Cykl „Bliżej Gwiazd” blog Jakuba Rohde. Styczeń 2015

Udostępnij na:
Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Wywiad z Krzysztofem Skibą – artystą, satyrykiem, felietonistą, frontmenem i autor tekstów zespołu BIG CYC.
Jakub Rohde: Już od najmłodszych lat występowałeś na scenie. Najpierw jako model, a następnie w założonym przez siebie Kabarecie „Tapeta”. Jak wspominasz tamten czas?

Krzysztof Skiba: Z tym modelem, to był raczej taki zabawny incydent. Coś w rodzaju dziecięcej drakfi, ale prawdą jest, że wówczas po raz pierwszy łyknąłem bakcyla sceny. Po prostu wygrałem casting, miałem wtedy chyba z 10 lat. Wiadomość o castingu do naszej paczki przyniósł Maciek Kosycarz, chłopak który był moim przyjacielem w podstawówce, a także w liceum. Postanowiliśmy się zgłosić, a przy okazji była okazja coś dorobić. Uznaliśmy, że może być zabawnie. Pokazy miały miejsce na kiermaszu szkolnym, który obywał się tuż po słynnym Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku. Była to największa impreza handlowa w tamtych czasach. To były lata 70. Przez dwa tygodnie chodziliśmy po wybiegu prezentując mundurki szkolne, kurtki, dresy i tornistry. Bardzo nam się to podobało. Tym większa była nasza radość, że w przerwach między występami, prezentował się iluzjonista, który „czarował”. Wyciągał na przykład piłeczkę pingpongową z ucha czy bukiet kwiatów z kapelusza. Oczywiście, to wszystko były triki. Myśmy nawet zakradli się do jego garderoby, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście to są czary. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że nie ma tu żadnej nadprzyrodzonej mocy, a jego spektakl opiera się na prostych urządzeniach, które wspomagają show. A on tylko to wszystko sprytnie kamufluje. Żaden magik nie lubi jak podgląda się jego kuchnię. Aby pozbyć się wścibskich dzieciaków iluzjonista pokazał nam na odczepnego, najprostszą sztuczkę. Sztuczka polegała na tym, że gumka z jednego palca przeskakiwała na drugi, złudzenie absolutne. Oczywiście, na przerwach w szkole szpanowaliśmy tą sztuczką przed kolegami, a także dziewczynami. Praca modela miała też i ten pozytywny wymiar, że nieźle nam zapłacili. Przez dwa tygodnie zarobiłem tyle, co moja mama przez dwa miesiące jako architekt.
Natomiast kabaret szkolny, było to coś znacznie poważniejszego. Zaczęło się od tego, że w szkole chcieliśmy zrobić naszym dziewczynom z klasy niebanalny prezent na Dzień Kobiet i zamiast wręczania kwiatów czy słodyczy, zrobiliśmy dla nich przedstawienie, które z resztą bardzo się podobało. Debiut kabaretowy odbył się w klasie i trudno wtedy było to nazwać kabaretem. Raczej były to takie szkolne wygłupy. Z czasem te wygłupy urosły do znacznie większej formy. W ostatniej klasie podstawówki doszło nawet do występu na sali gimnastycznej przed całą szkołą. Podczas prezentacji, zrobiliśmy sobie żarty z nauczycieli, co oczywiście nie do końca im się podobało. Po tym jednym występie „Kabaret Tapeta”, bo taką przybraliśmy nazwę, otrzymał zakaz występowania. Nie wiele nas to wtedy interesowało, bo szykowaliśmy się już do liceum (wtedy jeszcze obowiązało osiem klas podstawówki i cztery liceum). Więc dalej robiliśmy tę Tapetę lecz w trochę innym składzie i już jako kabaret licealny. Ponieważ wygraliśmy jakieś przegląd kabaretowy udało nam się osiągnąć lokalną sławę. Pojechaliśmy nawet na Festiwal Kabaretowy do Kielc, był to festiwal harcerski, u nas w grupie niektórzy byli harcerzami. Okazało się, że Komenda Hufca, nie miała kogo wysłać, bo nie mieli wśród swego grona artystycznych dusz. Dzięki wyjazdowi na Festiwal mogliśmy spotkać prawdziwych artystów kabaretowych, takich jak: Marcin Wolski, czy Jacek Federowicz, którzy byli tam wtedy wykładowcami. Oni tak na prawdę otworzyli nam głowy i podpowiedzieli jak taki kabaret się robi. My cały czas byliśmy bardzo młodymi ludźmi, mieliśmy wielki zapał, ale byliśmy totalnie nieopierzeni i niedoświadczeni. Na festiwalu w Kielcach zdobyliśmy Nagrodę Publiczności, braliśmy też udział w pokazach kabaretowych w Klubie „Kosmos”. Po powrocie do Gdańska, postanowiliśmy zrobić Przegląd Kabaretów Szkolnych, nazywał się „Błazenada 81” i odbył się w Domu Harcerza. Zaprosiliśmy zaprzyjaźnione kabarety z Kielc, Lublina, Gdyni, ale niestety wybuchł stan wojenny w skutek czego przygoda z kabaretem została praktycznie zakończona. W stanie wojennym zrobiliśmy jeden spektakl bez cenzury, udając że są to jakieś warsztaty artystyczne w Pałacu Młodzieży. Przed wprowadzeniem stanu wojennego w liceum nr 1 w Gdańsku wydawaliśmy swoje pismo szkolne o nazwie „Gilotyna”. Nie było wówczas Internetu i nie było wtedy mowy o stronie internetowej. Przy czym „Gilotyna” nie była pismem oficjalnym szkoły, tylko gazetą niezależną uczniów i robioną przez uczniów. Najpierw była odbijana na ksero, potem na offsecie w finale miała być wydana w prawdziwej drukarni, ale generał Jaruzelski wprowadził czołgi na ulicę i już nie było na to szansy.

