Zabawa w Indian

Udostępnij na:
Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Mało kto wie, że minister obrony narodowej Antoni Macierewicz jest specjalistą nie tylko od analizy mgły smoleńskiej, czy nocnych włamań do biur NATO w Warszawie, ale zna się także bardzo dobrze na historii plemion indiańskich Ameryki Południowej. W młodości, gdy był wykładowcą w Katedrze Iberystyki Uniwersytetu Warszawskiego, nauczył się nawet języka Indian Keczua. Jest to prawdopodobnie jedyny minister w Europie, który posługuje się językiem dawnego imperium Inków.

Kilka słów z języka Indian Keczua przyjęło się w języku polskim np. lama, puma, kondor czy guano. Szczególnie to ostatnie słowo minister dobrze przyswoił w swoim stylu działania. Fascynacja Indianami z Argentyny, Ekwadoru, Kolumbii czy Peru, to nie jedyne pasje ministra rządu PiS. Antoni był w młodości apologetą takich osób jak legendarny Che Guevara komunistyczny rewolucjonista, który na Kubie podbitej przez Fidela Castro założył pierwsze obozy koncentracyjne. Nie krył swej fascynacji peruwiańską organizacją terrorystyczną Świetlisty Szlak, która chciała w Peru obalić rząd i wprowadzić system maoistowski. Organizacja ta miała świetnie działające struktury i wyszkolonych partyzantów, znana była z fanatyzmu i mordowania chłopów, których chciała wyzwolić.

Oczywiście każdy wrażliwy i romantyczny osobnik, w młodości popełniał głupstwa i wierzył w bajki o dobrym świecie głoszone przez obłąkanych szarlatanów. Wielu z nas bawiło się na podwórku w krwawych piratów czy czterech pancernych. Trudno byłoby podejrzewać, że dziś pan minister podziela swe dawne pasje i zainteresowania z czasów studenckich. Jednak obserwując przenikliwe, gorące spojrzenia ministra, ten bliski fanatyzmu żar w jego oczach, mam wrażenie, że on dalej bawi się w Indian. Tylko tym razem do tej zabawy zaprosił całą Polskę. Czas robić sobie pióropusze z gęsich piór, a klucze francuskie zamieniać na tomahawki. Mało kto wie, że minister obrony narodowej Antoni Macierewicz jest specjalistą nie tylko od analizy mgły smoleńskiej, czy nocnych włamań do biur NATO w Warszawie, ale zna się także bardzo dobrze na historii plemion indiańskich Ameryki Południowej. W młodości, gdy był wykładowcą w Katedrze Iberystyki Uniwersytetu Warszawskiego, nauczył się nawet języka Indian Keczua. Jest to prawdopodobnie jedyny minister w Europie, który posługuje się językiem dawnego imperium Inków.

Kilka słów z języka Indian Keczua przyjęło się w języku polskim np. lama, puma, kondor czy guano. Szczególnie to ostatnie słowo minister dobrze przyswoił w swoim stylu działania. Fascynacja Indianami z Argentyny, Ekwadoru, Kolumbii czy Peru, to nie jedyne pasje ministra rządu PiS. Antoni był w młodości apologetą takich osób jak legendarny Che Guevara komunistyczny rewolucjonista, który na Kubie podbitej przez Fidela Castro założył pierwsze obozy koncentracyjne. Nie krył swej fascynacji peruwiańską organizacją terrorystyczną Świetlisty Szlak, która chciała w Peru obalić rząd i wprowadzić system maoistowski. Organizacja ta miała świetnie działające struktury i wyszkolonych partyzantów, znana była z fanatyzmu i mordowania chłopów, których chciała wyzwolić.

