Łosoś odpływa…

Udostępnij na:
Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Miałem 10 lat gdy w klatce obok mojej, powstała „Restauracja Pod Łososiem”. Wcześniej mieścił się tu Cezas czyli Centrala Zaopatrzenia Szkół. Pamiętam jeszcze jak pod Cezas podjeżdżały stare nyski i żuki i pakowano do nich tablice szkolne albo sztuczne kościotrupy do gabinetów biologicznych. Największe wrażenie robiły na mnie globusy. Taki globus w PRLu to było coś! Kręcąc globusem można było odbywać fantastyczne wycieczki po całym świecie.

Ulica Szeroka w Gdańsku. To miejsce mojego dzieciństwa. Nie tak malownicza jak Mariacka i nie tak słynna jak Długa i Długi Targ. Zaczyna się pomnikiem Jana III Sobieskiego na Targu Drzewnym, a kończy Żurawiem (średniowieczny portowy dźwig) przy Długim Pobrzeżu. Przed wojną nazywała się Breitgasse. Opisał ją Gunter Grass w słynnym „Blaszanym Bębenku”. Bohaterowie książki mieli stąd blisko do Poczty Polskiej na Osieku. W dawnych czasach przy ulicy Szerokiej był teatr Żydowski i synagoga. W latach trzydziestych zamknęli je z przytupem wojskowym naziści.

Powstała w 1976 roku „Restauracja Pod Łososiem przy ulicy Szerokiej nr 52 nawiązywała tradycją do założonej w 1598 roku przez holenderskiego menonitę gorzelnika Ambrożego Vermollena gospody o nazwie „Der Lachs” (łosoś). Łosoś był w dawnym Gdańsku uważany za symbol szczęścia i dobrobytu. Potomkowie Vermollena prowadzili gospodę aż do 1945 roku. Gorzelnik Vermollen był twórcą słynnej goldwasser zwanej „gdańską wódką”. To korzenna, słodka wódka przypominająca bardziej likier niż wódkę, która zrobiła światowa karierę. Być może dlatego, że w każdej butelce glodwasser pływają płatki 22 karatowego złota?

Jako dzieciak próbowałem odzyskać złoto z wódki językiem. Nie dało się. Płatki były zbyt cienkie, ale trzeba przyznać, że bajecznie wyglądały tańcząc wesoło w butelce. Powstała za Gierka „Restauracja pod Łososiem” to była najbardziej elegancka i wytworna restauracja w Gdańsku. W latach 80. stołowali się tu głównie turyści z Niemiec, dla których nasze wysokie ceny były śmiesznie niskie. Bywały tu często oficjalne delegacje zagraniczne, a limuzyny które parkowały pod restauracją miały dyplomatyczne numery i stali przy nich ochroniarze. Jak przywieźli tu kiedyś ambasadora ZSRR, to pamiętam, że pół ulicy było obstawione tajniakami w garniturach.

W czasach PRLu nie było nas stać żeby wpaść do „Łososia”, a poza tym to byłoby jak chodzenie do sąsiadów na obiad. W „Łososiu” byłem na kolacji tylko dwa razy i za każdym razem na szczęście płacił ktoś inny. Raz biznesmen Krzysztof Pusz (mieliśmy jakąś naradę w starym gdańskim gronie), a drugim razem rachunek zapłacili chłopaki z PZPN (w 2012 byłem „przyjacielem” mistrzostw Euro).

Moja mama też nie chodziła do „Łososia”, ale znała dobrze właściciela pana Mieczysława Robakowskiego. Mieszkańcy kamienic przy ulicy Szerokiej nie lubili „Łososia” i twierdzili, że restauracja zakłóca im sygnał telewizyjno radiowy oraz dostarcza nie zawsze miłych zapachów. Na zebraniach mieszkańców tylko mama broniła restauracji twierdząc, że zarzuty to bzdury nudzących się emerytów, a restauracja to przecież „wizytówka Gdańska”.

W czasach PRLu bycie kelnerem w „Łososiu” to musiała być niezła fucha. Mój ojciec marynarz sprzedawał na lewo dolary jednemu z nich, który po latach sam założył restaurację – słynną pizzerię La Pasta.

Niestety „Łosoś” nie wytrzymał konkurencji eleganckich restauracji i knajp, które powstały w ostatnich latach przy ulicy Szerokiej, takich jak japońska Mito Sushi czy hiszpańska Patio Espańol. Po 45 latach ten znany lokal znika z przestrzeni miasta. Trochę szkoda, bo to jednak stara, gdańska legenda i mennonickie przysmaki. Dawno temu w Lalamido śpiewaliśmy sobie „Wszystko się kończy i wszystko przemija w dupę ugryzła ślimaka żmija”.

Close Menu