Recenzja – Załoga

Udostępnij na:

Trafiłem już jako hasło do krzyżówek i pisemek dla szaradzistów, jako pytanie w teleturnieju „Jeden z dziesięciu” i „Jaka to melodia”, a razem z Big Cycem jako zagadka w popularnym show „Milionerzy”. Byłem zadaniem na maturze w teście z „Wiedzy o społeczeństwie”. Wisiałem na billbordach w całej Polsce i na etykiecie oranżady. W czasach PRL umieszczono mnie w dokumentach Służby Bezpieczeństwa, a w wolnej Polsce w archiwach IPN. Jestem hasłem w kilku encyklopediach i w Wikipedii oraz kolorową plamą na rockowych T-shirtach. Ale dopiero teraz poczułem dreszczyk emocji. Po raz pierwszy znalazłem się w powieści kryminalnej.

„Załoga” Grzegorza Kalinowskiego to jego najnowsza powieść z komisarzem Arturem Koniecznym, dziennikarką Joanną Becker i jej szalonym pomocnikiem Michałem Misiewiczem. Poprzedni kryminał z tymi bohaterami był osadzony w światku dziennikarzy i sportowców (powieść „Oczko”). W „Załodze” kręcimy się w światku muzyków rockowych, dziennikarzy i… japońskich restauratorów. Autor w sposób fantastyczny przeplata czasy eksplozji polskiego rocka lat 80 i współczesne. Kogóż tu nie ma? Robert Brylewski, Dezerter, Kult, T. Love, Farben Lehre, Deadlock, Sedes, Big Cyc i wielu innych. Autor wykazuje się fantastyczną wiedzą o stanie wojennym, polskiej scenie rockowej, i wiernie oddaje klimat zatomizowanego społeczeństwa w epoce generała Jaruzelskiego. Do tego nad wszystkim unosi się zagadka kryminalna i tajemnicza śmierć lidera fikcyjnego zespołu „Załoga” oraz współczesne paranoje polityczne.

To chyba pierwszy polski kryminał, którego akcja dzieje się w świecie muzyków rockowych. Jak zwykle u Kalinowskiego znajdziemy galerię fantastycznych postaci i charakterów. Od byłych esbeków, kolorowych ptaków świata rocka, czy rządnych sensacji dziennikarzy, po mocno nawiedzoną panią polityk, która skrywa mroczne tajemnice. Nie jest to klasyczny kryminał, który wciąga czytelnika w zawiłą akcję, a raczej hołd oddany lubianej przez autora muzyce i zabawny opis współczesnej Polski.

Na plus trzeba zaliczyć brak opisów kulinarnych czyli co, kto i gdzie zjadł i jak to było przyrządzone oraz jak smakowało. Ten swoisty gessleryzm literacki był zmorą serii powieści Kalinowskiego dziejących się w przedwojennej Warszawie (np. „Śledztwo ostatniej szansy”). Na usprawiedliwienie dodajmy, że w powieściach Marka Krajewskiego znajdziemy podobne kulinarne zauroczenia, więc jest to chyba jakaś szersza fascynacja polskich autorów gęsim pipkiem i wódką Baczewski.

Zobacz podobne felietony:
Przewiń do góry

ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA!

Bądź na bieżąco ze wszystkimi spotkaniami ze Skibą oraz wszystkimi ważnymi nowinkami.