Trzy dekady rockowej szydery.

Udostępnij na:
Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Dziennik Bałtycki. Kwiecień 2018.

Z Krzysztofem Skibą, liderem Big Cyca, rozmawia Ryszarda Wojciechowska.

Zastanawiam się, jak Big Cycowi udało się przetrwać trzydzieści lat na scenie?

Dla nas to też zagadka. Przynajmniej zadajemy kłam stwierdzeniu, że Polacy się tylko kłócą.

Chociaż tam gdzie są artystyczne indywidualności, musi buzować.

Jeśli zespoły rozpadają się, to w dużej mierze przez ambicje. Bo ktoś chce rządzić, zapominając, że zespół to nie tylko on, a cały organizm, na który wszyscy w grupie pracują. Poza tym bieda trzyma w kupie. Trudniej przeżyć sukces.

Wam się udało.

Bo dotarliśmy się dość szybko. Poza tym każdy z nas pochodzi z innego miasta. I po koncertach wylewnie się żegnamy i odpoczywamy od siebie. Mieliśmy też kłótnie i zatargi, ale przetrwaliśmy. Każdy z nas posiada wewnętrzną instrukcję obsługi, której pozostali musieli się nauczyć.

Co to znaczy?

Wiemy, czym się nawzajem nie drażnić. Nie jesteśmy zespołem wodzowskim, w którym lider decyduje, co gramy i jak gramy, a reszta musi słuchać jak w wojsku.

Jak na Big Cyca przystało, zaczęliście dokładnie 30 lat temu od… turnieju biustów.

Byliśmy pionierami PR, chociaż jeszcze nie wiedzieliśmy, że to się tak nazywa. I nasz pierwszy koncert był raczej happeningiem. Gdybyśmy wtedy rozwiesili zaproszenia z informacją, że zespół Big Cyc zaprasza na swój pierwszy, debiutancki koncert, to przyszliby tylko znajomi i może paru przypadkowych gości. Wymyśliliśmy, że zorganizujemy koncert pod przykrywką turnieju biustów. Przeczytałem, że mija właśnie 75 rocznica wynalezienia biustonosza. Zaprosiliśmy więc na uroczystą akademię – które w PRL-u były na porządku dziennym – z okazji wynalezienia biustonosza. Akademia miała też w programie odsłonięcie pomnika wynalazcy stanika. To oczywiście była z naszej strony szydera. Chociaż sam pomnik, gipsowy, został na scenie odsłonięty.

Taka zapowiedź musiała chwycić.

Przyjechało ponad czterdziestu dziennikarzy, którzy spodziewali się obyczajowej sensacji. Wśród nich Monika Olejnik i Beata Michniewicz z radiowej Trójki. Na miejscu przekonały się, że zamiast pokazów topless jest punkowy koncert. Większość dziennikarzy po dwóch piosenkach w popłochu uciekła. Ale Monika Olejnik została do końca i zrobiła reportaż z tego naszego happeningu.

Gdzie był ten koncert?

W studenckim klubie Balbina w Łodzi. Przyszły dzikie tłumy. Dym zrobił się niesamowity. Zaczęli dzwonić z innych klubów, że też nas chcą. A kiedy pojawiły się propozycje występów na Juwenaliach, powiedziałem: – panowie, potrzebujemy więcej piosenek. I tak się zaczęło. Wszystko potoczyło się niemal błyskawicznie. W radiowej „Trójce” u Marka Niedźwieckiego, którego słuchała cała Polska, piosenki: Berlin Zachodni i Piosenka góralska doszły do pierwszego miejsca. A być w pierwszej trójce u Niedźwiedzia to było coś. Nikt nie wiedział, jak wyglądamy, ale wszyscy już o nas usłyszeli.

Okładki płyt Big Cyca, już od pierwszej, też wzbudzały sensację, wywoływały skandale.