Oczywiście każdy wrażliwy i romantyczny osobnik, w młodości popełniał głupstwa i wierzył w bajki o dobrym świecie głoszone przez obłąkanych szarlatanów. Wielu z nas bawiło się na podwórku w krwawych piratów czy czterech pancernych. Trudno byłoby podejrzewać, że dziś pan minister podziela swe dawne pasje i zainteresowania z czasów studenckich. Jednak obserwując przenikliwe, gorące spojrzenia ministra, ten bliski fanatyzmu żar w jego oczach, mam wrażenie, że on dalej bawi się w Indian. Tylko tym razem do tej zabawy zaprosił całą Polskę. Czas robić sobie pióropusze z gęsich piór, a klucze francuskie zamieniać na tomahawki. Mało kto wie, że minister obrony narodowej Antoni Macierewicz jest specjalistą nie tylko od analizy mgły smoleńskiej, czy nocnych włamań do biur NATO w Warszawie, ale zna się także bardzo dobrze na historii plemion indiańskich Ameryki Południowej. W młodości, gdy był wykładowcą w Katedrze Iberystyki Uniwersytetu Warszawskiego, nauczył się nawet języka Indian Keczua. Jest to prawdopodobnie jedyny minister w Europie, który posługuje się językiem dawnego imperium Inków.

Kilka słów z języka Indian Keczua przyjęło się w języku polskim np. lama, puma, kondor czy guano. Szczególnie to ostatnie słowo minister dobrze przyswoił w swoim stylu działania. Fascynacja Indianami z Argentyny, Ekwadoru, Kolumbii czy Peru, to nie jedyne pasje ministra rządu PiS. Antoni był w młodości apologetą takich osób jak legendarny Che Guevara komunistyczny rewolucjonista, który na Kubie podbitej przez Fidela Castro założył pierwsze obozy koncentracyjne. Nie krył swej fascynacji peruwiańską organizacją terrorystyczną Świetlisty Szlak, która chciała w Peru obalić rząd i wprowadzić system maoistowski. Organizacja ta miała świetnie działające struktury i wyszkolonych partyzantów, znana była z fanatyzmu i mordowania chłopów, których chciała wyzwolić.

Oczywiście każdy wrażliwy i romantyczny osobnik, w młodości popełniał głupstwa i wierzył w bajki o dobrym świecie głoszone przez obłąkanych szarlatanów. Wielu z nas bawiło się na podwórku w krwawych piratów czy czterech pancernych. Trudno byłoby podejrzewać, że dziś pan minister podziela swe dawne pasje i zainteresowania z czasów studenckich. Jednak obserwując przenikliwe, gorące spojrzenia ministra, ten bliski fanatyzmu żar w jego oczach, mam wrażenie, że on dalej bawi się w Indian. Tylko tym razem do tej zabawy zaprosił całą Polskę. Czas robić sobie pióropusze z gęsich piór, a klucze francuskie zamieniać na tomahawki.

Sprawy obronności kraju to nie pole do żartów. Nawet największy idiota wie, że nie da sie walczyć ze wszystkimi i na wszystkie fronty. Tymczasem rząd zachowuje się jak gość, który przychodzi do czyjegoś domu, pluje mu do zupy, po czym grzecznie prosi o pożyczkę tysiąca złotych na wakacje i jest zdziwiony, że mu nie dają. Przykłady: rząd deklaruje, że w interesie polskich przedsiębiorców chce ułożyć sobie dobre stosunki gospodarcze z Rosją, po czym ogłasza, że będzie likwidował rosyjskie pomniki w Polsce. Rząd domaga się od Rosji wydania wraku samolotu prezydenckiego (oczywiście to nasz samolot i dawno powinni go oddać) i jednocześnie przez swoich urzędników (np. w IPN) zaleca by nie palić świeczek na grobach rosyjskich żołnierzy (takie pisma wysyłano m.in. w Gdańsku). Nie bronię koszmarnych, betonowych pomników, na których rosyjski sołdat trzyma w ręce granat i karabin, ale na coś trzeba się zdecydować. Albo pomagamy polskim firmom handlować i robić interesy w Rosji, albo wbijamy osinowe kołki w ich pomniki i setki polskich firm zdycha. Człowiek rozumny przemyślałby sprawę i zastanowił się jakie salomonowe rozwiązanie tu znaleźć. Może pomniki trzeba było demontować po cichu? pod pretekstem renowacji? a nie tak ostentacyjnie i z hukiem, który tylko narobił nam kłopotów. Ale ten rząd, nie może inaczej i przy każdej głupkowatej decyzji trzęsie się z emocji jak nastolatka na pierwszej randce.