J.R: Jakbyś miał dziś podjąć decyzję, powróciłbyś do kabaretu?

K.S: Cały czas mam sentyment do kabaretu, a BIG CYC przez niektórych zwany jest „rockowym kabaretem”. To jednak tylko szyldy, a tak na prawdę to jest to jednak rasowa kapela rockowa. Natomiast ja jestem bardzo często zapraszany przez kabarety, jako ich gość specjalny. Z przyjemnością z tego korzystam. Występowałem z Kabaretem Ani Mru-Mru w skeczu o aniele, gdzie ja byłem aniołem a Michał diabłem, było to w Kabaretowej Lidze Dwójki. Następnie występowałem w skeczach Kabaretu Koń Polski w ich telewizyjnym programie kabaretowym „Kraj się śmieje”. Gościnnie występowałem w programie urodzinowym Kabaretu Skeczów Męczących z Kielc podczas uroczystej gali kabaretowej transmitowanej przez Polsat. Grałem tam siebie więc było zabawnie. Jako postać ze świata rocka jestem czasem do takich programów zapraszany gościnnie. Wspólnie z moim kolegą Maćkiem Kraszewskim występowałem w programie kabaretowym Górala i Jabbara, a także prowadziłem pewną galę kabaretową razem z Mariuszem Kałamagą z kabaretu Łowcy.B. Występuję również jako konferansjer, mam też swój muzyczny kabaret, gdzie moi muzycy parodiują znanych wykonawców np. Elvisa Presleya albo Freddiego Mercurego z zespołu Queen. Moi współpracownicy mają świetne stroje wyglądają rzeczywiście jak Presley i Mercury, są zresztą troszkę do nich podobni. Ja do tego wszystkiego dokładam żarty, zabawne komentarze, monologi i show się kręci. Nie jeździmy zbyt często na występy, tylko jesteśmy z tym programem zapraszani na specjalne okazje. To jest dla mnie istotna, ale jednak dodatkowa działalność.

J.R: Według Ciebie Polska, Polacy to kraj który ma poczucie humoru i potrafi śmiać się sam z siebie? Czy może jest wręcz odwrotnie?