Na pierwszej był Lenin z irokezem. Już wtedy wiedzieliśmy, że naszym znakiem rozpoznawczym będzie rockowa satyra. I ta okładka miała być prowokacją, taką płachtą na byka. Bo co prawda był już początek III RP, ale dekoracje PRL nadal wisiały, a w społeczeństwie siedział jeszcze homo sovieticus. Polskie Nagrania namawiały nas do zmiany okładki. Ale w końcu ulegli i wydali płytę z Leninem punkowym i opatrzyli hasłem pomarańczowa muza. Ocenzurowali jednak trochę nasz absolutny pure nonsens. Bo na okładce zamieściliśmy jeszcze informacje, że płytę nagrano w bunkrze generała Jaruzelskiego, a realizatorem nagrań był generał Kiszczak. Te napisy zamazano.

Z jednej strony Lenin, a z drugiej już rok później płyta „Nie wierzcie elektrykom” z Lechem Wałęsą na okładce. I znowu skandalik i rockowa satyra.

W tym czasie Lech Wałęsa w prezydenckich wyborach otrzymał dziesięć milionów głosów. A my nie dość, że bohaterem okładki płyty robimy urzędującego prezydenta, to jeszcze zamiast znaczka z Matki Boską, wpinamy mu w klapę króliczka playboya. Po raz kolejny z Polskimi Nagraniami zaczęły się przetargi. Zostawcie sobie tytuł ale bez Lecha Wałęsy na okładce, albo dajcie Lecha Wałęsę z innym tytułem – słyszeliśmy. Walczyliśmy i wywalczyliśmy, że zostało jedno i drugie. Dzisiaj niektórzy mają do nas pretensję o to, że Big Cyc nabija się z PiS. Zapominając, że my nie oszczędzaliśmy żadnej władzy.

„Rudy się żeni”, też śpiewaliście

Ale to nie było o Donaldzie Tusku (śmiech). To już nadinterpretacja. Co ciekawe, ta piosenka zawędrowała pod weselne strzechy. I przytulają ją wszystkie kapele, zmieniając tylko imię pana młodego na… Krzysiek się żeni, Mietek się żeni itd. To piosenka tak znana jak „Płonie ognisko w lesie”. Wielu wykonawców marzy o takim evergreenie, który wszyscy znają. Ale mówiąc o Platformie pamiętam zabawną historię, związaną z płytą „Szambo i perfumeria” z 2009 roku. Zaproponowaliśmy Pawłowi Kukizowi nagranie piosenki tytułowej, w której pada hasło „platfusy” o Platformie. Paweł był wtedy bardzo platformerski. Jeździł na wiece PO, agitował. Dziwiłem się, że muzyk tak mocno wchodzi w politykę. Owszem, mamy prawo do swoich poglądów, ale żeby sobie od razu przyklejać legitymację partyjną do czoła? Przecież człowiek przestaje być wtedy wolny. I rzeczywiście, Paweł nam odpowiedział, że nie może tej piosenki zaśpiewać, bo tam występuje słowo „platfusy” i Donald Tusk oraz Grzegorz Schetyna mogą się obrazić na niego. Daliśmy mu inną, neutralną piosenkę, bo to była płyta, nagrywana z naszymi gośćmi. A po latach okazało się, że Paweł, który w trosce o wizerunek Platformy odmówił zaśpiewania piosenki, po kilku latach zrobił taką polityczną woltę.

Big Cyc jest konsekwentny w uprawianiu tej, jak mówisz, rockowej szydery.

Większość naszych wykonawców śpiewa głównie o cierpieniu. Jak śpiewa facet to skarży się, że opuściła go kobieta. Jak kobieta to o tym, że facet zranił jej duszę. Sporo piosenek jest w takim płaczliwym, sentymentalnym klimacie. Albo patetyczno-narodowym jak w przypadku Kaczmarskiego czy Kazika, który śpiewa o Bogu i Polsce. A my na te wszystkie tematy nałożyliśmy żartobliwy filtr. Owszem polityka się pojawia, ale w naszych piosenkach nie ma nienawiści. Jest kpina, sarkazm jak w piosence o Aleksandrze Kwaśniewskim, która nazywa się „Gierek forever” mniej więcej z takim tekstem: Kwas jest żrący i wypali nawet bardzo tęgi mózg”. Powstała po tym jak Aleksander Kwaśniewski został prezydentem. Dla nas to był pewien szok, że ledwie parę lat temu obalono komunę, a już mamy trochę w innej formie jej recydywę.

