażenie, że taki happening obecnie mógłby zakończyć się jedną wielką bijatyką.

Bijatyką może nie, choć bywają one u nas często. Pomarańczowa Alternatywa była organizacją, która wyznawała zasadę „non violence”, czyli bez przemocy. Stosowaliśmy bierny opór. Nikt nie bił się z milicją. Choć miałem swój heroiczny epizod, kiedy rzucałem kamieniami w zomowców w czasie stanu wojennego. Wtedy byliśmy czynnie zaangażowani w walkę z systemem, chcąc nawet podpalać komitety. Jednak zdaliśmy sobie sprawę, że rzucanie kamieniami nie rozwiązuje żadnego problemu, a siła ognia leży po stronie władzy. Pomarańczowa Alternatywa była ruchem, który metodami pokojowymi zwalczał system i absurd w którym żyliśmy.

Dałoby się dzisiaj zorganizować happening, by miał taką samą moc odbioru jak w latach 80-tych?

Teraz happeningi Pomarańczowej Alternatywy najprawdopodobniej spotkałyby się z obojętnością. Kiedy były organizowane zupełnie inaczej wyglądała ulica. Była beznadziejnie szara. Dzisiaj raczej potraktowano by nas jako akcję reklamową jakiejś pizzerii lub sieci telefonii komórkowej.

Nie da się ukryć, że najbardziej znany jest pan z działalności Big Cyca. Ostatnią waszą propozycją była płyta urodzinowa. Co teraz dzieje się w kapeli? Jakie macie plany?

To była klasyczna składanka zawierająca najlepsze i najbardziej znane utwory, plus premierowa piosenka „Słoiki”, która dość mocno namieszała i zaowocowała nawet serialem telewizyjnym w Polsacie. Natomiast teraz zebrało nam się trochę nowego materiału i nagraliśmy płytę „Jesteśmy najlepsi”, która będzie miała swoją premierę w maju. Zawiera piosenki mocno rozrywkowe, ale także refleksyjne i ostre politycznie. Szczególnie polecam „Gender song” czy „Zegarek Putina”, którą napisałem kiedy dowiedziałem się, że Putin nosi zegarek wart 300 tys. dolarów a Obama tylko 300 dolarów.

Jak pan świętuje Wielkanoc? Gdzie spędzi pan święta?

To święta idealnie pasujące do Skiby, choćby z tego względu, że moja głowa coraz bardziej przypomina wielkanocne jajo, a moje życie kolorową pisankę. Wielkanoc spędzę w Mediolanie. Od lat mamy taki sposób spędzania świąt, że wyruszamy do różnych ciekawych miast europejskich i intensywnie je zwiedzamy. Jeden dzień świąteczny spędzamy w Polsce, ale na drugi wyruszamy już w podróż, żeby uniknąć tego siedzenia przed telewizorem i obżarstwa. Przede wszystkim jest to czas, który mogę poświęcić rodzinie, bo na co dzień ciągle jestem w trasach, rozjazdach i ojcem takim trochę „dochodzącym”. Oczywiście odbywa się malowanie pisanek, pieczenie mazurka, bo sprawia nam to frajdę. Zwykle w kuchni przydziela mi się podrzędne role kucharskie. Jestem jakimś wielkim krojczym albo mieszam ciasto. Między garnkami, a piekarnikiem nie mam ambicji być liderem.

Close Menu