K.S: Z naszym humorem jest tak, że najlepiej oczywiście śmiejemy z kogoś. Generalnie ten wariat, który jest na scenie, błaznuje i opowiada jakieś niestworzone historie na swój temat, to jest dla nas (widzów) jakoś tam śmieszny. Natomiast my siedząc na widowni, nie wierzymy i nie dopuszczamy nawet cienia myśli, że to może być choć trochę o nas. My zawsze wierzymy, że to jest o sąsiadach lub kolegach z pracy. Ambitny kabaret powinien obok śmiechu dostarczać też pewną refleksję dotyczącą otaczającego nas świata. Obok zabawiania powinien moim zdaniem przemycać także treści społeczne. Tego jest trochę w kabarecie, ale nie za dużo. Zwykle są to dowcipy o służbie zdrowia, czy skecze o policjantach, politykach i księżach. Te branże zawodowe „od zawsze’ były wdzięcznym tematem żartów, ale szkoda, że kabarety nie szukają nieco głębiej. Wiadomo, że jak zrobimy na scenie kretyna policjanta w skeczu o drogówce, to wszyscy będą się śmiać, bo każdy z tych śmiejących się dostał kiedyś mandat. Żarty o mundurowych zawsze śmieszyły, tak samo jak o blondynkach. Przyjął się taki stereotyp, że właśnie to blondynka jest ta najgłupsza i nic nie rozumie. Pewnie jest to krzywdzące, ale kabaret często opiera się na stereotypach. A tymczasem kabaret powinien być rodzajem sztuki obśmiewania i wyśmiewania różnych stereotypów. Zwróć uwagę na taki schemat. W skeczu stoi trzech Polaków w parku i nagle pojawia się Eskimos. Oczywiście źle mówiący po polsku, bo jak ma mówić? To zawsze będzie u nas wzbudzało śmiech. Ja bym ten schemat odwrócił. Polacy powinni źle mówić po polsku, a Eskimos idealnie. Dla mnie to byłoby śmieszne, ale nie jestem pewien czy dla reszty także.
Często jako widownia nie przyjmujemy, że niektóre żarty mogą być o nas. Ale ogólnie to Polacy oczywiście uwielbiają się śmiać i kochają kabarety. Swoją drogą uważam, że nastąpiło mocne przeludnienie kabaretów na scenie i w telewizji. Kiedyś na ten kabaret się czekało w latach 80/90tych tych kabaretów nie było tak wiele jak teraz i ludzie tęsknili za takimi widowiskami. Wiadomo np. że będzie Festiwal w Opolu, a także Koncert Debiutów, Koncert Premier. W ciągu tych paru festiwalowych dni, jest zawsze jeden wieczór poświęcony kabaretom. Słynny Kabareton w Opolu to było święto, na które czekało się cały rok. Natomiast dzisiaj masz codziennie kabarety, albo ich powtórki z jakieś poprzednich gal, właściwie co dzień leci coś kabaretowego. Siłą rzeczy nie ma takiego napięcia jak dawniej, kabarety spowszechniały. Owszem lubimy je oglądać i dalej się z nich śmiejemy, ale nie są już taką atrakcją jak były kiedyś. Pojawił się zdecydowany przesyt kabaretowy. Wielu widzów kabarety już nie śmieszą, a irytują. Są już nawet tacy, którzy nie cierpią ich oglądać. Aby czerpać przyjemność z kabaretu, zalecam rozsądne dozowanie.

J.R: Jak oceniasz obecny Polski rynek muzyczny?