„Makumba”, „Facet to świnia” to też wielkie przeboje lat 90. Mieliście wtedy prawdziwie gwiazdorski czas.

Internauci zwrócili nam uwagę, że niektóre nasze piosenki, mimo upływu lat są nadal aktualne. Jedna szczególnie nabrała aktualności po 25 latach. To „Wojna plemników”. Płyta pod tym tytułem została zresztą uznana przez naszych fanów za jedną z najlepszych, najostrzejszych naszych płyt. Tam nie przejmowaliśmy się żadną cenzurą.

Ale zadyma była i to znowu z powodu okładki.

Autorem zadymy był nie żyjący już polityk ZCHN Ryszard Bender. Otóż w trakcie przesłuchań na żywo Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która przydzielała koncesje radiowo-telewizyjne pokazał plakat tej płyty, wskazując na widniejącą na okładce zakonnicę suszącą prezerwatywy i na logo RMF FM. To był zdaniem senatora argument za tym, żeby to radio, którego logo widniało na plakacie, nie otrzymało koncesji. Ku jego zaskoczeniu rozgłośnia koncesję, na szczęście, dostała. Tłumaczyłem, że to nie jest zakonnica tylko pielęgniarka z czasów I wojny światowej. Ale senator nie wierzył.

Były też „Moherowe berety”.

Nagraliśmy te płytę za czasów pierwszego PiS, w 2006 roku. Piosenki tytułowej nie można było posłuchać we wszystkich, większych stacjach radiowych. Zablokowano jej odtwarzanie.

Poseł Tadeusz Cymański domagał się nawet zmiany tekstu piosenki i przepraszał za nią ojca Tadeusza Rydzyka.

Tłumaczył, że refren może być ale, że tym moherem obraziliśmy starsze panie. A przecież moherowy beret to określenie nakrycia głowy. Moher jest zresztą szlachetną dzianiną. Zwykle są berety z włóczki. My tylko nawiązaliśmy dowcipnie do oddziałów wojskowych. Bo te panie zachowywały się podobnie bojowo jak niebieskie czy czerwone berety.

Trudno nie wspomnieć o ostatniej z 2016 roku płycie „Czarne słońce narodu” z Jarosławem na okładce, w środku z krzyżówką antyrządową.

PiS pozwoliło nam przypomnieć sobie młodość. Dzisiaj znowu jesteśmy młodzi, tylko zamiast Pomarańczowej Alternatywy nakręcamy Żółtą Alternatywę, która walczy o uwolnienie gumowej kaczki, aresztowanej niedawno w Legnicy przez policję. Historia zatoczyła koło. Hitem tej płyty jest „Antoni wzywa do broni”. I jak wynika z ostatniej konferencji pana Antoniego, nasza piosenka przepowiedziała prawdę o tym bajkopisarzu sekty smoleńskiej, który zmarnował publiczne pieniądze na próbie udowodnienia, że koło jest kwadratem. Ale znowu staramy się patrzeć na rzeczywistość satyrycznie, bo to jest w naszym charakterze. Ale nie patrzymy złośliwie tylko na polityków. Jest wiele naszych hitów o innej, neutralnej tematyce. Piosenki takie jak Dres, Bo z dziewczynami czy Świat według Kiepskich mają miliony wyświetleń na You Tube. Wiem, Sławomir ma więcej, ale trudno konkurować z piosenkami typu usia siusia.

Nie zazdrościsz popularności Sławomirowi?

Sławomir na rynku jest od ilu, dwóch, trzech lat? A my jesteśmy od 30 lat. I zobaczymy gdzie będzie Sławomir za 30 lat. Czy ludzie będą chcieli oglądać łysego pana z wąsami w złotej marynarce? To jest pytanie. Chłopak świetnie się bawi konwencją i ja mu życzę jak najlepiej. A Big Cyc jest jak dobre wino. Cały czas jesteśmy w obiegu. Chociaż znowu wymiotło nas z radia i telewizji, bo PiS nas przyblokował. Jakby zapomniał, że Polacy to przekorny naród i im bardziej będziemy sekowani, tym lepiej dla naszej popularności. Myślę, że zamknięcie Skiby mogłoby spowodować wzrost zainteresowania naszymi płytami.