Minister Macierewicz deklaruje, że chcemy amerykańskich baz w Polsce, a jednocześnie obraża Amerykanów, że nie będą nas pouczać w sprawach demokracji. Ludzie z kręgu Antoniego tak się zapędzili, że ogłosili iż Polska, chce być dumnym posiadaczem broni atomowej. Nawet nie wiedzieli, że na taką broń jest potrzebna zgoda NATO, a po za tym trzeba ją sobie kupić. Antoni z guzikiem atomowym, to tak jakby Breivikowi otworzyć celę i wręczyć pistolet.

Mówiąc łagodnie: przekaz generowany przez gabinet Broszki Prezesa jest niespójny, a działania ministra Waszczykowskiego i Macierewicza bardzo amatorskie. To nie jest polityka. To jest zabawa w Indian. Cierpi na tym wizerunek Polski i spada nasza wiarygodność jako partnera w rodzinie krajów europejskich. Skutkuje to wszystko obrazem Polski pod rządami PiS jako kraju nieobliczalnego, w którym duzi chłopcy ze spoconymi rękami dorwali się do ciekawej zabawki jakim jest państwo.

Wymarzoną zabawką Indianina Antoniego od zawsze była armia. Teraz jako minister obrony ma pełne pole do popisu i może bawić się na całego. Oczkiem w głowie ministra jest Obrona Terytorialna kraju, czyli oddziały złożone z amatorów, którzy w weekendy udają w lesie prawdziwe wojsko. Ciekawe czy ktoś z was chciałby być operowany przez np. weekendowego lekarza? Pan Zdzisio na co dzień jest ślusarzem, ale zawsze marzył o tym, aby być lekarzem i w soboty pracuje jako chirurg. Podobno śrubokręt i skalpel tak na prawdę niewiele się różnią.

Minister już tworzy strukturę, w której oddziały OT będą integralną częścią polskiego systemu obronnego. Zamiast dozbrajać i unowocześniać polską armię, szkolić zawodowców i podwyższać ich poziom bojowy, decyzją Macierewicza potężne pieniądze przeznacza się na zabawę grup pasjonatów, którzy w wolnej chwili robią pompki na łące. Młodzież taką otacza się czułą opieką ideologiczną i pierze jej mózgi wmawiając, że największymi wrogami Polski byli Wałęsa, Geremek, Mazowiecki czy Michnik.

W czasie prawdziwej wojny oddziały takie, będą znaczyły tyle co odchody komara. Posłużą co najwyżej jako mięso armatnie przy rozpoznaniu bojowym. Ale w czasie pokoju mogą się przydać do rozbijania protestów Komitetu Obrony Demokracji. Już wiadomo, że dziarska młodzież z ONR granie się do takich oddziałów. Dostaną mundury i karabiny oraz pancerne kropidła. Macierewicz zapowiada, że pozwoli tym oddziałom na posiadanie broni palnej i ostrej amunicji. W Gdańsku trwa publiczna zbiórka sympatyków OT na zakup broni maszynowej. Skoro oni bawią się za nasze pieniądze w Indian, to ciekawe kto wystąpi roli „bladych twarzy”? Jak nic szykuje się w Polsce mówiąc językiem Indian Keczua „wielkie guano”.

Sprawy obronności kraju to nie pole do żartów. Nawet największy idiota wie, że nie da sie walczyć ze wszystkimi i na wszystkie fronty. Tymczasem rząd zachowuje się jak gość, który przychodzi do czyjegoś domu, pluje mu do zupy, po czym grzecznie prosi o pożyczkę tysiąca złotych na wakacje i jest zdziwiony, że mu nie dają. Przykłady: rząd deklaruje, że w interesie polskich przedsiębiorców chce ułożyć sobie dobre stosunki gospodarcze z Rosją, po czym ogłasza, że będzie likwidował rosyjskie pomniki w Polsce. Rząd domaga się od Rosji wydania wraku samolotu prezydenckiego (oczywiście to nasz samolot i dawno powinni go oddać) i jednocześnie przez swoich urzędników (np. w IPN) zaleca by nie palić świeczek na grobach rosyjskich żołnierzy (takie pisma wysyłano m.in. w Gdańsku). Nie bronię koszmarnych, betonowych pomników, na których rosyjski sołdat trzyma w ręce granat i karabin, ale na coś trzeba się zdecydować. Albo pomagamy polskim firmom handlować i robić interesy w Rosji, albo wbijamy osinowe kołki w ich pomniki i setki polskich firm zdycha. Człowiek rozumny przemyślałby sprawę i zastanowił się jakie salomonowe rozwiązanie tu znaleźć. Może pomniki trzeba było demontować po cichu? pod pretekstem renowacji? a nie tak ostentacyjnie i z hukiem, który tylko narobił nam kłopotów. Ale ten rząd, nie może inaczej i przy każdej głupkowatej decyzji trzęsie się z emocji jak nastolatka na pierwszej randce.