K.S: Kluczem do zrozumienia i rozpoznania rynku muzycznego w Polsce są media. Stacje radiowe zdecydowanie promują pop, muzykę środka i zachodnich wykonawców. Właściwie trudno rozróżnić stacje muzyczne od siebie, ponieważ 80% z nich gra tak samo. Zalew takiej samej muzyki w wielu stacjach nie jest dobrym zjawiskiem, ponieważ powinny być stacje grające w różnych stylach, tak jak w telewizji z powodzeniem sprawdzają się kanały tematyczne. Są np. kanały historyczne, rozrywkowe, kulinarne lub informacyjne. Jeśli chodzi o stacje radiowe, to w niewielkim stopniu też występuje zróżnicowanie stylów, ale te największe, które kształtują gust muzyczny grają tak samo i niestety zwykle jest to papka muzyki anglosaskiej. Mam wrażenie, iż kiedyś z większą ostrożnością dobierano piosenki, preferowano też piosenki polskie. Natomiast dzisiaj polscy wykonawcy zdaniem pryncypialnych decydentów nie wnoszą żadnych wartości, tylko są wartościowi na tyle, na ile naśladują zachodnich wykonawców. Prawdę mówiąc zakładamy sobie sami jakieś kaganiec może nie polityczny, a kulturowy. Mamy naprawdę wspaniałych swoich wykonawców Czesław Niemen, Marek Grechuta, Jan Kanty-Pawluśkiewicz, Ewa Demarczyk, Anna Maria Jopek, Edyta Bartosiewicz, Maria Peszek, Kayah i wielu, wielu innych. Mamy wybitnych, wspaniałych artystów tekściarzy jak: Wojciech Młynarski, Jacek Cygan, piosenki nieżyjącej Agnieszki Osieckiej czy jaremiego Przybory to prawdziwe perełki poetyckie. Także stary rock jest to wartościowa rzecz, tak jak SBB, Beakout, Tadeusz Nalepa, Republika, Maanam, Lady Pank z lat 80-tych, Perfect, Oddział Zamknięty. Także te zespoły bardziej radykalne KSU, Dezerter, TZN Xenna, Kolaboranci tego nigdzie nie ma. Dawno nie słyszałem nowej piosenki Kobranocki, TSA, Kultu, Maanamu czy Lady Pank. Ostatnio słyszałem tylko nową piosenkę Perfectu, a to za sprawą tego że wydali nową płytę. Nie słyszałem innych, bo ich się nie gra. Lecą co najwyżej ich stare hity, ale też nie za często. Musimy pamiętać, że nasza narodowość objawia się w języku i jeżeli nie będziemy puszczać polskich wykonawców, to przestaniemy nie tylko myśleć po polsku, ale za dwadzieścia lat także mówić po polsku, bo zaleje nas zachodnia pop kultura. Musimy uczyć młodych, że byli tacy artyści jak Grechuta i Niemen i również tego, że świat współczesnej muzyki pop nie zaczynał się od Beyonce. W radiu na okrągło leci Beyonce, Christina Aguilera, Shakira i Jennifer Lopez. Na tego typu piosenkarki mówi się „wokalistki gołego pępka”, ponieważ one na wszystkich teledyskach pokazują goły pępek, cycki i tyłek. Nie mam nic przeciwko machaniu pępkiem, ale domagam się aby pokazywać też coś bardziej wartościowego. Pokolenie gołego pępka ma fajne teledyski, bo fajne dziewczyny tam grają i tańczą. Nasza niezbyt wymagająca publiczność to lubi. Niech to też będzie, ale problem w tym, że w mediach jest tylko to i nie ma prawie żadnej alternatywy, nie ma inności w radiu.
Jeżeli chodzi o rynek muzyczny, to uważam, że jest teraz bardzo dużo zdolnej utalentowanej młodzieży i to niekonieczni tej, która męczy się w programach typu „X-factor”. To jest młodzież, która świetnie gra, a przede wszystkim wartościowe jest to, że można wybierać wśród wielu różnych propozycji. Nie ma tak, że wszyscy grają na jedno kopyto. Nie ma już dominującego nurtu muzycznego. Wszystkie są jakby równoległe. Zwróć uwagę są zespoły folkowe, metalowe, elektroniczne, hip hopowe, hard rockowe, punkowe, grające przeróżne odmiany muzyki tanecznej, naprawdę jest cały zestaw i można pysznie wybierać, co kto lubi, nie ma jakiś dominujących zjawisk w muzyce. Kiedyś w latach 80. takim dominującym nurtem była muzyka rockowa. Później w latach 90. takim dominującym była muzyka hip-hop. Wszystko to teraz moim zdaniem działa równolegle. Oczywiście, ktoś słucha metalu, a drugi disco polo i ma do tego prawo. Obawiałbym się tylko, że media zbyt nachalnie i ze szkodą dla tkanki społecznej, a tylko z chęci zysku czyli dla mamony lansują płaski, tandetny pop. Ta muzyka jest łatwa i dlatego się podoba. Pytanie tylko, czy ona coś wnosi w sensie wartości. Czy nas uszlachetnia? Wątpię. To jest jak hamburger czy papier toaletowy. Czyli coś co szybko się konsumuje i zużywa, a potem o tym równie szybko zapomina.