Zwłaszcza, że już za Big Cyca raz cię zwinięto, w PRL.

To był czerwiec 1988 roku. Pamiętam ten koncert, na którym opowiedziałem kilka dowcipów o Milicji Obywatelskiej, bo organizator powiedział nam, że jest Hyde Park i można mówić, co się chce. Potraktowałem to zupełnie serio i zażartowałem, że z łódzkiej tuczarni uciekło kilka świń. I świnie kierując się instynktem, podążyły w kierunku ulicy Lutomierskiej. A tam, jak wiedzieli mieszkańcy, mieściła się siedziba SB i milicji. SB uznało to za przegięcie. Akustyk został aresztowany, wyłączono nam prąd. Zespół musiał zejść ze sceny. Mnie też zwinęła milicja, wsadziła do radiowozu, fundując po drodze bezpłatny masaż pleców. Zostałem wypuszczony po kilku godzinach.

Big Cyc ma w swoim dorobku także parodie polskich wykonawców m.in. zespołu De Mono czy Jerzego Połomskiego albo Krzysztofa Krawczyka.

Nawet Republikę sparodiowaliśmy, chociaż to był bardzo ceniony zespół i na piedestale. Oni śpiewali „Nowe sytuacje”, a my napisaliśmy sobie „Nowe kombinacje”. Ci muzycy, którzy nie mieli poczucia humoru od razu się obrażali. Shazza poszła jeszcze dalej i chciała nam wytoczyć proces. Ale świętej pamięci Grzegorz Ciechowski to nie był taki brat łata, ale jak każdy inteligentny człowiek miał poczucie humoru. I nie dość, że się nie obraził, to jeszcze zaprosił nas do programu telewizyjnego, w którym był bohaterem. Powiedział mi potem: -Skiba, to naprawdę fajna parodia, więc czemu nie miałbym was zaprosić. Ja byłem więc przebrany za Grzesia Ciechowskiego.

Uderzające podobieństwo…

Wtedy byłem szczuplejszy i ufarbowany na blondyna.

Przygód koncertowych było pewnie dużo.

Kiedyś zapomnieliśmy jednego muzyka. I dopiero tuż przed wyjściem na scenę okazało się, że go nie ma. Na szczęście ktoś szybko od nas podjechał i po wyważeniu drzwi go obudził.
Organizatorzy koncertów lubią Big Cyca. I często chcą nas przesadnie ugościć, na przykład alkoholem. Pamiętam burmistrza pewnego miasteczka na Dolnym Śląsku, który tak się z nami zaprzyjaźnił, że po koncercie poszedł z nami do hotelowej restauracji, mówiąc, że on stawia. My mamy już rockandrollową zaprawę. Ale burmistrz jej nie miał. Wyniesiono go. Rano podczas śniadania, do restauracji hotelowej wpadły dziewczyny z magistratu z pytaniem, czy ktoś znalazł klucze do urzędu, burmistrz je zgubił. A on jako jedyny miał te klucze i pracownicy nie mogą wejść. Na szczęście klucze się znalazły.

Kiedy nowa płyta się pojawi?

W tym roku, w październiku, wydamy płytę urodzinową.
Będzie to podsumowanie naszej twórczości. I do udziału zaprosiliśmy wielu artystów, m.in. zespoły: Enej, De Mono, Wideo, Wilki, Sztywny Pal Azji, Kobranocka, Feel ale też Kayah czy mega popularnego wśród młodzieży artystę Jelonka oraz metalowy zespół Nocny kochanek. Oni zaśpiewają na tej płycie nasze piosenki ale po swojemu.
To będzie płyta dla fanów, którzy znając nas, będą mieli frajdę, słuchając tych piosenek niejako na nowo.

Close Menu