Minister Macierewicz deklaruje, że chcemy amerykańskich baz w Polsce, a jednocześnie obraża Amerykanów, że nie będą nas pouczać w sprawach demokracji. Ludzie z kręgu Antoniego tak się zapędzili, że ogłosili iż Polska, chce być dumnym posiadaczem broni atomowej. Nawet nie wiedzieli, że na taką broń jest potrzebna zgoda NATO, a po za tym trzeba ją sobie kupić. Antoni z guzikiem atomowym, to tak jakby Breivikowi otworzyć celę i wręczyć pistolet.

Mówiąc łagodnie: przekaz generowany przez gabinet Broszki Prezesa jest niespójny, a działania ministra Waszczykowskiego i Macierewicza bardzo amatorskie. To nie jest polityka. To jest zabawa w Indian. Cierpi na tym wizerunek Polski i spada nasza wiarygodność jako partnera w rodzinie krajów europejskich. Skutkuje to wszystko obrazem Polski pod rządami PiS jako kraju nieobliczalnego, w którym duzi chłopcy ze spoconymi rękami dorwali się do ciekawej zabawki jakim jest państwo.

Wymarzoną zabawką Indianina Antoniego od zawsze była armia. Teraz jako minister obrony ma pełne pole do popisu i może bawić się na całego. Oczkiem w głowie ministra jest Obrona Terytorialna kraju, czyli oddziały złożone z amatorów, którzy w weekendy udają w lesie prawdziwe wojsko. Ciekawe czy ktoś z was chciałby być operowany przez np. weekendowego lekarza? Pan Zdzisio na co dzień jest ślusarzem, ale zawsze marzył o tym, aby być lekarzem i w soboty pracuje jako chirurg. Podobno śrubokręt i skalpel tak na prawdę niewiele się różnią.

Minister już tworzy strukturę, w której oddziały OT będą integralną częścią polskiego systemu obronnego. Zamiast dozbrajać i unowocześniać polską armię, szkolić zawodowców i podwyższać ich poziom bojowy, decyzją Macierewicza potężne pieniądze przeznacza się na zabawę grup pasjonatów, którzy w wolnej chwili robią pompki na łące. Młodzież taką otacza się czułą opieką ideologiczną i pierze jej mózgi wmawiając, że największymi wrogami Polski byli Wałęsa, Geremek, Mazowiecki czy Michnik.

W czasie prawdziwej wojny oddziały takie, będą znaczyły tyle co odchody komara. Posłużą co najwyżej jako mięso armatnie przy rozpoznaniu bojowym. Ale w czasie pokoju mogą się przydać do rozbijania protestów Komitetu Obrony Demokracji. Już wiadomo, że dziarska młodzież z ONR granie się do takich oddziałów. Dostaną mundury i karabiny oraz pancerne kropidła. Macierewicz zapowiada, że pozwoli tym oddziałom na posiadanie broni palnej i ostrej amunicji. W Gdańsku trwa publiczna zbiórka sympatyków OT na zakup broni maszynowej. Skoro oni bawią się za nasze pieniądze w Indian, to ciekawe kto wystąpi roli „bladych twarzy”? Jak nic szykuje się w Polsce mówiąc językiem Indian Keczua „wielkie guano”.