J.R: Twoim zdaniem. Dzisiejsza publiczność jest bardziej wymagająca, niżeli kiedyś?

K.S: Dzisiejsza publiczność jest z mocno zblazowana. Dlaczego? Bo wszystko dostępne jest w Internecie. Kiedyś jak przyjeżdżał zespół z Zachodu, to naprawdę było to wielkie święto. Wtedy ten artysta był mniej dostępny, a dzisiaj dzięki Internetowi możesz wejść na stronę zupełnie nikomu nieznanego ciekawego zespołu np. z Nowej Zelandii czy USA. Kiedyś nie było tej możliwości, to jest oczywiście plus bo dawniej trzeba było mieć znajomych za granicą , aby nam płyty przesyłali. Słuchaliśmy radia, jakie nurty? jacy wykonawcy są teraz modni?, wszystko to docierało do nas z opóźnieniem. Obecnie tak nie jest i dobrze, bo sami otworzyliśmy się na świat, jesteśmy członkami NATO i Unii Europejskiej. Jeśli chodzi natomiast o Internet, to tam wszystko jest i ten rozwój cywilizacji technicznej trochę nam ułatwił połykanie świata także muzycznie. Uważam, że nie ma szacunku do muzyki, to znaczy że w każdej chwili możemy zobaczyć każdy teledysk w Internecie przez dostępność wszystkiego na portalach. Dzisiaj recenzentem może być każdy, nawet ten co jest głuchy i nie ma pojęcia ani wiedzy muzycznej. Kiedyś recenzje pisali znani dziennikarze np. Wojciech Mann, Wiesław Królikowski, Marek Wiernik czy Marek Niedźwiedzki. Jeżeli oni się podpisali pod jakąś recenzją, to było coś. To dla melomanów była cenna wskazówka. Dzisiaj takich przewodników nie ma, bo każdy jest sobie sterem i okrętem. Z jednej strony są plusy, ale także minusy takiej sytuacji. pytanie brzmi: kto ma wychować to młode pokolenie i pokazać im jaka jest tradycja i kto grał wcześniej? Oczywiście, są tacy co sami do tego dojdą, ale z pewnością brakuje nam autorytetów muzycznych, a nawet jak gdzieś są to ich głosy nikną we wrzasku i tyglu internetowego kotła. Muzyka jest świetną sprawą, pozwala rozwijać wrażliwość i wyobraźnię, jeśli stanie się pasją, to może być nawet przygodą życia. Natomiast większość nastawia się nie na przeżywanie muzyki, ale na bezrefleksyjne konsumowanie obrazków czyli płaskie ślizganie się po YouTube.

J.R: Jesteś znany z bardzo odważnych wypowiedzi, na które ludzie różnie reagują. Nie obawiasz się późniejszych konsekwencji?

K.S: Udzieliłem już setki bardzo ciekawych i mniej ciekawych wywiadów. Większość z nich nie mam nawet z archiwizowanych. Natomiast jeśli jakaś znana osoba wypowiada się na kontrowersyjne tematy, to trzeba się uzbroić w naprawdę gruby pancerz i liczyć z atakami. Ja mam jedną zasadę dotyczącą zaczepek internetowych: po prostu staram się tym nie przejmować. Oczywiście w morzu komentarzy zawsze należy spodziewać się sporej ilości błota i bełkotu, zwłaszcza wówczas, gdy mówi się rzeczy niepopularne. Powiem tak: dla wielu internautów komentowanie bez dowalenia nie daje przyjemności. Nawet jeżeli nie ma do czego się przyczepić w danym wywiadzie, to znajdzie się taki, który przyczepi się do twojej płyty z przed 10 lat. Najgorsze jednak jest wyciąganie wad fizycznych, to jest rozpaczliwe i żałosne ponieważ w tej sytuacji jest brak argumentów. My, faceci jakoś sobie z tym poradzimy, ale gorzej z dziewczynami. Taka sytuacja: jest w sieci zdjęcie ładnej dziewczyny, która gra w filmie lub nagrała płytę. Wiele ataków nie dotyczy jej gry aktorskiej czy śpiewu, ale tego jak się ubrała i jak wygląda. Tacy jesteśmy. To przykre.

