Zimna wódeczka z JP

Udostępnij na:
Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Zmarł Jerzy Pilch. Jeden z niewielu, którzy potrafili z rozbudowanych i rozciągniętych na kilkaset stron felietonów budować powieści. Bohater słynnego wiersza Marcina Świetlickiego „Nieprzysiadalność”.

Pisarz, który skutecznie i aktywnie promował wielowyznaniowość w Polsce opisując w swych powieściach luterańską rodzinę i społeczność Wisły. Ważnym motywem jego prozy jest ser luterski (ja bym napisał luterański, ale u Pilcha jest luterski więc tak zostawiam). Ser luterski jednym smakował, innym nie. Pilch był człowiekiem o luterskich korzeniach, ale pił jak katolik.

Podobała mi się jego absolutna wewnętrzna wolność. W latach 90. na łamach polskiego wydania amerykańskiego magazynu Hustler (pornograficzne pismo z ambicjami) opublikował artykuł o „dymaniu w sztafecie”. Z artykułu można było się dowiedzieć ciekawych historii. Między innymi o tym jacy wybitni pisarze chwalili „dymanie w sztafecie” i jakie były tego efekty. Obecnością Pilcha w Hustlerze zszokowany był cały konserwatywny Kraków i pół Polski. Zniesmaczony Paweł Huelle napisał nawet potępieńczy felieton.

To był wybryk literacki wolnego autora, ale Pilch pisał też poważniejsze rzeczy i to nie tylko o kobietach, alkoholu czy mieszkańcach Wisły. Także o filozofii i Polsce, w której można kupić kremówki i kabanosy papieskie. Jako felietonista wyśmiał kiedyś chwaloną przez wszystkich powieść Mariusza Wilka „Wilczy notes” i stał się wyrocznią literacką. Gdy pochwalił debiutancką powieść Doroty Masłowskiej cała Polska rzuciła się do księgarń, by kupić coś co napisała nastolatka z bloku w Wejherowie. Dziś żadne recenzje nie mają już takiej mocy i takiego kalibru jak miały teksty Pilcha.

Był moment, że w Warszawie stał się literackim celebrytą i choć nie występował w reklamach garniturów jak Szczepan Twardoch, trzeba przyznać, że celebryta literacki to niesłychanie rzadki w Polsce gatunek. Miał oryginalne poczucie humoru. W jednym z felietonów opisywał swój pierwszy występ w telewizji w jakimś programie kulturalnym. Był tak zestresowany i przerażony, że zapomniał jak się nazywa. Już chciał sie poddać i uciekać, ale właśnie pani z księgowości przyniosła wypłatę.

Mało kto pod polskim niebem tak dowcipnie potrafi napisać o sobie. Nic tylko sami herosi i bohaterzy pewni swych topornych racji. Pożegnajmy dziś Jerzego Pilcha, bo na to zasługuje. Koniecznie po polsku czyli zimną wódeczką w kieliszku.