Sprawy obronności kraju to nie pole do żartów. Nawet największy idiota wie, że nie da sie walczyć ze wszystkimi i na wszystkie fronty. Tymczasem rząd zachowuje się jak gość, który przychodzi do czyjegoś domu, pluje mu do zupy, po czym grzecznie prosi o pożyczkę tysiąca złotych na wakacje i jest zdziwiony, że mu nie dają. Przykłady: rząd deklaruje, że w interesie polskich przedsiębiorców chce ułożyć sobie dobre stosunki gospodarcze z Rosją, po czym ogłasza, że będzie likwidował rosyjskie pomniki w Polsce. Rząd domaga się od Rosji wydania wraku samolotu prezydenckiego (oczywiście to nasz samolot i dawno powinni go oddać) i jednocześnie przez swoich urzędników (np. w IPN) zaleca by nie palić świeczek na grobach rosyjskich żołnierzy (takie pisma wysyłano m.in. w Gdańsku). Nie bronię koszmarnych, betonowych pomników, na których rosyjski sołdat trzyma w ręce granat i karabin, ale na coś trzeba się zdecydować. Albo pomagamy polskim firmom handlować i robić interesy w Rosji, albo wbijamy osinowe kołki w ich pomniki i setki polskich firm zdycha. Człowiek rozumny przemyślałby sprawę i zastanowił się jakie salomonowe rozwiązanie tu znaleźć. Może pomniki trzeba było demontować po cichu? pod pretekstem renowacji? a nie tak ostentacyjnie i z hukiem, który tylko narobił nam kłopotów. Ale ten rząd, nie może inaczej i przy każdej głupkowatej decyzji trzęsie się z emocji jak nastolatka na pierwszej randce.

Minister Macierewicz deklaruje, że chcemy amerykańskich baz w Polsce, a jednocześnie obraża Amerykanów, że nie będą nas pouczać w sprawach demokracji. Ludzie z kręgu Antoniego tak się zapędzili, że ogłosili iż Polska, chce być dumnym posiadaczem broni atomowej. Nawet nie wiedzieli, że na taką broń jest potrzebna zgoda NATO, a po za tym trzeba ją sobie kupić. Antoni z guzikiem atomowym, to tak jakby Breivikowi otworzyć celę i wręczyć pistolet.

Mówiąc łagodnie: przekaz generowany przez gabinet Broszki Prezesa jest niespójny, a działania ministra Waszczykowskiego i Macierewicza bardzo amatorskie. To nie jest polityka. To jest zabawa w Indian. Cierpi na tym wizerunek Polski i spada nasza wiarygodność jako partnera w rodzinie krajów europejskich. Skutkuje to wszystko obrazem Polski pod rządami PiS jako kraju nieobliczalnego, w którym duzi chłopcy ze spoconymi rękami dorwali się do ciekawej zabawki jakim jest państwo.

Wymarzoną zabawką Indianina Antoniego od zawsze była armia. Teraz jako minister obrony ma pełne pole do popisu i może bawić się na całego. Oczkiem w głowie ministra jest Obrona Terytorialna kraju, czyli oddziały złożone z amatorów, którzy w weekendy udają w lesie prawdziwe wojsko. Ciekawe czy ktoś z was chciałby być operowany przez np. weekendowego lekarza? Pan Zdzisio na co dzień jest ślusarzem, ale zawsze marzył o tym, aby być lekarzem i w soboty pracuje jako chirurg. Podobno śrubokręt i skalpel tak na prawdę niewiele się różnią.

Minister już tworzy strukturę, w której oddziały OT będą integralną częścią polskiego systemu obronnego. Zamiast dozbrajać i unowocześniać polską armię, szkolić zawodowców i podwyższać ich poziom bojowy, decyzją Macierewicza potężne pieniądze przeznacza się na zabawę grup pasjonatów, którzy w wolnej chwili robią pompki na łące. Młodzież taką otacza się czułą opieką ideologiczną i pierze jej mózgi wmawiając, że największymi wrogami Polski byli Wałęsa, Geremek, Mazowiecki czy Michnik.

W czasie prawdziwej wojny oddziały takie, będą znaczyły tyle co odchody komara. Posłużą co najwyżej jako mięso armatnie przy rozpoznaniu bojowym. Ale w czasie pokoju mogą się przydać do rozbijania protestów Komitetu Obrony Demokracji. Już wiadomo, że dziarska młodzież z ONR granie się do takich oddziałów. Dostaną mundury i karabiny oraz pancerne kropidła. Macierewicz zapowiada, że pozwoli tym oddziałom na posiadanie broni palnej i ostrej amunicji. W Gdańsku trwa publiczna zbiórka sympatyków OT na zakup broni maszynowej. Skoro oni bawią się za nasze pieniądze w Indian, to ciekawe kto wystąpi roli „bladych twarzy”? Jak nic szykuje się w Polsce mówiąc językiem Indian Keczua „wielkie guano”.

Close Menu