J.R: Co myślisz o dzisiejszej scenie politycznej?

K.S: Myślę, że w tej kwestii nie dokonam żadnego odkrycia, jest zabetonowana. Widać ten męczący podział Polska Platformy Obywatelskiej (PO) i Polska Prawa i Sprawiedliwości (PIS). W tych wyborach nadspodziewany dobry wynik Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL) i całkowita, wręcz zaskakująca klęska lewicy spod znaku SLD. Małe partie od dłuższego czasu mają problem z przebiciem się, ale jeżeli komuś znudziła się PO, a komuś PIS, a takich ludzi który mają dość obu głównych partii jest wielu, może nie są większością, ale jest ich sporo, szczerze mówiąc, tak naprawdę ci ludzie nie mają na kogo głosować. Próbował Palikot. Podlizywał się młodzieży, atakował Kościół, usiłował być bardzo nowoczesny i zdechł. Jego partia to trup. Później chwilowym fenomenem był Janusz Korwin Mikke. Jego gwiazda zgasła jeszcze szybciej. Teraz pewnie znowu wyskoczy jakiś nowy uzdrowiciel i obawiam się, że też marnie skończy. Daleki jestem od popadania w histerie w stylu PIS, gdzie wieszczy się upadek Polski i absolutny dramat kraju. Rozumiem też znudzenie Platformą, wkurzenie na ich liczne wpadki i blamaże, ale jakoś nie potrafię uwierzyć, że nadciąga wielka katastrofa, bo jej po prostu nie widzę. Ja wręcz widzę ludzi uśmiechniętych, widzę obywateli świetnie radzących sobie zawodowo, jeżdżących na dobre zagraniczne wakacje, mających ładne samochody, ludzi, którym żyje się wygodnie. Nie brakuje też biedy i patologii, problemem jest bezrobocie, potworna biurokracja, niewydolność służby zdrowia, ludzie wykluczeni, ale to tylko część prawdy o nas i naszym kraju. Przykre jest też to, że mało mamy polityków z klasą, o wysokiej kulturze i etyce. Ostatnie afery dotyczące nieuczciwych rozliczeń posłów za wyjazdy służbowe czyli tzw. kilometrówki dowiodły, że nasi politycy to w dużej mierze krętacze i mali kombinatorzy. Straszne! Zamiast przywódców mamy grupy beznadziejnych cwaniaczków.

J.R: Jak można byłoby cofnąć czas. Do jakiego etapu swojego życia powróciłbyś najchętniej?

K.S: Jak każdy w moim wieku chciałbym być młodszy! Na pewno chciałbym mieć mniej lat, niż mam. Do czasów PRL-u to nie za bardzo, ponieważ były to straszne i okropne czasy, ale gdyby była taka maszynka do przenoszenia się w czasie, to ja przeniósłbym się w okolicach swojej 30-stki. Ale tak na serio to świetnie czuję się ze sobą i swoimi latami. Mam ambitne plany i jeszcze wiele przede mną!

J.R: Mamy XXI wiek. Co Ciebie denerwuje? I co zmieniłbyś w obecnym świecie?

K.S: Denerwuje mnie to, że wciąż jest w stosunkach międzypaństwowych w Europie używany argument siły i straszenie przewagą militarną. Jest to przerażające. Okazuje się, że po latach względnego spokoju wróciliśmy do zasad znanych z okresu zimnej wojny. Wszyscy myśleliśmy naiwnie, że te czasy bezpowrotnie minęły. Przespaliśmy trochę w błogostanie czas, kiedy za wschodnią granicą udając normalnego, demokratycznego przywódcę wyrósł nam polityczny potwór czyli Władimir Putin. Osoba niebezpieczna, nieobliczalna, łamiąca prawa człowieka oraz wszelkie demokratyczne procedury, nastawiona na rozwiązania siłowe oraz ekspansję. Potęga i pazerność Putina to zły znak dla świata i Europy.

Close Menu